czwartek, 26 marca 2020

Z wirusem w tle

Szanownych Czytelników muszę przeprosić za długie milczenie. Bowiem zaprzątały mnie przygotowania do dłuższego zamknięcia się w domowych pieleszach. Ale poważne zapasy prowiantu już zgromadzone, to samo z  najpotrzebniejszymi lekami, chemią gospodarczą i żwirkiem dla kocurka, zatem mogę wznowić działalność.
Światła "stara" Unia, w którą polskie debile i Targowica wierzą, niczym najbardziej zabobonne dzikusy w jakieś "mzimu", zbłaźniła się ze szczętem. Cały ten zlewaczały chlew jako tako działa, gdy gospodarka funkcjonuje należycie a największymi problemami stojącymi przed jego kierownictwem są próby zmuszenia krajów z tej "nowej" do przyjęcia takich "wartości europejskich", jak niczym nie ograniczone aborcja i eutanazja, postawienie zboczeńców ponad heteroseksualnym plebsem czy zarżnięcie gospodarek  wymysłami gretynów. Ale gdy pojawi się realny a do tego poważny problem, mamy kompromitację na całego.
Szczególną bezczelnością popisał się premier Małej Brytanii, który jeszcze niedawno twierdził, że kto ma przeżyć, ten przeżyje, a kto ma umrzeć, niech zdycha. Bo to tylko naturalna selekcja, w gruncie rzeczy pożyteczna. Potem oczywiście się z tego wycofał, obawiając się nokautu w najbliższych wyborach. Ale za ten koncept należy mu się nagroda Tombakowego Kurwina (szkoda szlachetnego kruszcu nawet do pozłocenia statuetki gówna w muszce).
Bredzenie o "solidarności europejskiej" były dobre, gdy enerdowska świnia chciała wcisnąć innym krajom ciapatą dzicz. Ale gdy Makaroniarze i Hiszpanie, w dużym stopniu w skutek własnego matołectwa, padają jak muchy, tej solidarności ani widu, ani słychu. Więcej niż cały eurochlew dla Makaroniarzy zrobili Chińczycy, przysyłając lekarzy i sprzęt.
Rząd PiS sprawuje się znacznie lepiej, niż te starounijne. Złośliwi mogą powiedzieć, że nie jest to wielka sztuka, ale liczy się efekt. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby obecnie rządziła Targowica. Na pewno wystąpiłby błazen nie mający pojęcia o podatkach (sam to publicznie przyznał) i powiedziałby, że "piniędzy nie ma". Bo WSIoki, mafie i kumple rozkradli.
W sejmie uchwalono ze wszech miar słuszną zmianę regulaminu, umożliwiającą posłom zdalne głosowanie. Oczywiście POmiot legł Rejtanem i tę zmianę trzeba było przegłosować w dotychczasowym trybie. Ten sam POmiot analogiczny pomysł w europarlamencie poparł bez cienia zastrzeżeń. Ale  tam chodziło o zdrowie i życie przedstawicieli rasy panów. Gdyby któras kanalia była temu przeciwna, prowadzący z BND tak by w Brukseli walili po mordach, że i w Warszawie byłoby słychać. Co innego zdrowie polskich podludzi. O kolejnych łgarstwach KODawy w tej sprawie nie warto się rozpisywać. Pozostaje jedynie do rozstrzygnięcia problem, czy większy z niej matoł, czy łgarz.
Ale kolejnym niemiłym zaskoczeniem jest przyłączenie się do tego protestu Konfederatów. Wszystko wskazuje na to, że cała jedenastka zaraziła się kurwinowirusem, a przebieg choroby jest ciężki.
Czcigodny Refael podesłał mi ciekawy wpis z Pejs Zbuka (sam do wynalazku Cukerszwanca programowo nie zaglądam). Jego autorka proponuje, by PiS usłuchał błagań Totalnej Targowicy i przełożył wybory nawet o pięć lat. Tyle czasu powinno wystarczyć, by KODawa nauczyła się czytać, Zakosiniak-Kłamysz zdążył zmienić żonę na jeszcze nowszy i ładniejszy model a Bosak zrobił wreszcie choć licencjat na politologii, europeistyce lub jeszcze bardziej operetkowym wydziale jakiegoś uniwerku.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 5 marca 2020

Justytutki w akcji

TVP najsłuszniej w świecie uruchomiła serial "Kasta", przypominający co ciekawsze wyczyny fioletowych ludzików. Ale ostatnio miały miejsce "wyroki" przekraczające wszelkie granice elementarnej przyzwoitości.
Cham w czerwonych portkach swego czasu bełkotał o potrzebie stworzenia "komitetu wypierdolenia Kryśki w kosmos", a kontekst tego bluzgu jednoznacznie wskazywał, że miał on na myśli panią profesor Krystynę Pawłowicz. Ta ostatnia zareagowała na ten bluzg wytaczając gnojkowi proces. W pierwszej instancji "sąd" orzekł, że cham nie jest winien, tym nie mniej powinien wpłacić pewną kwotę na cel charytatywny. W budżecie Tombakowego Arbuza lub Ćwiartki Wszy, czy jak się te pralnie nazywają, nie jest to istotna pozycja. Sam fakt, że rzekomo niewinny ma zapłacić jest ewenementem prawniczym, który co zdolniejszy student prawa bez trudu rozniósłby na kopach.  Ale w drugiej instancji justytutka orzekła, że bluzg chama nie przekroczył dopuszczalnych norm krytyki.
Swego czasu niejaki Frasyniuk był legitymowany przez policjantów podczas blokowania trasy przemarszu legalnej manifestacji. Najpierw podał fałszywe nazwisko a potem czynnie znieważył funkcjonariuszy. Inna justytutka "orzekła", że jego fizyczna napaść na policjantów była "usprawiedliwiona".
A ostatnio gdański "sąd" w drugiej instancji wydał wyrok w sprawie niemieckiej nazistowskiej kurwy, która odgrażała się, że najchętniej pozabijałby wszystkich Polaków. Jedna z pracownic tej firmy nagrała wypowiedź neohitlerowca i zawiadomiła prokuraturę. W pierwszej instancji bydle zostało skazane na nieprzesadnie wysoką karę. Ale w drugiej szmata z fioletową lamówką orzekła, że neohitlerowiec ma za karę wpłacić dziesięć tysięcy złotych na fundację chama w czerwonych portkach. Ale pani która powiadomiła prokuraturę o przestępstwie i przedstawiła niezbity jego dowód, też dopuściła się przestępstwa naruszenia prywatności neohitlerowca. I za to została skazana na zapłacenie mu odszkodowania w wysokości również dziesięciu tysięcy złotych oraz jeszcze pięciu tysięcy kosztów sądowych. Zatem szkopskie łajno nie poniesie żadnej kary, zaś kobieta zawiadamiająca o dokonaniu przestępstwa ma łącznie wysupłać piętnaście tysięcy złotych.
Prezydent RP dysponuje prawem łaski, zatem może uratować tę panią. Tak jak i tysiące innych Polaków, niszczonych przez fioletowe szmaty. Jeśli tego zaniecha, nie będę w stanie zagłosować na niego w niedalekich wyborach.
Co się tyczy idiotki nie potrafiącej bez promptera wygęgać trzech słów z cieniem sensu, tęczowego gumofilca czy czerwonej cioty, ich obrona fioletowej szajki i bredzenie o zagrożonej praworządności to znane od dawna zaklinanie rzeczywistości przez tę nowa Targowicę. Tak samo niczym mnie nie zaskoczyło gówno w muszce, w telewizyjnych gadających głowach bełkoczące, że nie podlegające jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli sądy na pewno same się oczyszczą. W końcu nie po raz pierwszy i nie po raz tysięczny wyszedł na takiego samego debila/antypolską kanalię (niepotrzebne skreślić), jak pewien stary pierdoła, bełkoczący te same brednie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Ale zdumiał mnie Krzysztof Bosak, który przed podpisaniem przez prezydenta ustawy temperującej choć trochę fioletowa szajkę, apelował do Andrzeja Dudy, by tego nie robił. Bo rzekomo niczego to nie poprawi, a tylko zaogni konflikt.
Do tej pory uważałem pana Bosaka za inteligentnego człowieka. Rozumiem też, że bardzo nie lubi on PiS, do czego oczywiście ma święte prawo. Ale na los rodaków nie wolno mu bimbać. Bo już  za ten wybryk muszę ze smutkiem stwierdzić, że taki z niego narodowiec, jak z Krzysztofa Bęgowskiego (ksywa "Anna Grodzka") matka przeorysza. I jeszcze jeden taki wyskok, choćby pośrednio broniący justytutek, a będę musiał gruntownie zrewidować swoja opinie o nim. I zastanowić się, czy można dalej traktować serio trzydziestoośmiolatka, który nie zhańbił się ukończeniem jakichkolwiek studiów, nawet licencjackich na jakimś kabaretowym wydziale. A sądząc z życiorysu  i deklaracji majątkowej, uczciwe zarabianie na chleb też jest mu obce.

Stary Niedźwiedź

środa, 19 lutego 2020

Pomysłowy Dobromir: Maria Antonina czy kret w szeregach Kompromitatów?

Nie ukrywam, że początkowo odnosiłem się do Konfederatów ze sporą dozą sympatii. Łajno w muszce na służbie Putasa czy domorosły Savonarola od batożenia dewiantów i koronacji Zbawiciela na króla Polski wywoływali u mnie odruch wymiotny samym swoim widokiem, że nie wspomnę o głoszonych przez nich bredniach. Tym nie mniej pozostałą dziewiątkę z ich koła poselskiego uważałem za ludzi rozsądnych. Czemu dałem wyraz we wpisie o ich wyborach kandydata na prezydenta. Choć nie ukrywam, że zarówno brak wyższych studiów, jak i humorystyczne dochody pana Krzysztofa Bosaka w jego deklaracji majątkowej (czyżby jeszcze jeden stary koń na garnuszku rodziców?) na pewno nie były jego plusami.
Ale w miarę upływu czasu zarówno jego wypowiedzi, jak i złote myśli posłów z tego koła spowodowały, że moja sympatia topniała w oczach.
Wszystkich ich głupot nie chce mi się w sieci tropić, zatem ograniczę się do trzech, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Najpierw sam Bosak stwierdził, że podpisanie przez prezydenta Dudę ustawy dyscyplinującej szajkę fioletowych ludzików niczego nie rozwiąże, a tylko zaogni sytuację. Jeśli nie widzi on palącej konieczności przecięcia tego wrzodu i usunięcia z ferajny takich warchołów jak Juszczyszyn czy Stuleya, to serdecznie dziękuję za takiego prezydenta. A kandydatowi radzę wziąć rozbrat z polityką i skończyć jednak jakiś choćby niepoważny uniwersytecki fakultet, póki ma zapewniony wikt i opierunek.
Potem ruska onuca popisała się stwierdzeniem, że gdyby podczas wyborów prezydenckich w roku 2015 można było przewidzieć, że w nieodległych jesiennych wyborach parlamentarnych PiS zdobędzie samodzielną większość w sejmie, to należało wtedy stanąć na głowie, by doprowadzić do reelekcji chrabiego Bula. Ta rzygowina ani trochę mnie nie zdziwiła, ale gdy zaczął jej bronić pan Dziambor, moje zaskoczenie nie miało granic. Bo jeśli nie przeszkadzał mu cham skaczący po krzesłach w japońskim parlamencie i zwalający zadek w fotel, gdy jego goście w randze głów państw jeszcze stali, to moja sympatia dla pana Artura spadła do zera.
I w końcu pomysłowy Dobromir. Podczas gadających głów w Polsracie posłanka lewizny chcąc zasugerować, że bronią oni ludzi słabych i ubogich, wspomniała o niewątpliwie realnie istniejącym problemie "wykluczenia transportowego" osób mieszkających w małych miejscowościach, a już zwłaszcza wsiach. Problem ten znam doskonale ze swojej mazurskiej letniej stolicy. Gdy w niej przebywam i planuję wyjazd na zakupy do jednego z dwóch pobliskich miast powiatowych, zawsze pytam zaprzyjaźnionych tubylców, czy nie mają chęci pojechać ze mną lub czy im czegoś nie kupić.
Posłance tej wpadł w słowo pomysłowy Dobromir, stwierdzając:
-Niech ludzie po prostu kupują samochody.

A gdy doszedł do głosu, rozwinął ten genialny pomysł:
-Ludzie jakoś dojeżdżają. W ten sposób natomiast znowu marnujemy pieniądze na państwowe autobusy, które będą nieefektywne, zamiast dać ludziom zarobić na to, żeby ci, którzy nie mają samochodów, też woleliby mieć samochód.

