sobota, 24 września 2016

Podolacy - cz.3

Zacząć muszę (na szczęście wiem, że nie stanie to się niechlubną tradycją) od przeprosin Szanownych Czytelników za długie milczenie, spowodowane sprawami osobistymi. I zgodnie z obietnicą, poświęcić kilka słów rodzinie Gołuchowskich. A ponieważ dwaj przedstawiciele tej rodziny sprawowali w monarchii habsburskiej funkcje ministerialne, konieczne jest pewne wyjaśnienie.
Po ustanowieniu monarchii dualistycznej Austria (oficjalnie Królestwa i Kraje w Radzie Państwa Reprezentowane, potocznie Przedlitawia – od rzeki stanowiącej część granicy między tymi krajami) oraz Węgry (oficjalnie Kraje Korony św. Stefana, potocznie Zalitawia) miały własne parlamenty i rządy, czyli swoich premierów i ministrów, zarządzających tymi częściami monarchii. Ale zgodnie ze elementarnym zdrowym rozsądkiem trzy resorty: skarbu, spraw zagranicznych i wojny były wspólne, zatem kierujący nimi ministrowie (oficjalny tytuł cesarsko-królewski minister skarbu etc., w odróżnieniu od cesarskiego ministra kolei czy królewskiego ministra handlu) piastowali stanowiska ważniejsze od swoich „krajowych” kolegów, a de facto nawet od „krajowych” premierów, jako że nie było funkcji cesarsko- królewskiego premiera.
Agenor Romuald hrabia Gołuchowski herbu Leliwa, pierwszy ordynat na Skale Podolskiej, urodził się we Lwowie 8 lutego 1812. Jego rodzicami byli Wojciech Gołuchowski oraz Zofia z Czyżów. W roku 1838 ukończył studia jako doktor prawa, stając się w XIX wieku bodajże pierwszym polskim arystokratą z tym stopniem naukowym. Rok później odziedziczywszy po ojcu majątek, wszedł do Sejmu Stanowego Galicji i rozpoczął karierę polityczną. Początkowo lokalną, sprawując kolejno funkcje sekretarza gubernialnego, radcy gubernialnego, asystenta i sekretarza gubernatora arcyksięcia Ferdynanda d'Este, a potem członka Wydziału Stanowego. W roku 1848 został mianowany kierownikiem gubernium. Był przeciwny działaniom spiskowym, z góry skazanym na klęskę i zwolennikiem metody drążenia kroplami skały. Działając w komisji gubernialnej był współautorem przygotowywanego projektu zniesienia pańszczyzny, chroniącego wszelako interesy właścicieli ziemskich.
W roku 1848 ożeni się z Marią Karoliną hrabianka Baworowską, z którą miał sześcioro dzieci:
Agenora młodszego, Zofię, Stanisława Marię, Marię Helenę, Adama Marię oraz Józefa Marię.
Karierę polityczną na skalę już nie tylko lokalną rozpoczął w roku 1849 obejmując stanowisko namiestnika Galicji. Sprawując je podkreślał swoją lojalność w stosunku do władz austriackich i wielokrotnie deklarował werbalnie abstrahowanie w swojej polityce od kwestii narodowościowej, za co oczywiście ówcześni entuzjaści patriotyzmu martyrologicznego, jak postawę taka określił czcigodny Dibelius, którego pozdrawiam serdecznie, wylewali na niego wiadra pomyj i nazywali karierowiczem i renegatem. Nie chcieli lub nie potrafili dostrzec, że były to tylko słowa, bowiem jego polityka oswiatowa była ewidentnie propolska. A dzięki niewielkim koncesjom na rzecz niemczyzny w Galicji zachodniej, w szkołach wschodniej części tej prowincji wywalczył dla języka polskiego równorzędne prawa z zawzięcie promowanym przez Wiedeń językiem rusińskim (pardon, wtedy już ukraińskim, bowiem Austriacy wynaleźli taki naród). Skutecznie zablokował też inny austriacki pomysł, czyli podział Galicji na część polską i rusińską. Dzięki znajomości z bratem cesarza Karolem Ludwikiem przeforsował budowę kolei Wiedeń – Lwów, nazywając tę linię Carl Ludwig Bahn. Z jego inicjatywy we Lwowie powstały Wyższa Szkoła Realna (późniejsza Politechnika Lwowska) oraz szkoły handlowa i ogrodnicza z będącym jej częścią ogrodem botanicznym. Tworzył również polskie szkoły w Stanisławowie, Tarnopolu, Brodach i Samborze. Stopniowo i skutecznie poszerzał obszar polszczyzny w galicyjskiej oświacie, w odróżnieniu od swoich krytykantów z nurtu nekrofilii romantycznej (krytykami nazywać ich nie sposób, tak jak muzykant nie asługuje na miano muzyka). Których jedynym osiągnięciem w dziewiętnastym wieku na na tym polu było skuteczne wyrugowanie języka polskiego z edukacji w Kongresówce. Tych durniów, mających i dzisiaj swoich "godnych" następców, nie określam tak dyplomatycznie jak Dibelius.
Stanowisko namiestnika Galicji sprawował trzykrotnie, w latach 1849-1859, 1866-1868 oraz 1871-1875. W roku 1859 został austriackim ministrem spraw wewnętrznych. Dzięki lojalistycznej zasłonie dymnej mógł dalej poszerzać zakres stosowania w Galicji języka polskiego, uzyskując dlań na razie częściowe uprawnienia w sądownictwie i urzędach. Funkcje tę sprawował do roku 1861.
W czasie swojej drugiej kadencji na stanowisku namiestnika Galicji doprowadził do końca walkę o polskość. Posprzątał w administracji, niemal doszczętnie czyszcząc ją z Niemców i zastępując ich polską inteligencją, na ogół wywodzącą się ze szlachty.
Motywem przewodnim trzeciej kadencji namiestnikowskiej było powtórnie szkolnictwo oraz infrastruktura. Koncentrował się wówczas na ekspansji polskiego szkolnictwa, budowie dróg, pracach melioracyjnych i promocji nowoczesnych metod hodowli. Był współtwórcą Akademii Umiejętności w Krakowie i podniesienia do rangi politechniki Wyższej Szkoły Realnej we Lwowie.
Zmarł we Lwowie 3 sierpnia 1875. Pochowany został w rodzinnym grobie w Skale Podolskiej, siedzibie ordynacji.
Jak Szanowni Czytelnicy mogli się przekonać, choćby pobieżne wyliczenie zasług hrabiego Agenora Gołuchowskiego starszego w zupełności wystarczyło na jeden wpis na Antysocjalu. Bowiem człowiek ten zbudował dla Polski więcej, niż bohaterskim dziewiętnastowiecznym powstańcom razem wziętym udało się zniszczyć. Więc zgodnie z tak częstym w Polsce romantyczno – nekrofilsko – idiotycznym pojmowaniem historii, nie warto o nim pamiętać. Bo to przecież sługus zaborcy i renegat. Podobnie jak i książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki.
Arcyciekawa jest też historia Skały Podolskiej, siedziby rodu Gołuchowskich. W przeszłości należącej kolejno do Koriatowiczów, Spytka z Melsztyna, Lanckorońskich, Tarłów i Gołuchowskich. Obecnie obejrzeć tam można jedynie ruiny zamku Lanckorońskich i pałacu Tarłów, po pałacu Gołuchowskich pozostał tylko park (widocznie sowieci i neobanderowcy zapomnieli powycinać drzewa). Ale o Skale i setkach takich miejsc na Kresach trzeba pisać dobrze albo wcale. A ponieważ zabytki nie są moją specjalnością, ograniczę się do tej suchej informacji.
A hrabia Agenor młodszy i konklawe 1903 muszą poczekać na następny odcinek.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 13 września 2016

