niedziela, 27 marca 2016

Ku pokrzepieniu serc

Czcigodny Czytelnicy
Z okazji Święta Zmartwychwstania Pańskiego  redakcja życzy Wam, byście te dni spędzili w gronie rodziny i przyjaciół, okazując sobie należne uczucia, odrywając się od prozy życia codziennego, niestety zbyt pospiesznego i powierzchownego. A z wieści dochodzących ze świata, wyciągnęli wnioski. Bowiem na naszych oczach społeczeństwa „tolerancyjne”, „otwarte” i laickie właśnie zaczęły się pruć niczym stare kalesony. Więc dbajmy o naszą Polskę, mocno osadzoną w tradycji chrześcijańskiej, w której wszelako jak najbardziej jest miejsce dla niewierzących czy mahometan, o ile są POLSKIMI mahometanami, jak mieszkający w naszym kraju od sześciuset lat Tatarzy, którzy wielokrotnie udowodnili, że są Polakami.
I niech Zmartwychwstały spojrzy na nas wszystkich łaskawym okiem, bo Jego przychylność będzie szczególnie potrzebna, gdy postępactwo w ostatnich podrygach tym bardziej będzie próbowało zepsuć, co tylko się da.
Historia wojskowości zna wiele triumfów oręża polskiego nad wielekroć silniejszym przeciwnikiem. Różni autorzy prezentują różne dane odnośnie liczebności walczących stron. Ale można przyjąć, że w roku 1605 pod Kircholmem hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz rozgromił cztery do pięciu razy liczniejszą armię szwedzką. W roku 1610 hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski pod Kłuszynem rozniósł połączone siły moskiewsko – szwedzkie (wśród żołnierzy zaciężnych Jakuba de la Gardie wstępowało też wiele innych nacji) i wkrótce po tym zdobył Kreml, mając przeciwko sobie armię liczącą sześć do siedmiu razy tylu żołnierzy, co jego wojsko. Znacznie mniej znany Polakom jest ten współczynnik dla bitwy pod Newlem, stoczonej z Rosją w roku 1562. Autorzy przytaczają tu różne dane, ale najmniej korzystne dla Polski mówią, że licząca 1500 głównie kawalerzystów armia kasztelana Stanisława Leśniowolskiego rozgoniła co najmniej 15 tysięcy Moskali Andrzeja Kurbskiego. Straty w zabitych po stronie polskiej wyniosły 16 żołnierzy, po rosyjskiej – około półtora tysiąca. Jedyną współczesną pamiątką po tym triumfie jest położona na warszawskiej Woli ulica Newelska. Która przetrwała bez przemianowania lata PRL, bowiem komunistyczne tępaki szczęśliwie nie miały pojęcia o tej bitwie, więc i nie kojarzyły z nią nazwy ulicy.
Ale w historii wyczynów oręża polskiego jest jeszcze lepszy wynik, jeśli za kryterium przyjąć dysproporcję sił w zwycięskiej dla Polaków batalii. Miało to miejsce w Afryce Północnej w roku 1942, podczas ofensywy alianckiej po zlikwidowaniu oblężenia Tobruku. A jej bohaterem był oficer oddziału rozpoznawczego 3 Batalionu Brygady Karpackiej porucznik Zdzisław Mrugalski, przez przyjaciół zwany „Dzidziem”.
Był on znany z patologicznego fartu, obalającego wszelkie prawa statystyki czy sztuki wojennej. A ponieważ fart ten na zasadzie indukcji udzielał się również jego podkomendnym, ci ostatni stawali na głowie, by służyć pod jego dowództwem. Ale wróćmy do tego wyczynu. Brygadę Karpacką oraz walczącą na jej skrzydle słynną australijską 7 dywizję piechoty „Desert Rats” czekał atak na silnie umocnioną przez niemieckich saperów pozycję włoskiej dywizji piechoty. Atak ten siłą  rzeczy przyniósłby spore straty, ale na arenę wkroczył „Dzidzio” i rzecz jasna prawa sztuki wojennej przestały obowiązywać.
W nocy poprzedzającej planowaną ofensywę porucznik Mrugalski wziął udział w imieninach kolegi, a nie chcąc obrazić solenizanta, co nie co wypił. Około trzeciej nad ranem doszedł do wniosku, że tylko nocna przejażdżka po pustyni i odetchnięcie świeżym chłodnym powietrzem zapobiegnie kacowi gigantowi. Postawił więc swoje wojsko na nogi i w sile kilku „karierów”, czyli terenówek, każda zaopatrzona w  jeden karabin maszynowy, wyruszył w pustynię. Liczebność jego oddziału nie mogła przekraczać 30 żołnierzy. Podczas tego patrolu pobłądził, słońce wzeszło, woda do picia się skończyła. I wreszcie około południa uczestnicy patrolu zobaczyli na horyzoncie wiele namiotów. Uznali, że szczęśliwie są w domu, więc wjechali między nie z przytupem na pełnej prędkości. Wtedy okazało się że znajdują się wśród wspomnianej włoskiej dywizji, w której w wielkim namiocie jadalnym odbywał się uroczysty obiad, bowiem jej dowództwo właśnie objął jakiś pociotek króla Włoch. Zwiadowcy zaczęli pruć z karabinów maszynowych dookoła po wszystkim co się ruszało, a „Dzidzio” z wrażenia wytrzeźwiał do reszty i zaczął strzelać w powietrze seriami rakiet w różnych kolorach, by wezwać odsiecz. Panika była totalna. Oficerowie włoscy i niemieccy zadeptali się wzajemnie próbując uciec z pechowego namiotu jadalnego. Pułk bersalierów (formalnie rzecz biorąc, w armii włoskiej były to elitarne oddziały gwardyjskie) pognał na oślep przed siebie, wprost na pozycje alianckie. Cała dywizja rozbiegła się po pustyni niczym stado królików. Zatem Karpatczycy i Australijczycy przeszli do ataku, co w tym wypadku oznaczało rozpoczęcie chwytania jeńców. Sam 3 Batalion Karpacki , czyli jednostka macierzysta Mrugalskiego, licząca wtedy około 400 żołnierzy, wzięła do niewoli ponad 900 makaroniarzy.
Szacując bardzo ostrożnie liczebność oddziału rozpoznawczego na maksimum 30 żołnierzy, a włoskiej dywizji na co najmniej 9 tysięcy, mamy tu współczynnik przewagi liczebnej wroga nie niższy, niż 300. Podejrzewamy że nawet czcigodny Piotr ROI nie przytoczy zwycięskiej bitwy, w której byłby on jeszcze bardziej imponujący.
„Dzidzio” dostał odznaczenia polskie i australijskie, ale to nie był koniec tej historii.
Kilka dni później do „Karpatczyków” zajechał australijski jeep z oficerem, który poinformował, że pan porucznik Mrugalski jest wzywany do sztabu armii w trybie ekstra pilnym. Bohater wsiadł do pojazdu i zniknął na dłuższy czas. Po mniej więcej trzech dobach między namioty Karpatczyków ponownie wjechał australijski samochód. Wystawiono z niego bardzo troskliwie „Dzidzia”, oparto go o jakiś maszt, aby się nie przewrócił, po czym „kangury” odjechały. Pan porucznik miał na głowie kapelusz australijski i był sztywny, niczym bohater zdjęty z cokołu pomnika, a wykonany z granitu czy ze spiżu. Dowódca batalionu major Antoni Dusza szalał. Gdy mniej więcej po dobie sanitariusz zameldował mu, że pacjent otworzył jedno oko, czym prędzej przybył do łoża boleści i gniewnym głosem zażądał wyjaśnień. Usłyszał co następuje:
- Panie majorze, pierwszego dnia piliśmy tak ogólnie, za polsko – australijskie braterstwo broni. Drugiego dnia gospodarze przynieśli globus i ustalaliśmy, którędy po wojnie powinna przebiegać granica polsko – australijska. A dalej już niczego nie pamiętam.
Redakcja kilka dni temu odnotowała czterystutysięczne wejście na „Antysocjala”, co przekonało nas, że nasza praca nie jest wołaniem na puszczy i poza gronem histeryzujących „bonapartystów” od żoliborskiego Napoliona czy rusorastów (rusofilia to w tym przypadku zbyt łagodne określenie)  o
komunistycznym czy łże endeckim rodowodzie, nasze pisanie znajduje czytelników. Co jest zachętą do dalszej pracy, bez wpadania w samouwielbienie czy megalomanię. Bo nie mając nic przeciwko granicy polsko – australijskiej, przy jej wytyczaniu na pewno nie bylibyśmy pazerni.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter

