czwartek, 26 marca 2020

Z wirusem w tle

Szanownych Czytelników muszę przeprosić za długie milczenie. Bowiem zaprzątały mnie przygotowania do dłuższego zamknięcia się w domowych pieleszach. Ale poważne zapasy prowiantu już zgromadzone, to samo z  najpotrzebniejszymi lekami, chemią gospodarczą i żwirkiem dla kocurka, zatem mogę wznowić działalność.
Światła "stara" Unia, w którą polskie debile i Targowica wierzą, niczym najbardziej zabobonne dzikusy w jakieś "mzimu", zbłaźniła się ze szczętem. Cały ten zlewaczały chlew jako tako działa, gdy gospodarka funkcjonuje należycie a największymi problemami stojącymi przed jego kierownictwem są próby zmuszenia krajów z tej "nowej" do przyjęcia takich "wartości europejskich", jak niczym nie ograniczone aborcja i eutanazja, postawienie zboczeńców ponad heteroseksualnym plebsem czy zarżnięcie gospodarek  wymysłami gretynów. Ale gdy pojawi się realny a do tego poważny problem, mamy kompromitację na całego.
Szczególną bezczelnością popisał się premier Małej Brytanii, który jeszcze niedawno twierdził, że kto ma przeżyć, ten przeżyje, a kto ma umrzeć, niech zdycha. Bo to tylko naturalna selekcja, w gruncie rzeczy pożyteczna. Potem oczywiście się z tego wycofał, obawiając się nokautu w najbliższych wyborach. Ale za ten koncept należy mu się nagroda Tombakowego Kurwina (szkoda szlachetnego kruszcu nawet do pozłocenia statuetki gówna w muszce).
Bredzenie o "solidarności europejskiej" były dobre, gdy enerdowska świnia chciała wcisnąć innym krajom ciapatą dzicz. Ale gdy Makaroniarze i Hiszpanie, w dużym stopniu w skutek własnego matołectwa, padają jak muchy, tej solidarności ani widu, ani słychu. Więcej niż cały eurochlew dla Makaroniarzy zrobili Chińczycy, przysyłając lekarzy i sprzęt.
Rząd PiS sprawuje się znacznie lepiej, niż te starounijne. Złośliwi mogą powiedzieć, że nie jest to wielka sztuka, ale liczy się efekt. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby obecnie rządziła Targowica. Na pewno wystąpiłby błazen nie mający pojęcia o podatkach (sam to publicznie przyznał) i powiedziałby, że "piniędzy nie ma". Bo WSIoki, mafie i kumple rozkradli.
W sejmie uchwalono ze wszech miar słuszną zmianę regulaminu, umożliwiającą posłom zdalne głosowanie. Oczywiście POmiot legł Rejtanem i tę zmianę trzeba było przegłosować w dotychczasowym trybie. Ten sam POmiot analogiczny pomysł w europarlamencie poparł bez cienia zastrzeżeń. Ale  tam chodziło o zdrowie i życie przedstawicieli rasy panów. Gdyby któras kanalia była temu przeciwna, prowadzący z BND tak by w Brukseli walili po mordach, że i w Warszawie byłoby słychać. Co innego zdrowie polskich podludzi. O kolejnych łgarstwach KODawy w tej sprawie nie warto się rozpisywać. Pozostaje jedynie do rozstrzygnięcia problem, czy większy z niej matoł, czy łgarz.
Ale kolejnym niemiłym zaskoczeniem jest przyłączenie się do tego protestu Konfederatów. Wszystko wskazuje na to, że cała jedenastka zaraziła się kurwinowirusem, a przebieg choroby jest ciężki.
Czcigodny Refael podesłał mi ciekawy wpis z Pejs Zbuka (sam do wynalazku Cukerszwanca programowo nie zaglądam). Jego autorka proponuje, by PiS usłuchał błagań Totalnej Targowicy i przełożył wybory nawet o pięć lat. Tyle czasu powinno wystarczyć, by KODawa nauczyła się czytać, Zakosiniak-Kłamysz zdążył zmienić żonę na jeszcze nowszy i ładniejszy model a Bosak zrobił wreszcie choć licencjat na politologii, europeistyce lub jeszcze bardziej operetkowym wydziale jakiegoś uniwerku.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 5 marca 2020