Podolacy - cz.2

Po dygresji na temat tego, że trafił frant na franta a „starsi bracia” znaleźli pogromców na niwie biznesu, czas wrócić do rodziny Krzeczunowiczów.
Jest to rodzina szlachecka herbu własnego i pochodzenia ormiańskiego. Lwów posiadał od dawna jakąś niesamowitą umiejętność polonizowania przybyszów z innych krajów, kolejnym przykładem może być choćby rodzina Badenich pochodzenia wołoskiego, o której najznakomitszym reprezentancie, premierze Austrii, napiszę w jednym z kolejnych odcinków tego cyklu. Pierwsze udokumentowane wzmianki o Krzeczunowiczach można znaleźć w dokumentach z roku 1662, dotyczących założenia przez Andrzeja Potockiego miasta Stanisławów.
Kornel Krzeczunowicz urodził się 4 lutego 1815, jego ojcem był Walerian, założyciel brzeżańsko – lwowskiej linii tej rodziny. Edukację odebrał w kolegiach jezuickich, początkowo w Tarnopolu, następnie we Lwowie. Po uzyskaniu matury na uczelniach francuskich, szwajcarskich i włoskich studiował prawo i ekonomię. W późniejszych latach, już po powrocie do Galicji i zajęciu się polityką, był autorytetem w dziedzinie prawa podatkowego i autorem wielu publikacji poświęconych tym zagadnieniom.
Odziedziczył po ojcu majątki w Małopolsce Wschodniej, takie jak Bołszowce, Bołuszów, Czernielów, Kozarę, Żurawienko i Jaryczów, w których już jego ojciec Walerian prowadził naukę gospodarowania dla młodych ludzi, organizował szkolenia i wystawy rolnicze, fundował szkoły. W swej działalności politycznej Kornel początkowo związał się z Hotelem Lambert, a następnie z księciem Leonem Sapiehą, ojcem galicyjskiego konserwatyzmu. Współtworzył grupę konserwatywnych ziemian z Małopolski Wschodniej, znanej jako Podolacy. Przez wiele lat był posłem do Sejmu Krajowego oraz wiedeńskiej Rady Państwa. Był motorem prac melioracyjnych w galicyjskich wsiach oraz budowy linii kolejowych.
W życiu publicznym bronił polskich spraw. Zwalczał separatystyczne działania Ukraińców.
Był żonaty z Izabelą Suchodolską i ojcem czworga dzieci: Aleksandra, Heleny, Waleriana i Leona.
Zmarł 21 stycznia 1881. Pochowany został w kaplicy Krzeczunowiczów na Cmentarzu Łyczakowskim a jego pogrzeb był jedną z najokazalszych uroczystości żałobnych we Lwowie przed odzyskaniem niepodległości.
Kolejną osobą z tego rodu, bezdyskusyjnie wartą przypomnienia, jest jego wnuk, również o imieniu Kornel, ziemianin, podpułkownik Wojska Polskiego i pisarz.
Urodził się 22 sierpnia 1894 w rodzinnym majątku Bołszowce jako syn Aleksandra i Kornelii z domu Tustanowskiej. Jego ojciec, tak jak i dziadek, był politykiem Podolaków i posłem do Sejmu Krajowego Galicji.
W roku 1914 Kornel został zmobilizowany, służył w krakowskim 1 Pułku Ułanów im. księcia Karla von Schwarzenberga, głównodowodzącego wojsk koalicji w bitwie pod Lipskiem. Brał udział w walkach nad Isonzo, służbę w armii austro-węgierskiej zakończył w stopniu porucznika.
Po zakończeniu wojny powrócił do rodzinnych Bołszowiec, wkrótce zajętych przez wojska ukraińskie. Dopiero w roku 1919 udało mu się przedostać na polską stronę frontu i wstąpić do 8 Pułku Ułanów im. księcia Józefa Poniatowskiego. Wziął udział w kampanii bolszewickiej roku 1920, początkowo dowodząc czwartym szwadronem, a od lipca pełnił w stopniu rotmistrza obowiązki dowódcy pułku. Odznaczył się w wielu bitwach, ale jego wizytówką była stoczona 31 sierpnia pod Komarowem największa bitwa kawaleryjska XX wieku.
Po stronie polskiej brała w niej udział 1 Dywizja Kawalerii pułkownika Juliusza Rómmla, licząca ok. 1500 kawalerzystów i artylerzystów konnych (niech Czytelników nie zmyli fakt, że formalnie składała się z sześciu pułków kawalerii), uzbrojona w 70 ciężkich karabinów maszynowych i 16 dział. Dowodzone przez Siemiona Budionnego dywizje kawalerii 11 i 14 składały się z ponad 6 tysięcy, niech już będzie że żołnierzy, dysponujących 350 ciężkimi karabinami maszynowymi oraz 50 działami. O przebiegu bitwy zadecydowała poprowadzona przez rotmistrza Krzeczunowicza szarża 8 Pułku Ułanów, która zmusiła czerwonoarmistów do ucieczki. Żurawiejka tego pułku głosiła:

Ósmy zdobi nam salony,
Same grafy i barony.
Ale jak widać, kończące każdą ze zwrotek zawołanie "bolszewika goń, goń, goń!" wychodziło ułanom księcia Józefa jeszcze lepiej.
Zdobyto między innymi samochód Budionnego i sławetny kawalerzysta musiał chyba po raz pierwszy w tej kampanii uciekać na końskim grzbiecie. W raz z nim dali drapaka późniejsi sowieccy marszałkowie Kliment Woroszyłow i Siemion Timoszenko. Z matni udało wydostać się jedynie około jednej trzeciej bolszewików, głownie na skutek niedołęstwa dowodzącego 2 Dywizją Piechoty Legionów pułkownika Michała Żymierskiego. Późniejszego łapownika, agenta radzieckiego wywiadu, dowódcy Armii Ludowej, a w PRL nawet „marszałka”. Zginęło lub dostało się do niewoli około czterech tysięcy bandytów spod znaku czerwonej gwiazdy. Straty polskie to około trzystu poległych i pięćset zabitych koni. Za tę kampanię rotmistrz Krzeczunowicz został odznaczony Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari.
Po zakończeniu wojny gospodarował w odziedziczonym po ojcu majątku. Ożenił się z Heleną z Lubienieckich, małżeństwo to miało trzech synów: Jana, Aleksandra i Andrzeja, wieloletniego dziennikarza Radia Wolna Europa. W latach 1935 – 38 był posłem na Sejm z ramienia BBWR.
Po wybuchu II Wojny Światowej przedostał się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii, brał udział w odtwarzaniu armii polskiej. W randze majora był komendantem placu w Glasgow. Wojnę zakończył w stopniu podpułkownika.
Po wojnie z oczywistych powodów pozostał na emigracji. Zajął się zawodowo uprawą kwiatów, aktywnie uczestniczył w działalności różnych organizacji kombatanckich i polonijnych. Prowadził też ożywiona działalność pisarską, tworząc choćby „Ułanów księcia Józefa”, „Ostatnią kampanię konną”, „Historię jednego rodu i dwu emigracji”, „Wspomnienie o generale Tadeuszu Rozwadowskim” czy „Rodowody pułków jazdy polskiej 1914–1947” (praca zbiorowa pod jego redakcją).
Zmarł 3 grudnia 1988. Pochowany jest na cmentarzu Gunnersbury.
Innym przedstawicielem tej rodziny, dobrze znanym z nazwiska mojemu pokoleniu, jest Andrzej, syn Kornela młodszego. Urodził się w roku 1930 we Lwowie. Po wybuchu wojny wraz z rodzicami znalazł się na emigracji. Ukończył studia historyczne na prestiżowym Uniwersytecie St. Andrews w roku 1952 a dwa lata później rozpoczął pracę w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, z czasem zostając kierownikiem dziennika radiowego a następnie wicedyrektorem rozgłośni. Pracę w RWE zakończył w roku 1988. W latach 1989-92 był dyrektorem Biblioteki Polskiej i Muzeum Adama Mickiewicza w Paryżu a od roku 1992 zatrudnił się w polskiej dyplomacji, obejmując stanowiska ambasadora RP w Belgii i Luksemburgu oraz Stałego Przedstawiciela RP przy NATO oraz przy ówczesnej Unii Zachodnioeuropejskiej. Wchodził w skład zespołu negocjującego wejście Polski do NATO, co opisał w książce „Krok po kroku – polska droga do NATO”. Pracę w dyplomacji zakończył w roku 1997. Od roku 2010 jest prezesem Polskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie.