wtorek, 22 marca 2016

Wojna

Plany publikacyjne Antysocjala uległy zmianie ze względu na dzisiejszy popis religii pokoju w Brukseli. Do którego nie sposób się nie odnieść.
Darujemy sobie komentowanie wybroczyn umysłowych Pitery i hrabini Thun, którą czcigodny Jarek Dziubek najsłuszniej w świecie dokooptował do grona największych idiotek Przestępczości Organizowanej. Po prostu widać na tym przykładzie, że od jednej europosłanki PO głupsze mogą być jedynie dwie, lub więcej takowych babsztyli.
Dzisiejsze zamachy w Brukseli są ponoć odpowiedzią na niedawną akcję belgijskich oddziałów specjalnych, które odważyły się wejść do brukselskiej dzielnicy Molenbeek w celu ujęcia organizatora listopadowych zamachów terrorystycznych w Paryżu. Dzielnica ta jest jedną z europejskich stolic dżihadystów i już od dawna władze belgijskie nie mają w niej nic a nic do gadania. Policja belgijska na co dzień nie śmie się tam zapuszczać, a złośliwi twierdzą, że jak tak dalej pójdzie, to wkrótce nawet beżowi będą się tam bali wychodzić po zmroku z domów. Tak więc wspomniana akcja Belgów ma wszelkie cechy rajdu komandosów na terytorium wroga. Jej wynik na kolana nie rzuca. Po wymianie ognia cel tej operacji został ujęty (może ktoś nam wytłumaczy, po jaką cholerę przeżył?), jeden z jego kamratów został zastrzelony, drugi uciekł po dachach. Podejrzewamy, że ta ostatnia informacja w gronie fachowców z najwyższej półki, pokroju 21 batalionu Royal Marines, długo będzie opowiadana jako surrealistyczny dowcip. A odpowiednikiem polskiego idiomu „pierdoła saska” stanie się w tym gronie „pierdoła belgijska”.
Dżihadyści w rewanżu dokonali kilku samobójczych ataków na brukselskim lotnisku i w metrze. W chwili gdy to piszemy, mówi się o 38 ofiarach śmiertelnych.
A jakie są na to reakcje w Polsce?

http://wpolityce.pl/swiat/286042-beata-szydlo-po-zamachu-w-brukseli-moge-zapewnic-polskich-obywateli-ze-sa-bezpieczni

Pani premier Szydło powiedziała:
„Mogę zapewnić obywateli, że wszystkie służby są w pogotowiu i jesteśmy gotowi. Polscy obywatele mogą czuć się bezpiecznie.”
Dodała jeszcze, że nie widzi konieczności podwyższenia stopnia zagrożenia. Pozostało mieć nadzieję, że poza urzędowym optymizmem, za tymi mało przekonującymi stwierdzeniami stoi jednak jakakolwiek wiedza.
W podobnym stylu wypowiedział się również pan prezydent Duda. Ale kubłem zimnej wody powinien być komentarz profesjonalisty, czyli pana generała Romana Polko.


http://wpolityce.pl/polityka/286048-gen-polko-po-zamachach-w-belgii-polska-w-bardzo-krotkim-czasie-moze-sie-stac-celem-pierwszoplanowym-trzeba-to-miec-na-uwadze-zwlaszcza-w-kontekscie-sdm-nasz-wywiad?strona=1

Przypomniał on o mających odbyć się w Polsce za kilka miesięcy Światowych Dniach Młodzieży, a zamach terrorystyczny w takiej scenerii byłby dla islamskiego bydła wyjątkową gratką. I podczas tych dni, Polska może być celem pierwszoplanowym. Powiedział też:
„Mamy potężne zaniedbania w sektorze bezpieczeństwa. Nie zbudowano systemu terrorystycznego, nie ma ustawy antyterrorystycznej. Służby nie potrafią sobie poradzić z kelnerami, to co mówić o zaawansowanych grupach terrorystycznych współdziałających ze sobą. W Polsce obecnie następuje konieczna wymiana kadr. Ona jest konieczna, bowiem trudno spodziewać się, że ci, którzy przez lata nic nie zrobili, nagle zaczną pracować rzetelnie i skutecznie. Jednocześnie mamy w Polsce ogromne wyzwania, więc sytuacja nie jest prosta.”  

I dodał:
"W Polsce mamy też szereg zaniedbań, w tym np. dotyczących użycia broni. Nie ma uregulowanej kwestii strzału ratunkowego, użycia sił specjalnych, które na ulice nie mogą wyjść. Mamy problemy ze służbami. Mamy wręcz działania dywersyjne, co wyszło na jaw przy okazji incydentu na A4. Mamy podstawowe problemy, więc trudno mówić o przywróceniu normalności, trudno budować system, który neutralizowałby zagrożenia.” Nie potrafimy pojąć, dlaczego osoba taka jak pan generał nie stoi jeszcze na czele ciała odpowiadającego za postępowanie w sytuacjach kryzysowych. Na pewno jest on osobą bardziej niż kompetentną, a do tego nie sposób uważać go za osobę niechętną PiSowi. W końcu obydwa awanse generalskie otrzymał z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale na razie, mamy zarówno Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, jak i Rządowy Zespół Zarządzania Kryzysowego. A więc w sytuacjach zagrożenia kierują wszyscy, czyli nikt. Typowa polska (dez)organizacja.
Sytuacja jest tym poważniejsza, że praktyka wykazała, iż dżihadyści szwendają się po Francji, Beneluksie i Niemczech niczym po burdelu. Ponieważ jakiś flamandzki Guy (czytaj Huj), niekoniecznie Verhofstadt, coś niedawno bredził o konieczności stworzenia „małego Schengen”, do którego nie załapaliby się buntownicy z Grupy Wyszehradzkiej, pomysł ten warto rozważyć ale na odwyrtkę. Kraje V4 powinny przywrócić kontrole na granicach z Niemcami. Wszystkich śniadolicych bez porządnych dokumentów a jedynie z jakimś świstkiem od Makreli, ekspediować z powrotem do Reichu zamaszystym kopniakiem w dupę. A tych mających stosowne dokumenty, sprawdzać nie mniej dokładnie, niż mieli to w zwyczaju celnicy byłego ZSRR.
A jeśli jakaś zaKODowana hołota czy inny postępacki szrot zorganizują manifę „przeciwko rasizmowi”, należy potraktować ich zgodnie z najwyższymi na świecie niemieckimi standardami demokratycznymi. Czyli jak kazała Makrela w przypadku demonstracji Pegidy, użyć armatek wodnych. Bo gówno spłukuje się wodą.
I oczywiście służby powinny dokonać sprawdzenia wszystkich meczetów na terenie Polski, wyjąwszy te tatarskie. A jeśli znajdą tam choć jedną broszurkę nawołującą do zrobienia giaurom kęsim, imama trzeba dożywotnio wydalić z Polski na zbitą mordę. I nic nas nie obchodzi, że Bufetowa czy inny samo(nie)rządowy POmiot, który wydał pozwolenie na budowę, będzie musiał saudyjskim śmierdzielom coś zwrócić. Rzecz jasna nie mamy na myśli danego słowa.
Oczywiście współczujemy ofiarom oraz ich rodzinom. Żałujemy, że to niewinnych ludzi wydano na rzeź, a nie zidiociałych kastratów udających polityków, którzy na takie „rozrywkowe” potraktowanie, dokonane za pomocą materiałów wybuchowych, w pełni zasłużyli.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter

niedziela, 20 marca 2016

Trzy soprany, czyli głupia, głupsza i najgłupsza

Tak się złożyło, że w ostatnich wyborach nikt z redaktorów „Antysocjala” nie głosował na listę PiS. Obecnemu rządowi przyglądamy się z pewną sympatią, znacznie więcej mamy jej dla pana prezydenta Andrzeja Dudy, który poza podpisaniem ustawy „szczepionkowej” ewidentnie działa na korzyść Polski, a już zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej. Za co redakcja jeszcze raz składa mu podziękowania, a "za całokształt” wystawia mu w skali akademickiej mocne cztery i pół, a może nawet piątkę z symbolicznym minusem, którego do ineksu się nie wpisuje. Co się tyczy rządu, stosujemy ewangeliczną zasadę „po uczynkach ich poznacie”. Za pozytywy będzie chwalony, za wpadki ganiony, zwłaszcza gdy odpowiadają za nie już przez nas zrecenzowane dwie pięty achillesowe ekipy pani premier Szydło. Które z racji żenującej niekompetencji po prostu nie powinny się w tym gronie znaleźć. A gęgania „prawicy rozhisteryzowanej” która każde wytknięcie obecnych lub przeszłych błędów czy idiotyzmów ekipy PiS nazywa „ustrzeleniem Kaczora” mamy tam, gdzie multikulti czy ekoterroryzm.
Ale żeby nie było, że zajmujemy się jedynie ekipą przy władzy, czas na poświęcenie kilku słów opozycji. O kapuścianym głąbie, który chce wjechać na białym Rubikoniu do Polski w Święto Sześciu Króli, by objąć władzę, już pisaliśmy. A skoro melduje on „Huston, mamy kłopot”, niech spada jak najdalej, co najmniej do Bierutu, jeśli nie wręcz do Adidas Beby. Czas zatem na Przestępczość Organizowaną. Parafrazując tytuł znanej komedii klasy B (jeśli nie C) „Głupi i głupszy”, trzy soprany tej zgrai trzeba uznać za głupią, głupszą i najgłupszą. A tragikomedię, w której grają, za szmirę klasy Z.
Pierwszy sopran, niepomny na swoje dokonania, popisał się ostatnio „dobrymi radami” udzielonymi pani premier Szydło:
Pani premier Szydło na pewno w czasie lotu nie da sobie w goleń dla kurażu. I nie trzeba będzie siłą wciągać jej na dywan, o którym ma przejść. A wypociny na temat kryzysu związanego z Trybunałem Konstytucyjnym:
 
Zaczynają się od bramki samobójczej. Bo istotnie arogancja PO i zielonej ladacznicy nie miała granic. Gdyby pazerne chamy na wylocie zadowoliły się mianowaniem tylko trzech swoich sędziów, PiS miałby wielki problem z tą trzecią izbą parlamentu, kierowaną po dyktatorsku przez ich wiernego pachołka. O czym pisaliśmy „mądrym dla memoriału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki”, zanim jeszcze ten szwindel zaistniał, a fani PiS po wyborach prezydenckich już dęli w trąby jerychońskie. Ale haniebnej pamięci rządy kon-Donka i Ewci Peron przyzwyczaiły się, że ukraść od razu można wszystko, co nie jest przyspawane. A jeśli jest, to odspawać i też zakosić. W dalszej części ta kłamczucha twierdzi, że „nie było jeszcze takiego premiera, któremu przeszłoby przez myśl, że może nie respektować wyroku Trybunału Konstytucyjnego.”. My znamy dwóch, którymi są Chyży Rój i ona sama, bo w duecie olali prawie pięćdziesiąt takich werdyktów. „Zapomniał wół jak oszustem buł”? Dlatego z radością przyjmujemy informacje z kół zbliżonych do Targowicy, że Grzechu Skatina tworzy „Radę Mędrców”, w skład której wejdą Ewa Peron i chrabia Bul.
Czas na głupszą. Gdy Skatina i Swetru złożyli wniosek o wotum nieufności dla ministra Mariusza Błaszczaka, gaworzyli o jego rzekomych wpadkach. Warto zatem przypomnieć gwiazdę „gangu psiapsiółek” czyli minister spraw wewnętrznych Terenię Piotrowską, z wykształcenia teologa. Jej wcześniejszy kontakt z najszerzej pojmowaną problematyką tego resortu ograniczał się do przynależności do Poselskiego Zespołu Strażaków. Ponieważ o umiejętność użycia gaśnicy nijak jej nie podejrzewamy, do tego grona predystynowało ją chyba jedynie olewanie wszystkiego, co wiązało się z polską racją stanu. Pełniąc ten urząd do legendy przeszła swoim wystąpieniem na wyjazdowym białostockim posiedzeniu rządu we wrześniu 2015, poświęconym głównie tematyce ochrony granic i „uchodźców”.
„Minister”, która z racji płci nie może być nawet ministrantem, pokazała tam w pełni wyżyny swojego intelektu, na poziomie dna Rowu Mariańskiego. Zaczęła od stwierdzenia:
"Sytuacja na granicach jest stabilna, ruch graniczny utrzymuje się na podobnym poziomie w porównaniu do analogicznego roku ubiegłego, jest wzrost zaledwie o 4 proc."
Po tym intermezzo słuchacze mieli okazję dowiedzieć się, że czym prędzej należy dopracować regulacje prawne dotyczące STATUTU uchodźcy. Ponoć nawet Grzechu Skatina, który z racji stażu w różnych mafiach nie takich durniów widział i słuchał, spoglądał na nią z przerażeniem, Ale i tak nic nie przebije jej wcześniejszego popisu w komisji sejmowej podczas dyskusji o wykorzystaniu funduszy na ochronę granic. Wtedy przeszła do historii złotą myślą: 
"W ramach tej kwoty zbudowane zostaną środki ochrony granic, a także zakupiony zostanie nowy sprzęt, w postaci samolotów bezgłowych.”
Biorąc pod uwagę, że jej poprzednikiem był aforysta, który Tusklandię nazwał fallusem, sempiterną i kamieni kupą, w kwestii pana Błaszczaka Przestępczość Organizowana powinna stulić mordy w kublik. Bo sami tolerowali w swoim (nie)rządzie najgorszą "ministrę” między Nordkapem a Kapsztadem.
Ale nikt chyba nie pobije trzeciej sopranistki, zwanej Szaloną Julką, której nie można nawet nazwać politykiem za dychę. Bowiem po roku wyrzucania w błoto pieniędzy podatników na rzekomą walkę z korupcją ten pasożyt, mający obnażyć ogrom finansowych nieprawidłowości z lat 2005-7, doszukał się jedynie zakupu porcji dorsza za osiem złotych i czterdzieści groszy (albo sześćdziesiąt groszy, dokładnie już nie pamiętamy). A teraz usłyszeliśmy, że storpedowanie przez europosłów PO kandydatury pana Janusza Wojciechowskiego na członka unijnej Izby Obrachunkowej, wynikało z faktu, że JEST ON POLITYKIEM.
Pan sędzia Wojciechowski, jako były szef NIK i prawnik, nadaje się na to stanowisko, jak żaden inny z polskich europarlamentarzystów. A każdy europoseł czy członek eurogremium, mającego cokolwiek do gadania, z definicji jest politykiem. POpaprańcy w ten sposób złamali niepisaną umowę , że na forum eurokołchozu Polacy popierają swoje kandydatury, niezależnie od opcji politycznej, którą ci kandydaci reprezentują. Lub jeśli kto woli, udowodnili, że ta umowa ich nie dotyczy, bo nie są Polakami.
Redakcja zdecydowanie optuje za tą drugą interpretacją. I dlatego jeśli PiS nie zablokuje drugiej kadencji ryżego pachołka szalonej pruskiej krowy, ironiczne eufemistyczne określenia guru typu Napolion ustąpią u nas miejsca bardziej adekwatnym.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter

wtorek, 15 marca 2016

Dwóch cymbałów

Swego czasu szlagierem autorstwa wybitnego francuskiego piosenkarza Charlesa Aznavoura były „Dwie gitary”. Śledząc wydarzenia na polskiej scenie politycznej, a ściślej rzecz biorąc, działania ministrów rządu pani premier Szydło, w oczy rzuciło mi się niestety dwóch cymbałów.
Minister finansów Paweł Szałamacha, o ile wierzyć wikipedii, poza ukończeniem Wydziału Prawa i Administracji UAM, szkolił się też na Uniwersytecie Harvarda, uzyskując tytuł zawodowy Master of Business Administration. Przez pewien czas był ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Powinien zatem, przynajmniej teoretycznie, mieć pojęcie o finansach i biznesie. A tymczasem popisał się pomysłem zmiany przepisów, za którą banksterzy powinni go ozłocić, zaś średni i drobni przedsiębiorcy, a już zwłaszcza ci ostatni, przeklinać na kilka pokoleń. Do tej pory biznesmeni mogli płacić gotówką za transakcje o wartości do 15 tys. euro. W przypadku większej, zapłata musiała być dokonana za pomocą przelewu bankowego. A Szałamacha chce, by tę granicę obniżyć czterokrotnie, bo do 15 tys. ale złotych.
Skarb państwa niczego na tym nie zyska, a wręcz może stracić. Bowiem konieczność opłaty manipulacyjnej na rzecz banku może być jedynie jeszcze jednym argumentem za tym, aby z przynajmniej niektórymi  transakcjami kupna – sprzedaży uciec w szarą strefę. Natomiast banksterzy na tym zyskają, bowiem część przedsiębiorców nie zechce lub nie będzie mogła tak postąpić.
Portal „prawy.pl” opublikował treść listu Szefa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pana Cezarego Kaźmierczaka do ministra. 


http://prawy.pl/28157-zpp-dzialania-mf-korzystne-dla-sektora-bankowego-a-nie-dla-przedsiebiorstw/

Dla wygody Szanownych Czytelników publikujemy jego treść:

Szanowny Pan
Paweł Szałamacha
Minister Finansów


Wielce Szanowny Panie Szałamacha!


W kampanii wyborczej obiecywaliście, że dacie spokój sektorowi MSP i na poważnie zajmiecie się wyłudzeniami VAT oraz masowemu niepłaceniu CIT. 8 (osiem) lat Pan się do tego przygotowywał. I wymyślił Pan – regulację zmniejszającą limit obrotu gotówkowego z 15 tysięcy euro do 15 tysięcy złotych. Jest to znany postulat sektora bankowego i tylko dla niego korzystny. Wpływ fiskalny tej regulacji jest marginalny.
Czy te 50 miliardów, które przepada w karuzelach VAT, to jest wyłudzane gotówką? Czy te 46 miliardów niezapłaconego CIT dzieje się dlatego, że korporacje wywożą z Polski gotówkę awionetkami? Nie, te 100 miliardów wypływa jak najbardziej, tak jak Pan chce – przelewami bankowymi!
8 (osiem) lat się Pan przygotowywał do tego, żeby coś z tym zrobić i wymyślił Pan ograniczenie obrotu gotówką dla sektora MSP? To niby my wywozimy z Polski te 100 miliardów? Tak to mamy rozumieć.
Zaproponowana przez Pana regulacja pozwoli też bankom na rozszerzenie bazy klientów, których zmusza Pan do korzystania z ich „bożej roboty”. Niewątpliwie ta baza posłuży im do zaproponowania tym ludziom szeregu innowacyjnych produktów finansowych, takich jak opcje walutowe, polisolokaty, czy instrumenty finansowe pod przykrywką kredytu hipotecznego. Okraść kilkadziesiąt tysięcy ludzi z dorobku życia, którzy do tej pory się temu opierali, bo byli poza systemem, to nie jest byle co. Dadzą Panu jakiś medal „Najlepszego Ministra Finansów w Europie”, jak Rostowskiemu.
Doceniam i dawałem temu publiczny wyraz, że od objęcia przez Pana rządów na Świętokrzyskiej w naszym Biurze Interwencji nie mają co robić, bo ustał rządowy rekiet „5 lat wstecz z odsetkami bez zmiany prawa na podstawie zmiany interpretacji” i sprzeczne z prawem działania urzędników skarbowych. W zasadzie to było nasze główne żądanie.
Jednak po tym wczorajszym wybryku zaczynam obawiać się, że to być może jedynie krótka przerwa w ciągłości i wszystko zaraz wróci na swoje miejsce. Mimo Pana 8 (ośmiu) lat myślenia karuzele VAT nadal sobie hulają po Polsce niczym nie niepokojone, koncerny również niczym nie niepokojone nadal nie płacą sobie CIT – ale za to jest liczny polski sektor MSP… Kapicą zaczyna pachnieć, Panie Szałamacha.
Apeluję do Pana, żeby zostawił Pan nas w spokoju i zajął się tym, co obiecywaliście – VAT i CIT. Jeśli mimo 8 (ośmiu) lat myślenia – nadal Pan nie wie co zrobić – to Pan przyjdzie do nas. My wiemy i za darmo Panu chętnie powiemy.
Z poważaniem
Cezary Kaźmierczak

 
Biorąc pod uwagę, że kolejne mutacje projektu ustawy „marketowej” okazały się idiotyzmami, a pierwsza spowodowała nawet manifestację polskich kupców, redakcja pokazuje ministrowi żółtą kartkę. Nie jest to czerwona jedynie dlatego, że idiotyzmy te dadzą się odkręcić przy pomocy praktyków, którzy nie studiowali ekonomii wraz z Nikodemem Dyzmą czy niejakim Swetru.
Natomiast nie da się już, a przynajmniej w łatwy sposób, odkręcić idiotyzmu Witolda Waszczykowskiego, jakim było ściągnięcie do Polski na własne życzenie tzw. Komisji Weneckiej.
Staremu Niedźwiedziowi jeden rzut oka do wiki wystarczył, by się dowiedzieć, że ta organizacja składa się w znacznej mierze z byłych sędziów krajowych trybunałów konstytucyjnych i polityków na emeryturze, a jej pierwszą wiceprzewodniczącą jest haniebnej pamięci Hanna Suchocka. A cała ta instytucja, rodem z komedii dell’arte, jest  organem doradczym równie poważnego Hyde Parku o nazwie Rada Europy (nie mylić z unijną Radą Europejską, której z z łaski Makreli szefuje Chyży Rój). W tej radzie o demokracji bredzą nawet reprezentanci takich ostoi demokracji, jak Kazachstan czy
Rosja.
Poproszenie o opinię jakichś weneckich arlekinów miałoby sens, gdyby istniało prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że opinia ta będzie co najmniej neutralna. Ale podane tu informacje pozwalały bez trudu przewidzieć, że „życzliwość” niedojdy z byłej Mumii Wolności plus solidarność korporacyjna zadziałają na niekorzyść Polski. Ale dla Waszczykowskiego było to zbyt trudne. Więc mamy werdykt domagający się opublikowania wadliwej prawnie opinii Rzeplińskiego i jego kamratów. I to w Dzienniku Ustaw, a nie w jakimś „Pudelku”, specjalizującym się w plotkach z życia cwelebrytów.
A Rada Europy oczywiście poczuła krew i poszła za ciosem. Jakiś wenecki Pantalone poinformował, że Colombina, Arlekin i Dottore ponownie wybierają się do Polski, tym razem by zrecenzować ustawę „inwigilacyjną”.

