Zbliżająca się 605 rocznica bitwy pod Grunwaldem jest dobrą
okazją do podzielenia się z Czytelnikami garścią refleksji. Sam przebieg bitwy
jest powszechnie znany, zatem skoncentruję się na kilku spostrzeżeniach
dotyczących panowania Władysława Jagiełły.
Jego ślub z królową Jadwigą Andegaweńską i koronacja na
króla Polski jest najlepszym potwierdzeniem, że zarówno on jako wielki książę
litewski jak i „panowie małopolscy”, de facto sprawujący władzę w Polsce pod
koniec XIV wieku, doskonale rozumieli czym jest racja stanu, choć takim
pojęciem zapewne się nie posługiwali. Bowiem byli politykami z prawdziwego
zdarzenia, choć zapewne przez „monarchistów” w wieku okołogimnazjalnym
zostaliby nazwani republikanami.
Oczywiście Krzyżacy i inni wrogowie Korony i Litwy zaczęli
wojnę propagandową, próbując całej Europę przekonać, iż nowy król tak naprawdę
jest poganinem, a wiec ich walka z wymienionymi państwami ma coś wspólnego z
„nawracaniem”. Dokładnie z tego samego powodu źródła polskie (choćby pomnikowa
kronika Jana Długosza) przy każdej okazji podkreślała głęboką pobożność króla
Władysława. A co o tym można sądzić?
W kilku źródłach przeczytałem, że król codziennie po
porannym wstaniu z lóżka, brał jakiś patyczek (pokojowiec nie mógł zapomnieć o
jego przygotowaniu), łamał na trzy części i rzucał za siebie, by odpędzić złe
moce. Nie twierdzę że jego chrześcijaństwo było na pokaz, ale ten ogarek jest
oczywisty.
Podczas późniejszych wojen z Krzyżakami, tych na mniejszą
skalę niż najbardziej znana z lat 1409 -10, chętnie korzystał z usług zaciężnej
piechoty czeskich husytów. Którzy oficjalnie byli celem kilku niemieckich
„wypraw krzyżowych” (tak określił je ówczesny papież). Z krucjat tych mało
który z niemieckich „krzyżowców” powrócił z życiem, bowiem owi husyci mistrzowsko
operowali cepami z solidną żeliwną kula na końcu, kładąc niemieckie konne
rycerstwo pokotem. Zatem król Władysław Jagiełło sięgnął po sprawdzonych
fachowców, których kompetencji nikt nie mógł zakwestionować..
Przed bitwą grunwaldzka król Władysław koncertowo zagrał na
czas, posiłkując się instrumentem nie podlegającym wówczas jakiejkolwiek
dyskusji, czyli potrzebą wysłuchania kilku mszy. Potrzeba istotnie była, bowiem
ranek 10 lipca 1410 zastał wojska polsko – litewskie w lasach i na ich skraju w
okolicy jeziora Lubień. Zaś wojska krzyżackie, złożone głównie z konnego
rycerstwa, ustawione były na odkrytej przestrzeni i wystawione na działanie
lipcowego słońca. Zatem początkowa gra na czas była w pełni uzasadniona. Pojął
to i Ulrich von Jungingen, wysyłając słynne poselstwo z dwoma mieczami i
oferując cofnięcie się swojej armii, by dać miejsce Polakom i Litwinom do
rozwinięcia szyków.
Po samej bitwie król Władysław zmienił się nie do poznania.
Ten dotychczas doskonały dowódca zaczął popełniać błąd za błędem, marsz na
Malbork odbył się w żółwim tempie, tak że zdążyły tamtejszy garnizon wzmocnić
siły komtura Świecia Henryka von Paulen oraz niedobitki spod Grunwaldu, którym
udało się ujść z pola bitwy. Sami Krzyżacy uznali, że energia komtura plus jego
siły przesądziły o skutecznej obronie stolicy i von Paulen został wybrany na
kolejnego wielkiego mistrza zakonu.
Narzuca się pytanie, co spowodowało, że Władysław Jagiełło
dołożył wszelkich starań, aby Krzyżaków nie dobić. Dużo pisał o tym Paweł
Jasienica w „Polsce Jagiellonów” i mnie jego hipoteza przekonała.
Król Władysław urodził się i w roku 1410 oczywiście nadal
był stuprocentowym Litwinem. A zarazem człowiekiem na tyle wybitnym, że w
odróżnieniu choćby od swojego młodszego brata Świdrygiełły czy stryjecznego brata
Witolda, nie wahających się dla osobistych korzyści sprzymierzać z Krzyżakami,
nie były mu obce takie pojęcie, które dzisiaj nazywamy litewską racją stanu.
Rozumiał że związek z Polską to jedyna szansa na nie siłowe ucywilizowanie
Litwy i wprowadzenie jej do strefy cywilizacji europejskiej. A ponieważ nie
miał żadnych przesłanek by mieć pewność, że związek Polski z Litwa jest
przesądzony na wiele lat, Z całą świadomością postanowił Krzyżaków nie dobić.
By wprawdzie osłabieni ale nadal stanowili wystarczające zagrożenie.
Uzasadniające potrzebę polsko – litewskiego sojuszu. O aż takie wizjonerstwo,
jak konieczność udzielania Litwie pomocy w walce z ekspansją odradzającego się
państwa moskiewskiego, króla nie podejrzewam.
Tego pokojowego cywilizowania Litwy sami Żmudzini (czyli w
przybliżeniu mieszkańcy dzisiejszego terytorium Litwy) do dzisiaj nie mogą
Polakom wybaczyć. Litwa za Władysława Jagiełły była krajem analfabetów, rolę
kancelistów na litewskich dworach książęcych pełnili ruscy mnisi. Dlatego choćby
dokument Unii w Horodle spisany jest po łacinie oraz cyrylicą. Kultura polska
okazała się dla litewskiej elity na tyle atrakcyjna, że polonizowała się ona w
błyskawicznym tempie, przyjmując nowy język i obyczaje. O ile w czasach
Biernata z Lublina (początek szesnastego wieku) na pewno można już mówić o
polskim języku pisanym, litewski po prostu nie zaistniał. Język ten został
zdegradowany do rangi mowy chłopskiej, której szlachta litewska używała głównie
po to, by porozumieć się ze służbą. Takie rody, jak choćby Chodkiewiczowie,
Ostrogscy czy Gasztołdowie spolonizowali się ze szczętem, za nimi poszła
szlachta.
Litewski język pisany zaczął rodzić się w ciężkich bólach
dopiero w dziewiętnastym wieku, zaś jego gramatykę i ortografię skodyfikowano
dopiero pod koniec tegoż stulecia. I tego dzisiejsi Litwini chyba nigdy nam nie
wybaczą. Dowodem takich dziecinnych instrumentów propagandowych jest
przedstawianie w ich historii wspomnianego już Witolda (syna Kiejstuta) jako
bohatera reprezentującego wszelakie cnoty. Mimo ze był beznadziejnym wodzem a w
walkach o tron bez wahania wkraczał do swojej ojczyzny na czele pustoszących ją
wojsk krzyżackich czy czczenie Janusza Radziwiłła za chęć wykrojenia sobie
udzielnego księstwa pod szwedzką protekcją. Zaś Władysław Jagiełło jest
przedstawiany jako zdrajca Litwy i czarny charakter. Ani chybi za to, że
zainicjował akcję ucinania ogonów i naukę chodzenia na zadnich łapach. A nie
każdy kundel to lubi.
Stary Niedźwiedź