Debilowi należy wytłumaczyć, że we wsiach ludzie pracujący i jako tako zarabiający, jeżdżą "używkami". Ale starsi z problemami ze słuchem, wzrokiem i refleksem, na pewno nie zdali by egzaminu na prawo jazdy. A gdyby jakimś cudem je zdobyli a święty Mikołaj sprezentował im auto, na drodze stanowiliby zagrożenie dla siebie i innych. I żadne ruchy podatkowe w tej grupie wiekowej niczego by nie zmieniły.
Gdy we Francji zaczęły się  rozruchy, nazwane potem Wielką Rewolucją Francuską, królowa Maria Antonina zainteresowała się ich przyczyną. A po usłyszeniu, że protestującym brakuje chleba, popisała się złotą myślą:
-Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka!

Sprawdziłem w sieci, że Dobromir Sośnierz należał do chyba wszystkich wylinek łajna w muszce. Zatem nie widzę dla niego lekarstwa, bo tak zaawansowane stadium mikkizmu-kurwinizmu jest nieuleczalne niczym AIDS.
Jeden z moich przyjaciół, gorący zwolennik Konfederatów, snuł marzenia o udziale pana Bosaka w drugiej rundzie wyborów. Moim zdaniem koledzy nastrzelali mu tyle samobójów, że zajęcie piątego miejsca, czyli wyprzedzenie choćby jednej osoby z tercetu tęczowy gumofilc, żałosna ciota plus WSIowa wydmuszka byłoby wielkim sukcesem. A przy takiej strategii przyszłość Konfederatów w parlamencie widzę w czarnych barwach.
Ludzie w Polsce bywają złośliwi i lubią przekręcać nazwy partii politycznych. Ruch Podtarcia Palikmiota czy .Nowodebilna najlepszymi przykładami. Zatem nie zdziwię się, jeśli to koło poselskie ludzie nazwą Kompromitacją.

Stary Niedźwiedź

piątek, 14 lutego 2020

W co gra Swetrzasty?

W rozmowach z moimi prawicowymi przyjaciółmi nie raz pojawiało się pytanie, czy towarzysz Swetrzasty zgłupiał, forsując na kandydata lewizny w wyborach prezydenckich tę głupią, bezczelną, megalomańską i załganą do szpiku kości ciotę.
Na ogół rozmówcy szli po
linii najmniejszego oporu i przyczynę tej decyzji widzieli właśnie w zaćmieniu umysłu wodza lewizny. Podnosząc argument, że chujwejbin Zandberg uzyskałby lepszy wynik, bowiem starsze komuchy do trockistowskich czy maoistowskich pomysłów wielkiej urazy na pewno nie żywią, zaś zboczeńcami zawsze gardzili (vide sławetna esbecka operacja "Hiacynt"). A do tego rzeczony Zandberg jest znacznie inteligentniejszy od nabzdyczonego pedała i w dyskusjach kandydatów podczas kampanii wyborczej poradziłby sobie na pewno lepiej.
Wszystko to prawda, ale moim zdaniem zapomnieli oni o fundamentalnej kwestii. Odnośnie braku elementarnych zasad moralnych czy co chwilę wyłażącej z eurosocjalistycznych bucików słomy komunistycznego chamstwa, rzecz jasna mają rację. Ale towarzysz (najcięższa ze znanych mi obelg) Swetrzasty na pewno nie jest głupcem.
W co zatem on gra?
Wie on doskonale, że wybory te będą klęską nieustannie kłamiącego i bezczelnie donoszącego na Polskę w euroburdelowym parlamencie głąba. Ale ten wynik nie ma znaczenia. Dla kręcących eurochlewem liczy się to, że w ten sposób Swetrzasty udowadnia, że już do końca przechrzcił się na eurosocjalizm. Bowiem jego partia w wyborach wystawiła wręcz eurosocjalistyczny ideał. Bo i lewak, i talib gender, i zboczeniec, i do tego jeszcze gretyn. Kudy do takiej nieomal doskonałości niejakiej KODawie?
A ponieważ z obalenia wstrętnego PiS przez volksdeutschów z Przestępczości Organizowanej dreck wyszło, oficerowie Bundesnachrichtendienstu mogą stracić cierpliwość i zainwestować w inną agenturę. A czym jak czym, ale obcą agenturą zarówno stare komuchy i ich spadkobiercy potrafią być  w stopniu wręcz doskonałym. W końcu zaczęli robić to z powodzeniem ponad sto lat  temu.
I o to moim zdaniem w tej jedynie z pozoru dziwacznej decyzji chodzi.

Stary Niedźwiedź

poniedziałek, 3 lutego 2020

Pierwszy ogłupiacz III RP


Wszyscy zdolni do samodzielnego myślenia ludzie wiedzą, że w konkurencjach sportowych takich jak  śmierdzący leń czy nienawidzący Polski volksdeutsch, tak zwany Chyży Rój nie ma wśród polskich politykierów (nie nazwę ich politykami, tak jak i muzykantów nie nazywa się muzykami) żadnego liczącego się konkurenta. Natomiast nie wszyscy zwracają uwagę na to, że jest on wirtuozem w grze na ludzkiej głupocie. Bowiem nikt z jego szalikowców nie zauważa faktu, że jest to po prostu wyrób stalinopodobny.
Gdy gdańscy "leberałowie" (czyli tłumacząc na polski - złodzieje zuchwali)  ponieśli klęskę w wyborach 2003, połączyli się z Mumią Demokratyczną, w wyniku czego urodziła się tak zwana Unia Wolnoszcząca.   Ale stary gangster Benek Lewartow przy pierwszej nadarzającej się okazji w wyborach do władz takowej wyciął gojów nieomal w pień. Gdańskim złodziejaszkom dostały się żałosne ochłapy i wydawało się, że Chyży Rój jest już skończony. Po wygranych przez AWS wyborach w 1997 i zawiązaniu koalicji z wolnoszczącymi, dostała mu się fucha w postaci wicemarszałkowstwa senatu. Na której to posadzie mógł się obijać do woli  i podczas prowadzenia posiedzenia puszczać sobie na monitorze meczyki.
Gdy z AWS, Unii Wolnoszczącej i nierządu łoBuzka zaczęły sypać się trociny i było już oczywiste, że wybory w 2001 przerżną oni z hukiem, na rozkaz generała Czempińskiego TW Must czyli niejaki Andrzej Olechowski utworzył dla nich szalupę ratunkową w postaci Platformy Obywatelskiej. Początkowo miało nią kierować trzech tenorów, czyli Must, marszałek sejmu Płażyński i właśnie podający się za Kaszuba szkopski agent. Początkowo służący Stasi jako TW Oskar, a po zjednoczeniu Niemiec przejęty przez BND.
I tu magister historii rozwinął skrzydła, przypominając sobie, co robił Stalin w latach 20 i 30 ubiegłego stulecia. Doszedł do skądinąd słusznego wniosku, że aby zasłużyć się swojej prawdziwej ojczyźnie i dojść do zaszczytów na niemiecką skalę, musi dostatecznie zdemolować Polskę jako jej gauleiter. A z kolei zdobycie tego stanowiska i uzyskanie możliwości działań sabotażowych,  wymaga zdobycia władzy absolutnej w PO i wygranie przez nią wyborów, rzecz jasna z pomocą niemieckich i żydowskich medialnych szczekaczek. Co te pierwsze na pewno zrobią na rozkaz z urzędu kanclerskiego, zaś drugie z czystej nienawiści do wszystkiego, co polskie.
Zaczął zgodnie z algorytmem pierwowzoru. Przy pomocy inteligentnego cynika bez cienia skrupułów, czyli Jasia Marysi, zagryzł swojego dobroczyńcę Musta oraz Macieja Płażyńskiego. Czyli ostał się już tylko jeden tenor.
Potem przyszła kolej na panią profesor Zytę Gilowską. Osobę przyzwoitą bardzo inteligentną i kompetentna ekonomistkę. Czyli mającą się reprezentowanym przez siebie poziomem do tego volksdeutscha jak Himalaje do holenderskich depresji.
Jasio Marysia zrobił swoje, więc nadszedł czas na kpnięcie go w tyłek. Nastał czas bandziora od politycznej mokrej roboty, czyli niejakiego Shityny.
Shityna zaczął tworzyć swoją frakcję i gromadzić wokół siebie wiernych sobie ludzi? No to z zajmowanych uprzednio stanowisk wicepremiera szefującego administracji i MSW czy marszałka sejmu spadł do poziomu praktycznie szeregowego posła. Stary bandzior był na tyle sprytny, by znosić publiczne upokorzenia i czekać na swój dzień.
I w ten sposób poza kieszonkowym Stalinkiem w strukturach kierowniczych POmiotu zostały już same zera, pokroju Budki, Gneumanna, Rafała Gówiennego, tego któremu się moniaki wściekły, bo Polska nie kupiła francuskiego gówna czy Ewci Peron, zwanej też Ewcia Kłamacz lub Koparą na metr głęboko. A bandzior tkwił w zamrażarce. Mięso armatnie też było równie głupie. Przed wyborami prezydenckimi 2010 przechwalało się, jaka to ich szajka jest demokratyczna. Bowiem plebs wybiera swojego kandydata między chrabią Bulem i Zdradkiem Apfelbaumem. A gdy ktoś złośliwie ich pytał, skąd ci dwaj kandydaci się wzięli, matoły odpowiadały, że przecież WYZNACZYŁ ich Donald.
Vaterland docenił zasługi w niszczeniu wszystkiego, co polskie lub wyprzedaży takowego Szkopom za psi pieniądz. Jaśnie pani załatwiła mu w Brukseli fotel do napowietrzania. Trochę się musiała wysilić, by przepchnąć kolanem głąba udającego, że mówi po angielsku przy pomocy zwrotów typu "Czy massa rozumieć, o co moja chodzić?". Czyli nareszcie volksdeutsch i agent niemieckich służb specjalnych osiągnął cel życiowy. Faktem, że pozostawił po sobie w Polsce spaloną ziemię, mało się przejmował. A uciekając z tonącej łajby, kapitanem mianował największą za znanych sobie idiotek. Nie było to dla niego priorytetem, ale miał nadzieję, że w ten sposób zachowa też kontrolę nad swoimi polskimi ciurami. Ale nie docenił debilizmu Ewci Peron.
Jednym z jej pierwszych posunięć było rozmrożenie Shityny. A ten błyskawicznie przejął rządy w gangu. Na plus mozna mu zapisać jedynie to, że ma jakiś cień bandyckiego honoru. Bowiem swojej wybawicielki nie zniszczył, jak by to na pewno zrobił Chyży Rój. Lecz dał jej dla pozoru jakieś niezbyt podrzędne stanowisko w kierownictwie bandy, a następnie wysłał na euro(p)oślicę do euroburdelowego parlamentu w celu uzyskania dobrej emerytury.
Ale jako nowy don ponosił porażkę za porażka. Wybory samorządowe ewidentnie przegrał, a w zmontowanej przed eurowyborami koalicji wszelakiej swołoczy jego szajce przypadło mniej mandatów, niż POmiot uzyskał w poprzednich wyborach. Za to pracowicie odkopał z grobu stary czerstwy komuszy syf i powyciągał z tych zombie kołki osinowe. W rezultacie te upiory wróciły do gry a stary polityczny gangster Swetrzasty kopnął go w cztery litery. Bowiem po połączeniu z trockistowskimi chujwejbinami, gretynami i zboczeńcami zmartwychwstała lewizna pewnie weszła do sejmu w ubiegłorocznych wyborach.
Nawet tacy idioci, jak obecne kierownictwo POmiotu, zrozumiało wreszcie, że z takim hersztem szajka skazana jest na pożarcie. I nowym donem został niejaki Budka. Którego wypowiedzi na temat prawa konstytucyjnego dobitnie sugerują, że jego dyplom radcy prawnego pochodzi z rynku wtórnego.
Ukoronowaniem jest ich kandydatka na prezydenta. Jej analfabetyzm w zakresie polityki międzynarodowej i prerogatyw prezydenta RP świadczy o tym, że jej IQ jest mniejsze od numeru noszonego przez nią obuwia.
Ale nawet hasło "wszyscy w drugiej turze za Małgośką" nie przyniesie jej zwycięstwa, jeśli Geniuś Żoliborza do czasu tej dogrywki nie odwali jakiegoś nowego idiotyzmu ekonomicznego, lub nie podwinie ogona i nie skapituluje przed justytutkami i TSUjami złamanymi. Bo to jedyna szansa Targowicy na zwycięstwo.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 28 stycznia 2020

List do Antysocjala

 Drodzy Czytelnicy

Jako belfer akademicki a obecnie emeryt, przez całe życie unikałem jakiejkolwiek działalności biznesowej niczym diabeł święconej wody czy Chyży Rój zaprzestania choć na chwilę szkodzenia Polsce.  Wszystkim którzy namawiali mnie, bym na przykład założył firmę uczącą programowania odpowiadałem, że jeśli nadal chcą pozostać moimi przyjaciółmi czy znajomymi, niech nigdy nie ponawiają takich rad. Bowiem wszelkie podstawy prawne i przepisy podatkowe brzmiały dla mnie niczym nieśmiertelny szmonces, zaczynający się od słów "Friedman ma weksel Szapira z żyrem Glassa".
Ale wczoraj na pocztę bloga przyszedł list od Czytelnika, pragnącego zachować anonimowość z obawy o własne bezpieczeństwo. Jest on bardziej niż ciekawy, zatem na prośbę autora zamieszczam go na Antysocjalu.