Przy takiej "polityce zagranicznej" kolejne nieproszone recenzje mamy jak w banku. Na usta cisną się słowa grubsze od „tęczowego Ryśka” Kalisza. A retoryczne pytanie „co ten kutas narobił?” to najłagodniejsze z nich.
Gdy zupa była już rozlana, Napolion w jakimś wywiadzie wygęgał, że to wezwanie arlekinady było przedwczesne. Do tej pory nasza redakcja sądziła, że Geniuś Żoliborza jest  analfabetą jedynie w dziedzinie
ekonomii. Ale biorąc pod uwagę, że bez zgody pryncypała Waszczykowski może co najwyżej decydować o doborze krawata, wydało się, że o polityce zagranicznej Napolion też dreck wie. Sam jest nieusuwalny, ale po Waszczykowskim w MSZ smród nawet nie powinien pozostać. Ewidentna czerwona kartka plus dożywotnia dyskwalifikacja. No, może z wyjątkiem stanowiska konsula na wyspach Hula Gula.

Stary Niedźwiedź

środa, 9 marca 2016

Raz trafił frant na franta

W  czasach późnego Gierka kolega Starego Niedźwiedzia wybrał się na wakacje do Turcji samochodem, a ściślej rzecz biorąc Fiatem 125p, ciągnącym produkowaną wtedy w Polsce przyczepę kempingową N126. Przyczepy te były wówczas chętnie kupowane w Turcji, za cenę po przeliczeniu co najmniej dwa razy wyższą, niż koszt zakupu tejże w PRL. Jedynym problemem byli polscy celnicy, bezlitośnie wpisujący rzeczone przyczepy do deklaracji celnej i egzekwujący ich obecność podczas powrotu do Polski. Oczywiście na zasadzie „jak się da, to się da” sprzedający mógł spaść na cztery łapy, tym nie mniej powodowało to, że po uwzględnieniu tego kosztu, oraz wdzięczności dla sprzedawcy tak pożądanego towaru, czysty zysk na tym eksporcie indywidualnym spadał nawet do jakichś 50% kosztu zakupu w Polsce.
Kolega nie miał zamiaru jeździć po Turcji i cały urlop planował wraz z rodziną spędzić w jednej nadmorskiej miejscowości letniskowej. I już następnego dnia po rozbiciu się na kempingu, do kolegi przyszedł właściciel z pytaniem, czy przyczepa jest na sprzedaż. Kolega podał cenę, Turek pokręcił głową że to za drogo i zaproponował swoją. A gdy usłyszał, że przecież przy powrocie trzeba będzie czymś zatkać gębę celnikowi, roześmiał się od ucha do ucha i stwierdził że przecież to „no problem”. Bo do swojej ceny dokłada w pakiecie zaświadczenie z tureckiej policji, że przyczepa została skradziona. Strony doszły do porozumienia.
Historię tę przypominamy w kontekście rokowań UE – Turcja w kwestii „uchodźców”.
Redakcja na pewno nie należy do entuzjastów prezydenta Recepa Erdogana. Ale nie sposób nie zauważyć, że w odróżnieniu od szwabskiej szalonej krowy i jej pomagierów, jest politykiem potrafiącym do maksimum wykorzystać karty, którymi przyszło mu grać. I po mistrzowsku wykorzystuje swoją wielką szansę.
Turcja od jakichś czterdziestu lat puka do wrót Unii Europejskiej (dawniej EWG). I do chwili obecnej była traktowana per pedes i nieustannie poniżana. Najczęściej wyciągano „standardy demokratyczne” i problem Kurdów. Oczywiście szczerzy eurodemokraci na śmierć zapominali wtedy, że komunizująca Partia Pracujących Kurdystanu była finansowana przez ZSRR. Ale to przecież w oczach lewicy nie było niczym wstydliwym. Obecnie na terenie Turcji znalazło się kilka milionów „uchodźców”, przedostających się do Grecji, a docelowo do "raju willkommen”. Zatem nadszedł czas windykacji długu z odsetkami za zwłokę.
Jeszcze w zeszłym roku odbyły się rozmowy Erdogana z Junckerem i Tuskiem. Obydwaj uwierzyli, że w tym rejonie świata, poza rzecz jasna łaską Makreli, cokolwiek więcej sobą reprezentują i próbowali prezydenta Turcji potraktować z góry. Błyskawicznie zostali sprowadzeni do pionu a Juncker usłyszał, że osiemdziesięciomilionowy naród nie będzie tolerować gówniarstwa ze strony byłego premiera państewka mniej ludnego od wielu tureckich miast. Nie wiemy, co powiedział kon-Donkowi, ale możliwe jest, że sam widok metaforycznego kija wystarczył, by kundel zamilkł i podkulił ogon.
Do tej pory "wolne" euromerdia, a już zwłaszcza niemieckie, wypisujące to co im Makrela nakazała, utrzymywały że prawie domówione jest zamknięcie przez Turcję zasuwy na kolektorze dziczy w zamian za trzy miliardy €. Co oczywiście było kłamstwem, bowiem jeszcze w lecie ubiegłego roku Turcja mówiła o sześciu miliardach. Ale w ostatni poniedziałek Makrelę i spółkę spotkała arcyniemiła niespodzianka. Jak podaje europoseł Zbigniew Kuźmiuk:
http://wpolityce.pl/swiat/284307-turcja-licytowala-6-mld-euro-i-wizy-do-ue-juz-latem
obecny na szczycie premier Turcji Ahmet Davutoglu znacznie podbił stawkę. Na wymówki, że Turcja jeszcze w ubiegłym roku zobowiązała się zmniejszyć ten strumień, odpalił prosto w ślepia Makreli, że z obiecanych trzech miliardów do tej pory otrzymała dopiero kilkadziesiąt milionów. Widocznie Turcy mają powiedzenie podobne do polskiego „Jaka płaca, taka praca”. Obecnie turecka lista żądań wygląda następująco.
1.    Turcja ma otrzymać do końca roku 2018 sześć miliardów €.
2.    Do lata br. UE ma znieść obowiązek wizowy  dla obywateli Turcji.
3.    Negocjacje przedakcesyjne mają ulec znacznemu przyspieszeniu.
4.    Turcja zgadza się przyjmować z powrotem „uchodźców”, którzy nie uzyskali azylu w UE, ale na zasadzie jeden za jeden. Czyli za każdego „wycofanego” UE przyjmie kolejnego nowego.
Na to tureckie ultimatum jak mężczyzna zareagował oczywiście Viktor Orban. Bowiem po prostu zawetował taki pomysł.
http://wpolityce.pl/swiat/284288-orban-mowi-nie-przesiedlaniu-migrantow-z-turcji-do-ue-premier-wegier-zawetowal-plan-ankary?strona=1
Pani Szydło ograniczyła się do wciśnięcia do końcowego komunikatu klauzuli, że UE nie uchwali NOWYCH obowiązkowych limitów relokacji, co oczywiście zostało przedstawione jako wielki sukces. Czyli stare limity, mówiące o prawie dwustu tysiącach w skali Europy, są wporzo i spoko. Przed wyborami słyszeliśmy, że Polska nie przyjmie żadnych dzikusów. Ale to było przed wyborami.
Eurokratom pozostało się oblizać i udać, że Turcja poczęstowała ich rachatłukum, a nie  substancją, będącą produktem końcowym przetrawienia tego tureckiego smakołyku. Po zakończeniu szczytu Chyży Rój beznadziejną angielszczyzną wydukał baranim głosem z kartki, że „Dni nielegalnej imigracji do Europy dobiegły końca!”. Bardziej powściągliwy jest wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański, który w wywiadzie dla portalu „wPolityce”
http://wpolityce.pl/polityka/284328-nasz-wywiad-konrad-szymanski-o-kulisach-i-ustaleniach-szczytu-ue-turcja-jezeli-fali-migrantow-nie-uda-sie-powstrzymac-przy-tak-skrojonej-wspolpracy-z-turcja-to-znaczy-ze-w-ogole-nie-uda-sie-jej-pokonac
stwierdził jedynie:
 „Wolałbym powiedzieć, że mamy największą do tej pory szansę, by przy pomocy uzgodnień z Turcją, ale także ustaleń związanych z pomocą dla Grecji, zahamować falę migracyjną z Południa.” 
Zakładamy optymistycznie, że pan minister zdaje sobie sprawę z tego, że po zamknięciu szlaku bałkańskiego, ruszy na całego ukraiński. A tylko debil Swetru może nie wiedzieć, jaki kraj znajduje się między Niemcami a Ukrainą.
A wszystkim tym eurodupkom redakcja musi wyoślić tak zwaną oczywistą oczywistość.
Skoro obecnie na stambulskich bazarach paszport turecki kosztuje ok. 300 $, a ze wzrostem obrotów cena może jeszcze spaść, kto głównie będzie przybywał z Turcji do Europy w przypadku zniesienia wiz?  Większym realistą jest wspomniany już dr Kuźmiuk, który napisał:
„Wiosną ruszą także imigranci z krajów północnej Afryki, którzy przez Włochy i Maltę będą próbowali się dostać do najbardziej zamożnych krajów Europy Zachodniej, ruszą także imigranci z Afganistanu i Iraku. Strefa z Schengen będzie trzeszczeć w posadach, zachwieje się także cała UE, wybłagane przez unijnych przywódców porozumienie z Turcją, tylko na chwilę poprawi nastroje, katastrofa imigracyjna w UE zbliża się nieuchronnie. Turcja licytowała bardzo wysoko i uzyskała wszystko co chciała ale to porozumienie nie będzie raczej realizowane, bo przecież w budżecie UE nie ma 6 mld euro dla tego kraju, a zniesienie wiz już w czerwcu trudno nawet sobie wyobrazić.”
I kto by pomyślał że w odróżnieniu od II i III Rzeszy, które poległy dopiero w wojnach prowadzonych przeciwko niemal całemu światu, IV rozwali jedna chora na gąbczaste zwyrodnienie mózgu enerdowska krowa?
Czas szykować wojsko polskie do obrony granic, uczyć się od mądrzejszych, a Waszczykowskiego zatrudnić w MSZ na stanowisku portiera. Bo wygląda nobliwie i języki zna, choć w żadnym niczego z sensem do tej pory nie powiedział.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter

niedziela, 6 marca 2016

Dintojry w PPR z Gestapo w tle

Pod poprzednim wpisem pojawiła się ciota komunistka, próbująca współpracę z Gestapo niejakiego Huberta Jury ps. „Tom” rozciągnąć na ogół NSZ, a w domyśle na ogół Żołnierzy Wyklętych. Jako „żelazny dowód” podała namiar na blog jakiejś pańci mieszkającej w Niemczech, opisującej jak to jej dziadkowie, w czasach Generalnej Guberni mieszkający na polskiej wsi, znacznie bardziej bali się partyzantów, niż Niemców. Nie dziwi mnie, że pańcia ta osiedliła się w Niemczech. Ale ta zadyma zainspirowała mnie do napisania kilku słów o organizacji konspiracyjnej, dla której współpraca z Gestapo była jednym z głównych zadań, w latach 1942-43 wręcz najważniejszym. Oczywiście mam na myśli tak zwaną Polską Partię Robotniczą, czyli sowiecką organizację szpiegowsko-dywersyjną. Której nazwa składa się z trzech słów i zawiera tyleż kłamstw.
W grudniu 1941 niedaleko Warszawy, została zrzucona tzw. pierwsza grupa inicjatywna, w skład której wchodzili między innymi Marceli Nowotko, Pinkus Finder i Bolesław Mołojec. Po skomunikowaniu się z nielicznymi warszawskimi komunistami, w pierwszych dniach stycznia 1942 powołali oni do życia wspomniana już PPR. Jej szefem został Nowotko, zastępcą szefa Finder, zaś Mołojec, mający doświadczenia wojskowe z czasów wojny domowej w Hiszpanii, miał dowodzić Gwardią Ludową. W maju tegoż roku Sowieci zrzucili kolejną grupę, najbardziej znanymi osobami w niej byli Małgorzata Fornalska i Jan Krasicki.
Wszystko to działo się, gdy stosunki miedzy Stalinem a rządem Władysława Sikorskiego formalnie były jeszcze poprawne, a AK prowadziła działania dywersyjne przeciwko niemieckim transportom na front wschodni na terenach będących kresami wschodnimi II RP. W podzięce PPR dostała jako główne zadanie rozpracowywanie struktur AK i przekazywanie tych informacji Niemcom.
Marceli Nowotko wywiązywał się z tych zadań gorliwie, ale zdarzył mu się wypadek przy pracy. Utrzymując systematyczne kontakty z oficerem Gestapo, „nadał” mu drukarnię AK, podając nazwę ulicy i z grubsza określając jej położenie. Jego pech polegał na tym, że przy ulicy tej poza profesjonalnie zakonspirowaną drukarnią akowską, działała trochę na wariackich papierach również i komunistyczna, o czym Nowotko nie wiedział. Była zamaskowana bez porównania mniej staranie. I to właśnie na nią natrafiło Gestapo, zgarniając cały jej personel.
Wsypa ta obudziła czujność Bolesława Mołojca, który zdążył już ściągnąć z Francji swojego młodszego brata Zygmunta. Na własną rękę zaczął obserwować Nowotkę i rozpracował jego kontakty na tyle skutecznie, że mógł go pokazać bratu podczas kawiarnianej rozmowy z gestapowcem. 28 listopada umówił się z Nowotką na spotkanie popołudniową porą na ulicy na peryferiach Warszawy, podczas którego Zygmunt strzelił mu kilka razy w plecy, a starszy brat na wszelki wypadek poprawił od przodu. Swoim kamratom podał wersję, że zostali napadnięci przez grupę „reakcyjnego podziemia”, jemu udało się uciec, ale Nowotko zginął na miejscu. To samo kazał przekazać drogą radiową do Moskwy. Oczywiście sam ogłosił się nowym przewodniczącym PPR.
Ale młodszy Mołojec po pijanemu pochwalił się swojej kochance, że zastrzelił ważnego „prowokatora”, jak agentów policji zwykli nazywać komuniści jeszcze przed wojną. Wspomniana „Marysia” również nie potrafiła trzymać języka za zębami i wiadomość ta powędrowała dalej. Ponieważ na stanowisko wodza jak najbardziej reflektowali Finder i Gomułka, powołali dintojrę, w skład której poza nimi weszli  Małgorzata Fornalska i Franciszek Jóźwiak. Na braci Mołojców zapadł wyrok śmierci. Bolesława zastrzelił na warszawskiej Starówce 29 lub 31 grudnia wspomniany już młody ale bardzo utalentowany cyngiel Janek Krasicki, cieszący się zaufaniem Fornalskiej. Zygmunta wraz z kochanką wysłano w delegację do Kielc, gdzie podczas tęgiej popijawy zaufani ludzie Findera zastrzelili jego, oraz na wszelki wypadek „Marysię”. Sicher ist sicher. Data jego egzekucji jest trudna do ustalenia, trafiłem na sprzeczne informacje, podające zarówno iż zginął jeszcze przed starszym bratem, jak i że po nim.
Nowym szefem PPR został Pinkus Finder, zastępcą – Władysław Gomułka a dowódcą GL Franciszek Jóźwiak.
Finder kontynuował dyskretne przekazywanie Gestapo zdobytych informacji o Polskim Państwie Podziemnym. Ale jego osoba nie budziła entuzjazmu ani Gomułki, ani Jóźwiaka. Przyczyną tego oczywiście nie było to donoszenie Niemcom na „reakcyjne podziemie”. Po prostu obydwaj też mieli chrapkę na sekretarzowanie. I tak się jakoś dziwnie złożyło, że Gestapo dostało od jakichś „życzliwych” adres lokalu zamieszkiwanego przez Findera i Fornalską. Obydwoje zostali tam aresztowani 14 listopada 1943 a nowym sekretarzem PPR, już czwartym w ciągu niecałych dwóch lat, został Władysław Gomułka.
Findera i Fornalską rozstrzelano w ruinach getta dopiero 26 lipca 1944, poprzednio byli więzieni na Pawiaku. Nasuwa się pytanie, dlaczego wcześniej tego nie zrobiono, bądź nie wysłano ich do jakiegoś obozu koncentracyjnego.  Czyżby Gestapo miało nadzieję na użycie ich w jakiejś grze, a pomysł ten zarzuciło, gdy pospiesznie przygotowywało się do ewakuacji, bo wojska sowieckie podchodziły już do Wisły? Tego raczej nigdy się nie dowiemy.
Informacje użyte do napisania tego postu zaczerpnąłem z bardzo wielu źródeł. Czytelnikom mogę polecić artykuł pana Bohdana Urbankowskiego:
http://wpolityce.pl/polityka/150058-jedna-z-najbardziej-zbrodniczych-struktur-komunistycznej-wladzy-byla-instytucja-nieznanych-sprawcow-bohdan-urbankowski
podającego wiele faktów o tych dintojrach, stanowiących de facto gotowy scenariusz doskonałego filmu sensacyjnego. Na „Oscara” taki film liczyć nie mógłby, bo to nie byłaby „Gnida”, gloryfikująca Fajgę Mindlę, zwaną „Heleną Wolińską”, odrażającą stalinowską zbrodniarkę. Ale Polacy taki film, zatytułowany na przykład „Do czterech razy sztuka”, na pewno chętnie by obejrzeli.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 3 marca 2016

