wtorek, 30 sierpnia 2016

Bydło w świątyni

1 marca 2015 Instytut Pamięci Narodowej poinformował o odnalezieniu szczątków Danuty Siedzikówny – „Inki”, sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK pułkownika Zygmunta Szendzielarza – „Łupaszki. Została ona rozstrzelana w Gdańsku w katowni SB przy ul. Kurkowej 28 sierpnia 1946 wraz z podporucznikiem Feliksem Selmanowiczem – „Zagończykiem”, również żołnierzem pułkownika Szendzielarza. W chwili egzekucji nie miała jeszcze ukończonych osiemnastu lat.
Uroczysty pogrzeb bohaterów odbył się w Gdańsku w siedemdziesiątą rocznicę egzekucji, . czyli w minioną niedzielę. Wzięli w nim udział między innymi pan prezydent Andrzej Duda oraz pani premier Beata Szydło, liturgię pogrzebową w Bazylice Mariackiej sprawował metropolita gdański ksiądz arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. Szczątki „Inki” i „Zagończyka” spoczęły na Cmentarzu Garnizonowym.
Podczas liturgii w bazylice pojawił się jeden z trzech muszkieterów, niejaki Donos czyli TW „Bolek”.

Przylazł ubrany w strój, który byłby stosowny na safari, ale do pogrzebu w żaden sposób nie pasował. Pogapił się w ekran telefonu i po kilku minutach szczęśliwie się wyniósł. Pozostali muszkieterowie czyli Polmos i Bigos wykazali się odrobiną taktu, bowiem swoją obecnością uroczystości nie sprofanowali.
Nie można tego niestety powiedzieć o alimenciarzu Kijowskim, trójmiejskim knajpiarzu pederaście Szumełdzie (robi za gauleitera KOD na Pomorzu) i grupce szKODników, która ze swoją flagą miała czelność wleźć do bazyliki. 

Zrobili to demonstracyjnie już pod koniec kazania, odbioru tej hucpy przez uczestników liturgii nie trzeba tłumaczyć. Na szczęście policja stanęła na wysokości zadania i skłoniła gówniarzy do opuszczenia świątyni.
Gdy znaleźli się na placu przed bazyliką, nadal dumnie dzierżąc swoją szmatę, doszło do przepychanki z obecnymi tam młodymi narodowcami. Którzy najpierw nazwali KODorastów po imieniu, zaś potem zabrali im rzeczoną szmatę i umieścili ja w najbardziej stosownym miejscu, czyli  pobliskiej toy-toyce.

Post factum alimenciarz bredził, jakoby wraz ze swoją hołotą chciał uczcić pamięć „Inki” i „Zagończyka”. Biorąc pod uwagę, że organ prasowy KODorastów nazywa Żołnierzy Wyklętych bandytami, uwierzyć w to może jedynie aż taki idiota jak ci, którzy wiedzę o Polsce czerpią z wyżej wymienionego organu. Bo dla człowieka myślącego oczywistym jest, że była to desperacja próba wepchnięcia się przed obiektywy kamer i zaistnienia w serwisach informacyjnych. W tym samym celu wspomniany pederasta obandażował sobie łapę i wciskał kit, jakoby został ranny podczas starcia z narodowcami. O czym obszerniej pisze pani Marzena Nykiel.

Jednym słowem bydło po raz kolejny się podsumowało pokazując, że nie ma dla niego niczego świętego. Pozostało tylko żałować, że doszło do ich wejścia do świątyni podczas sprawowania liturgii.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dupa a nie ajatollah!

Zacząć muszę od przeproszenia Szanownych Czytelników za aż tak długie milczenie. Firma Orange "nieustannie podnosi jakość świadczonych usług", co po przetłumaczeniu z korpobełkotu na język polski w moim przypadku oznacza, iż w mojej letniej mazurskiej siedzibie antena pokojowa do internetowego modemu przestała wystarczać. Jeszcze w zeszłym roku zapewniała zasięg przez prawie całą dobę. A w tym miałem łączność sporadycznie przez dwie - trzy minuty. Co umożliwiało jedynie pospieszny odbiór lub wysłanie  maili (czytanych lub pisanych w trybie "off line") lub wstawienie krótkiego komentarza na zaprzyjaźnionych blogach. Dopiero antena "dachowa" prawie przywróciła status ubiegłoroczny i umożliwiła wyedytowanie i wstawienie  tego postu.
Instytucja zwana Trybunałem Konstytucyjnym, (często używam zasłyszanej u moich studentów nazwy Trybunalska Konstytutka) po raz pierwszy utkwiła mi w pamięci gdy w roku 2007, działając pod przewodnictwem magistra Stępnia (nie chce mi się nawet sprawdzać  w wiki, jak łachmyta ma na imię), uznała za niekonstytucyjną ustawę o lustracji zawodów zaufania publicznego. W uzasadnieniu podając, że rzekomo koliduje ona z zawartym w konstytucji stwierdzeniem iż RP jest demokratycznym państwem prawa. Tłumaczenie to wyszło na pierwsze miejsce mojej listy absurdów, detronizując złotą myśl syna koleżanki. Który w wieku czterech lat, będąc strasznym niejadkiem, powiedział mamie że nie może zjeść śniadania, bo chmury zbyt szybko płyną po niebie.
Podczas dwóch kadencji (nie)rządu, na czele którego stał Chyży Rój, a po jego ucieczce do Brukseli lotny niczym osm (w porównaniu z tym metalem ołów jest lekki jak piórko) konował z Chlewisk, za niekonstytucyjne trybunał uznał  prawie pięćdziesiąt klepniętych przez parlament pomysłów spółki z nieograniczonym kurewstwem Przestępczość Organizowana & Zielona Agencja Towarzyska. Jakoś wtedy nie słychać było kwiku oburzenia w merdiach szwabskich, WSIowych, czy tych z Oszczerskiej. I żaden alimenciarski kiep nie próbował drzeć gęby, iż w Polsce demokracja jest zagrożona. W mojej pamięci szczególnie zapadł wyrok w sprawie przeniesienia z OFE do ZUS około stu pięćdziesięciu miliardów oszczędności rodaków. O pierwszej z wymienionych instytucji mam nie lepsze zdanie jak o drugiej, tym nie mniej takie dysponowanie cudzymi pieniędzmi spowodowało mały cud. Bowiem kilka znanych mi osób przestało wtedy popierać gang PO. Nawiasem mówiąc, niedawno wyszło na jaw, że podczas tych przenosin kilka miliardów gdzieś się po drodze zgubiło. Były, ale się zmyły, jak powiedział Nikodem Dyzma, ojciec duchowy ryżego kundla. A niedawno wyszło na jaw, że już wtedy kierujący tym ansztaltem Rzepliński (ksywa „Sędzia”) przed uznaniem, że takie dysponowanie cudzymi pieniędzmi jest gites tenteges, napisał list do płemieła z zapytaniem, czy ewentualne uznanie tej grandy za niekonstytucyjną sprawiłoby rządowi duży problem. Gdy spytałem zaprzyjaźnionego prawnika średniego szczebla, co należałoby zrobić z sędzią, który poza salą sądową prowadzi taki dialog z  jedną ze stron postępowania, tylko się uśmiechnął. I powiedział, że w cywilizowanym kraju (te dwa słowa wymówił bardzo dobitnie) konsekwencją byłaby dyscyplinarka i praktycznie pewne wywalenie z grona sędziów na zbitą mordę.
Po raz drugi nazwisko „Sędziego” zapisało się w mojej pamięci, gdy wraz z kamratem POmagał sklecić będącemu na wylocie gangowi ustawę, rzekomo umożliwiającą temuż gangowi wybór nowych sędziów Trybunalskiej Konstytutki w miejsce tych, których kadencja zakończy się już po wyborach parlamentarnych, a więc czynność ta należała do sejmu następnej kadencji. Bowiem ktoś z „lalkarzy” poruszających kukiełkami POkroju konowała czy Grzecha Skatiny wpadł na pomysł, by odwrócić łatwy do przewidzenia wynik wyborów za pomocą przewalanki „na ajatollaha”. Widocznie przypomniał sobie, że w Iranie  niby są jakieś wybory, jakiś parlament, jakiś rząd i nawet jakiś prezydent. Ale tak naprawdę to mają oni g**no do gadania, bowiem KAŻDĄ ich decyzję naczelny ajatollah Iranu może uznać za niezgodną z dziełem pustynnego pedofila, co automatycznie ją  anuluje. Cała różnica polegałaby na tym, że irański ajatollah jest naprawdę władcą absolutnym, zaś jego polska podróba wiedziałaby, skąd jej nogi wyrastają i komu winna jest psie posłuszeństwo.
Po wyborach zaczęło się oczywiste dla ludzi myślących (pisaliśmy o tym na Antysocjalu w zeszłym roku tuż po ogłoszeniu wyników wyborów, zanim ta wojna się zaczęła) przeciąganie liny.
Pan prezydent Duda oczywiście nie przyjął przysięgi od „parszywej szóstki”
Nowy sejm, najsłuszniej w świecie, uznał tę suflowaną przez „Sędziego” ustawę za kupę bredni, ze zdecydowaną przewagą kupy, więc anulował ją. I siłą rzeczy uznał całą szóstkę sędziów z wyboru PO za „.niekoszerną”. W tym momencie TK, w myśl konstytucji złożony z 15 sędziów, liczył tylko tuzin cyngli PO, bo trójce z nich kadencja skończyła się jeszcze przed wyborami parlamentarnymi.
Następnie sejm wybrał trzech sędziów PiS, których wyboru ajatollah w swoim przekonaniu częściowo nie uznał. Częściowo, bowiem sędziom tym są wypłacane pensje, tym nie mniej nie wykonują oni swojego zawodu, bo przez „Sędziego” nie są dopuszczani do orzekania. De facto TK składał się nadal z dwunastki ludzi PO.
Gdy ze składu ubyła kończąca kadencję kolejna trójka cyngli PO (to im chciano wyznaczyć następców ze skandalicznym naruszeniem prawa), sejm wybrał kolejna trójkę ludzi PiS. Ajatollah łaskawie zaczął włączać ich do grona orzekających w sprawach, tak więc TK składał się już z 9 ludzi PO, 3 „aktywnych” i 3 „pasywnych” ludzi PiS. 