Justytutki w akcji

TVP najsłuszniej w świecie uruchomiła serial "Kasta", przypominający co ciekawsze wyczyny fioletowych ludzików. Ale ostatnio miały miejsce "wyroki" przekraczające wszelkie granice elementarnej przyzwoitości.
Cham w czerwonych portkach swego czasu bełkotał o potrzebie stworzenia "komitetu wypierdolenia Kryśki w kosmos", a kontekst tego bluzgu jednoznacznie wskazywał, że miał on na myśli panią profesor Krystynę Pawłowicz. Ta ostatnia zareagowała na ten bluzg wytaczając gnojkowi proces. W pierwszej instancji "sąd" orzekł, że cham nie jest winien, tym nie mniej powinien wpłacić pewną kwotę na cel charytatywny. W budżecie Tombakowego Arbuza lub Ćwiartki Wszy, czy jak się te pralnie nazywają, nie jest to istotna pozycja. Sam fakt, że rzekomo niewinny ma zapłacić jest ewenementem prawniczym, który co zdolniejszy student prawa bez trudu rozniósłby na kopach.  Ale w drugiej instancji justytutka orzekła, że bluzg chama nie przekroczył dopuszczalnych norm krytyki.
Swego czasu niejaki Frasyniuk był legitymowany przez policjantów podczas blokowania trasy przemarszu legalnej manifestacji. Najpierw podał fałszywe nazwisko a potem czynnie znieważył funkcjonariuszy. Inna justytutka "orzekła", że jego fizyczna napaść na policjantów była "usprawiedliwiona".
A ostatnio gdański "sąd" w drugiej instancji wydał wyrok w sprawie niemieckiej nazistowskiej kurwy, która odgrażała się, że najchętniej pozabijałby wszystkich Polaków. Jedna z pracownic tej firmy nagrała wypowiedź neohitlerowca i zawiadomiła prokuraturę. W pierwszej instancji bydle zostało skazane na nieprzesadnie wysoką karę. Ale w drugiej szmata z fioletową lamówką orzekła, że neohitlerowiec ma za karę wpłacić dziesięć tysięcy złotych na fundację chama w czerwonych portkach. Ale pani która powiadomiła prokuraturę o przestępstwie i przedstawiła niezbity jego dowód, też dopuściła się przestępstwa naruszenia prywatności neohitlerowca. I za to została skazana na zapłacenie mu odszkodowania w wysokości również dziesięciu tysięcy złotych oraz jeszcze pięciu tysięcy kosztów sądowych. Zatem szkopskie łajno nie poniesie żadnej kary, zaś kobieta zawiadamiająca o dokonaniu przestępstwa ma łącznie wysupłać piętnaście tysięcy złotych.
Prezydent RP dysponuje prawem łaski, zatem może uratować tę panią. Tak jak i tysiące innych Polaków, niszczonych przez fioletowe szmaty. Jeśli tego zaniecha, nie będę w stanie zagłosować na niego w niedalekich wyborach.
Co się tyczy idiotki nie potrafiącej bez promptera wygęgać trzech słów z cieniem sensu, tęczowego gumofilca czy czerwonej cioty, ich obrona fioletowej szajki i bredzenie o zagrożonej praworządności to znane od dawna zaklinanie rzeczywistości przez tę nowa Targowicę. Tak samo niczym mnie nie zaskoczyło gówno w muszce, w telewizyjnych gadających głowach bełkoczące, że nie podlegające jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli sądy na pewno same się oczyszczą. W końcu nie po raz pierwszy i nie po raz tysięczny wyszedł na takiego samego debila/antypolską kanalię (niepotrzebne skreślić), jak pewien stary pierdoła, bełkoczący te same brednie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Ale zdumiał mnie Krzysztof Bosak, który przed podpisaniem przez prezydenta ustawy temperującej choć trochę fioletowa szajkę, apelował do Andrzeja Dudy, by tego nie robił. Bo rzekomo niczego to nie poprawi, a tylko zaogni konflikt.
Do tej pory uważałem pana Bosaka za inteligentnego człowieka. Rozumiem też, że bardzo nie lubi on PiS, do czego oczywiście ma święte prawo. Ale na los rodaków nie wolno mu bimbać. Bo już  za ten wybryk muszę ze smutkiem stwierdzić, że taki z niego narodowiec, jak z Krzysztofa Bęgowskiego (ksywa "Anna Grodzka") matka przeorysza. I jeszcze jeden taki wyskok, choćby pośrednio broniący justytutek, a będę musiał gruntownie zrewidować swoja opinie o nim. I zastanowić się, czy można dalej traktować serio trzydziestoośmiolatka, który nie zhańbił się ukończeniem jakichkolwiek studiów, nawet licencjackich na jakimś kabaretowym wydziale. A sądząc z życiorysu  i deklaracji majątkowej, uczciwe zarabianie na chleb też jest mu obce.

Stary Niedźwiedź

środa, 19 lutego 2020

Pomysłowy Dobromir: Maria Antonina czy kret w szeregach Kompromitatów?