Stary Niedźwiedź


Szanowni Redaktorzy i Czytelnicy Antysocjala

Jestem przedstawicielem małego biznesu. Blog ten kiedyś czytywałem regularnie, obecnie sporadycznie. Praca od świtu do nocy i czas poświęcany bliskim kosztem snu nie pozostawiają już miejsca na grzebanie w sieci. Ale nie mogę milczeć i muszę wyjaśnić kilka spraw, dla wielu czytelników dziwnych lub wręcz niepojętych.
Dwie główne liczące się na politycznym rynku partie mają strukturę czysto wodzowską. W przypadku PiS carem i bogiem jest Kaczafi, który o gospodarce wie tyle, co świnia o budowie atomu. Do tego, jak to kiedyś napisał Stary Niedźwiedź, ma refleks szachisty korespondencyjnego i ze swoich rażących błędów wyciąga wnioski z kilkuletnim poślizgiem (choćby miliardy przesrane na UPAinie).
Kaczafi ubzdurał sobie, że im więcej zrobi efekciarskich aportów socjalnych, tym większy sukces odniesie jego sekta w kolejnych wyborach. Początkowo to jako tako działało, ale ci, których głosy mógł w ten sposób kupić, już dawno zostali kupieni. I to źródełko nowych zwolenników jest już suche jak pieprz. Ostatnie wybory parlamentarne musiały być dla niego szokiem. Bo zapewne roiła się w jego łbie większość konstytucyjna. A okazało się, że senat przepieprzył w kompromitującym stylu, jego kandydaci przegrywali nawet z takimi zerami, jak "Misiek" Kamiński.  Zaś w sejmie z najwyższym trudem utrzymał większość bezwzględną (zdolność koalicyjna PiS jest nawet nie zerowa, lecz wręcz ujemna). I dlatego przez kilkanaście dni po wyborach prezio i jego dworacy zachowywali się jak narkoman naćpany w cztery dupy. A teraz nadchodzą wybory prezydenckie, czyli być albo nie być czystych socjalistów udających prawicę, na co w polskim politycznym domu wariatów wciąż jeszcze wielu ludzi daje się nabrać.
Aby znaleźć źródło finansowania swoich aportów, Kaczafi przepchnął ustawy, dające skarbówce uprawnienia niewiele mniejsze od tych, które miał UB za Bieruta. Miały to być narzędzia do walki z karuzelami VAT, ale obecnie biją mocno w zwykły mały i średni biznes. Bo temu wielkiemu włos z głowy nie spadnie, jako że oprócz Jojne Danielsa, którego Stary Niedźwiedź ironicznie nazwał rabinem prowadzącym Kaczafiego i Morawieckiego, mają oni i bankstera prowadzącego w osobie tajemniczego Tadeusza Kościńskiego. Który przy Morawieckim już ze dwadzieścia lat pełnił rolę Krzepickiego, a teraz wynurzył się z cienia i chyba już jest drugim Wachowskim. Zatem "frankowicze" niech zapomną o kłamliwych obietnicach prezydenta Dudy. Węgrów nabitych we franka uratował Viktor Orban, ale on jest facetem mającym jaja w spodniach. A Kaczafi ma je co najwyżej w lodówce.
Stary Niedźwiedź kilka razy tłumaczył, czym jest krzywa Laffera. Ilustrująca fakt, że zwiększanie stopy podatkowej powyżej pewnej wartość granicznej powoduje spadek a nie wzrost wpływów do budżetu z tytułu podatków. Bowiem jest to zachęta do ucieczki w szarą czy wręcz czarną strefę. Ten sam efekt dotyczy i płacy minimalnej. Jej arbitralne i dowolne podnoszenie na tyle zwiększa koszty pracy, że właściciel firmy musi się bronić i pracowników formalnie zatrudniać w niepełnym wymiarze lub na umowę-zlecenie. A nadwyżkę za faktycznie przepracowany czas płacić im pod stołem. Ale jest to za trudne dla głąba, który nie wie, że przychody firmy nie rosną dowolnie tak, jak to sobie tylko zażyczy jej właściciel, by móc sprostać wymaganiom wyrobu piłsudskopodobnego.
Dodajmy do tego rozpasaną skarbówkę, która może bez żadnego uzasadnienia zablokować firmie konto, czy zwalić jej na głowę super upierdliwą kontrolę, która praktycznie sparaliżuje jej działalność i doprowadzi do upadku. 

PiSiaki wylewali swego czasu krokodyle łzy nad losem pana Romana Kluski i jego Optimusa. A obecnie takich drobnych Klusków są w Polsce tysiące. 
Tak samo za czasu ryżego volksdeutscha media wspierające Kaczafiego podniosły krzyk w sprawie piekarza, który niesprzedane pieczywo rozdawał ubogim a skarbówka zniszczyła go każąc zapłacić VAT od tego pieczywa za kilka lat wstecz. Czy zrobiono coś w tej sprawie? Oczywiście nic. Bo właściciel spożywczaka, który podarowałby Caritasowi czy bidulowi żywność na kilka dni przed upływem terminu jej przydatności do spożycia, też musiałby zapłacić od niej VAT.  
Po dokonaniu rocznego bilansu VAT stwierdziłem, że należy mi się zwrot kilku tysięcy. Oczywiście mowy nie ma o tym, żeby urząd sam z siebie przelał pieniądze na moje konto, co w praworządnym kraju byłoby jego obowiązkiem. O zwrot taki trzeba wystąpić. Ale gdy chciałem to zrobić, księgowa krzyknęła, bym się nie ważył tak postąpić. Bo praktyka (nie mylić z łgarstwami Morawieckiego o państwie przyjaznym biznesowi) jest taka, że zwrot wprawdzie nastąpi, ale za aż taką bezczelność na pewno spadnie mi na łeb kontrola tak drobiazgowa, że praktycznie sparaliżuje to działalność mojej firmy. I po kilku miesiącach splajtuję.
Kim zatem jest reżim Kaczafiego i jego skarbowe psy gończe? Z mojego punktu widzenia złodziejami zuchwałymi.
Głąby robiące za nadwornych pisowskich "analityków" pojąć nie mogą, dlaczego mimo ujawniania kolejnych afer i żelaznych dowodów w postaci nagrań, poparcie dla takiego zera jak Kidawa stabilnie stoi w okolicy 25% i nie ma zamiaru spaść. Co praktycznie gwarantuje jej udział w drugiej turze. Ci mędrcy oczywiście zwalają wszystko na lemingi i niemiecko - żydowskie media. Ale są zbyt głupi, by zauważyć liczną grupę drobnych przedsiębiorców i co bardziej rozgarniętych ich pracowników. Czyli takich jak ja, moi znajomi i zatrudniani przez nas ludzie. Ci ostatni wiedzą, że jeśli firma padnie, to zostaną bez pracy a wtedy Dziennikiem Ustaw z dowolnie wysoką płacą minimalną będą mogli tylko się podetrzeć.
My doskonale wiemy, że Kidawa jest głupsza od własnej dupy, bez promptera nie istnieje, a za granicą będzie robić obciachy nie gorsze, niż chrabia Bul. Ale za to wiadomo, że z automatu będzie wetować wszystkie ustawy PiS, na zasadzie, że nie bo nie. Czyli uniemożliwi Kaczafiemu dalsze niszczenie takich, jak ja i moi pracownicy.
My chcemy po prostu móc żyć i utrzymać rodziny z naszej pracy. Więc niech ta głupia baba nawet publicznie wysika się na ulicy w Brukseli czy w Paryżu. Ja mam to w dupie. I dlatego na pewno nie zagłosuję na Dudę. Bo nie jestem  takim idiotą, jak komuniści w Sowietach z końca lat trzydziestych, którzy nawet idąc na rozstrzelanie, wciąż wrzeszczeli "niech żyje towarzysz Stalin".

wtorek, 21 stycznia 2020

Trochę głupio i podle, a trochę śmiesznie

W miniony weekend dwa reprezentowane w parlamencie ugrupowania polityczne wyłoniły swoich kandydatów na urząd prezydenta RP.
Zbieranina czerstwych komuchów, zboczeńców, skrajnie lewackich chujwejbinów i ekoterrorystów zdecydowała się na pierwszego pedała III RP. Tow. Swetrzasty miał powiedzieć (tak przynajmniej podaje nadworny portal PiS), że Biedronia będzie codziennie popychał. Narzucało się pytanie, jak tę deklarację odbiorą niejaki Śmiszek oraz robiąca za niedorzeczniczkę tej hałastry niejaka Anna Maria Żukowska.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Ta ostatnia dała wyraz swojej frustracji publikując po śmierci pana Grzegorza Jędrejka, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, chamski komentarz. Stwierdziła w nim, że widocznie działa "klątwa dublera" (tak Targowica nazywa sędziów TK, nie będących ich lokajami). No cóż, wzgardzona kobieta jest bardziej niebezpieczna od kobry, a Swetrzasty ma taką Izabel, na jaką zasłużył.
Natomiast w Konfederacji odbył się ostatni event ich wewnętrznej kampanii wyborczej. Czyli głosowanie elektorów, wyłonionych w eliminacjach okręgowych. Przed tym głosowaniem liczyła się tylko trójka w składzie pan Bosak, Braun i pan Dziambor (kolejność według liczby pozyskanych elektorów). Bowiem gówno w muszce, jego wierny uczeń, czyli młody cham Berkowicz (to ten, który podczas przemówienia pani poseł Krupki trzymał nad jej głową kipę), pan mecenas Wilk oraz pani, której nazwiska nie chce mi się guglować, mieli tylko po garstce swoich ludzi. Regulamin przewidywał, że w przypadku nieuzyskania przez żadnego kandydata większości bezwzględnej, ten z najmniejszą liczbą głosów odpada. A głosowania będą powtarzane aż do rozgrywki finałowej, z udziałem już tylko dwóch kandydatur.
Gdy na placu boju pozostała jedynie wymieniona trójka potentatów, galaktyczny specjalista od teorii gier i międzyplanetarny strateg nakazał swoim wolnorynkowcom głosować na domorosłego Savonarolę (debil też chce koronować Zbawiciela, tyle tylko, że na króla Polski, a nie Florencji), a nie na swojego kandydata, czyli pana Dziambora. Bo ubzdurał sobie, że ów błazen jest bardziej wolnorynkowy od pana Bosaka. Część elektorów obecnej efemerycznej wylinki gówna w muszce (też nie chce mi się guglować jej nazwy) posłuchała guru sekty i pan Dziambor w półfinale odpadł.
I tu okazało się, że w tym gronie jest kilku ludzi na poziomie i do tego wiedzących, że gdy nie wiadomo jak się zachować, należy po prostu postąpić przyzwoicie. Panowie Dziambor, Wilk, Kulesza i Sośnierz przekonali rozsądnych elektorów, że lepszym kandydatem jest pan Bosak. I to on wygrał te eliminacje. W jego przypadku egzamin odbędzie się po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich. I jeśli nie poprze kandydatury pana Andrzeja Dudy, obleje go z kretesem.
A katotalibański debil musiał się obyć smakiem.
Gówno w muszce dało wyraz swojej rozpaczy, pisząc na Twitterze, że  zdradzając teoretycznie swojego kandydata, chciał jak najlepiej ale niestety Braun nie wygrał. I Machiavelli z koziego podogonia sam to przyznał, że jak powiada stare rosyjskie przysłowie, i cnotę stracił, i rubelka nie zyskał. Od siebie dodam, że do tego jeszcze ani chybi stara ruska onuca dostanie (o ile już to nie nastąpiło) po mordzie od swojego oficera prowadzącego z Federalnej Służby Bezpieczeństwa.
Błazen uważał się za mistrza wszystkich gier, w swych brydżowych felietonach z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przechwalał się, że grywa w GO, a są to takie dużo trudniejsze szachy. A wydało się, że jest za głupi nawet do gry w "wilka i owce", najprymitywnieiszej ze znanych mi gier planszowych. W której przy poprawnej grze owce zawsze wygrywają, a można tego nauczyć nawet przedszkolaka. Ale pan mecenas Wilk bez trudu wygrał ze starym baranem.