Sejm uchwalił nowelę ustawy o TK. Jej główym punktem był wymóg, aby o najważniejszych sprawach TK rozstrzygał w składzie co najmniej 13 sędziów a wyroki zapadały większością co najmniej 2/3 głosów. 2/3 z 13 to 8 i nieskończona liczba szóstek po znaku dziesiętnym, czyli 9 głosów. Prezio miał w TK łącznie ze sobą nadal 9 pewnych cyngli, ale honorując tę ustawę, musiałby „odmrozić” pasywnych sędziów PiS, bo tuzin by nie wystarczył. Ale arogant wykazał się elementarnym brakiem pragmatyzmu i uznał tę nowelę za niekonstytucyjną w składzie jedynie dwunastoosobowym, oczywiście stosunkiem głosów 9:3. Wobec zasady domniemania konstytucyjności każdej ustawy, posiedzenie to nie spełniało wymogów formalnych, więc pani premier Szydło odmówiła opublikowania wyroku w Dzienniku Ustaw co jest niezbędne do nabrania przez każde orzeczenie TK mocy prawnej. Ajatollah cos bełkotał o tym że wyrok ten rzekomo bazuje bezpośrednio na konstytucji, co jest ewidentnym kłamstwem, bo takowa nic nie mówi o tym, ilu sędziów musi liczyć skład orzekający ani o większości, jaka zapadają wyroki. Zatem TK mógłby nadal pluć sejmowi i rządowi do talerza, gdyby arogancki buc dopuścił do orzekania „grudniową” trójkę ludzi PiS. Ten kto tę nowelę wymyślił, bezbłędnie postawił na butę ajatollaha, który definitywnie sprzeniewierzył się swojej funkcji, biegając z gębą po wszystkich wrogich PiS merdiach.
W marcu do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez „Sędziego”, polegającego na nadużyciu władzy i niedopuszczeniu do wykonywania swych obowiązków służbowych przez sędziów „grudniowych”.

http://wpolityce.pl/polityka/305135-prokuratura-w-katowicach-wszczela-sledztwo-ws-niedopelnienia-obowiazkow-przez-andrzeja-rzeplinskiego?strona=1

Autorem tego doniesienia jest jeden z liderów narodowców, pan Marian Kowalski, a nie pan profesor Mariusz Muszyński, jeden z tej „zamrożonej” trójki, jak łżą Oszczerska i spółka.

http://wpolityce.pl/polityka/305147-tylko-u-nas-sedzia-tk-mariusz-muszynski-nie-skladal-zawiadomienia-o-popelnieniu-przestepstwa-przez-prezesa-tk-andrzeja-rzeplinskiego

W lipcu sejm tuż przed przerwą wakacyjną uchwalił kolejną ustawę w sprawie TK. Ten ostatni w wielkim pospiechu (aby zdążyć przed jej wejściem w życie) niektóre jej elementy uznał za niekonstytucyjne. Ale pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł. Wspomniany już pan profesor Muszyński twierdzi, że to orzeczenie z 11 sierpnia uniemożliwia jego opublikowanie w Dzienniku Ustaw. Zatem ajatollah tak nieszczęśliwie nadepnął na grabie, że stylisko zdzieliło go w łeb.

http://wpolityce.pl/polityka/304966-ujawniamy-to-prezes-rzeplinski-i-sedziowie-tk-uniemozliwiaja-publikacje-orzeczen-z-9-marca-i-11-sierpnia-2016-r?strona=1

W linkowanym artykule podano treść listu, wysłanego przez profesora do „Sędziego” oraz pani premier Szydło. Osobie nie będącej prawnikiem trudno odnieść się do jego treści, w której pojawia się mrowie numerów artykułów, paragrafów i ustępów. Ale jeśli jest to prawda, to działalność obecnego TK trzeba uznać za jeden wielki ustęp. Zaś wiedzą prawnicza jej szefa warta jest matury niejakiego Swetru.
Dupa wołowa, a nie ajatollah!