Nie ukrywam, że początkowo odnosiłem się do Konfederatów ze sporą dozą sympatii. Łajno w muszce na służbie Putasa czy domorosły Savonarola od batożenia dewiantów i koronacji Zbawiciela na króla Polski wywoływali u mnie odruch wymiotny samym swoim widokiem, że nie wspomnę o głoszonych przez nich bredniach. Tym nie mniej pozostałą dziewiątkę z ich koła poselskiego uważałem za ludzi rozsądnych. Czemu dałem wyraz we wpisie o ich wyborach kandydata na prezydenta. Choć nie ukrywam, że zarówno brak wyższych studiów, jak i humorystyczne dochody pana Krzysztofa Bosaka w jego deklaracji majątkowej (czyżby jeszcze jeden stary koń na garnuszku rodziców?) na pewno nie były jego plusami.
Ale w miarę upływu czasu zarówno jego wypowiedzi, jak i złote myśli posłów z tego koła spowodowały, że moja sympatia topniała w oczach.
Wszystkich ich głupot nie chce mi się w sieci tropić, zatem ograniczę się do trzech, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Najpierw sam Bosak stwierdził, że podpisanie przez prezydenta Dudę ustawy dyscyplinującej szajkę fioletowych ludzików niczego nie rozwiąże, a tylko zaogni sytuację. Jeśli nie widzi on palącej konieczności przecięcia tego wrzodu i usunięcia z ferajny takich warchołów jak Juszczyszyn czy Stuleya, to serdecznie dziękuję za takiego prezydenta. A kandydatowi radzę wziąć rozbrat z polityką i skończyć jednak jakiś choćby niepoważny uniwersytecki fakultet, póki ma zapewniony wikt i opierunek.
Potem ruska onuca popisała się stwierdzeniem, że gdyby podczas wyborów prezydenckich w roku 2015 można było przewidzieć, że w nieodległych jesiennych wyborach parlamentarnych PiS zdobędzie samodzielną większość w sejmie, to należało wtedy stanąć na głowie, by doprowadzić do reelekcji chrabiego Bula. Ta rzygowina ani trochę mnie nie zdziwiła, ale gdy zaczął jej bronić pan Dziambor, moje zaskoczenie nie miało granic. Bo jeśli nie przeszkadzał mu cham skaczący po krzesłach w japońskim parlamencie i zwalający zadek w fotel, gdy jego goście w randze głów państw jeszcze stali, to moja sympatia dla pana Artura spadła do zera.
I w końcu pomysłowy Dobromir. Podczas gadających głów w Polsracie posłanka lewizny chcąc zasugerować, że bronią oni ludzi słabych i ubogich, wspomniała o niewątpliwie realnie istniejącym problemie "wykluczenia transportowego" osób mieszkających w małych miejscowościach, a już zwłaszcza wsiach. Problem ten znam doskonale ze swojej mazurskiej letniej stolicy. Gdy w niej przebywam i planuję wyjazd na zakupy do jednego z dwóch pobliskich miast powiatowych, zawsze pytam zaprzyjaźnionych tubylców, czy nie mają chęci pojechać ze mną lub czy im czegoś nie kupić.
Posłance tej wpadł w słowo pomysłowy Dobromir, stwierdzając:
-Niech ludzie po prostu kupują samochody.

A gdy doszedł do głosu, rozwinął ten genialny pomysł:
-Ludzie jakoś dojeżdżają. W ten sposób natomiast znowu marnujemy pieniądze na państwowe autobusy, które będą nieefektywne, zamiast dać ludziom zarobić na to, żeby ci, którzy nie mają samochodów, też woleliby mieć samochód.

Debilowi należy wytłumaczyć, że we wsiach ludzie pracujący i jako tako zarabiający, jeżdżą "używkami". Ale starsi z problemami ze słuchem, wzrokiem i refleksem, na pewno nie zdali by egzaminu na prawo jazdy. A gdyby jakimś cudem je zdobyli a święty Mikołaj sprezentował im auto, na drodze stanowiliby zagrożenie dla siebie i innych. I żadne ruchy podatkowe w tej grupie wiekowej niczego by nie zmieniły.
Gdy we Francji zaczęły się  rozruchy, nazwane potem Wielką Rewolucją Francuską, królowa Maria Antonina zainteresowała się ich przyczyną. A po usłyszeniu, że protestującym brakuje chleba, popisała się złotą myślą:
-Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka!

Sprawdziłem w sieci, że Dobromir Sośnierz należał do chyba wszystkich wylinek łajna w muszce. Zatem nie widzę dla niego lekarstwa, bo tak zaawansowane stadium mikkizmu-kurwinizmu jest nieuleczalne niczym AIDS.
Jeden z moich przyjaciół, gorący zwolennik Konfederatów, snuł marzenia o udziale pana Bosaka w drugiej rundzie wyborów. Moim zdaniem koledzy nastrzelali mu tyle samobójów, że zajęcie piątego miejsca, czyli wyprzedzenie choćby jednej osoby z tercetu tęczowy gumofilc, żałosna ciota plus WSIowa wydmuszka byłoby wielkim sukcesem. A przy takiej strategii przyszłość Konfederatów w parlamencie widzę w czarnych barwach.
Ludzie w Polsce bywają złośliwi i lubią przekręcać nazwy partii politycznych. Ruch Podtarcia Palikmiota czy .Nowodebilna najlepszymi przykładami. Zatem nie zdziwię się, jeśli to koło poselskie ludzie nazwą Kompromitacją.