Kolejny odcinek Podolaków poświęcę innej rodzinie. Dla zaostrzenia apetytów Szanownych Czytelników powiem jedynie, iż będzie tam między innymi powiedziane, jak to Polak, kierując się polską racją stanu, unieszkodliwił całe konklawe.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 6 września 2016

Podolacy - cz.1

W zakłamywaniu historii Polski i przemilczaniu w programach szkolnych wybitnych jej reprezentantów macherzy od oświaty tej, za przeproszeniem, III RP kontynuują „najlepsze” tradycje PRL.
Wielkopolscy „organicznicy” są wspominani marginalnie, bo zamiast w miarę szybko po Kongresie Wiedeńskim zrobić jakieś szalone powstanie, przez ponad sto lat z mozołem chronili i pomnażali substancję narodową, czekając na sprzyjające warunki do walki o niepodległość. A gdy się doczekali, Powstanie Wielkopolskie w roku 1918 było po mistrzowsku przeprowadzone i zakończyło się sukcesem. Więc nie dziwota, że jego rocznice za czasów (nie)rządu Przestępczości Organizowanej były obchodzone nieomal wstydliwie. A takie nazwiska jak Dezydery Chłapowski czy Karol Marcinkowski niewiele dzisiejszym maturzystom mówią.
Co się tyczy Narodowej Demokracji, Romana Dmowskiego, sygnatariusza Traktatu Wersalskiego, nie udało się przemilczeć, tak jak i generała Józefa Hallera. Ale choćby o Maurycym Zamoyskim mało który posiadacz matury wie więcej, niż o jego kandydowaniu z ramienia endecji w pierwszych wyborach prezydenta RP po uzyskaniu niepodległości. Zaś o Zygmuncie Balickim, Janie Ludwiku Popławskim czy braciach Grabskich  przeciętny Polak na ogół nie słyszał.
W dużo lepszym położeniu są piłsudczycy. Marszałek doczekał się filmów i biografii, bowiem był dobrze widziany jeszcze w literaturze drugiego obiegu, a szeroko rozumiany nurt postsolidarnościowy uznał go za swojego historycznego patrona. Propagandowe światło od niego odbite oświetliło zarówno postać pozytywną w osobie Eugeniusza Kwiatkowskiego, jak i takie osoby jak Ignacy Mościcki, Edward Rydz – Śmigły czy Józef Beck, grabarz II RP.
Ale zamilczenie na śmierć najskuteczniej przeprowadzono w odniesieniu do galicyjskich konserwatystów. Co poniektórym obiły się o uszy nazwiska czołowych „stańczyków”, czyli Stanisława Tarnowskiego i być może Józefa Szujskiego. Za to o „Podolakach” programy szkolne historii konsekwentnie milczą. Mimo że w porównaniu z takimi politykami jak Leon Sapieha, ojciec i syn Agenorowie Gołuchowscy, Kazimierz Badeni, Wojciech Dzieduszycki, Leon Biliński czy Kornel Krzeczunowicz, piastującymi najwyższe stanowiska w rządach Austro-Węgier i życiu politycznym tej monarchii, „stańczycy” stanowili drugą ligę. Identycznie jak prowincjonalny Kraków w porównaniu ze stołecznym Lwowem. Jakie to szczęście, że na Antysocjalu nie straszy już libertariański (za)duch czworaków, którego te nazwiska zapewne wynicowałyby  na lewą stronę. Bowiem wymieniona czołowa siódemka  składa się z księcia, czterech hrabiów, a Biliński czy Krzeczunowicz to „zaledwie” szlachta, bynajmniej nie zubożała.
Przypomnienie o tych wybitnych galicyjskich politykach rozpocznę od rodziny Krzeczunowiczów herbu własnego, pochodzenia ormiańskiego, o której wspominają już okumenty z roku 1662, dotyczące założenia przez Andrzeja Potockiego miasta Stanisławów. Najbardziej znanymi jej przedstawicielami byli Kornel, wieloletni poseł Sejmu Galicyjskiego i wiedeńskiej Rady Państwa. Tak jak jego wnuk również o imieniu Kornel, dowódca 8 pułku ułanów w wojnie 1920 i bohater szarży pod Komarowem, która przesądziła o rozbiciu Armii Konnej Budionnego. Oraz syn Kornela młodszego Andrzej, przez wiele lat dziennikarz Radia Wolna Europa.
I tu nawiązując do ormiańskich korzeni jakże zasłużonej dla Polski rodziny Krzeczunowiczów, pozwolę sobie na małą dygresję.
Największymi entuzjastami nobilitacji wybitniejszych Ormian w Rzeczypospolitej Obojga Narodów byli Żydzi. Którzy używali wszelkich możliwych wpływów na szlachtę, z którymi mieli związki biznesowe, by co znaczniejsi ormiańscy kupcy uzyskali szlachectwo. Nie był to rzecz jasna altruizm, lecz po prostu walka o przetrwanie. Bowiem w konfrontacji na polu handlu z Ormianami, mającej miejsce głównie we Lwowie czy na Pokuciu (w II RP miasto Kuty uważano za nieformalną stolicę polskich Ormian) Żydzi byli w takiej sytuacji jak karasie wrzucone do jeziora pełnego szczupaków. A po nobilitacji kupiec ormiański mógł się już zajmować jedynie handlem płodami rolnymi, końmi czy bydłem, bowiem jakikolwiek drobniejszy „łokciowy” szlachcicowi nie przystawał. O tej żydowskiej wręcz bezradności w takiej konfrontacji świadczy choćby stara lwowska jeszcze dziewiętnastowieczna anegdota, opowiedziana mi przez ś.p. Ojca,
W przedziale pociągu ze Lwowa do Stanisławowa spotkali się dwaj kupcy żydowscy i dwaj ormiańscy. Żeby skrócić sobie nudę podróży, wdali się w rozmowę. W pewnej chwili, gdy z oddali dobiegł głos konduktora sprawdzającego bilety, Ormianie przeprosili na chwilę współtowarzyszy podróży i wyszli z przedziału, do którego wrócili jakiś czas po przejściu kontrolera. Na pytanie Żydów o powód wyjścia wyjaśnili:
Widzicie panowie, kiedy jedziemy w interesach we dwóch z kolegą, kupujemy jeden bilet. Słysząc z oddali „proszę bileciki do kontroli”, zamykamy się w toalecie. Gdy konduktor puka do drzwi, szparą pod nimi podajemy mu bilet, a on kasuje i idzie dalej. Bo do głowy mu nie przyjdzie, że w środku mogą być dwie osoby.
Żydzi poajwajowali, jakie to mądre i oszczędne. Gdy spotkali się z Ormianami wieczorem na dworcu w Stanisławowie  w oczekiwaniu na pociąg powrotny do Lwowa, pochwalili się że wypróbują ten patent. Słysząc zbliżającego się kontrolera, zamknęli się w toalecie, a po zapukaniu i żądaniu okazania biletu, przesunęli go pod drzwiami. Ale bilet nie wrócił. Bo zabrali go pukający Ormianie i poszli z nim do innego WC.
Ciąg dalszy nastąpi.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 30 sierpnia 2016