Stary Niedźwiedź

niedziela, 14 sierpnia 2016

Prawica a niewierzący

Każdy myślący człowiek prawicy - na innych mi nie zależy - biorący się w jakimś kraju za uprawianie polityki, niezależnie od skali takiej działalności (udział w wyborach, profesjonalna działalność publicystyczna w mediach głównego obiegu, amatorska w blogosferze), zawsze musi zadać sobie dwa fundamentalne pytania:
1. Czy potencjalny elektorat, ze względu na swoje zapatrywania ekonomiczne, polityczne, obyczajowe i religijne mogący mój program zaakceptować, nie jest już przypadkiem zagospodarowany?
Bo jeśli tak jest, elementarny rozsądek nakazuje włączyć się do działalności już istniejącego nurtu politycznego, a nie kierując się najczęściej megalomanią, na siłę tworzyć własny. Co jest od lat chorobą polskich narodowców, którzy wolą stworzyć trzy listy wyborcze z poparciem rzędu góra 2% każda, niż jedną przekraczającą w wyborach barierę 5%.
Nie mniej ważne jest i takie pytanie:
2. Czy w kraju nie istnieje grupa wyborców, która zasadnicze moje wartości mogłaby zaakceptować, ale do tej pory przez reprezentantów mojego nurtu w najlepszym razie była lekceważona, a w najgorszym wręcz wpychana w ramiona lewicy?
A na to pytanie niestety każdy myślący konserwatysta musi udzielić odpowiedzi twierdzącej.
Spójrzmy na mapę religijną kraju, bowiem w Polsce kryterium religijne (niektórzy łączą religię z obyczajowością, ale mniejsza o nazwy) odgrywa bardzo istotną rolę. W odróżnieniu od dogorywającej laickiej Europy Zachodniej. A dogorywającej przecież przede wszystkim w wyniku autokastracji, polegającej na zniszczeniu chrześcijańskiego fundamentu tożsamości europejskiej i zabobonnej wierze, że fundament zastąpi ustawiony przed walącym się budynkiem bałwan bożka tolerastii.
Gdy słyszę rewelacje, jakoby wierni polskiego Kościoła Rzymskokatolickiego stanowili około 95% ludności, opadają mi ręce. Bo przekonują mnie, że zrodzona w epoce komuny za sekretarzowania niejakiego Gierka tak zwana propaganda sukcesu ma się doskonale. A współcześnie używają jej nie tylko szajka kon-Donka czy stworzeni za sorosowe srebrniki KODoraści i ich szczekaczka z ulicy Oszczerskiej. W ocenie redakcji ludzie sami siebie uważający za katolików, bez uwzględniania martwych dusz z parafialnych spisów, to w najlepszym razie 80% ogółu Polaków. Zdecydowana większość, ale o hegemonii można co najwyżej mówić w gronie wyznających chrześcijaństwo.
Prawosławni to w najlepszym razie 600 tys. wiernych. Protestantów wszystkich konfesji można ocenić na 110 tys. i na pewno nie będzie to szacunek pesymistyczny. Na wszelkie niechrześcijańskie grupki odliczmy z zapasem nawet 50 tys. Zatem łącznie da to jakieś 760 tys. czyli prawie dokładnie 2% ogółu ludności Polski.
Wychodzi zatem na to, że niewierzący to około 18% ludności kraju.
Twardy i wrzaskliwy, a w merdiach i w sieci nadreprezentowany ateotaliban, taki jak choćby Paliciul, Środa, Skrzeczyszyn, Kazia Szczeka, starsza skrobankowa Wanda Nowicka czy chujwejbini od Zandberga, to jakieś 6, góra 8% elektoratu. A więc z prostego bilansu wynika, że przynajmniej co dziesiąty Polak nie należy do żadnej chrześcijańskiej wspólnoty religijnej, ale też jego stosunek do chrześcijaństwa nie jest mieszanką histerii, zakłamania i agresji.
W gronie przyjaciół mam kilkoro agnostyków i ateistów. Wszyscy oni uznają aborcję na żądanie za morderstwo, obecną ustawę regulującą te sprawy akceptują. Pedalskie
śluby” mają za łajdactwo a „adopcje” przez pary zboczeńców za szczyt zbydlęcenia, bo sprowadzające dzieci do poziomu zabawki w rękach osób mających nie po kolei pod sufitem. Widok krzyża na szkolnej czy szpitalnej ścianie jest dla nich rzeczą całkowicie obojętną, nie wywołującą ataku epilepsji czy nietrzymania stolca, jak jest to normą w przypadku ateotalibanu. Spotkałem się też z ciekawym przypadkiem podejścia do lekcji religii w szkole. Rodzice zaproponowali katechecie, by ich syn uczęszczał na nie jako wolny słuchacz. By zapoznać się z podstawami religii, która jest również trwałym elementem polskiej kultury i obyczajowości. Katecheta jako człowiek inteligentny oczywiście się zgodził. Ale barierą, której ich zdaniem nie wolno przekroczyć, byłby bezwzględny zakaz aborcji, czy ograniczenie dostępu do środków antykoncepcyjnych, których oczywiście nie mylą z wczesnoporonnymi.
W sprawach gospodarczych nie kontestują oni kapitalizmu, jako jedynej sprawdzonej w dziejach ludzkości formy gospodarowania. Euroregulacje i eurokontyngenty traktują jak socjalistyczne bzdury. Wybory ignorują bądź głosują na PiS, bowiem jak sami powiedzieli, wolą by kilkadziesiąt milionów z budżetu wydano na jakieś bombastyczne martyrologiczne bzdety, niż żeby kilka miliardów rozkradł Chyży Rój ze swoim gangiem. Ostatnio część z nich zaryzykowała i postawiła na listę Kukiza. Mówiąc że po raz pierwszy mają inny wybór, niż tylko między szajką a sektą.
A co tym ludziom oferuje scena polityczna?
Robiący za prawicę socjalistyczni bigoci w rodzaju Marka Jurka, czy po prostu głupi bigoci pokroju Terlikowskiego, straszą BEZWZGLĘDNYM zakazem aborcji. Projekt „społeczny”, który ma być procedowany w sejmie po wakacjach, nie zakazuje aborcji gdy wymaga tego ratowanie życia matki. Ale dowiedziałem się tego dopiero po przeczytaniu jego treści, bowiem sama nazwa „Stop aborcji” sugerowała coś dokładnie przeciwnego. A nie każdemu zechce się ściągnąć  tę treść ze trony Ordo Iuris. Więc na usta ciśnie się pytanie, czy nazwę tę wymyślił marketingowy analfabeta, czy lewicowy sabotażysta.
Podobny błąd popełniają niektórzy narodowcy, na szczęście nie wszyscy, odgrzewający stary slogan „Polak – katolik”. Stawiając krzyżyk na kilku milionach potencjalnych wyborców. Jak powiedział klasyk, kury szczać prowadzać, a nie politykę robić.
Moim zdaniem, grupa ludzi którym poświęciłem ten wpis, jest potencjalnym elektoratem prawicy. Sami nie szukają wojny z Kościołem Rzymskokatolickim i nie kwestionują jego roli jako tamy, chroniącej Polskę przed zalaniem przez lewackie obyczajowe zezwierzęcenie. Ale nie zgadzają się na bezkarność jego duchownych gdy ci dopuszczają się ewidentnych przestępstw. Tak jak to miało miejsce choćby w przypadku wikarego, który dopuścił do tego, by kobieta rodząca jego dziecko bez pomocy medycznej wykrwawiła się na śmierć. A biskup z prędkością światła przeflancował łajdaka na Ukrainę, by znalazł się poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Dla siebie w życiu publicznym nie domagają się żadnych ekstra praw, o które tak zabiegają lewaccy pretendenci do obory dla świętych krów. Oczekują tylko identycznego szacunku, jakim darzony jest każdy przyzwoity Polak. A straszenie ich szlabanem na antykoncepcję, usunięciem z prawa państwowego instytucji rozwodu czy wyjęciem duchowieństwa spod jurysdykcji tegoż prawa (nie żartuję, widziałem już w blogosferze nie takie idiotyzmy), może jedynie zmusić ich do zagłosowania na lewicę i skutecznego ożywienia tego trupa, tak pięknie zaoranego przez małego Lesia podczas ostatnich wyborów. A tak może się stać, jeśli Geniusz Żoliborza zadrybluje się sam ze sobą na śmierć i kategorycznie nie odetnie się od aż tak niebotycznych bredni.
Moim zdaniem są oni poza dyskusją godnymi tego szacunku ludźmi. A to, że nie doznali łaski wiary, w niczym nie powinno wpływać na tę ocenę, bo ta sprawa nie do ludzi należy. Zatem zadaniem konserwatystów ze szkoły Żelaznej Damy jest troska o ten potencjalny elektorat. Oraz temperowanie dostępnymi nam środkami takich wygłupów talibów, jak te przeze mnie przytoczone.
.
Stary Niedźwiedź