Stary Niedźwiedź

piątek, 14 lutego 2020

W co gra Swetrzasty?

W rozmowach z moimi prawicowymi przyjaciółmi nie raz pojawiało się pytanie, czy towarzysz Swetrzasty zgłupiał, forsując na kandydata lewizny w wyborach prezydenckich tę głupią, bezczelną, megalomańską i załganą do szpiku kości ciotę.
Na ogół rozmówcy szli po
linii najmniejszego oporu i przyczynę tej decyzji widzieli właśnie w zaćmieniu umysłu wodza lewizny. Podnosząc argument, że chujwejbin Zandberg uzyskałby lepszy wynik, bowiem starsze komuchy do trockistowskich czy maoistowskich pomysłów wielkiej urazy na pewno nie żywią, zaś zboczeńcami zawsze gardzili (vide sławetna esbecka operacja "Hiacynt"). A do tego rzeczony Zandberg jest znacznie inteligentniejszy od nabzdyczonego pedała i w dyskusjach kandydatów podczas kampanii wyborczej poradziłby sobie na pewno lepiej.
Wszystko to prawda, ale moim zdaniem zapomnieli oni o fundamentalnej kwestii. Odnośnie braku elementarnych zasad moralnych czy co chwilę wyłażącej z eurosocjalistycznych bucików słomy komunistycznego chamstwa, rzecz jasna mają rację. Ale towarzysz (najcięższa ze znanych mi obelg) Swetrzasty na pewno nie jest głupcem.
W co zatem on gra?
Wie on doskonale, że wybory te będą klęską nieustannie kłamiącego i bezczelnie donoszącego na Polskę w euroburdelowym parlamencie głąba. Ale ten wynik nie ma znaczenia. Dla kręcących eurochlewem liczy się to, że w ten sposób Swetrzasty udowadnia, że już do końca przechrzcił się na eurosocjalizm. Bowiem jego partia w wyborach wystawiła wręcz eurosocjalistyczny ideał. Bo i lewak, i talib gender, i zboczeniec, i do tego jeszcze gretyn. Kudy do takiej nieomal doskonałości niejakiej KODawie?
A ponieważ z obalenia wstrętnego PiS przez volksdeutschów z Przestępczości Organizowanej dreck wyszło, oficerowie Bundesnachrichtendienstu mogą stracić cierpliwość i zainwestować w inną agenturę. A czym jak czym, ale obcą agenturą zarówno stare komuchy i ich spadkobiercy potrafią być  w stopniu wręcz doskonałym. W końcu zaczęli robić to z powodzeniem ponad sto lat  temu.
I o to moim zdaniem w tej jedynie z pozoru dziwacznej decyzji chodzi.