Stary Niedźwiedź
      

sobota, 11 stycznia 2020

Wóz albo przewóz, państwo konfederaci


Niejaki obersturmbannführer Putas (takiemu stopniowi w lustrzanym SS odpowiada ten, którego dochrapał się w KGB) rozpoczął niedawno intensywną kampanię szkalowania Polski. Nie rozdrabniając się, oskarżył nas ni mniej, ni więcej, tylko o wywołanie II Wojny Światowej. Łgarstwo było na tyle bezczelne, że nie zrobiło oczekiwanej kariery nawet w lewackim europarlamencie. I nawet volksdeutsche z POmiotu zaczęli udawać polskich patriotów i strofować Pobożność i Socjalizm za zbyt stonowaną odpowiedź.
Innym elementem tej rosyjskiej kampanii jest współorganizowanie przez niejakiego Kantora (pomagiera Putasa z kręgów oligarchów, bynajmniej nie paragwajskiego pochodzenia) oraz instytut Yad Vashem kolejnej konferencji na temat Holocaustu. Program przewiduje wystąpienia prezydentów Rosji, Francji i Niemiec, zaś prezydentowi Dudzie odmówiono prawa do wypowiedzenia się na tej konferencji.
No cóż, zasługi Niemiec dla Żydów są powszechnie znane, a ich najlepszym symbolem jest Adolf Eichmann. Żabojady też nie są od macochy, Maurice Papon nie był samotnikiem, policja Vichy dzielnie wyłapywała Żydów a francuskie koleje dowoziły ich do Auschwitz.  Rosjanie też maja się czym pochwalić - Ławrientij Beria pod koniec panowania Stalina wykrył "spisek kosmopolityczny" i wielu Żydów przypłaciło to życiem. Tak więc wystąpienia wymienionych prezydentów należą się ich państwom niczym psu buda. Na ich tle prezydent Andrzej Duda nie ma co się przechwalać jakąś tam Żegotą.
 Na szczęście pan Andrzej Duda potrafił zachować się jak prezydent Polski, a nie układający się w nogach pani kundel. I poinformował, że w konferencji tej nie weźmie udziału. Można jedynie żałować, że język komunikatów  dyplomatycznych nie przewiduje zacytowania starego przysłowia górali ze Wzgórz Golan, które w ich języku brzmi:
Man kann singen, Man kann tanzen, aber niemals mit Zasrancen!
I za to redakcja dziękuje panu prezydentowi Dudzie.

Sejm RP również podjął uchwałę w sprawie putasowych łgarstw. Miała zostać przyjęta przez aklamację i tak się niemalże stało. Bowiem po odczytaniu jej tekstu przez panią marszałek Witek wstali nawet posłowie KO oraz Konfederacji, niesłusznie oskarżanej o to, że wszyscy, jak jeden mąż, są putasofilami. Konfederaci wstali z jednym wyjątkiem - oczywiście było nim putasowskie gówno w muszce. Rzeczone gówno "tłumaczyło się" potem na Twitterze, że ta wypowiedź Putasa rzekomo była nieoficjalna. I dlatego nie powinny się nią zajmować polskie oficjalne czynniki polityczne, lecz co najwyżej publicyści.
Musimy zatem poinformować putasowskie gówno, że wypowiedzi głów państw są nieoficjalne, jeśli dotyczą ich prywatnych opinii o sprawach przynajmniej w teorii nie związanych z polityką, takich jak choćby sztuka czy sport. Natomiast każda wypowiedź o roli własnego lub innego państwa w istotnych wydarzeniach historycznych lub tyczących polityki bieżącej jest z definicji oficjalna.
A odpowiadając bydlęciu w języku jego obecnych mocodawców, należałoby powiedzieć:

Понял говноед? Тогда закрой морду и проваляй!

Co w wolnym przekładzie znaczy:
 
Zrozumiałeś zasrańcu? Więc stul mordę i spierdalaj!

Konfederaci snują sny o potędze i dodają sobie animuszu wizjami dwucyfrowego procentowo poparcia w zbliżających się wyborach prezydenckich. Ale teraz nadepnęli na minę, bowiem stary agent znowu nafajdał im do talerza. W naszej ocenie maja dwa wyjścia.
Jeśli ich koło pozbędzie się gówna w muszce (trwające w Konfederacji prawybory dobitnie świadczą o tym, że opowieści o jego rzekomo licznym elektoracie to łgarstwa na poziomie Szmatławer Zeitung), tym samym zerwą przyszywaną im przez PiS łatkę rosyjskiej agentury i rzeczywiście mogą myśleć o wyniku bliskim 10%.
Jeśli natomiast udadzą, że nic się nie dzieje, to w oczach statystycznego Kowalskiego oskarżenia o rosyjską agenturalność uwiarygodnią się. A wtedy w wyborach prezydenckich ich kandydat co najwyżej stoczy zażartą walkę z Biedroniem i Zandbergiem o zaszczytne piąte miejsce. Bo nie tylko Duda, Kichawa czy Zakosiniak - Kłamysz, ale zapewne i pedałenowa wydmuszka Hołownia będą poza zasięgiem ich kandydata.
Przyzwoity wynik w wyborach albo gówno w muszce. Wybór należy do was.
Zwolennicy konfederatów, zorientowani w ich wewnętrznych interakcjach i rozgrywkach, wciąż oszukują się, że skoro bydlę niewiele już w tym gronie znaczy, to i niewiele może popsuć. I wyobrażają sobie, że inni wyborcy rozumują tak samo, jak oni. A to jest elementarny błąd. Nie dociera do nich, że dla człowieka nie interesującego się rozgrywkami między narodowcami i wolnorynkowcami, najbardziej rozpoznawalną twarzą (choć jest to zdecydowanie inna część ciała) Konfederacji jest właśnie kanalia w muszce. O Bosaku słyszał w najlepszym przypadku co piąty Polak, a takie nazwisko, jak Dziambor, co najmniej 95%  elektoratu nie mówi dokładnie nic.

Spotkaliśmy się też z argumentem, że pięć lat temu nazwisko Andrzeja Dudy też było w Polsce nieznane. Ale sięgający po ten argument zapominają, że co najmniej dwadzieścia kilka procent wyborców zawsze zagłosuje na kandydata wskazanego przez naczelnika Kaczyńskiego, kimkolwiek by on nie był. Bez tego namaszczenia, startując jedynie pod własnym szyldem, pan Andrzej Duda nie przekroczyłby dwóch procent.
Zatem mając sporo sympatii do ich ugrupowania, informujemy konfederatów, jak to wygląda w oczach statystycznego Polaka. Bowiem na pewno nie życzymy im, by w dzień po wyborach dowiedzieli się, że ich kandydat nie zamknął stawki. Bo wprawdzie przegrał nawet z Biedroniem , ale jeszcze mniej głosów zebrał jakiś folklor pokroju Bubla czy Stonogi. A stary agent, tak jak to systematycznie robi od trzydziestu lat, znowu mógł zameldować swojemu oficerowi prowadzącemu o wykonaniu zadania.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Refael 72

niedziela, 5 stycznia 2020

Debilki i świnie

Jak Szanowni czytelnicy dobrze wiedzą, nie jesteśmy fan clubem Pobożnosci i Socjalizmu. I gdy obecna przewodnia siła popełni jakąś głupotę, nie wahamy się jej tego wypomnieć. Ale totalna Targowica zmusza nas do refleksji, iż stare porzekadło z epoki PRL o treści "Szanuj szefa swego, możesz mieć głupszego" nic nie straciło ze swej aktualności. Bowiem zgraja cwelebrycko - targowicka nie ustaje w wysiłkach, by na jej tle rządzący uchodzili za ludzi w zasadzie rozsądnych.
Ksiądz arcybiskup Marek Jędraszewski należy do tych polskich hierarchów Kościoła Rzymskokatolickiego, do których odnosimy się z szacunkiem i sympatią, mimo że w skład redakcji wchodzi dwóch ewangelików augsburskich i jedna "protestantka po swojemu". Ale trudno nie szanować duchownego, który w spokojnych i wyważonych słowach wyraża to, co każdy myślący człowiek, a już na pewno chrześcijanin, sądzi o ekoterrorystach i rozwydrzonym hominternie. Czytając ostatnią rozmowę redaktorów z jego ekscelencją:

dowiedzieliśmy się o ostatniej racy intelektu niejakiej profesor nienadzwyczajnej Środy. Postuluje ona nadanie obywatelstwa wszystkim zwierzętom. Te domowe winny mieć obywatelstwo kraju w którym żyją. Zwierzętom egzystujące w bliskim otoczeniu ludzi, takim jak choćby szczury czy karaluchy, jej zdaniem należy się status uchodźców. Zaś zwierzęta żyjące w stanie dzikim powinny być traktowane jak obywatele innych państw. I niejako w celu wyprzedzenia krytyki tych bredni, stwierdziła, że osoby niepełnoletnie nie maja praw wyborczych, a obywatelstwo posiadają.
Refael zauważył, że każdy narkoman powinien zadać pytanie "co ta baba bierze, ja też tego chcę".
Jak powszechnie wiadomo, w przyrodzie nie ma ani gazu doskonałego , ani ciała doskonale czarnego. Okazało się, że babsztyl mimo wszystko nie może być uznany za kretynkę doskonałą, bowiem w tym ekoterrorystycznym bełkocie jest jedno stwierdzenie nie będące kompletnym  idiotyzmem. Oczywiście mamy na myśli to porównanie szczurów i karaluchów do ciapatego bydła, którym szalona pruska świnia uszczęśliwiła Europę, na nasze szczęście jedynie tę nazywaną "starą Unią".
Ze swej strony redakcja proponuje przeprowadzić rozumowanie odwrotne.
Nie ulega wątpliwości, że na polskich uniwersytetach działają "profesorki" pokroju Środy czy Płatek, ogłupiające kolejne pokolenia Polaków za pieniądze polskich podatników. Naszym zdaniem szkodzenie organizmowi, na którego koszt się żyje, wyczerpuje definicje pasożytnictwa. Zatem stawiamy pytanie, do jakich zwierząt należy porównać te trucicielki umysłów młodzieży? Narzucają się tu kandydatury pluskiew, wszy, tasiemców czy ameb. Ciekawi jesteśmy, do której kandydatury przychylają się Szanowni Czytelnicy.
A skoro jesteśmy przy analogiach ludzko - zwierzęcych, nie sposób wspomnieć o błaźnie będącym kolejną mutacją Paliciula i Ryśka Szóstego, czyli "niezależnym" kandydacie na prezydenta RP.
Dawno temu niejaki Hołownia wypowiadał się w "katolickich" audycjach Pedałenu. Najczęściej w sposób, za który mogliby go pochwalić co najwyżej Franek Białe Kimono czy kardynał Nic. Ale od pewnego czasu nie świruje już, że jest katolikiem:
 

Ostatnio popisał się złotą myślą, że ponieważ za życia skonsumował dużo mięsa, na Sądzie Ostatecznym będzie sądzony przez świnie. No cóż, wyrobowi katolikopodobnemu trzeba przypomnieć, że ludzi żywych i umarłych będzie tam osądzać Jezus Chrystus. A ponieważ Pismo Święte nie mówi nic o sądzeniu zwierząt, widocznie błazen ten, mimo głoszonych postępowych bredni, wyznaje starą endecką zasadę "swój do swego po swoje". A sam w duchu uważa się za świnię.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Refael 72