sobota, 6 sierpnia 2016

Te z Wenus i ci z Marsa

Żaden konserwatysta nie wpadnie na pomysł powielania budzącego politowanie antyfeminizmu agenta w muszce, który z oślim uporem bredzi, że kobiety są niezdolne do myślenia. A przecież taka diagnoza może być słuszna jedynie w stosunku do tej garstki masochistek, które mimo tego traktowania ich jak podludzi, ciągle jeszcze na niego głosują. Najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego w życiu miałem przyjemność i zaszczyt poznać, jest poza dyskusją Milom. Mnie i kolegów początkowo dołowała świadomość, że w czasie naszych arcyciekawych dyskusji my musieliśmy wykorzystywać tak ze 110% naszych możliwości intelektualnych, a jej chyba wystarczyło sięgać po jakieś 10%. Ale potem nauczyliśmy się traktować to jak obiektywne zjawisko przyrody, typu kierunek obrotów Ziemi dookoła swej osi, na które nie mamy żadnego wpływu. I wtedy problem zniknął. Natomiast co się tyczy durniów, skończonych można spotkać i wśród mężczyzn, i wśród kobiet. Niedawno dyżurny debil polskiej sceny politycznej, zapytany przez dziennikarzy o stanowisko „nowoczesnych banksterów” w sprawie aborcji, dał kolejny popis swej erudycji. Bo powiedział, że jest to sprawa światopoglądu. Więc nie będzie dyscypliny klubowej, gdyby doszło do głosowania na temat dopuszczalności aborcji między DWUNASTYM A DWUDZIESTYM MIESIĄCEM  CIĄŻY. Zatem nie tylko maturę, ale i świadectwo ukończenia szkoły podstawowej musiał nabyć na rynku wtórnym. A z kolei kilka dni temu na blogu „Natrętna bezmyślność” (czy jakoś podobnie) niejaka „Marzena” , nie będąca w stanie pojąć że grafomania jest bardzo nędznym substytutem talentu a świstek ukończenia jakiegoś operetkowego wydziału uniwerku nie jest żadnym substytutem mózgu, zalecała pójście na spacer podczas burzy z piorunami! Gdy czcigodny Grover (pozdrawiam serdecznie) usiłował wytłumaczyć debilce, czym to grozi, został chamsko zaatakowany przez inną bezmózgą pindę a przez blogmasterkę wyproszony z blogu. Dobre i to, że idiotka przerobiła swój stek bzdur dopisując potem na końcu swoich wypocin, zapewne po desperackim guglowaniu hasła „piorun”, że uderzenie takowego może być niebezpieczne. Niewykluczone, że za rok dotrze do niej, że w Polsce w lecie jest dużo cieplej, niż w zimie.
Ale poza niekwestionowanymi różnicami między obydwoma płciami w budowie anatomicznej (i chwała Stwórcy za nie!) oraz fizjologii, istnieją też bardziej istotne różnice w psychice. I temu zagadnieniu chcę poświęcić kilka słów.
Dla kobiety najważniejsze na świecie jest jej dziecko lub dzieci. Wyjątkami od tej reguły może być jedynie tak skrajna patologia, jak „mama Madzi”. Która jak wiadomo, zabiła swoją córeczkę, gdyż przeszkadzała jej w balowaniu i kurwieniu się. Jedyny znany mi przypadek prób obrony tego bydlęcia to brednie satanistycznej pkurwy, która jest „lepsza”, bo współuczestniczyła w zabójstwie co najmniej dwójki swoich dzieci. Ale każda kobieta o niepatologicznej psychice gotowa jest do największych poświęceń, gdy chodzi o życie czy zdrowie jej dziecka. I dlatego mężczyzna starający się o względy kobiety z dzieckiem, musi sobie zdać sprawę ze swojego miejsca w szeregu. Oraz tego, że bez zdobycia co najmniej sympatii tego dziecka, jego starania są bez szans.
Mój przyjaciel, czterdziestoletni rozwodnik wychowujący szesnastoletnią córkę, zakochał się do imentu w dwudziestoczteroletniej rozwódce (typowa polska historia: katolicki ślub, mąż pijak i brutal, rozwód „państwowy”) z czteroletnim synkiem. Okazało się, że on też nie jest jej obojętny, ale spowiednik kazał jej natychmiast zerwać tę „grzeszną znajomość”, zanim nie dojdzie do „grzechu śmiertelnego”. Na wszelkie propozycje wspólnych wakacji odpowiadała, że nie może zostać jego utrzymanką. Gdy się o tym dowiedziałem od jego córki (zadzwoniła do mnie w tonacji „wujek, ratuj ojca i tę dziewczynę!”), dałem mu klucze do mojego domku na Mazurach, poleciłem wytłumaczyć jej, że skoro domek mają za darmo to nie będzie niczyją utrzymanką. I spytałem, czy pamięta zakończenie „Seksmisji”. Miałem, nosa, bo chłopczyk przyssał się wręcz do przyjaciela, kąpał pod jego opieka w jeziorze, zbierał kurki i jagody, a radość z pierwszych w życiu wakacji wręcz go roznosiła. Widząc to wszystko, pani ta przestała się bronić przed uczuciem. Po powrocie do Warszawy okazało się , że jest w ciąży. Zatem zapalnik z bomby został usunięty. Dalszy detoks był już łatwy. Są bardzo szczęśliwym małżeństwem, a stosunki na linii macocha – pasierbica to po prostu przyjaźń. Jeśli jakaś katoliczka typu młynek modlitewny (przy liturgiach też kręci się jak fryga i też tyle z nich rozumie, co ten kawałek drewna) ośmieliłaby się pyszczyć na temat mojego skromnego udziału w ratowaniu tych dwóch osób, zabiję debilkę śmiechem. A jej kauzyperdom nogi z pleców powyrywam, jeśli odważą się tu przyleźć i szczekać.
Znam też przypadek chirurga pediatry, z przekonań agnostyka. Który od pierwszego wejrzenia zakochał się w matce swojej kilkuletniej pacjentki, kobiecie również samotnie wychowującej dziecko po kościelnym ślubie i cywilnym rozwodzie. Przed i po operacji okazywał dziewczynce sympatię wykraczającą poza standard, ale o to nie sposób mieć do niego pretensji. Dopóki leczenie trwało, jak na dżentelmena przystało, nie pisnął tej pani ani słówka. Ale gdy było już wiadome ponad wszelką wątpliwość, że terapia zakończyła się powodzeniem, zaczął obydwie zapraszać na niedzielne wypady w ciekawe miejsca, a pani tej oświadczył już otwartym tekstem, co do niej czuje. Mała zachowała się wkrótce potem genialnie, bo podczas wspólnego obiadu spytała, czy pan doktor się z mamą ożeni. I to przesądziło sprawę. Dla porządku dodam (bo gdy mam za co pochwalić księdza katolickiego, zawsze to robię) że spowiednik tej pani pokazał klasę. Nie obraził jej ani jednym słówkiem i powiedział, że skoro ten pan tak bardzo jest jej i dziecku potrzebny, to proponuje wzięcie ślubu cywilnego, a ją zaprasza na duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych. Czyli można być jednocześnie księdzem katolickim, przestrzegającym ściśle obowiązujących go reguł, a zarazem umieć okazać współczucie i sympatię osobie bezdyskusyjnie na to zasługującej. A nie zionącym siarką i smołą tępym katabasem.
Natomiast co się tyczy męskiego punktu widzenia, w kręgach w których się obracam, dla mężczyzny najważniejsza jest kobieta, którą kocha. Spotkałem się dotychczas zaledwie z jednym wyjątkiem od tej reguły.
Syn znajomych, już po studiach, pracujący i nieźle zarabiający ale wtedy jeszcze mieszkający z rodzicami, zakochał się na zabój w licealistce z klasy maturalnej. Problem polegał na tym, że dziewczyna w młodości po ciężkim wypadku przeszła operację, skutkiem ubocznym której była pewność, że nigdy nie zostanie matką. Zatem rodzice dewoci i proboszczunio na chama próbowali zrobić z niej zakonnicę. Ona nie czuła ani trochę żadnego powołania, więc wmawiali jej, że musi iść do klasztoru, bowiem nie ma prawa UNIESZCZĘŚLIWIĆ żadnego mężczyzny, nie mogąc mu urodzić dzieci. Też udzieliłem kilku rad chłopakowi. Który po powtórnym przemyśleniu sprawy i upewnieniu się, że naprawdę chce z nią przejść przez życie (wytłumaczyłem mu, że w stosunku do dziewczyny która tyle już przeszła, nie ma mowy o jakiejkolwiek nawalance), oczyścił przedpole w domu. Bowiem rodzice po namyśle zrozumieli, co dla niego jest najważniejsze i pogodzili się z jego wyborem. Wtedy wysłał ich na działkę, sam zaprosił dziewczynę do domu i łagodnie a zarazem konsekwentnie doprowadził do tego, że przekroczyli Rubikon. Ale natychmiast po tym wyjął z szuflady pierścionek i się jej oświadczył. To ją wreszcie odblokowało. Jej rodzice wpadli w furię i do końca świrowali, sądząc że nakaz natychmiastowego opuszczenia domu ją złamie. Ale ona spakowała trochę rzeczy osobistych i podręczników, a on czekał na nią pod jej domem w samochodzie. Jego rodzice (matka katoliczka głęboka, ojciec – powierzchowny) przyjęli ją bardzo ciepło. Zwłaszcza matka pokazała, czym się różni prawdziwa katoliczka bardziej niż serio od żałosnej pseudokatoliczki z koziego podogonia. Szybciutko wzięli ślub (szczęśliwie od miesiąca była pełnoletnia). Obecnie dorobili się już własnego mieszkania i adoptowali dwójkę dzieci, które dzięki jej fachowej pracy nad nimi, w testach na inteligencję łapią się już w górnych strefach.
Gdy dwaj synowie mojego przyjaciela chirurga mieli po kilka lat, jego żona porzuciła jego i dzieci, wyruszając  w świat za jakąś wielka miłością. Na rozprawie rozwodowej na jego korzyść zeznawali nawet teściowie, zatem opiekę nad synami powierzono jemu, co jest niezwykłą rzadkością w praktyce polskiego sądownictwa rodzinnego. Z pomocą swojej mamy wychował ich, obydwaj ukończyli studia i obecnie pracują. Można by sądzić, że po takich doświadczeniach osobistych jego system wartości został zmodyfikowany. Nic z tego. Pewnego razu gościł dwóch swoich braci ciotecznych będących jezuitami. I przy herbatce pojawił się nieśmiertelny akademicki problem dyskusyjny. Czyli kogo ma ratować lekarz, jeśli podczas porodu nastąpią tak wielkie komplikacje, że niemożliwe jest uratowanie życia zarówno matki, jak i dziecka. Obydwaj księżą jezuici utrzymywali, że tu rzekomo nie ma dyskusji, bo priorytet dziecka jest ich zdaniem oczywisty. Gospodarz wtedy prawie się zagotował. I powiedział, że gdyby był ordynatorem położnictwa (jest specjalistą z innej dziedziny), jakiś lekarz odważyłby się tak postąpić, a analiza tego przypadku wykazałaby, że życie matki było do uratowania, stanąłby na głowie, żeby pracę takiego „świętojebliwego” (to jego słowa, a nie moje) na swoim oddziale zamienić w piekło.
Ciekaw jestem opinii Szanownych Czytelników, czy obracam się w szczególnym towarzystwie, czy też moje spostrzeżenia na temat męskich priorytetów mają większy stopień ogólności.