Stary Niedźwiedź

poniedziałek, 3 lutego 2020

Pierwszy ogłupiacz III RP


Wszyscy zdolni do samodzielnego myślenia ludzie wiedzą, że w konkurencjach sportowych takich jak  śmierdzący leń czy nienawidzący Polski volksdeutsch, tak zwany Chyży Rój nie ma wśród polskich politykierów (nie nazwę ich politykami, tak jak i muzykantów nie nazywa się muzykami) żadnego liczącego się konkurenta. Natomiast nie wszyscy zwracają uwagę na to, że jest on wirtuozem w grze na ludzkiej głupocie. Bowiem nikt z jego szalikowców nie zauważa faktu, że jest to po prostu wyrób stalinopodobny.
Gdy gdańscy "leberałowie" (czyli tłumacząc na polski - złodzieje zuchwali)  ponieśli klęskę w wyborach 2003, połączyli się z Mumią Demokratyczną, w wyniku czego urodziła się tak zwana Unia Wolnoszcząca.   Ale stary gangster Benek Lewartow przy pierwszej nadarzającej się okazji w wyborach do władz takowej wyciął gojów nieomal w pień. Gdańskim złodziejaszkom dostały się żałosne ochłapy i wydawało się, że Chyży Rój jest już skończony. Po wygranych przez AWS wyborach w 1997 i zawiązaniu koalicji z wolnoszczącymi, dostała mu się fucha w postaci wicemarszałkowstwa senatu. Na której to posadzie mógł się obijać do woli  i podczas prowadzenia posiedzenia puszczać sobie na monitorze meczyki.
Gdy z AWS, Unii Wolnoszczącej i nierządu łoBuzka zaczęły sypać się trociny i było już oczywiste, że wybory w 2001 przerżną oni z hukiem, na rozkaz generała Czempińskiego TW Must czyli niejaki Andrzej Olechowski utworzył dla nich szalupę ratunkową w postaci Platformy Obywatelskiej. Początkowo miało nią kierować trzech tenorów, czyli Must, marszałek sejmu Płażyński i właśnie podający się za Kaszuba szkopski agent. Początkowo służący Stasi jako TW Oskar, a po zjednoczeniu Niemiec przejęty przez BND.
I tu magister historii rozwinął skrzydła, przypominając sobie, co robił Stalin w latach 20 i 30 ubiegłego stulecia. Doszedł do skądinąd słusznego wniosku, że aby zasłużyć się swojej prawdziwej ojczyźnie i dojść do zaszczytów na niemiecką skalę, musi dostatecznie zdemolować Polskę jako jej gauleiter. A z kolei zdobycie tego stanowiska i uzyskanie możliwości działań sabotażowych,  wymaga zdobycia władzy absolutnej w PO i wygranie przez nią wyborów, rzecz jasna z pomocą niemieckich i żydowskich medialnych szczekaczek. Co te pierwsze na pewno zrobią na rozkaz z urzędu kanclerskiego, zaś drugie z czystej nienawiści do wszystkiego, co polskie.
Zaczął zgodnie z algorytmem pierwowzoru. Przy pomocy inteligentnego cynika bez cienia skrupułów, czyli Jasia Marysi, zagryzł swojego dobroczyńcę Musta oraz Macieja Płażyńskiego. Czyli ostał się już tylko jeden tenor.
Potem przyszła kolej na panią profesor Zytę Gilowską. Osobę przyzwoitą bardzo inteligentną i kompetentna ekonomistkę. Czyli mającą się reprezentowanym przez siebie poziomem do tego volksdeutscha jak Himalaje do holenderskich depresji.
Jasio Marysia zrobił swoje, więc nadszedł czas na kpnięcie go w tyłek. Nastał czas bandziora od politycznej mokrej roboty, czyli niejakiego Shityny.
Shityna zaczął tworzyć swoją frakcję i gromadzić wokół siebie wiernych sobie ludzi? No to z zajmowanych uprzednio stanowisk wicepremiera szefującego administracji i MSW czy marszałka sejmu spadł do poziomu praktycznie szeregowego posła. Stary bandzior był na tyle sprytny, by znosić publiczne upokorzenia i czekać na swój dzień.
I w ten sposób poza kieszonkowym Stalinkiem w strukturach kierowniczych POmiotu zostały już same zera, pokroju Budki, Gneumanna, Rafała Gówiennego, tego któremu się moniaki wściekły, bo Polska nie kupiła francuskiego gówna czy Ewci Peron, zwanej też Ewcia Kłamacz lub Koparą na metr głęboko. A bandzior tkwił w zamrażarce. Mięso armatnie też było równie głupie. Przed wyborami prezydenckimi 2010 przechwalało się, jaka to ich szajka jest demokratyczna. Bowiem plebs wybiera swojego kandydata między chrabią Bulem i Zdradkiem Apfelbaumem. A gdy ktoś złośliwie ich pytał, skąd ci dwaj kandydaci się wzięli, matoły odpowiadały, że przecież WYZNACZYŁ ich Donald.
Vaterland docenił zasługi w niszczeniu wszystkiego, co polskie lub wyprzedaży takowego Szkopom za psi pieniądz. Jaśnie pani załatwiła mu w Brukseli fotel do napowietrzania. Trochę się musiała wysilić, by przepchnąć kolanem głąba udającego, że mówi po angielsku przy pomocy zwrotów typu "Czy massa rozumieć, o co moja chodzić?". Czyli nareszcie volksdeutsch i agent niemieckich służb specjalnych osiągnął cel życiowy. Faktem, że pozostawił po sobie w Polsce spaloną ziemię, mało się przejmował. A uciekając z tonącej łajby, kapitanem mianował największą za znanych sobie idiotek. Nie było to dla niego priorytetem, ale miał nadzieję, że w ten sposób zachowa też kontrolę nad swoimi polskimi ciurami. Ale nie docenił debilizmu Ewci Peron.
Jednym z jej pierwszych posunięć było rozmrożenie Shityny. A ten błyskawicznie przejął rządy w gangu. Na plus mozna mu zapisać jedynie to, że ma jakiś cień bandyckiego honoru. Bowiem swojej wybawicielki nie zniszczył, jak by to na pewno zrobił Chyży Rój. Lecz dał jej dla pozoru jakieś niezbyt podrzędne stanowisko w kierownictwie bandy, a następnie wysłał na euro(p)oślicę do euroburdelowego parlamentu w celu uzyskania dobrej emerytury.
Ale jako nowy don ponosił porażkę za porażka. Wybory samorządowe ewidentnie przegrał, a w zmontowanej przed eurowyborami koalicji wszelakiej swołoczy jego szajce przypadło mniej mandatów, niż POmiot uzyskał w poprzednich wyborach. Za to pracowicie odkopał z grobu stary czerstwy komuszy syf i powyciągał z tych zombie kołki osinowe. W rezultacie te upiory wróciły do gry a stary polityczny gangster Swetrzasty kopnął go w cztery litery. Bowiem po połączeniu z trockistowskimi chujwejbinami, gretynami i zboczeńcami zmartwychwstała lewizna pewnie weszła do sejmu w ubiegłorocznych wyborach.
Nawet tacy idioci, jak obecne kierownictwo POmiotu, zrozumiało wreszcie, że z takim hersztem szajka skazana jest na pożarcie. I nowym donem został niejaki Budka. Którego wypowiedzi na temat prawa konstytucyjnego dobitnie sugerują, że jego dyplom radcy prawnego pochodzi z rynku wtórnego.
Ukoronowaniem jest ich kandydatka na prezydenta. Jej analfabetyzm w zakresie polityki międzynarodowej i prerogatyw prezydenta RP świadczy o tym, że jej IQ jest mniejsze od numeru noszonego przez nią obuwia.
Ale nawet hasło "wszyscy w drugiej turze za Małgośką" nie przyniesie jej zwycięstwa, jeśli Geniuś Żoliborza do czasu tej dogrywki nie odwali jakiegoś nowego idiotyzmu ekonomicznego, lub nie podwinie ogona i nie skapituluje przed justytutkami i TSUjami złamanymi. Bo to jedyna szansa Targowicy na zwycięstwo.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 28 stycznia 2020