Bydło w świątyni

1 marca 2015 Instytut Pamięci Narodowej poinformował o odnalezieniu szczątków Danuty Siedzikówny – „Inki”, sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK pułkownika Zygmunta Szendzielarza – „Łupaszki. Została ona rozstrzelana w Gdańsku w katowni SB przy ul. Kurkowej 28 sierpnia 1946 wraz z podporucznikiem Feliksem Selmanowiczem – „Zagończykiem”, również żołnierzem pułkownika Szendzielarza. W chwili egzekucji nie miała jeszcze ukończonych osiemnastu lat.
Uroczysty pogrzeb bohaterów odbył się w Gdańsku w siedemdziesiątą rocznicę egzekucji, . czyli w minioną niedzielę. Wzięli w nim udział między innymi pan prezydent Andrzej Duda oraz pani premier Beata Szydło, liturgię pogrzebową w Bazylice Mariackiej sprawował metropolita gdański ksiądz arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. Szczątki „Inki” i „Zagończyka” spoczęły na Cmentarzu Garnizonowym.
Podczas liturgii w bazylice pojawił się jeden z trzech muszkieterów, niejaki Donos czyli TW „Bolek”.

Przylazł ubrany w strój, który byłby stosowny na safari, ale do pogrzebu w żaden sposób nie pasował. Pogapił się w ekran telefonu i po kilku minutach szczęśliwie się wyniósł. Pozostali muszkieterowie czyli Polmos i Bigos wykazali się odrobiną taktu, bowiem swoją obecnością uroczystości nie sprofanowali.
Nie można tego niestety powiedzieć o alimenciarzu Kijowskim, trójmiejskim knajpiarzu pederaście Szumełdzie (robi za gauleitera KOD na Pomorzu) i grupce szKODników, która ze swoją flagą miała czelność wleźć do bazyliki. 

Zrobili to demonstracyjnie już pod koniec kazania, odbioru tej hucpy przez uczestników liturgii nie trzeba tłumaczyć. Na szczęście policja stanęła na wysokości zadania i skłoniła gówniarzy do opuszczenia świątyni.
Gdy znaleźli się na placu przed bazyliką, nadal dumnie dzierżąc swoją szmatę, doszło do przepychanki z obecnymi tam młodymi narodowcami. Którzy najpierw nazwali KODorastów po imieniu, zaś potem zabrali im rzeczoną szmatę i umieścili ja w najbardziej stosownym miejscu, czyli  pobliskiej toy-toyce.

Post factum alimenciarz bredził, jakoby wraz ze swoją hołotą chciał uczcić pamięć „Inki” i „Zagończyka”. Biorąc pod uwagę, że organ prasowy KODorastów nazywa Żołnierzy Wyklętych bandytami, uwierzyć w to może jedynie aż taki idiota jak ci, którzy wiedzę o Polsce czerpią z wyżej wymienionego organu. Bo dla człowieka myślącego oczywistym jest, że była to desperacja próba wepchnięcia się przed obiektywy kamer i zaistnienia w serwisach informacyjnych. W tym samym celu wspomniany pederasta obandażował sobie łapę i wciskał kit, jakoby został ranny podczas starcia z narodowcami. O czym obszerniej pisze pani Marzena Nykiel.

Jednym słowem bydło po raz kolejny się podsumowało pokazując, że nie ma dla niego niczego świętego. Pozostało tylko żałować, że doszło do ich wejścia do świątyni podczas sprawowania liturgii.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dupa a nie ajatollah!