Sary Niedźwiedź

niedziela, 31 lipca 2016

Czy to jest uleczalne?

Już jutro nastąpi kulminacja obchodów rocznicy wydarzenia, które nie powinno w ogóle mieć miejsca, czyli Powstania Warszawskiego. Nie trzeba być prorokiem by przewidzieć, w jakim duchu te obchody będą utrzymane. Bezprzykładne bohaterstwo, natchnienie dla świata i dzisiejszego pokolenia Polaków, fundament dzisiejszej niepodległości Polski i tego typu opowieści.
Już wcześniej minister Antoni Macierewicz popisał się twierdzeniem, że dzięki Powstaniu armie sowieckie nie polazły na zachód dalej, niż to miało miejsce w rzeczywistości. Nie ulega wątpliwości, że armie alianckie zawsze zdążyłyby sforsować Ren i zająć swój kawałek Niemiec. Oczywiście część sowiecka czyli tak zwany enerdówek mogła być większa. Ale skutkiem byłaby obecnie słabsza pozycja Niemiec, które po zjednoczeniu miałyby mniejszy potencjał gospodarczy a większy fragment ojczyzny do wyciągnięcia z socjalistycznej cywilizacyjnej zapaści. Chwalić się, że dzięki warszawskiemu gambitowi do tego nie doszło, może tylko kompletny ignorant w dziedzinie polityki.
Flavia, jadąc warszawskim tramwajem, zobaczyła na ekranie LCD złotą myśl, iż dzięki tej przelanej krwi, Warszawa jest dzisiaj piękniejsza. Moja Mama, pamiętająca dobrze przedwojenną Warszawę, zawsze mówiła mi, że było to naprawdę ładne miasto. Zatem jeśli zrównanie z ziemią lewobrzeżnej Warszawy było rzekomo konieczne, by Warszawa stała się piękna (o ile rzecz jasna wielkopłytowe budownictwo czy stalinowski socrealizm mają cokolwiek wspólnego z pięknem), mam propozycję. Niech romantyczne bałwany, które na ten genialny pomysł wpadły,  wytłumaczą Japończykom, jak wielką urbanistyczną przysługę oddali im Amerykanie, zrzucając bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki.
O redakcyjnej ocenie tego największego seppuku w dziejach Polski pisaliśmy już w roku 2013:
http://antysocjalbis.blogspot.com/2013/08/kamienie-na-szaniec-diamenty-do-pieca.html
 
do których odsyłamy Szanownych Czytelników zainteresowanych obszerniejszym omówieniem tej tematyki. Zatem odniesiemy się jedynie do tych kwestii, które niekiedy ironicznie zasygnalizowaliśmy w trzecim zdaniu tego wpisu.
Należy godnie uczcić pamięć młodych bohaterów, tak tragicznie i tak bezsensownie poległych w walce, która od samego początku była absurdem.
Równie wdzięczna pamięć i współczucie należą się dwustu tysiącom Warszawiaków, będących cywilnymi ofiarami tej rzezi.
Szaleńcom / kretynom, którzy podjęli decyzję o wybuchu powstania, należał się pluton egzekucyjny, a nie honory w postaci mianowania przez jakichś londyńskich obłąkanych politykierów przebywającego w niemieckiej niewoli „Bora” Komorowskiego Wodzem Naczelnym. Z dwoma wyjątkami. Szubrawiec który celowo złożył „Borowi” fałszywy meldunek o czołgach sowieckich na przedmieściach prawobrzeżnej Warszawy, by wymusić . decyzję o rozpoczęciu powstania, zasłużył na szubienicę, a nie ulicę swego imienia w Warszawie. Tak jak i drugi łajdak, też mający swoją ulicę, a podczas tej decydującej narady tłumaczący, że nawet cywilna ludność wyposażona w kije i butelki, impetem natarcia pokona uzbrojonych w broń maszynową Niemców. Jak widać, tak zwane Ludowe Wojsko Polskie nie miało wyłączności na kretynów z generalskimi wężykami.
Dzięki temu powstaniu w świecie utrwalił się wizerunek Polaków, których w polityce nie trzeba traktować serio. A za krew przelaną dla cudzego zysku wystarczy zapłacić paroma wyświechtanymi frazesami. Irak i Afganistan potwierdzają, że ten patent jest wciąż jak najbardziej aktualny.
Co się tyczy młodego pokolenia, nie byłoby ono dzisiaj skłonne pójść z „visami” na „Tygrysy”, nad czym tak ubolewają medialne i internetowe debile. I bardzo dobrze! Propolski rząd, niestety w warstwie ideologii bardzo zatruty kultem „romantycznej bohaterszczyzny”, mamy dopiero od trzech kwartałów. Ale pozostaje  nadzieja że młodzi Polacy nie dadzą zrobić z siebie w dziedzinie patriotyzmu gimbazy i wezmą wzór z czeskich absolwentów uczelni wyższych.
Decyzję o rozpoczęciu powstania za zbrodniczą głupotę uznali zarówno generałowie starszego pokolenia, czyli Kazimierz Sosnkowski i Lucjan Żeligowski, jak i największa postać wśród polskiej generalicji II Wojny światowej, którą naszym zdaniem jest poza dyskusją generał Władysław Anders. Ten ostatni jest dla nas w zupełności wystarczającym autorytetem fachowym, by Powstanie Warszawskie uznać za zbrodnię. A z oceną nie czekać jeszcze wiele lat, jak chcą romantyczne bałwany, bo teraz rzekomo jest jeszcze za wcześnie. A jednemu z nich, który swego czasu szydził z redakcji, że podpiera się opinią „pana Andersa”, Stary Niedźwiedź przypomina:
Dla ciebie, chamie, to jest pan generał broni Władysław Anders!