List do Antysocjala

 Drodzy Czytelnicy

Jako belfer akademicki a obecnie emeryt, przez całe życie unikałem jakiejkolwiek działalności biznesowej niczym diabeł święconej wody czy Chyży Rój zaprzestania choć na chwilę szkodzenia Polsce.  Wszystkim którzy namawiali mnie, bym na przykład założył firmę uczącą programowania odpowiadałem, że jeśli nadal chcą pozostać moimi przyjaciółmi czy znajomymi, niech nigdy nie ponawiają takich rad. Bowiem wszelkie podstawy prawne i przepisy podatkowe brzmiały dla mnie niczym nieśmiertelny szmonces, zaczynający się od słów "Friedman ma weksel Szapira z żyrem Glassa".
Ale wczoraj na pocztę bloga przyszedł list od Czytelnika, pragnącego zachować anonimowość z obawy o własne bezpieczeństwo. Jest on bardziej niż ciekawy, zatem na prośbę autora zamieszczam go na Antysocjalu.

Stary Niedźwiedź


Szanowni Redaktorzy i Czytelnicy Antysocjala

Jestem przedstawicielem małego biznesu. Blog ten kiedyś czytywałem regularnie, obecnie sporadycznie. Praca od świtu do nocy i czas poświęcany bliskim kosztem snu nie pozostawiają już miejsca na grzebanie w sieci. Ale nie mogę milczeć i muszę wyjaśnić kilka spraw, dla wielu czytelników dziwnych lub wręcz niepojętych.
Dwie główne liczące się na politycznym rynku partie mają strukturę czysto wodzowską. W przypadku PiS carem i bogiem jest Kaczafi, który o gospodarce wie tyle, co świnia o budowie atomu. Do tego, jak to kiedyś napisał Stary Niedźwiedź, ma refleks szachisty korespondencyjnego i ze swoich rażących błędów wyciąga wnioski z kilkuletnim poślizgiem (choćby miliardy przesrane na UPAinie).
Kaczafi ubzdurał sobie, że im więcej zrobi efekciarskich aportów socjalnych, tym większy sukces odniesie jego sekta w kolejnych wyborach. Początkowo to jako tako działało, ale ci, których głosy mógł w ten sposób kupić, już dawno zostali kupieni. I to źródełko nowych zwolenników jest już suche jak pieprz. Ostatnie wybory parlamentarne musiały być dla niego szokiem. Bo zapewne roiła się w jego łbie większość konstytucyjna. A okazało się, że senat przepieprzył w kompromitującym stylu, jego kandydaci przegrywali nawet z takimi zerami, jak "Misiek" Kamiński.  Zaś w sejmie z najwyższym trudem utrzymał większość bezwzględną (zdolność koalicyjna PiS jest nawet nie zerowa, lecz wręcz ujemna). I dlatego przez kilkanaście dni po wyborach prezio i jego dworacy zachowywali się jak narkoman naćpany w cztery dupy. A teraz nadchodzą wybory prezydenckie, czyli być albo nie być czystych socjalistów udających prawicę, na co w polskim politycznym domu wariatów wciąż jeszcze wielu ludzi daje się nabrać.
Aby znaleźć źródło finansowania swoich aportów, Kaczafi przepchnął ustawy, dające skarbówce uprawnienia niewiele mniejsze od tych, które miał UB za Bieruta. Miały to być narzędzia do walki z karuzelami VAT, ale obecnie biją mocno w zwykły mały i średni biznes. Bo temu wielkiemu włos z głowy nie spadnie, jako że oprócz Jojne Danielsa, którego Stary Niedźwiedź ironicznie nazwał rabinem prowadzącym Kaczafiego i Morawieckiego, mają oni i bankstera prowadzącego w osobie tajemniczego Tadeusza Kościńskiego. Który przy Morawieckim już ze dwadzieścia lat pełnił rolę Krzepickiego, a teraz wynurzył się z cienia i chyba już jest drugim Wachowskim. Zatem "frankowicze" niech zapomną o kłamliwych obietnicach prezydenta Dudy. Węgrów nabitych we franka uratował Viktor Orban, ale on jest facetem mającym jaja w spodniach. A Kaczafi ma je co najwyżej w lodówce.
Stary Niedźwiedź kilka razy tłumaczył, czym jest krzywa Laffera. Ilustrująca fakt, że zwiększanie stopy podatkowej powyżej pewnej wartość granicznej powoduje spadek a nie wzrost wpływów do budżetu z tytułu podatków. Bowiem jest to zachęta do ucieczki w szarą czy wręcz czarną strefę. Ten sam efekt dotyczy i płacy minimalnej. Jej arbitralne i dowolne podnoszenie na tyle zwiększa koszty pracy, że właściciel firmy musi się bronić i pracowników formalnie zatrudniać w niepełnym wymiarze lub na umowę-zlecenie. A nadwyżkę za faktycznie przepracowany czas płacić im pod stołem. Ale jest to za trudne dla głąba, który nie wie, że przychody firmy nie rosną dowolnie tak, jak to sobie tylko zażyczy jej właściciel, by móc sprostać wymaganiom wyrobu piłsudskopodobnego.
Dodajmy do tego rozpasaną skarbówkę, która może bez żadnego uzasadnienia zablokować firmie konto, czy zwalić jej na głowę super upierdliwą kontrolę, która praktycznie sparaliżuje jej działalność i doprowadzi do upadku. 