Zacząć muszę od przeproszenia Szanownych Czytelników za aż tak długie milczenie. Firma Orange "nieustannie podnosi jakość świadczonych usług", co po przetłumaczeniu z korpobełkotu na język polski w moim przypadku oznacza, iż w mojej letniej mazurskiej siedzibie antena pokojowa do internetowego modemu przestała wystarczać. Jeszcze w zeszłym roku zapewniała zasięg przez prawie całą dobę. A w tym miałem łączność sporadycznie przez dwie - trzy minuty. Co umożliwiało jedynie pospieszny odbiór lub wysłanie  maili (czytanych lub pisanych w trybie "off line") lub wstawienie krótkiego komentarza na zaprzyjaźnionych blogach. Dopiero antena "dachowa" prawie przywróciła status ubiegłoroczny i umożliwiła wyedytowanie i wstawienie  tego postu.
Instytucja zwana Trybunałem Konstytucyjnym, (często używam zasłyszanej u moich studentów nazwy Trybunalska Konstytutka) po raz pierwszy utkwiła mi w pamięci gdy w roku 2007, działając pod przewodnictwem magistra Stępnia (nie chce mi się nawet sprawdzać  w wiki, jak łachmyta ma na imię), uznała za niekonstytucyjną ustawę o lustracji zawodów zaufania publicznego. W uzasadnieniu podając, że rzekomo koliduje ona z zawartym w konstytucji stwierdzeniem iż RP jest demokratycznym państwem prawa. Tłumaczenie to wyszło na pierwsze miejsce mojej listy absurdów, detronizując złotą myśl syna koleżanki. Który w wieku czterech lat, będąc strasznym niejadkiem, powiedział mamie że nie może zjeść śniadania, bo chmury zbyt szybko płyną po niebie.
Podczas dwóch kadencji (nie)rządu, na czele którego stał Chyży Rój, a po jego ucieczce do Brukseli lotny niczym osm (w porównaniu z tym metalem ołów jest lekki jak piórko) konował z Chlewisk, za niekonstytucyjne trybunał uznał  prawie pięćdziesiąt klepniętych przez parlament pomysłów spółki z nieograniczonym kurewstwem Przestępczość Organizowana & Zielona Agencja Towarzyska. Jakoś wtedy nie słychać było kwiku oburzenia w merdiach szwabskich, WSIowych, czy tych z Oszczerskiej. I żaden alimenciarski kiep nie próbował drzeć gęby, iż w Polsce demokracja jest zagrożona. W mojej pamięci szczególnie zapadł wyrok w sprawie przeniesienia z OFE do ZUS około stu pięćdziesięciu miliardów oszczędności rodaków. O pierwszej z wymienionych instytucji mam nie lepsze zdanie jak o drugiej, tym nie mniej takie dysponowanie cudzymi pieniędzmi spowodowało mały cud. Bowiem kilka znanych mi osób przestało wtedy popierać gang PO. Nawiasem mówiąc, niedawno wyszło na jaw, że podczas tych przenosin kilka miliardów gdzieś się po drodze zgubiło. Były, ale się zmyły, jak powiedział Nikodem Dyzma, ojciec duchowy ryżego kundla. A niedawno wyszło na jaw, że już wtedy kierujący tym ansztaltem Rzepliński (ksywa „Sędzia”) przed uznaniem, że takie dysponowanie cudzymi pieniędzmi jest gites tenteges, napisał list do płemieła z zapytaniem, czy ewentualne uznanie tej grandy za niekonstytucyjną sprawiłoby rządowi duży problem. Gdy spytałem zaprzyjaźnionego prawnika średniego szczebla, co należałoby zrobić z sędzią, który poza salą sądową prowadzi taki dialog z  jedną ze stron postępowania, tylko się uśmiechnął. I powiedział, że w cywilizowanym kraju (te dwa słowa wymówił bardzo dobitnie) konsekwencją byłaby dyscyplinarka i praktycznie pewne wywalenie z grona sędziów na zbitą mordę.
Po raz drugi nazwisko „Sędziego” zapisało się w mojej pamięci, gdy wraz z kamratem POmagał sklecić będącemu na wylocie gangowi ustawę, rzekomo umożliwiającą temuż gangowi wybór nowych sędziów Trybunalskiej Konstytutki w miejsce tych, których kadencja zakończy się już po wyborach parlamentarnych, a więc czynność ta należała do sejmu następnej kadencji. Bowiem ktoś z „lalkarzy” poruszających kukiełkami POkroju konowała czy Grzecha Skatiny wpadł na pomysł, by odwrócić łatwy do przewidzenia wynik wyborów za pomocą przewalanki „na ajatollaha”. Widocznie przypomniał sobie, że w Iranie  niby są jakieś wybory, jakiś parlament, jakiś rząd i nawet jakiś prezydent. Ale tak naprawdę to mają oni g**no do gadania, bowiem KAŻDĄ ich decyzję naczelny ajatollah Iranu może uznać za niezgodną z dziełem pustynnego pedofila, co automatycznie ją  anuluje. Cała różnica polegałaby na tym, że irański ajatollah jest naprawdę władcą absolutnym, zaś jego polska podróba wiedziałaby, skąd jej nogi wyrastają i komu winna jest psie posłuszeństwo.
Po wyborach zaczęło się oczywiste dla ludzi myślących (pisaliśmy o tym na Antysocjalu w zeszłym roku tuż po ogłoszeniu wyników wyborów, zanim ta wojna się zaczęła) przeciąganie liny.
Pan prezydent Duda oczywiście nie przyjął przysięgi od „parszywej szóstki”
Nowy sejm, najsłuszniej w świecie, uznał tę suflowaną przez „Sędziego” ustawę za kupę bredni, ze zdecydowaną przewagą kupy, więc anulował ją. I siłą rzeczy uznał całą szóstkę sędziów z wyboru PO za „.niekoszerną”. W tym momencie TK, w myśl konstytucji złożony z 15 sędziów, liczył tylko tuzin cyngli PO, bo trójce z nich kadencja skończyła się jeszcze przed wyborami parlamentarnymi.
Następnie sejm wybrał trzech sędziów PiS, których wyboru ajatollah w swoim przekonaniu częściowo nie uznał. Częściowo, bowiem sędziom tym są wypłacane pensje, tym nie mniej nie wykonują oni swojego zawodu, bo przez „Sędziego” nie są dopuszczani do orzekania. De facto TK składał się nadal z dwunastki ludzi PO.
Gdy ze składu ubyła kończąca kadencję kolejna trójka cyngli PO (to im chciano wyznaczyć następców ze skandalicznym naruszeniem prawa), sejm wybrał kolejna trójkę ludzi PiS. Ajatollah łaskawie zaczął włączać ich do grona orzekających w sprawach, tak więc TK składał się już z 9 ludzi PO, 3 „aktywnych” i 3 „pasywnych” ludzi PiS. 

Sejm uchwalił nowelę ustawy o TK. Jej główym punktem był wymóg, aby o najważniejszych sprawach TK rozstrzygał w składzie co najmniej 13 sędziów a wyroki zapadały większością co najmniej 2/3 głosów. 2/3 z 13 to 8 i nieskończona liczba szóstek po znaku dziesiętnym, czyli 9 głosów. Prezio miał w TK łącznie ze sobą nadal 9 pewnych cyngli, ale honorując tę ustawę, musiałby „odmrozić” pasywnych sędziów PiS, bo tuzin by nie wystarczył. Ale arogant wykazał się elementarnym brakiem pragmatyzmu i uznał tę nowelę za niekonstytucyjną w składzie jedynie dwunastoosobowym, oczywiście stosunkiem głosów 9:3. Wobec zasady domniemania konstytucyjności każdej ustawy, posiedzenie to nie spełniało wymogów formalnych, więc pani premier Szydło odmówiła opublikowania wyroku w Dzienniku Ustaw co jest niezbędne do nabrania przez każde orzeczenie TK mocy prawnej. Ajatollah cos bełkotał o tym że wyrok ten rzekomo bazuje bezpośrednio na konstytucji, co jest ewidentnym kłamstwem, bo takowa nic nie mówi o tym, ilu sędziów musi liczyć skład orzekający ani o większości, jaka zapadają wyroki. Zatem TK mógłby nadal pluć sejmowi i rządowi do talerza, gdyby arogancki buc dopuścił do orzekania „grudniową” trójkę ludzi PiS. Ten kto tę nowelę wymyślił, bezbłędnie postawił na butę ajatollaha, który definitywnie sprzeniewierzył się swojej funkcji, biegając z gębą po wszystkich wrogich PiS merdiach.
W marcu do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez „Sędziego”, polegającego na nadużyciu władzy i niedopuszczeniu do wykonywania swych obowiązków służbowych przez sędziów „grudniowych”.

http://wpolityce.pl/polityka/305135-prokuratura-w-katowicach-wszczela-sledztwo-ws-niedopelnienia-obowiazkow-przez-andrzeja-rzeplinskiego?strona=1

Autorem tego doniesienia jest jeden z liderów narodowców, pan Marian Kowalski, a nie pan profesor Mariusz Muszyński, jeden z tej „zamrożonej” trójki, jak łżą Oszczerska i spółka.

http://wpolityce.pl/polityka/305147-tylko-u-nas-sedzia-tk-mariusz-muszynski-nie-skladal-zawiadomienia-o-popelnieniu-przestepstwa-przez-prezesa-tk-andrzeja-rzeplinskiego