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter

poniedziałek, 25 lipca 2016

Mane tekel fares

W księdze Daniela opisane jest niezwykłe wydarzenie, mające miejsce podczas uczty w pałacu babilońskiego króla Baltazara (Dn 5,25). Pojawiła się tajemnicza ręka, które na ścianie napisała słowa mane tekel fares, co po aramejsku oznacza policzony, zważony, podzielony. Słowa te prorok zinterpretował:
„Twoje panowanie dobiegło kresu; zostałeś zważony i znaleziony lekkim; Babilon zostanie wydany w ręce Persów”.
O aktach terroryzmu islamskiego na wielką skalę w Madrycie, Londynie, Paryżu, Brukseli i Nicei pisaliśmy dwa posty temu. Do tej pory kraj głównej sprawczyni zaciągnięcia eurochlewu na skraj przepaści był traktowany wręcz łaskawie. Miały tam miejsce zaledwie gwałty, napady rabunkowe, pobicia i kradzieże na niespotykaną przed pojawieniem się
gości" Makreli skalę. Oczywiście obiektywna i niezależna (w identycznym stopniu, jak obecnie turecka czy rosyjska) prasa niemiecka wykonywała rozkaz urzędu kanclerskiego „mordy w kubeł”. A Niemcy i świat dowiadywali się o tym głównie z internetu. Ale od kilku dni islamiści zaczęli odrabiać zaległości.
Na początku ubiegłego tygodnia w okolicach Wuerzburga w Bawarii w pociągu pakistański siedemnastoletni bandyta wyjąc „Allach akbar” zaatakował pasażerów siekierą i nożem. Ciężko ranił cztery osoby, kilkanaście doznało szoku. Na szczęście po ucieczce z pociągu nadział się na oddział specjalny policji i został zastrzelony. Co spowodowało interpelację posranki do Bundestagu z ramienia „Zielonych”. Pytającej jak policja śmiała go zabić, a nie tylko ranić i obezwładnić:
http://m.niezalezna.pl/83530-niemiecka-poslanka-pyta-policje-dlaczego-zabito-afganskiego-terroryste-z-siekiera
Po tym wyczynie baby głupszej od insekta a podlejszej od wszystkich kurewek produkujących się w „wolnościowych” latrynach razem wziętych, Stary Niedźwiedź musi przeprosić swojego przyjaciela i przyznać mu rację. Bowiem do tej pory uważał za przesadną jego opinię, że dobry zielony to martwy zielony.
Podczas pisania tego postu dowiedzieliśmy się, że w Reutlingen (miasto niedaleko Stuttgartu), syryjski „uchodźca” zabił maczetą w niedzielne popołudnie Polkę w ciąży a kilka osób zranił. Jakimś cudem nie uciekł, lecz został aresztowany. Okazało się, że znany był policji już wcześniej z urządzania awantur, co rzecz jasna nie zablokowało jego starań o azyl. Przy okazji wydało się, że tępe niemieckie głąby mówiąc o tylko jednej ofierze śmiertelnej, nie umieją zliczyć do dwóch.
Ale największą kompromitacją państwa mającego czelność pouczać całą Europę, oraz dotkniętej gąbczastym zwyrodnieniem mózgu szalonej pruskiej krowy, która kwalifikacje polityczne zdobywała jako działaczka wyższego szczebla enerdowskiej mutacji Hitlerjugend, był piątkowy zamach terrorystyczny w monachijskim centrum handlowym.
Dokonał go osiemnastoletni „Niemiec pochodzenia irańskiego” w lokalu fastfoodowym, a wśród jego ofiar przeważali nastoletni Turcy i Albańczycy. Zamachowiec użył pistoletu, wyposażony był w duży zapas amunicji. Zabił dziewięć  osób, wiele ranił, niektórzy z rannych wciąż walczą o życie, tak więc lista zabitych nie jest jeszcze definitywnie zamknięta. Po dokonaniu tej masakry bez problemu uciekł z lokalu, policja pojawiła się tam jakiś czas po jego ucieczce,  służby medyczne jeszcze później. Chyba po godzinie w miejscu oddalonym o około kilometra od miejsca zbrodni na widok grupy policjantów zastrzelił się.
Tyle dostępnych w sieci najistotniejszych informacji. A jak podczas tej tragedii zachowały się niemiecka policja i  politycy?
1.    Wkrótce po zamachu Monachium zostało sparaliżowane. Komunikacja miejska stanęła, pociągi i samoloty przestały z miasta odjeżdżać / odlatywać, wszyscy lekarze i pielęgniarki zostali wezwani do stawienia w szpitalach, w których pracują. Te posunięcia uważamy za logiczne.
2.    Policja ogłosiła, że wśród zamachowców był biały mężczyzna wznoszący okrzyki będące przejawem „mowy nienawiści” w stosunku do kolorowych przybyszy.
3.    Podana została informacja, że zamachu dokonały trzy osoby, wyposażone w broń długą.
4.    Już po znalezieniu zastrzelonego terrorysty przez jeszcze kilka godzin trwała obława na nieistniejących pozostałych bandytów.
5.    Niedorzecznik policji albo sam jest idiotą, albo za takich uważa ogół Niemców, być może nie bez racji. Powiedział bowiem że policja była doskonale przygotowana do walki z aktami terroru, ale ZOSTAŁA ZASKOCZONA!
6.    W rozmowie z TV Info mieszkający w Monachium Polak opowiedział o niebywałym skandalu. Co najmniej jedna z postrzelonych osób wydostała się na ulicę, gdzie konała bez fachowej pomocy, bowiem przypadkowi przechodnie nie mogli przecież jej udzielić. Pan ten powiedział, że załoga zatrzymanego samochodu policyjnego poinformowała, że ściga zamachowców i na zajmowanie się rannymi nie ma czasu. Natychmiastowe przysłanie karetki reanimacyjnej przekraczało oczywiście możliwości tych doskonale przygotowanych. Gdy wreszcie karetka się przywlekła, ranny już nie żył.
7.    Kilka godzin po zamachu zebrał się rząd niemiecki, ale bez kanclerzycy. Parszywe bydlę ukryło się gdzieś jak szczur, bo w spontanicznym odruchu (a są one na ogół szczere) nie śmiało się ludziom pokazać na oczy. Rozwarło otwór gębowy dopiero siedemnaście godzin po zamachu, gdy kondolencje zdążyli już dawno złożyć Obama, Hollande i Putin.
8.    Policja próbuje cerować cnotę kanclerzycy i bredzi, że zamachowiec był niepoczytalny i zadziałał pod wpływem impulsu. Tymczasem z netu, a niekiedy i z prasy można się dowiedzieć, że zamach był metodycznie przygotowywany od co najmniej pół roku, a bandyta za pomocą mediów społecznościowych zapraszał wiele osób do tego lokalu na piątkowe popołudnie.
9.    Policja zaapelowała do ludzi o udostępnienie jej nakręconych przy użyciu telefonów filmików, mogących mieć związek a zamachem. Z jednej strony taka prośba jest zrozumiała. Ale w połączeniu z informacjami o trzech terrorystach wyposażonych w broń długą, świadczy o beznadziejnej jakości miejskiego monitoringu w centrum Monachium.