PiSiaki wylewali swego czasu krokodyle łzy nad losem pana Romana Kluski i jego Optimusa. A obecnie takich drobnych Klusków są w Polsce tysiące. 
Tak samo za czasu ryżego volksdeutscha media wspierające Kaczafiego podniosły krzyk w sprawie piekarza, który niesprzedane pieczywo rozdawał ubogim a skarbówka zniszczyła go każąc zapłacić VAT od tego pieczywa za kilka lat wstecz. Czy zrobiono coś w tej sprawie? Oczywiście nic. Bo właściciel spożywczaka, który podarowałby Caritasowi czy bidulowi żywność na kilka dni przed upływem terminu jej przydatności do spożycia, też musiałby zapłacić od niej VAT.  
Po dokonaniu rocznego bilansu VAT stwierdziłem, że należy mi się zwrot kilku tysięcy. Oczywiście mowy nie ma o tym, żeby urząd sam z siebie przelał pieniądze na moje konto, co w praworządnym kraju byłoby jego obowiązkiem. O zwrot taki trzeba wystąpić. Ale gdy chciałem to zrobić, księgowa krzyknęła, bym się nie ważył tak postąpić. Bo praktyka (nie mylić z łgarstwami Morawieckiego o państwie przyjaznym biznesowi) jest taka, że zwrot wprawdzie nastąpi, ale za aż taką bezczelność na pewno spadnie mi na łeb kontrola tak drobiazgowa, że praktycznie sparaliżuje to działalność mojej firmy. I po kilku miesiącach splajtuję.
Kim zatem jest reżim Kaczafiego i jego skarbowe psy gończe? Z mojego punktu widzenia złodziejami zuchwałymi.
Głąby robiące za nadwornych pisowskich "analityków" pojąć nie mogą, dlaczego mimo ujawniania kolejnych afer i żelaznych dowodów w postaci nagrań, poparcie dla takiego zera jak Kidawa stabilnie stoi w okolicy 25% i nie ma zamiaru spaść. Co praktycznie gwarantuje jej udział w drugiej turze. Ci mędrcy oczywiście zwalają wszystko na lemingi i niemiecko - żydowskie media. Ale są zbyt głupi, by zauważyć liczną grupę drobnych przedsiębiorców i co bardziej rozgarniętych ich pracowników. Czyli takich jak ja, moi znajomi i zatrudniani przez nas ludzie. Ci ostatni wiedzą, że jeśli firma padnie, to zostaną bez pracy a wtedy Dziennikiem Ustaw z dowolnie wysoką płacą minimalną będą mogli tylko się podetrzeć.
My doskonale wiemy, że Kidawa jest głupsza od własnej dupy, bez promptera nie istnieje, a za granicą będzie robić obciachy nie gorsze, niż chrabia Bul. Ale za to wiadomo, że z automatu będzie wetować wszystkie ustawy PiS, na zasadzie, że nie bo nie. Czyli uniemożliwi Kaczafiemu dalsze niszczenie takich, jak ja i moi pracownicy.
My chcemy po prostu móc żyć i utrzymać rodziny z naszej pracy. Więc niech ta głupia baba nawet publicznie wysika się na ulicy w Brukseli czy w Paryżu. Ja mam to w dupie. I dlatego na pewno nie zagłosuję na Dudę. Bo nie jestem  takim idiotą, jak komuniści w Sowietach z końca lat trzydziestych, którzy nawet idąc na rozstrzelanie, wciąż wrzeszczeli "niech żyje towarzysz Stalin".