wtorek, 31 grudnia 2019

Czarny rok

Ten ponury tytuł dotyczy Warszawy, ukochanego miasta Starego Niedźwiedzia, w którym mieszka on od urodzenia. Zaś Flavia przybyła tu ponad sześć lat temu.
Stary Niedźwiedź od dziecka zaczytywał się felietonami Stefana  Wiecheckiego czyli "Wiecha", którego zasług w utrwalaniu i popularyzowaniu warszawskiego folkloru nie sposób przecenić. Starał się przedstawić na blogu ostatnich mohikanów starej Warszawy, takich jak choćby pani Wiele czy "siefowa" z restauracji "Kawalerska". I bezsilnie przyglądał się, jak ta Warszawa czasów jego dzieciństwa wymiera na jego oczach. Flavia przyjechała do stolicy na tyle późno, że z resztkami dawnego warszawskiego fasonu spotkała się zaledwie kilka razy. Głównie na Pradze, która jeszcze się miejscami broni, niczym Okopy św. Trójcy, z raz czy dwa na Woli. Bowiem ponad połowę mieszkańców Warszawy (nie mylić z wymierającym gatunkiem warszawiaków) stanowią korpoludki, słoiki oraz politpoprawni debile, używający Michnika do myślenia, zamiast do sikania, na tym blogu nazywani żoliborskimi ćwierćinteligentami.
To właśnie oni ponad rok temu ponownie powierzyli rządy w mieście POmiotowi, zaś na prezydenta wybrali błazna, od czasu największej katastrofy ekologicznej w Europie w bieżącym stuleciu przez jeszcze myślącą mniejszość nazywanego Rafałem Gówiennym. Osobnik ten wraz ze swym pedalskim zastępcą z .Nowodebilnej cały wysiłek koncentruje na wyrzucanie w błoto pieniędzy z budżetu miasta. Poza głównym kierunkiem działań, czyli finansowaniem zgrai zboczeńców z LGBT, na przykład przepieprzył około miliona na "miejsce wypoczynku" przy Placu Bankowym. Jak swego czasu oszacował czcigodny Jarek Dziubek, palety z których ustawiono tę "plażę" powinny kosztować poniżej dziesięciu procent tej kwoty.
Swego czasu Gronkowiec Walcujący sprzedał żabojadom Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, pozostawiając w rękach miasta aż jeden procent jego akcji. Za rok 2018 nowa firma (nie chce nam się guglować, jak się teraz zwie) zarobiła ponad
76 mln 934 tys. złotych. Ponad 76 mln 901 tys. zł zostało przeznaczone na wypłatę dywidendy. Czyli na inwestycje poszła zawrotna suma aż 33 tys. zł. Nie ma to jak dobry gospodarz. Gdy niedawno nastąpiła wielka awaria, w wyniku której część miasta była pozbawiona ogrzewania, jakiś cham z PO w telewizyjnych gadających głowach tłumaczył, że to "wina starej rury". No cóż, na Antysocjalu mimo wszystko Chajki Grundbaum tak byśmy nie nazwali.
Obydwoje często zaglądaliśmy do dwóch dużych księgarń przy skrzyżowaniu Al. Solidarności i Jana Pawła II. Książki były tam eksponowane na dużych metrażach a personel fachowy. Ale na początku bieżącego roku okazało się, że w byłym lokalu "Matrasu" mieści się obecnie bank. Zaś dziś Flavia wyczytała, że "Świat książki" (księgarnię tę SN pamięta jeszcze ze swoich czasów szkolnych) kończy działalność, bowiem firmy nie stać na płacenie MIASTU skandalicznie podniesionego czynszu za lokal.
To była tylko garść przykładów. Generalnie Warszawa leci w dół na łeb, na szyję w rankingu miast oferujących dobre miejsca pracy. Obecnie wyprzedzają ją już nie tylko Wrocław i Katowice, ale również Gliwice i Jastrzębie Zdrój. Jeśli kogoś z Czytelników dziwi to ostatnie, spieszymy z wytłumaczeniem, że większość mieszkańców Kotliny Kłodzkiej pracuje w Czechach, mając do granicy rzut beretem.
Zatem Flavia uczy się na wszelki wypadek mowy rodaków Haszka, zaś Stary Niedźwiedź dziękuje Bogu, że jest już emerytem i zawsze może uciec na swoje ukochane Mazury.

A ponieważ już tylko godziny dzielą nas od roku 2020, nie będziemy przesadnie oryginalni i wszystkim Szanownym Czytelnikom życzymy po pierwsze zdrowia, po drugie zdrowia, po trzecie ciepła rodzinnego, a po czwarte - jeszcze raz aby było za co żyć. Refael dodatkowo życzy, aby przyszły rok był wesoły, ale nie śmieszny, którym to życzeniem obdarował go jego biznesowy kontrahent. A Flavia i Stary Niedźwiedź dołączają postulat, aby w Waszych małych ojczyznach nie rządziły szumowiny, które niech spłyną niczym niedawno gówno z Warszawy do Gdańska.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Refael 72
 

Post scriptum:
Na blogu Archiwum STARY ANTYSOCJAL zamieściłem wspomniane felietony Starego Niedźwiedzia o wymierającej już Warszawie. Linki bezpośrednie do konkretnych felietonów w tekście.
Refael 72

piątek, 27 grudnia 2019

Nie uczta Polaków, tylko same się żabojady uczta!

Tak, uważam, że "Oficer i szpieg" to najlepszy film Romana Polańskiego od czasów "Pianisty". Po jego obejrzeniu świetnie rozumiem, dlaczego wywołał histerię u samej Brigitte Macron, która rzekomo dostała tuzin listów w jego sprawie. Nie da się ukryć, że w najnowszym filmie Polański ostro "przejechał się" po Francji, która konsekwentnie usiłuje ukryć swoją antysemicką przeszłość. Sama historia jest raczej znana. Postać oficera artylerii, Dreyfusa, pojawiła się już w wielu tekstach i filmach. Był on ofiarą antysemickiej nagonki - został publicznie zdegradowany i uwięziony na podstawie spreparowanego rękopisu. Dreyfus stanowił łatwy cel jako jedyny oficer żydowskiego pochodzenia, w dodatku wywodzący się z Alzacji (która po przegranej Francji z Prusami przyłączona została do Cesarstwa Niemiec). Najbardziej uderzające było jednak w tym filmie, jak potraktowani zostali przez Trzecią Republikę ówcześni intelektualiści na czele z Emilem Zolą, najważniejszym orędownikiem rewizji procesu Dreyfusa. Wielki pisarz postawił się systemowi, publikując w słynnym dzienniku płomienny "akt oskarżenia" przeciwko rządowi, kontrwywiadowi i wyższym oficerom armii. Został napiętnowany i oskarżony o zniesławienie, a jego książki trafiły do "Indeksu Ksiąg Zakazanych". Jego śmierć do dziś budzi spory; istnieją silne przesłanki, że miało ono tło polityczne, i to ściśle powiązane z aferą oficera Dreyfusa.

Konkludując: zeszmacony Emil Zola, antysemicka nagonka rządu i bynajmniej niemrawe społeczeństwo, które wcale tak wyraźnie nie opowiadało się za prawdą i sprawiedliwością. Taki obraz Francji wyłania się z filmu Polańskiego i trudno się dziwić, że Macron & Co nie patrzą na jego osobę zbyt przychylnie. Możemy im jednak polecić to, co dobrze znamy z autopsji - refleksję nad ciemną stroną swojej historii. Nad tym, że więzili Żydów na Diabelskiej Wyspie, w Gujanie Francuskiej, a wielkich pisarzy skazywali na więzienie lub banicję.

Flavia de Luce 

PS
Ponieważ od niedzieli będę w miejscu "bezzasięgowym", odpowiedzi w moim imieniu udzieli Stary Niedźwiedź

FdL

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Bohater roku

Grudzień jest porą ogłaszania ludzi roku przez różne organizacje czy redakcje. Dosyć głośne są nominacje lewackiego Time, który w tym roku przyznał ten tytuł szwedzkiej wytresowanej przez rodziców kilkunastoletniej małpce, powtarzającej niczym papuga (ale bez zrozumienia, z jakim deklamują teksty te mądre ptaki) ekoterrorystyczne rzygowiny. Z kolei politycy grasujący po krajowym podwórku kojarzą nam się z komedia "Głupi i głupszy", zaś antypolskie szmaty, żyjące z plucia na rzekomo swoją ojczyznę i piszący za judaszowe euro lub korony polską  historię na nowo, są godne co najwyżej oplucia gęby.
Dlatego redakcja Antysocjala za najbardziej godną pochwały osobistość mijającego roku uznała psa ze stanu Kansas:

https://lelum.pl/wsciekly-buldog-odgryzl-penisa-pedofilowi-ktory-chcial-zgwalcic-dzieci/

Gdy do sypialni dwóch córeczek w domu zamieszkującej tam rodziny zakradł się pedofil, dzielny piesek odgryzł mu genitalia, nie tylko ratując dziewczynki, ale i definitywnie kończąc jego działalność na tym polu.
Cała rzecz wydarzyła się w kołtuńskiej Ameryce parterowej, więc przybyła policja wprawdzie dostarczyła kastrata do szpitala, ale nie zastrzeliła psa ani nie aresztowała jego właścicieli, odpowiedzialnych za bestialskie uniemożliwienie kochającemu inaczej realizowanie jego potrzeb.
A co na to polskie LGBT+ ? Ten plus to oczywiście pedofile, zoofile i nekrofile, którzy w tej obrzydliwej katolskiej Polsce boja się przyznać do swoich skłonności jakże naturalnych dla każdego człowieka postępowego, światłego i otwartego na Europę. Chyba tylko okres przedświąteczny wyjaśnia, dlaczego przed ambasadą USA nie demonstrują i nie wyją o łamaniu amerykańskiej konstytucji Shityna, Gersdorf, Środa, Trzaskowski, Gaciuk-Pechowicz, Szajbus-Wielgus, Bodnar, Spurek e tutti quanti. Bo niejaki Samson na szczęście może im kibicować jedynie z piekła.
 
A ponieważ już jutro zaczniemy świętować przyjście na świat Nowonarodzonego, redakcja wszystkim Czytelnikom  życzy błogosławieństwa Bożego, jak najwięcej zdrowia (nie można go kupić nawet za kopertę wręczoną marszałkowi Senatu), odwzajemnienia uczuć przez wszystkie osoby Wam drogie no i  jakichś godziwych podstaw materialnych bytowania w RP ver. 3.5. Oraz zachowania umiaru w korzystaniu ze świątecznego stołu.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce

niedziela, 8 grudnia 2019

Franca w akcji czyli brukselskie ekoeuroskretynienie

Jeśli w życiu codziennym Stary Niedźwiedź spotyka się z aż takim idiotyzmem, że większego nie potrafi sobie wyobrazić, na wszelki wypadek pyta Flavię o to, co słychać w euroburdelu. I jakoś zawsze dowiaduje się od niej o czymś na tyle górującym nad przypadkami mu znanymi, że te ostatnie nie mają szans nawet na miejsce w pierwszej dziesiątce.
Jak donosi portal WNP:

https://www.wnp.pl/energetyka/timmermans-huty-zamiast-wegla-beda-uzywac-wodoru,359968.html

Skretyniała z nienawiści do Polski i Węgier socjalistyczna kanalia, czyli niejaka Franca, wpadła na zaiste genialny pomysł.


"Huty zamiast węgla i innych paliw kopalnych będą musiały wykorzystywać wodór, proszę sobie tylko wyobrazić, jaki poziom inwestycji będzie tutaj konieczny" - mówił Timmermans.


Oczywiście niedouczony holenderski cham nie ma cienia bladego pojęcia, skąd się bierze wodór na skale przemysłową.  Znając jego intelekt na poziomie przemarzniętego kartofla, musimy to przypomnieć wszelkim ekoterrorystycznym nieukom. W analizie tej pominięto tak istotne sprawy, jak skomplikowanie aparaturowo - technologiczne, a zatem i znaczny wzrost kosztów wszystkich wyrobów hutniczych. Skoncentrowaliśmy się wyłącznie na rozdeptaniu bredni o rzekomym zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych. Zatem , jak by napisał ksiądz Chmielowski, Czytelnikom "Antysocjala" dla memoriału, eurokretynom dla nauki.


Dwie podstawowe metody otrzymywania wodoru w przemyśle, to:


Primo, działanie parą wodną na węgiel, w myśl bilansowej reakcji (prawdziwy mechanizm jest bardziej złożony)


C + 2 H2O = CO2 + 2 H2 ... (1)


wodór ten w myśl francowego debilizmu miałby być następnie spalany


2 H2 + O2 = 2 H2O ... (2)


Czyli licząc na jeden mol węgla, w powietrze i tak poszedłby mol dwutlenku węgla plus ekstra dwa mole pary wodnej. Która TEŻ JEST GAZEM CIEPLARNIANYM, o czym holenderski debil na pewno nie wie.


Porównując to sięganie prawą ręka do lewego ucha z klasycznym spalaniem węgla:


C + O2 = CO2 ... (3)


widać że poza skomplikowaniem technologii, a zatem i aparatury, dodatkowo trzeba doprowadzić wodę do postaci pary (surowiec reakcji pierwszej), by następnie trafiła do atmosfery jako produkt reakcji drugiej. Zatem z punktu widzenia emisji gazów cieplarnianych, w porównaniu z klasyczną reakcją trzecią, JEST GORZEJ.


Secundo, można sięgnąć do gazu ziemnego, dla jasności wywodu załóżmy, że jest to metan. Proces ten, powszechnie stosowany w światowym przemyśle azotowym zachodzi w dwóch reaktorach, a bilansowo opisuje go równanie:

CH4 + 2 H2O = CO2 + 4 H2 ... (4)


a następnie spalać wodór w reakcji


4 H2 + 2 O2 = 4 H2O ...(5)


I w tym przypadku zwykłe spalanie metanu


CH4 + 2 O2 = CO2+ 2 H2O ... (6)


licząc na jego jeden mol, wyśle do atmosfery dwa razy mniej pary wodnej. Nie mówiąc już o tym, że opalanie metanem jest znacznie droższe od klasycznego opalania węglem.