Major Leonard Zub-Zdanowicz

W miniony wtorek obchodziliśmy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Dlatego chcę powiedzieć kilka słów o postaci mniej znanej, a na pewno wartej przypomnienia. Jest nią Leonard Szczęsny Zub-Zdanowicz ps. „Ząb”, major kawalerii Wojska Polskiego i podpułkownik Narodowych Sił Zbrojnych.
Urodził się 6 listopada 1912 na Wołyniu, we wsi Popowce, położonej niedaleko Staro-Konstantynowa w rodzinie ziemiańskiej. Początkowo uczył się w domu, następnie w Gimnazjum Humanistycznym im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie, w którym w czerwcu 1930 zdał maturę. Następnie odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Po odbyciu praktyki w 1 Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie, 1 stycznia 1933 otrzymał awans na podporucznika rezerwy kawalerii.
Po ukończeniu podchorążówki rozpoczął studia na Wydziale Prawa KUL, które ukończył w roku 1935 jako magister prawa. Pracował w różnych instytucjach skarbowych Lubelszczyzny. We wrześniu 1938 został zmobilizowany. Po odbyciu kursu i zdaniu egzaminu, w końcu stycznia 1939 został powołany do służby czynnej w korpusie oficerów żandarmerii. W czasie kampanii wrześniowej walczył w rożnych jednostkach (29 Dywizja Piechoty, 13 Brygada Piechoty, 39 Dywizja Piechoty, Grupa „Chełm”). Po kapitulacji tej ostatniej 2 października, uniknął niewoli i przedostał się do swojej rodzinnej miejscowości. Za kampanię wrześniową został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari.
W grudniu 1939 wyruszył do Francji, do której dotarł szlakiem prze Węgry i Jugosławię w końcu stycznia 1940. W lutym jako ochotnik wstąpił do Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Uczestniczył w walkach pod Narvikiem, a po ewakuacji brygady do Francji, w działaniach bojowych pierwszej półbrygady w okolicach Rennes. Należał do tych szczęśliwców, którzy pod koniec czerwca 1940 zostali ewakuowani do Wielkiej Brytanii.
Po służbie w kilku jednostkach kadrowych i awansie na porucznika w lecie 1941 został przydzielony do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Na ochotnika zgłosił się na kurs „cichociemnych”. Ukończył go w kwietniu 1942, a w nocy z 1 na 2 września został zrzucony w okolicach Grójca. Z chwilą zrzutu został awansowany na rotmistrza.
Podczas lądowania rotmistrz Zub-Zdanowicz złamał nogę. W drugiej połowie września przerzucono go do Warszawy, gdyż jego stan zdrowia wymagał hospitalizacji. Po opuszczeniu szpitala w październiku został odkomenderowany do pracy w III poleskim odcinku organizacji dywersyjnej, wchodzącej w skład AK, działającej pod kryptonimem „Wachlarz”. W styczniu 1943 gestapo rozbiło struktury „Wachlarza” i Zub-Zdanowicz został formalnie odkomenderowany pod dowództwo komendanta Okręgu Brześć AK. Ponieważ był już całkowicie zdrowy, wystąpił z prośbą o przeniesienie do oddziału partyzanckiego. Prośbie tej odmówiono.
Z żołnierzami NSZ po raz pierwszy spotkał się na kwaterze, do której trafił po skoku i kontuzji. Już wtedy proponowano mu przejście do tej organizacji, ale wówczas odrzucił tę propozycję. W lutym 1943 ponownie skontaktowali się z nim wyżsi oficerowie NSZ, z grupy „Szańca”. Ponownie nie skorzystał z tej oferty, ciągle bowiem liczył na przydział bojowy. Ale AK proponowało mu jedynie organizację w Warszawie komórki kontrwywiadu. Okazało się, że do trzech razy sztuka. Kiedy skontaktował się z nim jego kolega z KUL, major Stanisław Żochowski („Bohdan”) i zaproponował utworzenie i objęcie dowództwa oddziału na Lubelszczyźnie, propozycja została przyjęta. Od czerwca 1943 Zub-Zdanowicz stał się żołnierzem NSZ, o swoim przejściu poinformował swojego przełożonego z AK.
Na decyzję tę, poza relatywnie jego niewielką aktywnością w AK, na pewno duży wpływ miały obserwacje z czasów „Wachlarza”. Zub-Zdanowicz nie miał już wątpliwości co do tego, że Polska ma dwóch wrogów: III Rzeszę i ZSRR. Było to jeszcze przed Teheranem, ale już po ujawnieniu zbrodni w Katyniu. Dlatego też, jego zdaniem, wszelkie działania dywersyjne na zapleczu frontu niemiecko-radzieckiego, de facto przyspieszające wejście Rosjan na teren Polski, były nieefektywnym marnowaniem sił i środków. A pomysł wyzwalania miast i występowania w roli gospodarzy witających w nich Armii Czerwoną – po prostu idiotyzmem.
W lipcu znalazł się w Lasach Janowskich, koordynując działania kilku oddziałów partyzanckich NSZ, w zatwierdzonej randze kapitana. Zastał tam specyficzną sytuację. W okolicy tej poza AK i BCh działały też grupy sowieckich spadochroniarzy, oddziały Gwardii Ludowej oraz gromady najzwyklejszych bandytów.
Granica między tymi ostatnimi a polsko czy rosyjskojęzycznymi oddziałami komunistycznymi była często niemożliwa do ustalenia. Klasycznym przykładem może być niejaki Grzegorz Korczyński, późniejszy generał broni Ludowego Wojska Polskiego, zbrodniarz stalinowski i dowodzący masakrą na Wybrzeżu w roku 1970. Swoją „karierę bojową” zaczynał na Lubelszczyźnie rabując Żydów, głównie kobiety i dzieci, którym udało się uciec z gett w Lublinie czy Świdniku. Gdy ofiary nie miały już się czym szmalcownikom opłacać, były mordowane, ich liczbę szacuje się na około setki. W roku 1971 został wykopany z Polski na ambasadora w Algierii, gdzie wedle oficjalnej wersji zatruł się śmiertelnie. Trucizna miała rzadko opisywaną w podręcznikach toksykologii postać kilku magazynków UZI, którymi Mosad nagrodził jego lubelską szmalcowniczą działalność.