W kraju który z islamskim terroryzmem ma do czynienia od kilkudziesięciu lat, czyli w Izraelu, posiadanie przez obywateli broni jest rzeczą oczywistą. Tak jak i natychmiastowe strzelanie do bydlaka, który w miejscu publicznym zacznie wykonywać jakiekolwiek podejrzane ruchy i ryczeć „Allach akbar”. A w przypadku fałszywego alarmu żaden prokuratorzyna nie śmie próbować ciągać strzelca po sądach. Francuzi czy Niemcy o takiej trosce władz o swoich obywateli mogą tylko marzyć. Bo wracając do motywu otwierającego ten wpis, należy niszczącej Europę szalonej krowie i jej pachołkom pokroju Hollanda, Junckera i Schulza powiedzieć:
To nie uczta Baltazara, ale same się debile uczta!

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter



 PS

W niedzielę wieczorem, gdy pisaliśmy ten post, w miejscowości Ansbach koło Norymbergii nastąpił kolejny zamach. Syryjczyk nie wpuszczony na koncert, zdetonował ładunek wybuchowy przed ogródkiem pobliskiej restauracji. Skończyło się szczęśliwie na dwunastu rannych, zaś bydlę zginęło na miejscu.  Miejscowy komendant policji dopuścił się rażącego wykroczenia informując o nagraniu znalezionym na kwaterze zamachowca. Z którego jasno wynika, że należał do ISIS. Nie chcielibyśmy być w jego skórze.
Kilka godzin temu TVP Info podało szczegóły na temat zatrzymania bandyty z maczetą. Po zabiciu Polki w jakimś zaułku, wybiegł na ulicę i ranił kolejne osoby. Obecny tam policjant UCIEKŁ. Trudno mu się dziwić - ryzyko było znacznie większe niż podczas akcji odbierania dziecka polskiej rodzinie na polecenie Jugendgestapo.
Sprawę załatwił jakiś dzielny człowiek, który wsiadł do samochodu i przejechał to bydlę. Wtedy dzielna policja raczyła się pojawić i uratowała to bydlę przed linczem. Bo ludzie chcieli wziąć sprawę w swoje ręce do końca. Miejmy nadzieję, że niemieckie sądy są nieco mniej skurwione od polskich i ten odważny człowiek uniknie więzienia.

SN, FdL, TF

czwartek, 21 lipca 2016

Mężczyźni versus wyroby męskopodobne

Jak nasi stali Czytelnicy wiedzą, wiodącą tematyką Antysocjala są polityka oraz historia, oczywiście widziane realistycznie, z konserwatywnego i narodowego punktu widzenia, bez cienia jakiegoś romantycznego bałwanienia. Ale od dawna kusiło mnie by poruszyć problem, jak mężczyźni powinni odnosić się do kobiet w kwestii najpiękniejszego daru Pana Boga, mimo że tematyka obyczajowa pojawia się na Antysocjalu sporadycznie. Definitywnie poczułem się do tego zobligowany komentarzami Czytelniczek do postu „O szanowaniu się czyli o wyluzowanych babeczkach”. Komentatorka używająca nicku „Sara” napisała, że powinienem odnieść się do "wyluzowanych mężczyzn, kurwiarzy i dziwkarzy". Zaś inna komentatorka, podpisująca się jako „K.” opowiedziała o swojej koleżance, która pozostając w związku z jakimś złamasem, od ośmiu lat nie może doczekać się oświadczyn.
Zatem Drogie Panie, czas na prezentację konserwatywnego punktu widzenia. Przez słowo „konserwatywny” rozumiem oczywiście nowoczesny konserwatyzm w stylu wielkiej Margaret Thatcher, a nie jakiś bigoteryjny socjalizm w rodzaju poglądów Marka Jurka, w Polsce tyleż błędnie co tendencyjnie i złośliwie nazywany konserwatyzmem przez merdia głównego ścieku.
Zacznę od być może zaskakującego dla obydwu Pań stwierdzenia, że konserwatysta nie musi być w Polsce nie tylko katolikiem, ale nawet człowiekiem wierzącym. Sam jestem w tej idealnej sytuacji, że nauczanie Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego w tematyce relacji pań z panami jest dla mnie garniturem uszytym na miarę. Ale mam przyjaciół konserwatystów, będących ludźmi niewierzącymi, którzy we wszystkich ważnych sprawach z tej tematyki mają dokładnie to samo zdanie. Siłą rzeczy najliczniejsi w gronie moich konserwatywnych przyjaciół katolicy też te zasady akceptują, bo ich stanowisko w kwestii „przedmałżeńskiej czystości” odbiega od doktryny Kościoła Rzymskokatolickiego. Na szczęście coraz więcej księży katolickich wprawdzie oczywiście czyni to bez entuzjazmu, tym nie mniej toleruje te ścieżki, które prowadzą do ślubu. I chwała im za to, że za swoje najistotniejsze zadanie uważają doprowadzenie delikwentów do  tej mety, a nie dyskwalifukcję.
Zatem skoro problemy religijne mamy za sobą, skoncentrujmy się na zasadach sprowadzonych do wspólnego mianownika.
Jeśli dwoje ludzi ma zostać już nie tylko przyjaciółmi, lecz kochankami, konieczne jest spełnienie czterech zasadniczych warunków.
Primo, muszą oni już wcześniej znać swoje najistotniejsze poglądy, ideały i upodobnia. Nie może być tak, iż jedna strona wręcz gardzi tym, co dla drugiej jest nieomal świętością. Tak samo ulubione sposoby spędzania wakacji czy wolnego czasu muszą być kompatybilne. Niektórzy wakacje nad morzem uważają za nudy na pudy, inni mają alergię na góry i pomstują, po jakiego diabła każe się im na jakąś skałę włazić, a zaraz potem z niej zleźć. Tak samo nie ma sensu słuchanie ulubionej muzyki przy użyciu słuchawek, bo inaczej druga osoba demonstracyjnie wetknie sobie stopery do uszu. Czy wiązanie się amatora uczciwie przyrządzonych mięsiw z weganką. To po prostu musi skończyć się katastrofą. Zatem szybkie dążenie do seksu, góra na przysłowiowej trzeciej randce, to gówniarstwo godne „wyluzowanej” hołoty a nie konserwatystów.
Secundo, osoby te musi łączyć autentyczne uczucie plus szczery zamiar stworzenia małżeństwa. Na upartego miernikiem może być zaprzestanie myślenia typu JA i zastąpienie go używaniem zaimka MY. Ale to jest zaledwie minimum przyzwoitości. Bo dla rasowego konserwatysty na pierwszym planie zawsze będzie ONA. Potem przerwa, a dopiero po niej JA i ewentualnie coś jeszcze.
Tertio, człowiek z definicji jest istotą omylną. Zatem nie mając pewności, że ten związek zakończy się udanym małżeństwem, obowiązkiem OBYDWOJGA jest potraktowanie jak najpoważniej kwestii antykoncepcji. Nie może to być przez mężczyznę potraktowane spychotechnicznie jako rzekomo „tylko jej problem”. I tu ważna sprawa. Jeśli wyda się, że któreś z nich programowo odrzuca wszelkie inne formy antykoncepcji, niż ta jedyna słuszna z punktu widzenia KRK „metoda przez zaniechanie”, czy też uważa prokreację za jedyny powód uprawiania seksu, a po realizacji planu demograficznego zamierza z tym „grzechem” definitywnie skończyć, druga strona ma pełne prawo wycofać się, zanim będzie na to za późno.
Quatro, jak wiadomo, człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi. Zatem jeśli okaże się, że dziecko jest w drodze, nie ma miejsca na żadne filozofowanie. Bo nie istnieje jakakolwiek alternatywa w stosunku do ślubu. A dzięki spełnieniu wymagań opisanych w punktach pierwszym i drugim, małżeństwo to nie jest z góry skazane na porażkę. I mężczyźnie nie grozi to, że przy jakiejś ptaszynie wyciągnie kopyta albo się z rozpaczy zapije.
Oczywiście dla konserwatysty jest to rzecz nie do pomyślenia, ale w realnym świecie zdarzają się niestety odrażające kanalie, w rodzaju choćby wolnościowców, satanistów i innego kału w ludzkiej skórze. Które w takiej sytuacji zaproponują współfinansowanie zabicia swojego dziecka, a niekiedy nawet „wspaniałomyślnie” gotowe są pokryć cały koszt aborcji. Nazywa się to to „pro choice”, a tak naprawdę jest „pro money”. Bo potrafi policzyć, że jednorazowe zapłacenie za aborcję kosztować go będzie znacznie mniej, niż płacenie alimentów do osiągnięcia przez dziecko 18 lat. A w przypadku pójścia na studia jeszcze dłużej. Żeby było śmieszniej w sieci takim bydlętom prawie zawsze towarzyszy orszak wielbiących je cheerleaderek. Może dlatego, że liczą na nie tylko wirtualne karesy, a zajście w ciążę przestało tym łachudrom  zagrażać od co najmniej dwadziestu lat. Jak swego czasu powiedział mój przyjaciel, prawdziwy „pan z paniw”, dawniej rozwiązanie byłoby banalnie proste. Bo należałoby kazać gajowemu zastrzelić takiego sukinsyna, który dopomógł w zabiciu własneo dziecka. Czasy się zmieniły i obecnie niestety to nie wchodzi w grę. Więc pozostaje obicie mordy, najlepiej w wykonaniu tak zdolnego pedagoga i kompetentnego rzemieślnika, jak wspomniany niedawno pan Mietek.