Narzuca się pytanie, czy w holenderskich szkołach uczą choćby podstaw chemii, a jeśli uczą, to jakim cudem głąb ten został dopuszczony do matury. O ile rzecz jasna ją zdawał. W końcu w gronie euroburdelowej "elity" nie jest to chyba konieczne, skoro szefem europarlamentu mógł być niemiecki cham bez matury, o mordzie i manierach gestapowca.


A rekapitulując, zarówno tej antypolskiej kanalii, jak i pomniejszej ekoterrorystycznej gadzinie, trzeba sparafrazować słowa śp. Mistrza Kobuszewskiego:
Praw chemii nie zmienicie i nie bądźcie głąbami!
Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce 

sobota, 16 listopada 2019

Czarne chmury na horyzoncie


A zaczynają się one gromadzić nad Napolionem  jego ekipą.
Wedle wszelkich znaków na ziemi i niebie czas, który upłynął od wyborów parlamentarnych, został przez koalicję rządową zużyty głównie na podchody w senacie, mające przeforsować ponowny wybór pana Karczewskiego, dotychczasowego marszałka tej izby. Starania te z góry były skazane na niepowodzenie, bowiem z grona senatorów "niezależnych" jedynie pani Lidia Staroń zasługuje na to miano, ale nawet po jej ewentualnym pozyskaniu, za kandydatem PiS opowiedziałoby się tylko 49 senatorów. Bowiem jeszcze niedawno tęczowe a obecnie "chrześcijańskie" (cudzysłów konieczny) gumofilce desperacko walczą własnie z PiS o utrzymanie choćby części wiejskiego elektoratu i na żadne układy z partią rządzącą nie pójdą. Z kolei koktajl czerstwych komuchów, trockistowskich chujwejbinów, pedałów, ateotalibów i ekoterrorystów z definicji marzy o zakończeniu rządów PiS. Zaś ci pożal się Boże "niezależni" to POpaprańcy, na ogół z prokuratorskimi zarzutami.
Zaprzysiężony w ostatni piątek rząd jest niewątpliwie gorszy od poprzedniej ekipy Mateusza Morawieckiego. Poza powrotem po kilkuletniej nieobecności ministerstwa skarbu pod zmienioną nazwą, co jedynie potwierdza, że jego likwidacja była błędem, w oczy kłuje obsada ministerstwa finansów. Został nim niejaki Tadeusz Kościński, osobnik bez dyplomu studiów wyższych, mający w dorobku karierę w Londynie na najniższych szczeblach bankowości oraz kilkuletnie robienie za Krzepickiego przy premierze. Czyli niemal kopia sławetnego Vincenta Rostowskiego (pseudonim "Jacek"), oby nie jeszcze głupsza. Do tego trzeba dodać rozmnożenie resortów przez pączkowanie, czyli wydzielenie z MSZ "spraw europejskich" oraz całkiem już operetkowe "ministerstwo klimatu" (czy jak się tam ono zwie). Moja przyjaciółka zauważyła przy szklaneczce Campari, że jest idealną kandydatką na dyrektora departamentu klimatu śródziemnomorskiego. Bowiem poza angielskim włada biegle włoskim i francuskim a tamte strony zna doskonale, jako że kilka lat spędziła na Sycylii.  Musiałem ją rozczarować mówiąc, że ani nie należała do Porozumienia Centrum, ani nawet nie może liczyć na rekomendację któregoś z mameluków Napoliona, wywodzących się z tego środowiska. Zatem jest bez szans.
Wszystko to wygląda ponuro.
Ale największe zagrożenie dla partii rządzącej stwarza awantura o zniesienie bariery "trzydziestokrotności" w płaceniu składek ZUS. Tłumacząc to na polski, do tej pory osoby o wysokich zarobkach (miesięcznie ponad dwie i pół średniej krajowej) nie musiały płacić składek od zarobków powyżej tej granicy. Obecnie PiS chce to ograniczenie znieść, a dziennikarze z TVPiS wciskają kit, że tak będzie sprawiedliwiej, bowiem skoro ktoś ma w przyszłości uzyskać wyższą emeryturę, to powinien płacić wyższe składki. Jest to oczywiste łgarstwo. Choćby pobieżna znajomość zasad wyliczania emerytury pozwala dojść do oczywistego wniosku, że jeśli osoba A płaci na ZUS miesięcznie trzy razy więcej niż osoba B, to wcale nie uzyska w przyszłości trzykrotnie wyższej emerytury. Przez delikatność pominę fakt, że płacący obecnie na ZUS nie mają żadnej gwarancji, że w z jakiś czas doczekają się jakiejkolwiek emerytury. A cała ta operacja wydaje się świadczyć jedynie o tym, że opowieści o zrównoważonym budżecie na rok 2020 to bujda na resorach, skoro sięga się po tak desperackie szukanie brakujących wpływów. No cóż, zaczyna się odbijać czkawką polityka pozyskiwania głosów wyborców za pomocą takich zabiegów, jak choćby trzynasta i czternasta emerytura.
Przeciw temu pomysłowi zdecydowanie wypowiedział się wicepremier Gowin i jego posłowie w koalicji "Zjednoczonej Prawicy" (cudzysłów również konieczny). O polityku tym, po chlewie zrobionym przezeń w szkolnictwie wyższym i nauce, mam złą opinię i na pewno nie jestem jego fanem. Ale w zaistniałej sytuacji Napolion ma dwa wyjścia.
Jeśli odzyska rozum, wycofa się z tego pomysłu i uratuje spójność swojego klubu parlamentarnego.
Ale w grę wchodzi i druga opcja. Uczepi się tego pomysłu niczym złodziej Gawłowski immunitetu senatorskiego i stanie na głowie, by go przeforsować a Gowinowi pokazać,kto tu rządzi. Co mu się uda, bowiem stary komunistyczny gangster Swetrzasty wraz ze swoim klubem pomysł Napoliona poprą z entuzjazmem i to zniesienie bariery wpłat na ZUS przejdzie. Oczywiście lewizna będzie wrzeszczeć o "sprawiedliwości społecznej", w co jej najgłupsi wyborcy uwierzą. Ale tak naprawdę chodzić będzie o coś zupełnie innego. Bowiem PiS straci większość w sejmie po wysoce wtedy prawdopodobnym wyjściu ludzi Gowina. A ten ostatni może znowu zostać wicepremierem, tyle że w rządzie, za przeproszeniem, "ocalenia narodowego". Złożonego z Przestępczości Organizowanej, lewizny, zielonej prostytutki i właśnie trzódki Gowina. Bez tego ostatniego sklecenie takiej większościowej bandy jest niewykonalne, zatem w takiej hipotetycznej sytuacji może on utargować bardzo wiele. Trzeba tez pamiętać, że Gowin swego czasu został wykopany z Przestępczości Organizowanej po tym, jak ośmielił się być kontrkandydatem ryżego volksdeutscha na stanowisko herszta tej szajki. W oczach Grega Shityny na pewno nie jest to wielki grzech, a i inne osoby wpływowe w tej rodzinie mafijnej, nawet gdy poziom setki IQ przekraczają dopiero łącznie w trójkę, zaczynają wreszcie rozumieć, że Chyży Rój obecnie ma ich w tyłku. I będąc murowanym kandydatem z łaski swej prawdziwej ojczyzny na wodza łże chadeków w euroburdelu, Przestępczość Organizowana traktuje obecnie jak użytą prezerwatywę.
Przy wszystkich, i to coraz liczniejszych zastrzeżeniach do głupich poczynań premiera Morawieckiego, na sama myśl o takim nierządzie koalicyjnym ciarki przechodzą mi po plecach. Więc modlę się, by Napolion w swej chorobie dwubiegunowej wystarczająco długo pobył sobie na właściwym biegunie. 

Stary Niedźwiedź

środa, 6 listopada 2019

W Targowicy zawierucha, Chyży Rój debili ...olał

Wydarzeniem ostatniej doby jest oświadczenie ryżego volksdeutscha, iż nie ma zamiaru startować w najbliższych wyborach prezydenckich w Polsce.
Wszystkim zaskoczanym i zrozpaczonym z tego powodu, co świadczy o ich IQ na poziomie przemarzniętego kartofla, czyli modelowego czytelnika Szmatławer Zeitung oraz słuchacza Rynsztok FM, Polsratu czy Pedałenu, należy przypomnieć nieco faktów.
Swego czasu Stanisław Janecki przypomniał o wywiadzie, którego matka antybohatera tego wpisu udzieliła swego czasu "Dziennikowi Bałtyckiemu". Niezależnie od tego, czy wymowa publicystyki pana Janeckiemu podoba się komuś, czy nie, nie sposób negować jego warsztatu profesjonalnego. Zatem nie wchodzi w grę możliwość, iż nie dysponował papierową wersją tego wywiadu i beztrosko narażał się na proces o rzekome zniesławienie.
W wywiadzie tym matka przypomniała losy rodzinne. Dwaj jej bracia polegli na froncie za Adolfa Hitlera i III Rzeszę, zaś jej siostra wraz z dziećmi zginęła na "Wilhelmie Gustloffie". Ona sama też miała opuścić Trójmiasto na jego pokładzie, ale w ostatniej chwili wypadła z kolejki, wyślizgana przez kogoś "godniejszego". W domu Tusków przy uroczystych okazjach nie używano polszczyzny. Kolendy śpiewano wyłącznie po niemiecku.
Wychowując się w takim środowisku, osobnik ten gardził polskością, z czym nie krył się specjalnie, nazywając ją nienormalnością.
Ponieważ za komuny współpraca z jej służbami gwarantowała profity w życiu codziennym, Ryży oczywiście na to poszedł. Ale nie miał zamiaru pospolitować się z SB, w której koniec końców pracowali polscy podludzie. Dlatego został tajnym współpracownikiem enerdowskiej Stasi o ksywie "Oskar". Wprawdzie byli to komuniści, ale zawsze co rasa panów, to rasa panów. Gdy enerdówek zdechł, został rzecz jasna przejęty przez BundesNachrichtenDienst. Co dla niego było oczywiście wielkim awansem we własnych oczach, skoro od tej pory pracował dla pełnowartościowych Niemców..
Gdy BND powołało do życia tak zwany Kongres Liberalno-Demokratyczny, grzecznie woził w walizkach mareczki, za które to tałatajstwo powstało. Po klęsce w wyborach 1993 KLD ochoczo połączyło się z Unią Demokratyczną i w ten sposób powstała tzw. Unia Wolnoszczy. Ale w wyborach do jej władz statutowych Benek Lewartow (ksywa "Geremek") z arogancją właściwą swej nacji wyciął gojów w pień, oferując im poniżej 10% miejsc w zarządzie.
Z niebytu wyciągnęły go wybory z 1997, wygrane przez AWS. Za wysługę lat trafiła mu się posada wicemarszałka senatu. Oczywiście swoje obowiązki traktował per pedes, a gdy musiał prowadzić obrady, monitor przełączał na jakiś meczyk.
Po raz drugi pomocną dłoń wyciągnął doń TW "Must", czyli stary komunistyczny agent Andrzej Olechowski. Kiedy z AWS zaczęły z powodu idiotyzmów łobuzka i sabotażowych działań Balcerka sypać się trociny, na rozkaz generała Gromosława Czempińskiego "Must" stworzył Platformę Obywatelską, mającą być szalupą ratunkową dla hołoty z Unii Wolnoszczącej i niektórych ludzi z AWS. Trafili do niej zarówno ludzie porządni, jak choćby marszałek Płażyński czy prof. Gilowska., jak i najgorsze kanalie pokroju Janusza Lewandowskiego, Jasia Marysi Rokity czy właśnie Tuska.
I tu dopiero Ryży rozwinął skrzydła. Zabawił się w kieszonkowego Stalinka i zgodnie z algorytmem pierwowzoru, zaczął eliminować kolejnych potencjalnych konkurentów do władzy.
Najpierw wykończył Macieja Płażyńskiego i swojego dobroczyńcę Andrzeja Olechowskiego. Potem przyszła kolej na panią Zytę Gilowską, jako że klasą i inteligencją nie dorastał jej do pięt. W działaniach tych pomagali mu Jasio Marysia oraz bandzior od mokrej roboty, czyli niejaki Greg Shityna, robiący przy kieszonkowym Stalinie za kieszonkowego Jeżowa.
Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. Najpierw z obiegu wyleciał Jasio Marysia, nie dlatego, że był łobuzem bez zasad moralnych, lecz za to, że był dosyć inteligentnym łobuzem. A w końcu przyszła kolej na kieszonkowego Jeżowa, który z wyżyn wicepremiera czy marszałka sejmu spadł do statusu szeregowego posła. W zarządzie PO pozostały same zera lub mniej niż zera.
Jeśli ktoś nie jest w stanie pojąć, dlaczego Ryży miał gdzieś przyszłość PO, muszę mu to wyoślić. Kierowanie tą partią czy nawet premierowanie w polskim bantustanie były dlań jedynie kolejnymi szczeblami kariery, czyli pracy dla swojej prawdziwej ojczyzny. A jej ukoronowaniem miały być zaszczytne funkcje w IV Rzeszy, a nie jakiejś Generalnej Guberni. Dlatego też, gdy za tyle lat wiernej służby frau fuehrerin nagrodziła go fotelem do napowietrzania na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, olał frajerów z PO i ochoczo podążył do Brukseli. I aby z oddali nadal sterować polską ekspozyturą BND, swoim następcą mianował największą idiotkę we władzach PO.
I tu popełnił błąd. Bowiem w swej bezdennej głupocie odmroziła ona Grega Shitynę, czyniąc go ministrem w swoim (nie)rządzie. Rozmrożony rzezimieszek szansę wykorzystał i po przerżniętych wyborach z 2015 przejął szajkę Przestępczości Organizowanej. Na pewno ku wściekłości Ryżego.
Ale rzezimieszek nie dorósł do stanowiska dona tej rodziny. Po połknięciu stadka idiotek z .Nowodebilnej, spróbował przejąć też i zboczeńców, ekoterrorystów oraz lewaków wszelkiej maści, by stać się w ten sposób hegemonem opozycji antypisowskiej. Ale odkopane przezeń z grobów komunistyczne zombie, czyli gangsterzy z wieloletnim doświadczeniem,  ograły go niczym Wielki Szu  kanciarza od znaczonych żyletką kart z postoju taksówkowego. Pozwoliły się wybrać do europarlamentu za jego pieniądze, po czym stworzyły własną koalicję czerstwych komuchów, trockistowskich chujwejbinów, pedałów i ekoterrorystów, kopiąc rzezimieszka w tyłek. I żadne rozpaczliwe prokomusze fikołki w stylu pozbawiania przez szajkę Shityny polskich bohaterów ich ulic tego trendu już nie odwrócą.
A osieroconym debilom pozostaje nadzieja, że oficer prowadzący da Ryżemu po gębie, przypomni o fundamencie służby "maul halten und weiter dienen",  każe wrócić na front wschodni, by nadal walczyć za IV Rzeszę i to coś zmieni. . Więc niech sobie zanucą:
Hej, Gregor, hej, Boris
Nur nich desperiren.
BND
barmherzig 
Plattform restaurieren.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 27 października 2019