wtorek, 21 stycznia 2020

Trochę głupio i podle, a trochę śmiesznie

W miniony weekend dwa reprezentowane w parlamencie ugrupowania polityczne wyłoniły swoich kandydatów na urząd prezydenta RP.
Zbieranina czerstwych komuchów, zboczeńców, skrajnie lewackich chujwejbinów i ekoterrorystów zdecydowała się na pierwszego pedała III RP. Tow. Swetrzasty miał powiedzieć (tak przynajmniej podaje nadworny portal PiS), że Biedronia będzie codziennie popychał. Narzucało się pytanie, jak tę deklarację odbiorą niejaki Śmiszek oraz robiąca za niedorzeczniczkę tej hałastry niejaka Anna Maria Żukowska.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Ta ostatnia dała wyraz swojej frustracji publikując po śmierci pana Grzegorza Jędrejka, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, chamski komentarz. Stwierdziła w nim, że widocznie działa "klątwa dublera" (tak Targowica nazywa sędziów TK, nie będących ich lokajami). No cóż, wzgardzona kobieta jest bardziej niebezpieczna od kobry, a Swetrzasty ma taką Izabel, na jaką zasłużył.
Natomiast w Konfederacji odbył się ostatni event ich wewnętrznej kampanii wyborczej. Czyli głosowanie elektorów, wyłonionych w eliminacjach okręgowych. Przed tym głosowaniem liczyła się tylko trójka w składzie pan Bosak, Braun i pan Dziambor (kolejność według liczby pozyskanych elektorów). Bowiem gówno w muszce, jego wierny uczeń, czyli młody cham Berkowicz (to ten, który podczas przemówienia pani poseł Krupki trzymał nad jej głową kipę), pan mecenas Wilk oraz pani, której nazwiska nie chce mi się guglować, mieli tylko po garstce swoich ludzi. Regulamin przewidywał, że w przypadku nieuzyskania przez żadnego kandydata większości bezwzględnej, ten z najmniejszą liczbą głosów odpada. A głosowania będą powtarzane aż do rozgrywki finałowej, z udziałem już tylko dwóch kandydatur.
Gdy na placu boju pozostała jedynie wymieniona trójka potentatów, galaktyczny specjalista od teorii gier i międzyplanetarny strateg nakazał swoim wolnorynkowcom głosować na domorosłego Savonarolę (debil też chce koronować Zbawiciela, tyle tylko, że na króla Polski, a nie Florencji), a nie na swojego kandydata, czyli pana Dziambora. Bo ubzdurał sobie, że ów błazen jest bardziej wolnorynkowy od pana Bosaka. Część elektorów obecnej efemerycznej wylinki gówna w muszce (też nie chce mi się guglować jej nazwy) posłuchała guru sekty i pan Dziambor w półfinale odpadł.
I tu okazało się, że w tym gronie jest kilku ludzi na poziomie i do tego wiedzących, że gdy nie wiadomo jak się zachować, należy po prostu postąpić przyzwoicie. Panowie Dziambor, Wilk, Kulesza i Sośnierz przekonali rozsądnych elektorów, że lepszym kandydatem jest pan Bosak. I to on wygrał te eliminacje. W jego przypadku egzamin odbędzie się po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich. I jeśli nie poprze kandydatury pana Andrzeja Dudy, obleje go z kretesem.
A katotalibański debil musiał się obyć smakiem.
Gówno w muszce dało wyraz swojej rozpaczy, pisząc na Twitterze, że  zdradzając teoretycznie swojego kandydata, chciał jak najlepiej ale niestety Braun nie wygrał. I Machiavelli z koziego podogonia sam to przyznał, że jak powiada stare rosyjskie przysłowie, i cnotę stracił, i rubelka nie zyskał. Od siebie dodam, że do tego jeszcze ani chybi stara ruska onuca dostanie (o ile już to nie nastąpiło) po mordzie od swojego oficera prowadzącego z Federalnej Służby Bezpieczeństwa.
Błazen uważał się za mistrza wszystkich gier, w swych brydżowych felietonach z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przechwalał się, że grywa w GO, a są to takie dużo trudniejsze szachy. A wydało się, że jest za głupi nawet do gry w "wilka i owce", najprymitywnieiszej ze znanych mi gier planszowych. W której przy poprawnej grze owce zawsze wygrywają, a można tego nauczyć nawet przedszkolaka. Ale pan mecenas Wilk bez trudu wygrał ze starym baranem.

Stary Niedźwiedź