W lipcu sejm tuż przed przerwą wakacyjną uchwalił kolejną ustawę w sprawie TK. Ten ostatni w wielkim pospiechu (aby zdążyć przed jej wejściem w życie) niektóre jej elementy uznał za niekonstytucyjne. Ale pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł. Wspomniany już pan profesor Muszyński twierdzi, że to orzeczenie z 11 sierpnia uniemożliwia jego opublikowanie w Dzienniku Ustaw. Zatem ajatollah tak nieszczęśliwie nadepnął na grabie, że stylisko zdzieliło go w łeb.

http://wpolityce.pl/polityka/304966-ujawniamy-to-prezes-rzeplinski-i-sedziowie-tk-uniemozliwiaja-publikacje-orzeczen-z-9-marca-i-11-sierpnia-2016-r?strona=1

W linkowanym artykule podano treść listu, wysłanego przez profesora do „Sędziego” oraz pani premier Szydło. Osobie nie będącej prawnikiem trudno odnieść się do jego treści, w której pojawia się mrowie numerów artykułów, paragrafów i ustępów. Ale jeśli jest to prawda, to działalność obecnego TK trzeba uznać za jeden wielki ustęp. Zaś wiedzą prawnicza jej szefa warta jest matury niejakiego Swetru.
Dupa wołowa, a nie ajatollah!

Stary Niedźwiedź

niedziela, 14 sierpnia 2016

Prawica a niewierzący

Każdy myślący człowiek prawicy - na innych mi nie zależy - biorący się w jakimś kraju za uprawianie polityki, niezależnie od skali takiej działalności (udział w wyborach, profesjonalna działalność publicystyczna w mediach głównego obiegu, amatorska w blogosferze), zawsze musi zadać sobie dwa fundamentalne pytania:
1. Czy potencjalny elektorat, ze względu na swoje zapatrywania ekonomiczne, polityczne, obyczajowe i religijne mogący mój program zaakceptować, nie jest już przypadkiem zagospodarowany?
Bo jeśli tak jest, elementarny rozsądek nakazuje włączyć się do działalności już istniejącego nurtu politycznego, a nie kierując się najczęściej megalomanią, na siłę tworzyć własny. Co jest od lat chorobą polskich narodowców, którzy wolą stworzyć trzy listy wyborcze z poparciem rzędu góra 2% każda, niż jedną przekraczającą w wyborach barierę 5%.
Nie mniej ważne jest i takie pytanie:
2. Czy w kraju nie istnieje grupa wyborców, która zasadnicze moje wartości mogłaby zaakceptować, ale do tej pory przez reprezentantów mojego nurtu w najlepszym razie była lekceważona, a w najgorszym wręcz wpychana w ramiona lewicy?
A na to pytanie niestety każdy myślący konserwatysta musi udzielić odpowiedzi twierdzącej.
Spójrzmy na mapę religijną kraju, bowiem w Polsce kryterium religijne (niektórzy łączą religię z obyczajowością, ale mniejsza o nazwy) odgrywa bardzo istotną rolę. W odróżnieniu od dogorywającej laickiej Europy Zachodniej. A dogorywającej przecież przede wszystkim w wyniku autokastracji, polegającej na zniszczeniu chrześcijańskiego fundamentu tożsamości europejskiej i zabobonnej wierze, że fundament zastąpi ustawiony przed walącym się budynkiem bałwan bożka tolerastii.
Gdy słyszę rewelacje, jakoby wierni polskiego Kościoła Rzymskokatolickiego stanowili około 95% ludności, opadają mi ręce. Bo przekonują mnie, że zrodzona w epoce komuny za sekretarzowania niejakiego Gierka tak zwana propaganda sukcesu ma się doskonale. A współcześnie używają jej nie tylko szajka kon-Donka czy stworzeni za sorosowe srebrniki KODoraści i ich szczekaczka z ulicy Oszczerskiej. W ocenie redakcji ludzie sami siebie uważający za katolików, bez uwzględniania martwych dusz z parafialnych spisów, to w najlepszym razie 80% ogółu Polaków. Zdecydowana większość, ale o hegemonii można co najwyżej mówić w gronie wyznających chrześcijaństwo.
Prawosławni to w najlepszym razie 600 tys. wiernych. Protestantów wszystkich konfesji można ocenić na 110 tys. i na pewno nie będzie to szacunek pesymistyczny. Na wszelkie niechrześcijańskie grupki odliczmy z zapasem nawet 50 tys. Zatem łącznie da to jakieś 760 tys. czyli prawie dokładnie 2% ogółu ludności Polski.
Wychodzi zatem na to, że niewierzący to około 18% ludności kraju.
Twardy i wrzaskliwy, a w merdiach i w sieci nadreprezentowany ateotaliban, taki jak choćby Paliciul, Środa, Skrzeczyszyn, Kazia Szczeka, starsza skrobankowa Wanda Nowicka czy chujwejbini od Zandberga, to jakieś 6, góra 8% elektoratu. A więc z prostego bilansu wynika, że przynajmniej co dziesiąty Polak nie należy do żadnej chrześcijańskiej wspólnoty religijnej, ale też jego stosunek do chrześcijaństwa nie jest mieszanką histerii, zakłamania i agresji.
W gronie przyjaciół mam kilkoro agnostyków i ateistów. Wszyscy oni uznają aborcję na żądanie za morderstwo, obecną ustawę regulującą te sprawy akceptują. Pedalskie
śluby” mają za łajdactwo a „adopcje” przez pary zboczeńców za szczyt zbydlęcenia, bo sprowadzające dzieci do poziomu zabawki w rękach osób mających nie po kolei pod sufitem. Widok krzyża na szkolnej czy szpitalnej ścianie jest dla nich rzeczą całkowicie obojętną, nie wywołującą ataku epilepsji czy nietrzymania stolca, jak jest to normą w przypadku ateotalibanu. Spotkałem się też z ciekawym przypadkiem podejścia do lekcji religii w szkole. Rodzice zaproponowali katechecie, by ich syn uczęszczał na nie jako wolny słuchacz. By zapoznać się z podstawami religii, która jest również trwałym elementem polskiej kultury i obyczajowości. Katecheta jako człowiek inteligentny oczywiście się zgodził. Ale barierą, której ich zdaniem nie wolno przekroczyć, byłby bezwzględny zakaz aborcji, czy ograniczenie dostępu do środków antykoncepcyjnych, których oczywiście nie mylą z wczesnoporonnymi.
W sprawach gospodarczych nie kontestują oni kapitalizmu, jako jedynej sprawdzonej w dziejach ludzkości formy gospodarowania. Euroregulacje i eurokontyngenty traktują jak socjalistyczne bzdury. Wybory ignorują bądź głosują na PiS, bowiem jak sami powiedzieli, wolą by kilkadziesiąt milionów z budżetu wydano na jakieś bombastyczne martyrologiczne bzdety, niż żeby kilka miliardów rozkradł Chyży Rój ze swoim gangiem. Ostatnio część z nich zaryzykowała i postawiła na listę Kukiza. Mówiąc że po raz pierwszy mają inny wybór, niż tylko między szajką a sektą.
A co tym ludziom oferuje scena polityczna?
Robiący za prawicę socjalistyczni bigoci w rodzaju Marka Jurka, czy po prostu głupi bigoci pokroju Terlikowskiego, straszą BEZWZGLĘDNYM zakazem aborcji. Projekt „społeczny”, który ma być procedowany w sejmie po wakacjach, nie zakazuje aborcji gdy wymaga tego ratowanie życia matki. Ale dowiedziałem się tego dopiero po przeczytaniu jego treści, bowiem sama nazwa „Stop aborcji” sugerowała coś dokładnie przeciwnego. A nie każdemu zechce się ściągnąć  tę treść ze trony Ordo Iuris. Więc na usta ciśnie się pytanie, czy nazwę tę wymyślił marketingowy analfabeta, czy lewicowy sabotażysta.
Podobny błąd popełniają niektórzy narodowcy, na szczęście nie wszyscy, odgrzewający stary slogan „Polak – katolik”. Stawiając krzyżyk na kilku milionach potencjalnych wyborców. Jak powiedział klasyk, kury szczać prowadzać, a nie politykę robić.
Moim zdaniem, grupa ludzi którym poświęciłem ten wpis, jest potencjalnym elektoratem prawicy. Sami nie szukają wojny z Kościołem Rzymskokatolickim i nie kwestionują jego roli jako tamy, chroniącej Polskę przed zalaniem przez lewackie obyczajowe zezwierzęcenie. Ale nie zgadzają się na bezkarność jego duchownych gdy ci dopuszczają się ewidentnych przestępstw. Tak jak to miało miejsce choćby w przypadku wikarego, który dopuścił do tego, by kobieta rodząca jego dziecko bez pomocy medycznej wykrwawiła się na śmierć. A biskup z prędkością światła przeflancował łajdaka na Ukrainę, by znalazł się poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Dla siebie w życiu publicznym nie domagają się żadnych ekstra praw, o które tak zabiegają lewaccy pretendenci do obory dla świętych krów. Oczekują tylko identycznego szacunku, jakim darzony jest każdy przyzwoity Polak. A straszenie ich szlabanem na antykoncepcję, usunięciem z prawa państwowego instytucji rozwodu czy wyjęciem duchowieństwa spod jurysdykcji tegoż prawa (nie żartuję, widziałem już w blogosferze nie takie idiotyzmy), może jedynie zmusić ich do zagłosowania na lewicę i skutecznego ożywienia tego trupa, tak pięknie zaoranego przez małego Lesia podczas ostatnich wyborów. A tak może się stać, jeśli Geniusz Żoliborza zadrybluje się sam ze sobą na śmierć i kategorycznie nie odetnie się od aż tak niebotycznych bredni.
Moim zdaniem są oni poza dyskusją godnymi tego szacunku ludźmi. A to, że nie doznali łaski wiary, w niczym nie powinno wpływać na tę ocenę, bo ta sprawa nie do ludzi należy. Zatem zadaniem konserwatystów ze szkoły Żelaznej Damy jest troska o ten potencjalny elektorat. Oraz temperowanie dostępnymi nam środkami takich wygłupów talibów, jak te przeze mnie przytoczone.
.
Stary Niedźwiedź