TVPiS, rzecz nie do wiary, nie udały sie zamiary

W tym roku, już po raz dwunasty, Telewizja Polska, Polskie Radio, Instytut Pamięci Narodowej i Narodowe Centrum Kultury organizowały konkurs na Książkę Historyczną Roku o nagrodę im. Oskara Haleckiego. W konkursie mogły brać udział prace traktujące o dwudziestowiecznej historii Polski, zarówno napisane przez żyjących obecnie autorów, jak i te uważane za pomnikowe, napisane wiele lat temu.
No i w czwartek wybuchła bomba. Organizatorzy, olewając vox populi, arbitralnie wycofali z konkursu zarówno "Wołyń zdradzony" Piotra Zychowicza, jak i w kategorii "pośmiertnej" pomnikowe "Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej" autorstwa wielkiego analityka Władysława Studnickiego, którego konsekwentnie zamilczali na śmierć komuniści, a obecnie czynią to postpiłsudczykowskie popłuczyny z Żoliborskiej Historycznej Grupy Rekonstrukcyjnej Sanacji.
W pierwszym przypadku
nadworny portal PiS "wPolityce" zamieszcza jakieś idiotyzmy, że książka Piotra Zychowicza jest hejtem na AK i wręcz sprzeczna z polską racją stanu. Można tam wyczytać brednie o "kalaniu pamięci Armii Krajowej". A przecież chodzi o o jej dowództwo, które  przygotowywało się kadrowo i sprzętowo do wystawienia Sowietom pod nóż swoich formacji zbrojnych na Kresach II RP i nie w głowie były im takie nieistotne sprawy jak ratowanie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, mordowanych przez obłąkane kanalie spod znaku UPA. 
O książce tej Antysocjal pisał w czwartek, 11 lipca 2019. A zamieszczony tam ostatnio komentarz autorstwa czcigodnego Jarka Dziubka, filaru forum dyskusyjnego tego blogu od zawsze,  stał się ostatecznym powodem powstania obecnego wpisu.
W przypadku dzieła wielkiego Władysława Studnickiego przyczyny są analogiczne. W czerwcu 1939 trafnie przewidział on i opisał dalszy rozwój wypadków. Czyli zdradę zachodnioeuropejskich "sojuszników" i rozszarpanie Polski przez dwóch najkrwawszych bandytów, jakich zna historia ludzkości. Władze sanacyjne rzecz jasna książkę skonfiskowały, bowiem nie zostawiała ona suchej nitki na Piłsudskim, który swoją polityką "równego dystansu do Berlina i Moskwy" doprowadził Polskę na skraj przepaści. A operetkowy tercet Rydz, Beck i Mościcki (latrinengeneral Sławoj-Składkowski, robiący wtedy za premiera, nie miał nic do gadania) wielki krok naprzód. Tym razem rzekomą przyczyną usunięcia był "antysemityzm", bowiem w jednym z rozdziałów autor omawiał rolę międzynarodowej finansjery w przygotowaniach do wywołania wojny. A tak się jakoś składa, że w jej gronie nie dominowali Paragwajczycy ani Zulusi.  Wygląda na to, że Jacenty Kurski i spółka nieudolnie usiłują zwalić winę na rabina prowadzącego Jojne Danielsa, a tak naprawdę chodzi rzecz jasna o próbę cerowania cnoty piłsudczykowskich matołów.
Ale sama akcja nie wypaliła. Z grona jury w proteście przeciw temu gangsterskiemu numerowi, wycofały sie osoby o tak znanych nazwiskach, jak profesorowie Antoni Dudek, Andrzej Nowak czy Sławomir Cenckiewicz. I jak mawia lud, chałupa popłynęła. W piątek wieczorem poinformowano o odwołaniu tegorocznej edycji konkursu.
W swym komentarzu Jarek pisze też:
"Były czasy, kiedy się dziwiłem, jak to możliwe, że jeden z braci Kurskich jest związany z Gazetą Wyborczą, a drugi współtworzy film "Nocna Zmiana". Jak z jednej matki mogli się urodzić ludzie o tak rozbieżnych poglądach? Teraz już wiem, że to nie jest rozbieżność. Poglądy są właściwie te same, tylko chłopaki założyli inne szaliki i są pseudokibicami dwóch różnych klubów."
Drogi Jarku. A założenie tych tak różnych szalików w mojej ocenie najlepiej tłumaczy stary szmonces:
- Górą nasi!
- A którzy to nasi?
- No ci, co górą!
A kończąc tytułową parafrazę spiżowych strof Aleksandra hrabiego Fredry muszą dopisać, że Kurski sparciał im niestety.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 15 października 2019

Powyborczo AD 2019

Oficjalne wyniki zostały przez PKW ogłoszone, czas zatem na kilka słów komentarza.
PiS osiągnął dobry wynik, znacznie zwiększając zarówno ilość otrzymanych głosów, jak i wynik procentowy, przy metodzie d'Hondta dający im samodzielną większość w sejmie. Sztuka godna docenienia, bowiem cztery lata temu samodzielną większość zawdzięczali głównie głupocie małego Lesia, który swoją szajkę zgłosił jako koalicję. Oraz trockistowskiemu hujwejbinowi Zandbergowi, który odruchowo atakował przede wszystkim konkurentów na lewicy, czyli czerstwych komuchów i pomniejszą gadzinę obyczajową, będącą z tymi ostatnimi w koalicji. Dzięki czemu kilkanaście procent głosów trafiło do szamba.
Obecna opozycja potrafiła wyciągnąć z tego wnioski i utworzyła trzy bloki, z których każdy był praktycznie pewny pokonania pięcioprocentowej poprzeczki. Natomiast w senacie, gdzie zasady zdobywania mandatów są zupełnie inne, ponad 47% głosów przełożyło się na 48 mandatów.
Przestępczość Organizowana, .Nowodebilni i pomniejsza swołocz dostali lanie. Shitynie marzył się front ludowy, jak przy eurowyborach. Ale ówcześni koalicjanci zrozumieli, że z bandytą nie zawiera się umów. Zakosiniak - Kłamysz poiął, że dalsze pojawianie się obok pedałów czy proskrobankowców gwarantuje zielonej agencji towarzyskiej zagładę, a jego dotychczasowy elektorat, wyznający tradycyjne wartości, nie kupi żałosnych pierduł, że w tej bandzie człowiek nie mający nic do gadania będzie rzekomo bronić konserwatyzmu obyczajowego. I do tego spadł mu z nieba zachlany zapiewajło, który rozsmakował się w politykierstwie. Wprawdzie o niecałych 9% z wyborów sejmowych czy aż 20% z prezydenckich w roku 2015 może tylko śnić, ale obecne 30 mandatów w porównaniu z 58 poprzednio (42 Kukiza i 16 PSL) to i tak dobry wynik, choć dla tej koalicji jest on dwukrotnie gorszy. Ale porażka zapiewajły jest tym większa, że chłopki roztropki na pewno z tej trzydziestki mają więcej mandatów, niż poprzednie 16.
Lewizna swój sukces zawdzięcza w znacznej mierze Shitynie, który tworząc przed eurowyborami front ludowy, odkopał to gnijące zombie z grobu. Oczywiście starzy polityczni gangsterzy łaskawie pozwolili Shitynie sfinansować swoje kampanie wyborcze, a po zdobyciu euromandatów kopnęli drobnego bandziora w tyłek. Nie chcieli być kojarzeni z tak chamskimi przewalankami, jak te Gawłowskiego czy Gnojmana. Do tego hujwejbini, pedały i ekoterroryści poszli po rozum do głowy i stara ludowa mądrość "kupą mości panowie, kupy nikt nie ruszy" dała temu paskudztwu aż 49 miejsc.
Shityna poniósł klęskę zdobywając 134 mandaty w porównaniu z poprzednimi 138 własnymi plus 28 nowodebili. Tyle bezczelnych kłamstw, własnych, szechterowego szmatławca, Polsratu i Pedałenu oraz zwykłego kurewstwa a la Jachira czy Janda i "apiat' gawno", jak mawiają mocodawcy Jonasza Kurwina - Mikke. Ale fakt, że niejaka Jachira została posłem, do reszty demaskuje poziom młodych, wydymanych, z wielgich miastów, nie wiedzących, ile to jest 6 razy 8, żoliborskich ćwierćinteligentów i innych jej wyborców. Zawsze uważałem was za durniów, ale teraz udowodniliście, że jesteście ostatnim bydłem, rechoczącym z zawartości trumien smoleńskich.
Wszystko wskazuje na to, że Shityna, tępa dzida, nie potrafiąca powiedzieć kilku słów bez wsparcia promptera i reszta wodzów tej szajki nie jest w stanie wyciągnąć wniosków z tej klapy i w przyszłości zwiększy agresję i pogardę w stosunku do tych,  których tzw. III RP niszczyła. Co oczywiście zaowocuje tym, że po następnych wyborach parlamentarnych Swetrzasty i spółka wyprzedzą szajkę Shityny.
No i kilka słów o Konfederatach. Swój sukces zawdzięczają głównie młodym wyborcom, nie interesującym się historią (w końcu nie jest to obowiązkowe) oraz małemu biznesowi, przerażonemu zapowiedziami płacy minimalnej za cztery lata w wysokości czterech tysięcy. A zatem nie oburzających się tym, co wygaduje putasowska szmata Jonasz Kurwin - Mikke o zsyłkach na Syberię jako niemal wczasach i rzekomej niewiedzy Hitlera o tym, co działo się w niemieckich obozach zagłady. Bo dla mojego pokolenia, którego członkowie rodzin ginęli w obydwu tych miejscach, to łajno w muszce zasługuje wyłącznie na splunięcie w mordę.
Tym nie mniej gratuluję Konfederatom pokonania poprzeczki z zapasem. I mam nadzieję, że pracy w sejmie nie rozpoczną od gówniarstwa a la Kurwin.
I na koniec zdradzę swoją niepewność w pewnej kwestii. To, że w obradach nowo wybranego sejmu nie  zabraknie małpiego cyrku i chamstwa, jest chyba oczywiste. Ale ciekaw jestem, czy w konkursie na idiotyzm kadencji zwycięży Śmiszek, Mieszkowski, czy Skrzeczyszyn. Bo w konkurencji łajdactwo kadencji walka rozegra się między Jachirą i Kurwinem. Im nikt nie podskoczy, nawet
starsza skrobankowa Nowicka.