Czas też zdementować kolejną bzdurę, którą z lubością kolportują człowieki postępu. A mianowicie rzekomą pogardę, jaką wedle ich lewackich urojeń konserwatyści darzą niezamężne kobiety, które urodziły dziecko. W czasach łatwej "turystyki aborcyjnej" i podziemia parającego się tym procederem, ich decyzja zasługuje na szacunek, a one i ich dzieci na pomoc. Nasza parafia od dawna postanowiła nie łapać dziesięciu srok za ogon i całość środków przeznaczonych na cele charytatywne kieruje do jednego z warszawskich domów samotnej matki z dzieckiem. Przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą urządzamy ekstra zbiórki, by te święta we wspomnianym domu mogły być urządzone przyzwoicie.
Dotarliśmy zatem do punktu kiedy pani z panem przekroczyli Rubikon. Ideałem byłoby wspólne zamieszkanie pod jednym dachem, co pozwala na sprawdzenie, czy związek ten sprawdza się przy wykonywaniu czynności całkiem prozaicznych. Czyli przekonanie się, czy wszelkie opłaty dokonywane są na czas, mieszkanie nie zarasta brudem, niepozmywane garnki i talerze nie wystają za zlewozmywaka, w lodówce jest coś poza światłem a w łazience sterta ciuchów do uprania nie sięga już sufitu. Jest to dla każdego konserwatysty oczywiste, ale na wszelki wypadek dopowiem, że troska o dom należy do obojga. A rzeczą niedopuszczalną jest, by po powrocie z pracy facet siadł przed telewizorem z piwkiem i miał całą logistykę w nosie. Tak jak i to, by kandydatka na żonę potrafiła jedynie godzinami trajkotać z psiapsiółkami przez telefon i przypalić nawet wodę na herbatę. Wielką wartość poznawczą mają też wspólne wakacje pod namiotem. Gdyż szybko zdemaskują śmierdzącego lenia czy koszmarnego bałaganiarza.
I najważniejsze pytanie. Jak długo ma trwać ten test kociej łapy?
Zacznę od oczywistej oczywistości. A mianowicie od wyważenia otwartych drzwi przypomnieniem, iż dla kobiety i dla mężczyzny czas upływa w innym rytmie. Kobieta czterdziestoletnia, zwłaszcza z dzieckiem, ma znacznie mniejsze szanse na małżeństwo, niż mężczyzna w tym samym wieku. Dlatego moim zdaniem rok testu kociej łapy, czyli i jedne wspólne wakacje, w zupełności wystarczy. Jeśli nie nadziali się na jakąś minę pułapkę, a wszystko działa należycie nie tylko od święta, ale i na co dzień, facet ma psi obowiązek nabyć pierścionek i powiedzieć tych kilka słów.
Znam trzy przypadki, kiedy to kobieta nie chciała wyjść za mąż, mimo że tego mężczyznę kochała i było jej z nim dobrze, a on się jej oświadczył. Opiszę najdziwniejszy.
Babcia tej pani była wraz z dziećmi bita przez męża pijaka. Gdy ten podczas jakiejś libacji wykitował, ona i dzieci odetchnęli z ulgą. Matka i ojciec tejże pani również ostro pili, więc babcia zabrała ją do siebie i sądownie uzyskała prawo do opieki, dzięki czemu pani ta ukończyła liceum i studia. Poznała bardzo wartościowego pana, którego mama i siostra zaliczyły rozwód. Po kilku miesiącach kociej łapy on się oświadczył, ona odmówiła. Gdy zaszła w ciążę, oczywiście ponowił propozycję, trzeci raz oświadczył się po urodzeniu dziecka, też z negatywnym skutkiem. Zgodziła się dopiero na którąś z rzędu propozycję, gdy dorobili się własnego mieszkania, a synek miał już osiem lat. I wzięli „cywila”, bowiem kilka lat wcześniej skutecznie wypędził ją z kościoła durny klecha, którego usprawiedliwić mogą co najwyżej tak zwane „żywe młynki modlitewne”, głupsze nie tylko od tego księżula, ale i od własnego podogonia.
Czym tłumaczę jej tak nietypowe zachowanie? W rodzinie jej i jej mężczyzny (nie cierpię słowa partner) wszystkie małżeństwa bez wyjątku były niewypałem. Więc gdy znalazła mężczyznę, którego pokochała z pełną wzajemnością i dorobili się dziecka, panicznie bała się to popsuć. A gdy stuknęło im dziesięć lat pożycia, na kolejne oświadczyny udzieliła bardzo nietypowej odpowiedzi pozytywnej:
- Niech już będzie, zaryzykuję, raz kozie śmierć.
Wiedzie im się dobrze. 

W drugim przypadku powodem była jakaś anarchistyczna awersja do instytucji ślubu, nawet w wersji „cywilnej”. Co po nagłej śmierci tego pana spowodowało, że  jego rodzina, od początku wrogo do niej nastawioną, po prostu ją okradła, bowiem formalnie nie była dla niego nikim bliskim. Więc gdy po kilku latach kogoś poznała, za moją radą przestała „świrować”, oświadczyny zaakceptowała i dokument w magistracie podpisała. Aby zaspokoić jej dziwaczną niechęć do małżeństwa jako elementu obyczajowości, ślub został zatajony przed całym światem, ona zaś pozostała przy swoim nazwisku.
W trzecim przypadku powód odmowy był tak zdumiewająco oryginalny, że sam bym go do końca życia nie wymyślił. Więc go nie podam, bo i tak nikt z Szanownych Czytelników by mi w to nie uwierzył.
Zatem rekapitulując. Jeśli dzielenie stołu i łoża obydwoje uważają za więcej niż udane, po jakimś roku, w ostateczności po dwóch, pan powinien się oświadczyć. Tak na oko z 99.999% pań oczywiście propozycję zaakceptuje i nastąpi ślub.
A co robić, gdy mężczyzna trafi osobę z grupy stanowiącej 0.001% ogółu? Musi przyjąć do wiadomości, że kobieta ma przywilej odmowy. Zatem on powinien odczekać i ponowić. Bo jego nikt z tego obowiązku nie zwolni.
Tako rzecze konserwatyzm. A co inne jest, od lewactwa i tolerastii pochodzi.

Stary Niedźwiedź