sobota, 6 sierpnia 2016

Te z Wenus i ci z Marsa

Żaden konserwatysta nie wpadnie na pomysł powielania budzącego politowanie antyfeminizmu agenta w muszce, który z oślim uporem bredzi, że kobiety są niezdolne do myślenia. A przecież taka diagnoza może być słuszna jedynie w stosunku do tej garstki masochistek, które mimo tego traktowania ich jak podludzi, ciągle jeszcze na niego głosują. Najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego w życiu miałem przyjemność i zaszczyt poznać, jest poza dyskusją Milom. Mnie i kolegów początkowo dołowała świadomość, że w czasie naszych arcyciekawych dyskusji my musieliśmy wykorzystywać tak ze 110% naszych możliwości intelektualnych, a jej chyba wystarczyło sięgać po jakieś 10%. Ale potem nauczyliśmy się traktować to jak obiektywne zjawisko przyrody, typu kierunek obrotów Ziemi dookoła swej osi, na które nie mamy żadnego wpływu. I wtedy problem zniknął. Natomiast co się tyczy durniów, skończonych można spotkać i wśród mężczyzn, i wśród kobiet. Niedawno dyżurny debil polskiej sceny politycznej, zapytany przez dziennikarzy o stanowisko „nowoczesnych banksterów” w sprawie aborcji, dał kolejny popis swej erudycji. Bo powiedział, że jest to sprawa światopoglądu. Więc nie będzie dyscypliny klubowej, gdyby doszło do głosowania na temat dopuszczalności aborcji między DWUNASTYM A DWUDZIESTYM MIESIĄCEM  CIĄŻY. Zatem nie tylko maturę, ale i świadectwo ukończenia szkoły podstawowej musiał nabyć na rynku wtórnym. A z kolei kilka dni temu na blogu „Natrętna bezmyślność” (czy jakoś podobnie) niejaka „Marzena” , nie będąca w stanie pojąć że grafomania jest bardzo nędznym substytutem talentu a świstek ukończenia jakiegoś operetkowego wydziału uniwerku nie jest żadnym substytutem mózgu, zalecała pójście na spacer podczas burzy z piorunami! Gdy czcigodny Grover (pozdrawiam serdecznie) usiłował wytłumaczyć debilce, czym to grozi, został chamsko zaatakowany przez inną bezmózgą pindę a przez blogmasterkę wyproszony z blogu. Dobre i to, że idiotka przerobiła swój stek bzdur dopisując potem na końcu swoich wypocin, zapewne po desperackim guglowaniu hasła „piorun”, że uderzenie takowego może być niebezpieczne. Niewykluczone, że za rok dotrze do niej, że w Polsce w lecie jest dużo cieplej, niż w zimie.
Ale poza niekwestionowanymi różnicami między obydwoma płciami w budowie anatomicznej (i chwała Stwórcy za nie!) oraz fizjologii, istnieją też bardziej istotne różnice w psychice. I temu zagadnieniu chcę poświęcić kilka słów.
Dla kobiety najważniejsze na świecie jest jej dziecko lub dzieci. Wyjątkami od tej reguły może być jedynie tak skrajna patologia, jak „mama Madzi”. Która jak wiadomo, zabiła swoją córeczkę, gdyż przeszkadzała jej w balowaniu i kurwieniu się. Jedyny znany mi przypadek prób obrony tego bydlęcia to brednie satanistycznej pkurwy, która jest „lepsza”, bo współuczestniczyła w zabójstwie co najmniej dwójki swoich dzieci. Ale każda kobieta o niepatologicznej psychice gotowa jest do największych poświęceń, gdy chodzi o życie czy zdrowie jej dziecka. I dlatego mężczyzna starający się o względy kobiety z dzieckiem, musi sobie zdać sprawę ze swojego miejsca w szeregu. Oraz tego, że bez zdobycia co najmniej sympatii tego dziecka, jego starania są bez szans.
Mój przyjaciel, czterdziestoletni rozwodnik wychowujący szesnastoletnią córkę, zakochał się do imentu w dwudziestoczteroletniej rozwódce (typowa polska historia: katolicki ślub, mąż pijak i brutal, rozwód „państwowy”) z czteroletnim synkiem. Okazało się, że on też nie jest jej obojętny, ale spowiednik kazał jej natychmiast zerwać tę „grzeszną znajomość”, zanim nie dojdzie do „grzechu śmiertelnego”. Na wszelkie propozycje wspólnych wakacji odpowiadała, że nie może zostać jego utrzymanką. Gdy się o tym dowiedziałem od jego córki (zadzwoniła do mnie w tonacji „wujek, ratuj ojca i tę dziewczynę!”), dałem mu klucze do mojego domku na Mazurach, poleciłem wytłumaczyć jej, że skoro domek mają za darmo to nie będzie niczyją utrzymanką. I spytałem, czy pamięta zakończenie „Seksmisji”. Miałem, nosa, bo chłopczyk przyssał się wręcz do przyjaciela, kąpał pod jego opieka w jeziorze, zbierał kurki i jagody, a radość z pierwszych w życiu wakacji wręcz go roznosiła. Widząc to wszystko, pani ta przestała się bronić przed uczuciem. Po powrocie do Warszawy okazało się , że jest w ciąży. Zatem zapalnik z bomby został usunięty. Dalszy detoks był już łatwy. Są bardzo szczęśliwym małżeństwem, a stosunki na linii macocha – pasierbica to po prostu przyjaźń. Jeśli jakaś katoliczka typu młynek modlitewny (przy liturgiach też kręci się jak fryga i też tyle z nich rozumie, co ten kawałek drewna) ośmieliłaby się pyszczyć na temat mojego skromnego udziału w ratowaniu tych dwóch osób, zabiję debilkę śmiechem. A jej kauzyperdom nogi z pleców powyrywam, jeśli odważą się tu przyleźć i szczekać.