Konflikt między NSZ a komunistami wybuchnął z całą siłą, gdy w połowie czerwca 1943 w Rzeczycy Książęcej sowiecki oddział partyzancki zamordował siedmiu żołnierzy NSZ. W tej sytuacji Zub-Zdanowicz postanowił nie dzielić dłużej włosa na czworo i dociekać, czy jacyś komuniści są polsko czy rosyjskojęzyczni. 9 sierpnia otoczył i wybił do nogi ponad dwudziestoosobowy odział GL niejakiego „Słowika”. Co komuniści nazwali potem „mordem pod Borowem”.
Najbardziej znaną akcją przeciwko Niemcom było kompletne rozbicie we współdziałaniu z AK pod wsią Ujście silnego oddziału żandarmerii niemieckiej. Dzięki temu oddział AK kapitana „Żegoty” zdobył więzienie w Biłgoraju, uwalniając przetrzymywanych tam ludzi. Na jesieni 1943 oddziały dowodzone przez rotmistrza „Zęba” liczyły około 400 żołnierzy i przekształciły się w 1 Pułk Legii Nadwiślańskiej Ziemi Lubelskiej NSZ. Gdy w marcu 1944 ogłoszona została „umowa scaleniowa”, oddająca NSZ pod dowództwo AK, początkowo podporządkował się jej. Ale wkrótce część kierownictwa NSZ, zwana „Grupą Szańca” (od tytułu wydawanego pisma) uznała to za błąd. I podjęła decyzję o łączeniu małych oddziałów w większe zgrupowania, których strategicznym celem miało być przebicie się do obszarów zajętych przez wojska amerykańskie i brytyjskie. W NSZ nastąpił zatem rozłam a Zub-Zdanowicz, ze swoimi wcześniejszymi doświadczeniami, nie miał wątpliwości, że jest to jedyne racjonalne rozwiązanie. Zatem jego oddziały przeszły Wisłę i weszły w skład 204 Pułku Piechoty NSZ Ziemi Kieleckiej, tworząc wraz z 202 Pułkiem Piechoty NSZ Ziemi Sandomierskiej Świętokrzyską Brygadę NSZ. Jej dowództwo objął major Antoni Szacki ps. „Bohun”, Leonard Zub-Zdanowicz został szefem sztabu brygady. Kierownictwo grupy Szańca, zwanej też NSZ-Związek Jaszczurczy (w odróżnieniu od tej części, która podporządkowała się Komendzie Głównej AK), przewidując dalszy rozwój wydarzeń, w połowie lipca, gdy rozpoczęła się sowiecka ofensywa, opuściła Warszawę i przeniosło się do Częstochowy oraz Krakowa.
W okresie od czerwca do grudnia Brygada Świętokrzyska walczyła zarówno z Niemcami, jak i komunistami czy sowieckimi grupami dywersyjnymi. Jesienią 1944 jej stan liczebny wynosił około 1200 żołnierzy.
Gdy 13 stycznie 1945 rozpoczęła się sowiecka ofensywa, brygada wyruszyła na Śląsk, z zamiarem przedostania się do zachodnich Czech, gdzie spodziewała się dotrzeć do linii amerykańskich. Już na początku tego marszu znalazła się w fatalnym położeniu strategicznym. Z tyłu napierały sowieckie czołgi, zaś z przodu napotkali silną linię niemieckich umocnień. Pułkownik Szacki wysłał do Niemców parlamentariusza i udało mu się uzyskać ich zgodę na zawieszenie broni, i co ważniejsze, zezwolenie na przekroczenie linii niemieckich i dalszy marsz w stronę Czech. Brygada wydostała się z matni.
Podczas pobytu w Czechach, dowództwo brygady umiejętnie stwarzało pozory współpracy z Niemcami. Ceną za przetrwanie było zrzucenie przez Niemców na terenie Polski kilkudziesięciu żołnierzy brygady, wyposażonych w broń i radiostacje. Nie podjęli oni działań, które można by uznać za bezdyskusyjną dywersję na korzyść III Rzeszy. Część dołączyła do polskiej konspiracji antykomunistycznej, niektórym udało się wrócić i dołączyć do brygady. 5 maja 1945 brygada wyzwoliła przygotowany już do wysadzenia w powietrze mały obóz koncentracyjny dla kobiet w Holiszowie, uwalniając około 700 więźniarek różnej narodowości. Wskazane przez nie największe kanalie z załogi SS zostały rozstrzelane. Na pamiątkę ocalone kobiety uszyły żołnierzom z obozowych pasiaków pamiątkowe serduszka. Pułkownik Szacki powiedział potem, że jest to najwyższe odznaczenie, jakie kiedykolwiek otrzymał.
Opublikowane na FB ze zbiorów pana Leszka Żebrowskiego

Następnego dnia brygada nawiązała łączność z amerykańską 3 armią. Jej dowódca George Patton, najwybitniejszy amerykański generał z czasów II Wojny Światowej, spotkał się z dowództwem brygady, jej żołnierzy uznał za oddziały alianckie, a przybyłym wkrótce oficerom sowieckim, domagającym się wydania „faszystów”, przez tłumacza po prostu kazał spie...lać. Po rozbrojeniu brygady dopilnował aby jej żołnierze nie zostali wydani Sowietom.
A co z bohaterem tego opowiadania?
Po rozbrojeniu brygady major Zub-Zdanowicz przez pewien czas służył w II Korpusie generała Władysława Andersa. W roku 1946 wyjechał do Wielkiej Brytanii, a w 1952 przeniósł się wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdzie przez wiele lat pracował jako inżynier w przemyśle mechanicznym. Zawsze był aktywny w organizacjach kombatanckich i polonijnych, uczestniczył w wielu akcjach pomocowych dla Polski.
Zmarł w 12 sierpnia 1982. Pochowany został na Cmentarzu Polskich Weteranów w „amerykańskiej Częstochowie” w Doylestown. W roku 2009 prezydent Lech Kaczyński odznaczył go pośmiertnie za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Stary Niedźwiedź