Stary Niedźwiedź

P.S.
Zakosiniak - Kłamysz ma obecnie 25 posłów czyli o dziewięciu więcej. Zatem jak najbardziej może mówić o sukcesie, skoro swój stan posiadania zwiększył o 56%. Ale przegrany w bitwie pod Żytalitrem, zjechał z 42 na pięciu, czyli stracił 88%. Klęska porównywalna z tą autorstwa małego Lesia czy zagładą Unii Wolnoszczącej, z której największe kanalie się potopiły. Bo Chyży Rój doskonale pamiętał, co zrobił mu Benek Lewartow i nie był aż takim idiotą, by wyciągnąć ich z wody na swój pokład. 

SN

niedziela, 15 września 2019

Stracone złudzenia czyli cofam ten sęk

Tak się głupio składa, że ilekroć mam zamiar wypiąć się na krajową polityczną piaskownicę i napisać o czymś, co uważam za temat ciekawy a zarazem w Polsce mało znany, zawsze musi eksplodować jakiś granat w szambie.
Do niedawna nie raz na tym blogu chwaliłem pana Marka Jakubiaka. przede wszystkim za jego rzeczowe wypowiedzi w sprawach gospodarczych, pozbawione emocji, a co dopiero zacietrzewienia, charakterystycznego dla spięć między pobożnymi socjalistami (w polskim politycznym szpitalu psychiatrycznym robiącymi za prawicę) a szwabskimi agentami, neohitlerowcami, przestępcami i debilami, czyli POmiotem.
Gdy posłowie Jakubiak, Wilk i Liroy opuścili klub grajka, miałem nadzieję, że uda im się stworzyć jakiś byt na prawo od PiS, mający szansę przejść w wyborach nad pięcioprocentową poprzeczką. Ale jedno rozczarowanie goniło drugie.
Pan mecenas Wilk dołączył do sekty agenta w muszce, ostatnio chyba przejętego przez Rosjan, bowiem peany na cześć Putasa dyskwalifikują go zarówno jako człowieka myślącego, jak i Polaka.
Pan Piotr Marzec - Liroy po klapie Konfederacji w eurowyborach kieruje własnym bytem politycznym, którego nazwy nie chce mi się nawet guglować, Bowiem zdobycie przez nich w najbliższych wyborach ponad jednego procenta głosów byłby sukcesem.
Ale największym rozczarowaniem jest ostatni wyczyn pana Jakubiaka. Gdy napisał o tym portal braci Karnowskich, łudziłem się, że jest to jakieś przekłamanie w stylu Szmatławer Zeitung czy Pedałenu. Ale w TVP Info pokazano rozmowę z nim, co zobaczyłem na własne oczy i usłyszałem na własne uszy. W której na pytanie, czy konfederaci mogliby utworzyć rząd koalicyjny z POstKOmuną,  zieloną dziwką wzmocnioną (???) zapiewajłą, pedałami, trockistami, czerstwymi komuszymi dinozaurami i wszelką możliwą swołoczą, odpowiedział twierdząco. Dodając, że w w polityce dla interesu robi się różne rzeczy.
Nie negując jego kwalifikacji merytorycznych w obszarze biznesu, muszę z przykrością stwierdzić, że w kwestii elementarnych zasad (czy jak kto woli - moralności) zapukał tymi słowy w dno Rowu Mariańskiego, i to od spodu.
Nie chce mi się sprawdzać, co inni konfederaci o tym sądzą i z jakich to partyjek składa się ten labilny byt w chwili, gdy piszę te słowa. Ale jeśli nawet miałem pokusę, by w podzięce za budzące śmiech każdego inżyniera bajki premiera o milionie samochodów elektrycznych produkowanych w Polsce rocznie czy banialuki prezesa o płacy minimalnej za bodaj cztery lata w wysokości czterech tysięcy złociszy, to obecnie pokusę tę zdecydowanie odrzuciłem. I pozostanie wybrać najmniejsze zło, czyli 13 października zażyć lek przeciwko chorobie lokomocyjnej i odszukać na liście PiS kogoś, o kim się wie, że nie jest ani durniem ze szkoły Androniego Macierenki, ani mamelukiem Napoliona, jeszcze z czasów PC. Których dewizą jest sentencja "wierność jest moim rozumem".
Taki już zakichany los mojego pokolenia.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 1 września 2019

Koniec wakacji

W sierpniu, po koniecznym przypomnieniu, co redakcja sądzi o patriotyzmie nekrofilskim i "Obłędzie 44", zrobiliśmy sobie wakacje. Jako że rozwój wydarzeń w polskiej politycznej piaskownicy budzi nasz coraz większy niesmak. Trzeba przy tym dodać, że przynajmniej 90% udziału w tym naparzaniu się w piaskownicy łopatkami i grabkami ma POstKOmuna plus tęczowe gumofilce, bełkoczące o swoim rzekomym związku z wartościami chrześcijańskimi. Do tych ostatnich dołączył, błaźniąc się w ten sposób sposób ostatecznie i nieodwracalnie, zapity grajek, który w ten sposób przegwizdał swoje 20% poparcia z ostatnich wyborów prezydenckich.
Nie sposób nie wspomnieć o wyczynie obecnego włodarza Warszawy z łaski słoików, żoliborskich yntelygentów i innych POżytecznych debili.



Okazało się (dla ludzi o IQ wyższym, niż ma go przemarznięty kartofel, nie było to żadną niespodzianką), że z bezpłatnych żłobków czy przejazdów komunikacją miejską dla uczniów, zawodowy oszust wycofał się w chwili ogłoszenia wyników wyborów samo(nie)rządowych. Ale ostatnia katastrofa ekologiczna w Warszawie udowodniła wszystkim zdolnym do myślenia, że ten, za przeproszeniem, prezydęt Warszawy, poza wyrzucaniem pieniędzy z miejskiego budżetu na pedalskie brednie, organizację "plaży" na asfalcie w ścisłym centrum tuż przy BARDZO ruchliwym skrzyżowaniu (i tym samym likwidację iluś niezwykle cennych, w  każdym ścisłym centrum, miejsc parkingowych),   czy też próby namawiania kilkuletnich dzieci do onanizmu, nie potrafi dokładnie nic. A przy okazji osobnik ów POtwierdził, do czego doprowadziłoby postulowane przez POstKOmunę rozbicie Polski na dzielnice i ubezwłasnowolnienie władz centralnych.
Nie sposób nie przypomnieć też stanowiska ekodebili z Green Pic na czele. Ci sami lewaccy terroryści, którzy skazali na zagładę Puszczę Białowieską i blokują budowę obwodnic miast bo czym są rozjeżdżani przez TIRy ludzie i niszczone wstrząsami budynki w porównaniu z kilkoma mrowiskami Mrówki Krzesławki Dręczypupy. Ale na temat trzech metrów sześciennych szamba, spływających w każdej sekundzie do Wisły, nabrali wody z gęby. Szkoda, że nie jest to woda nabrana prosto z Wisły poniżej punktu zrzutu tych kloacznych ścieków.
Najbliższe wpisy będą poświęcone wspominkom historycznym. A konkretniej, przypomnieniu kilku wybitnych pilotów myśliwskich, którzy na rozkładzie mieli wiele nieprzyjacielskich samolotów. Tyle tylko że oznakowanych nie swastyką, lecz czerwoną gwiazdą. Biorąc pod uwagę, że ich kraje zostały pierwsze napadnięte przez zbrodniarza wszechczasów Stalina, zdaniem redakcji nie sposób mieć do nich o to pretensji.

Stary Niedźwiedź
Refael 72

piątek, 2 sierpnia 2019

Powstanie Warszawskie

Felieton zamieszczony na starym Antysocjalu 1 sierpnia 2009 zawiera przemyślenia nt. Powstania Warszawskiego.
Autorem jest Stary Niedźwiedź.


Północ minęła niepostrzeżenie i Stary Niedźwiedź sprawdzający w necie czy świat który pożegnał dziesięć dni temu uciekając na Mazury jeszcze istnieje, zdał sobie sprawę że jest już 1 sierpnia Anno Domini 2009. Odkąd nauczyłem się myśleć w sposób  logiczny i cenić ten hojny dar Stwórcy, rocznica ta zawsze budzi we mnie nie tyle mieszane co wręcz negatywne uczucia. 
Z jednej strony przykład bohaterstwa młodych ludzi przez ponad dwa miesiące za pomocą pistoletów „vis” walczących z niemieckimi czołgami „tygrysami”, jak głosi znana do dzisiaj pieśń której autor Józef Szczepański ps. „Ziutek” poległ podczas powstania. A z drugiej dwieście tysięcy ofiar i zagłada lewobrzeżnej Warszawy która obecne przypomina wazę etruską. Czyli kilka procent to znalezione przez archeologów fragmenty oryginału a reszta to efekt mrówczej pracy konserwatorów zabytków którym chciało się odtworzyć mniej lub więcej wiernie oryginał.
Historia zna wiele bohaterskich obron miast czy twierdz przy znacznej dysproporcji między siłami strony atakującej a obrońcami. Dużo z nich zakończyło się śmiercią wszystkich czy prawie wszystkich defensorów i zdobyciem przez napastników owego miejsca. Ale przypadki gdy strona nieporównywalnie słabsza walkę rozpoczęła na własne życzenie są nieliczne.
Nie dziwi mnie postawa nasto- czy dwudziestokilkuletnich warszawskich żołnierzy AK którzy rwali się do walki. Wychowani w patriotycznej atmosferze dwudziestolecia międzywojennego, obficie w szkole karmieni przeklętą tradycją romantyczną, nie wyobrażali sobie aby można było postąpić inaczej. Ale od ich dowódców można było wymagać odrobiny realizmu. Po Katyniu żaden myślący człowiek nie mógł mieć już cienia złudzeń co do intencji Stalina. A jeśli któryś z panów sztabowców jeszcze takowe miał, los powstańców wileńskich którzy odebrali miasto Niemcom a następnie zostali przez czerwonoarmistów wyekspediowani na „białe niedźwiedzie” powinien być ostatecznym argumentem przeciw czynom samobójczym. Złudzeń tych nie miał wspomniany już kapral podchorąży „Ziutek”, autor nie tylko pieśni „Pałacyk Michla” ale i wiersza rozpoczynającego się od słów „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo”, z oczywistych powodów zamilczanego do dzisiaj na śmierć. Kiedyś przez komunistów, obecnie przez lewacki sralon.
Ale powstanie się rozpoczęło a dalszy ciąg wydarzeń był taki jaki musiał być. Armia sowiecka która potrafiła w ciągu niecałych dwóch tygodni sforsować Dniepr i zająć Kijów nad jakże mikrą, w porównaniu z Dnieprem, Wisłą zatrzymała się na całe pięć miesięcy aby Niemcy odwalili za nich brudną robotę. W czasach komunistycznych na lekcjach historii serwowano nam jakieś kretyńskie argumenty mające uzasadnić to pięciomiesięczne zawieszenie broni na odcinku środkowej Wisły. Nie twierdzę że moja klasa licealna stanowiła elitę ale w dyrdymały te nie wierzył nieomal nikt.
Powstanie Warszawskie włącza się do panteonu takich polskich pomysłów jak wcześniejsze, zwane listopadowym i styczniowym. W odróżnieniu od tamtych nie było powodem znaczącego pogorszenia warunków bytowania pod zaborem rosyjskim bowiem nasz los był już wcześniej przesądzony przez idiotę wszechczasów czyli prezydenta Roosevelta oraz zbrodniarza wszechczasów tow. Stalina (inny wybitny przywódca socjalistyczny tow. Hitler był w porównaniu z nim jedynie utalentowanym amatorem). Tych którzy zarzucą mi że nie wymieniłem pewnego drania z nieodłącznym cygarem pragnę poinformować że mimo wszystko mam do niego cień słabości. Bo wcześniej próbował wylansować lądowanie alianckie nie we Włoszech lecz na Bałkanach aby wtargnąć do Europy Środkowej niejako „zabiegając” drogę sowieckim hordom i ratować co jeszcze się da. Jako że on w odróżnieniu od „syfilityka na wózku”, jak wspomnianego już prezydenta nazywało kilku znanych mi a obecnie już nie żyjących kombatantów, nie miał złudzeń odnośnie „wujaszka Józia”. Ale Wielka Brytania była już wówczas de facto gospodarczym bankrutem, całkowicie uzależnionym logistycznie od USA więc pomysł ten został skutecznie zwalczony. Nie dysponując wystarczającymi kwalifikacjami nie wdaję się w ocenę szans realizacji na pewno ambitnej idei Churchilla.
Zatem powstanie wbrew elementarnej logice wybuchło. A do listy naszych polskich sportów nie znanych w innych krajach, przybyła wówczas nowa konkurencja: palenie diamentami w piecu. 
Stary Niedźwiedź
Autor i jego cała linia przodków po kądzieli to rodowici Warszawiacy. Większość z nich nie doczekała końca wojny, właśnie przez tę zbrodnię jaką było wszczęcie Powstania.