Znam też przypadek chirurga pediatry, z przekonań agnostyka. Który od pierwszego wejrzenia zakochał się w matce swojej kilkuletniej pacjentki, kobiecie również samotnie wychowującej dziecko po kościelnym ślubie i cywilnym rozwodzie. Przed i po operacji okazywał dziewczynce sympatię wykraczającą poza standard, ale o to nie sposób mieć do niego pretensji. Dopóki leczenie trwało, jak na dżentelmena przystało, nie pisnął tej pani ani słówka. Ale gdy było już wiadome ponad wszelką wątpliwość, że terapia zakończyła się powodzeniem, zaczął obydwie zapraszać na niedzielne wypady w ciekawe miejsca, a pani tej oświadczył już otwartym tekstem, co do niej czuje. Mała zachowała się wkrótce potem genialnie, bo podczas wspólnego obiadu spytała, czy pan doktor się z mamą ożeni. I to przesądziło sprawę. Dla porządku dodam (bo gdy mam za co pochwalić księdza katolickiego, zawsze to robię) że spowiednik tej pani pokazał klasę. Nie obraził jej ani jednym słówkiem i powiedział, że skoro ten pan tak bardzo jest jej i dziecku potrzebny, to proponuje wzięcie ślubu cywilnego, a ją zaprasza na duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych. Czyli można być jednocześnie księdzem katolickim, przestrzegającym ściśle obowiązujących go reguł, a zarazem umieć okazać współczucie i sympatię osobie bezdyskusyjnie na to zasługującej. A nie zionącym siarką i smołą tępym katabasem.
Natomiast co się tyczy męskiego punktu widzenia, w kręgach w których się obracam, dla mężczyzny najważniejsza jest kobieta, którą kocha. Spotkałem się dotychczas zaledwie z jednym wyjątkiem od tej reguły.
Syn znajomych, już po studiach, pracujący i nieźle zarabiający ale wtedy jeszcze mieszkający z rodzicami, zakochał się na zabój w licealistce z klasy maturalnej. Problem polegał na tym, że dziewczyna w młodości po ciężkim wypadku przeszła operację, skutkiem ubocznym której była pewność, że nigdy nie zostanie matką. Zatem rodzice dewoci i proboszczunio na chama próbowali zrobić z niej zakonnicę. Ona nie czuła ani trochę żadnego powołania, więc wmawiali jej, że musi iść do klasztoru, bowiem nie ma prawa UNIESZCZĘŚLIWIĆ żadnego mężczyzny, nie mogąc mu urodzić dzieci. Też udzieliłem kilku rad chłopakowi. Który po powtórnym przemyśleniu sprawy i upewnieniu się, że naprawdę chce z nią przejść przez życie (wytłumaczyłem mu, że w stosunku do dziewczyny która tyle już przeszła, nie ma mowy o jakiejkolwiek nawalance), oczyścił przedpole w domu. Bowiem rodzice po namyśle zrozumieli, co dla niego jest najważniejsze i pogodzili się z jego wyborem. Wtedy wysłał ich na działkę, sam zaprosił dziewczynę do domu i łagodnie a zarazem konsekwentnie doprowadził do tego, że przekroczyli Rubikon. Ale natychmiast po tym wyjął z szuflady pierścionek i się jej oświadczył. To ją wreszcie odblokowało. Jej rodzice wpadli w furię i do końca świrowali, sądząc że nakaz natychmiastowego opuszczenia domu ją złamie. Ale ona spakowała trochę rzeczy osobistych i podręczników, a on czekał na nią pod jej domem w samochodzie. Jego rodzice (matka katoliczka głęboka, ojciec – powierzchowny) przyjęli ją bardzo ciepło. Zwłaszcza matka pokazała, czym się różni prawdziwa katoliczka bardziej niż serio od żałosnej pseudokatoliczki z koziego podogonia. Szybciutko wzięli ślub (szczęśliwie od miesiąca była pełnoletnia). Obecnie dorobili się już własnego mieszkania i adoptowali dwójkę dzieci, które dzięki jej fachowej pracy nad nimi, w testach na inteligencję łapią się już w górnych strefach.
Gdy dwaj synowie mojego przyjaciela chirurga mieli po kilka lat, jego żona porzuciła jego i dzieci, wyruszając  w świat za jakąś wielka miłością. Na rozprawie rozwodowej na jego korzyść zeznawali nawet teściowie, zatem opiekę nad synami powierzono jemu, co jest niezwykłą rzadkością w praktyce polskiego sądownictwa rodzinnego. Z pomocą swojej mamy wychował ich, obydwaj ukończyli studia i obecnie pracują. Można by sądzić, że po takich doświadczeniach osobistych jego system wartości został zmodyfikowany. Nic z tego. Pewnego razu gościł dwóch swoich braci ciotecznych będących jezuitami. I przy herbatce pojawił się nieśmiertelny akademicki problem dyskusyjny. Czyli kogo ma ratować lekarz, jeśli podczas porodu nastąpią tak wielkie komplikacje, że niemożliwe jest uratowanie życia zarówno matki, jak i dziecka. Obydwaj księżą jezuici utrzymywali, że tu rzekomo nie ma dyskusji, bo priorytet dziecka jest ich zdaniem oczywisty. Gospodarz wtedy prawie się zagotował. I powiedział, że gdyby był ordynatorem położnictwa (jest specjalistą z innej dziedziny), jakiś lekarz odważyłby się tak postąpić, a analiza tego przypadku wykazałaby, że życie matki było do uratowania, stanąłby na głowie, żeby pracę takiego „świętojebliwego” (to jego słowa, a nie moje) na swoim oddziale zamienić w piekło.
Ciekaw jestem opinii Szanownych Czytelników, czy obracam się w szczególnym towarzystwie, czy też moje spostrzeżenia na temat męskich priorytetów mają większy stopień ogólności.

Sary Niedźwiedź