piątek, 2 grudnia 2016

Dupa i kamieni kupa czyli dobra zmiana w MSZ

Wśród istotnych dla istnienia każdego państwa ministerstw, w naszej III RP wyjątkowego pecha zarówno do szefów, jak i do personelu miał i nadal ma resort spraw zagranicznych. Niedawno czcigodny Robert Grunholz (pozdrawiamy najserdeczniej) zadał sobie trud poruszenia tego tematu:
i wymienienia z nazwiska osób kierujących po roku 1989 tym ministerstwem wraz z super zwięzłą ich charakterystyką:
1. Skrajny germanofil – Krzysztof Skubiszewski.
2. Pracownik Banku Światowego, członek zarządu Fundacji im. Sorosa vel Batorego, ,,stypendysta” wymienionego kryminalisty z Collegium Invisibile – Andrzej ,,Bilderberg” Olechowski.
3. Władysław „L4” Bartoszewski, o którego opis mogą się już postarać komentatorzy.
4. Kolejny pracownik Banku Światowego i ,,stypendysta” – Dariusz Rosati.
5. Benjamin Lewertow, znany szerzej jako – Bronisław ,,Polonofob” Geremek.
6. Trzeci już ,,stypendysta”, tym razem Fullbrighta – Włodzimierz Cimoszewicz.
7. Adam Daniel Rotfeld, syn adwokata Leona Rothfelda.
8. Syn żydowskiego komunisty, podobnie jak i ojciec ,,poszkodowany” w wydarzeniach marcowych – Stefan Meller.
9. Amerykańska ,,stypendystka” – Anna Fotyga.
10. Korespondent brytyjski, mąż Anne Apfelbaum, oceniający w prywatnych rozmowach swoją własną politykę jako ,,murzyńskość” i ,,robienie laski Amerykanom” – Radosław Sikorski.
11. Tym razem skrajny ukrainofil – Grzegorz Schetyna.
12. Nowiutki ,,stypendysta” – Witold Waszczykowski.
Ponieważ nie wolno nie doceniać roli kadr nieco niższego szczebla (przy dyrektorach departamentów będących Krzepickimi nawet minister Dyzma z biedą da sobie radę), postanowiliśmy przypomnieć szczególnie odrażającą postać z tejże półki. Której niezwykła kariera jest dziełem zbiorowym niemal całej wymienionej tu parszywej dwunastki.
Ryszard Schnepf pochodzi z „dobrej” rodziny. Ojciec w szeregach Ludowego Wojska Polskiego wspomagał towarzyszy radzieckich w „obławie augustowskiej” oraz uczestniczył w innych formach zwalczania Żołnierzy Wyklętych. Matka była pracownicą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po znacznym przerzedzeniu przez Jaruzela tzw. „żydokomuny” w kierownictwie LWP tatuś przypomniał sobie o swoich korzeniach i zatrudnił się początkowo jako jeden z dyrektorów Żydowskiego Instytutu Historycznego a następnie jako dyrektor administracyjny Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Warszawie. Mamusia też się oczywiście załapała na jakieś szekele.
Nasz bohater do służby dyplomatycznej został wstawiony przez Skubiszewskiego. W latach 1991-96 był ambasadorem RP w Urugwaju i Paragwaju. Zasłynął wtedy rozpętaniem kampanii oszczerstw w stosunku do Jana Kobylańskiego, najbardziej szanowanej osoby w gronie południowoamerykańskiej Polonii. W Polsce dzielnie wspierały go w tej działalności „merdia” spod znaku Szechtera (wyprzedaż polskiej prasy Niemcom dopiero startowała). Poza tym prowadził handelki z miejscowymi przedstawicielami narodu wybranego, głównie sprowadzanymi bez cła luksusowymi samochodami. W latach 1996-98 był dyrektorem założonej w Polsce za „amerykańskie” pieniądze Fundacji Shalom. Następnie objął stanowisko wicedyrektora Departamentu Spraw Zagranicznych w kancelarii premiera. W latach 2001-2005 był ambasadorem RP w Kostaryce z akredytacją na całą Amerykę Środkową.
Po powołaniu pierwszego rządu PiS został sekretarzem stanu w kancelarii premiera Marcinkiewicza i jego głównym doradcą do spraw polityki zagranicznej. Ze stanowiska tego został wyrzucony po publicznym poparciu inicjatywy budowy Nord Stream bez spytania się Napoliona o zgodę. Dymisja ta nieomal z rozpaczą została odnotowana na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów. Bowiem ten „doradca” premiera RP oczywiście doradzał mu spełnienie wszystkich żądań żydowskich reketierów bez wyjątku.
Na jesieni 2007 był współorganizatorem (wraz z takimi kanaliami jak choćby Jan Hartman) wznowienia działalności w Polsce przez tak zajadle antypolską organizację jak żydowska loża masońska B’nai B’rith. Prezydent Lech Kaczyński wysłał do tych łajdaków depeszę gratulacyjną, co na szczęście dla jego wizerunku nie zostało podane do publicznej wiadomości. Widocznie Żoliborska Historyczna Grupa Rekonstrukcyjna Sanacji jest do tego stopnia niekumata iż nie wie nawet o tym, że dekret prezydenta Mościckiego z roku 1938 zdelegalizował działalność na terenie RP B’nai B’rith i innych antypolskich łajdaków.
Za Zdradka Sikorskiego został podsekretarzem stanu w MSZ a następnie ambasadorem w Hiszpanii (2008-12). Szczytem jego kariery było stanowisko ambasadora w USA w latach 2012-16. Na tej ostatniej placówce zasłynął konfliktami z amerykańską Polonią, udostępnianiem podległych ambasadzie placówek kulturalnych na antypolskie hece oraz desperackim popieraniem TW „Bolka”. Już na jesieni ubiegłego roku minister Waszczykowski był wielokrotnie pytany, kiedy ten antypolski insekt zostanie wreszcie z Waszyngtonu usunięty. Minister z miną dziecka o IQ poniżej 30 tłumaczył że głupie kilka miesięcy nie robi różnicy. Woda została wreszcie spuszczona 31 lipca br. Ale redakcja nie ma złudzeń że ta substancja prędzej czy później wypłynie.
O genialnym pomyśle sprowadzenia do Polski na własne życzenie Kolombiny, Arlekina, Pantalone i reszty tych weneckich komediantów wiedzą wszyscy. Gdy tuż po ogłoszeniu wiadomości o ich przyjeździe podczas kolegium redakcyjnego Stary Niedźwiedź po kilku minutach guglowania podał jaki werdykt ta zgraja ogłosi za kilka miesięcy, nie znalazł chętnego, który by się założył że będzie on inny.
Ponieważ natura nie znosi próżni, wkrótce po zakończeniu afery Schnepfa bo już we wrześniu br. Waszczykowski powołał na stanowisko wiceministra SZ tajemniczego Roberta Greya. Który mając podwójne obywatelstwo, polskie i Stanów Zjednoczonych, miał się zajmować sprawami amerykańskimi i azjatyckimi!!! W tej sprawie interpelację zgłosił poseł Robert Winnicki, odpowiedź MSZ przytaczamy za portalem Kresy.pl:

Warszawa, 04-11-2016
Szanowny Panie Marszałku!
Odpowiadając na interpelację nr 6646 Pana Posła Roberta Winnickiego w sprawie mianowania Roberta Greya podsekretarzem stanu w MSZ uprzejmie informuję, co następuje:
  1. Czy pan Robert Grey jest obywatelem polskim?
Pan Robert Grey jest Polakiem, urodził się w Polsce, jego rodzice są Polakami i nigdy nie zrzekał się obywatelstwa polskiego w oparciu o porozumienie między Polską i USA.
  1. Czy posiada inne, niż polskie, obywatelstwo? Jeśli tak, to jakie?
Pan Robert Grey ma także drugie obywatelstwo tj. jest również obywatelem USA.
  1. Dlaczego na wysokie, bardzo ważne stanowisko w MSZ mianowano człowieka nie będącego Polakiem, mieszkającego w Polsce zaledwie od kilku lat?
Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie komentuje decyzji personalnych, stwierdza jednoznacznie, że Pan Robert Grey jest Polakiem i spełnia wszystkie warunki merytoryczne i formalne przewidziane ustawą o służbie zagranicznej. Każdy Minister ma prawo dobierać sobie współpracowników.
  1. Jakimi zasługami w walce o polskie interesy , również w konfrontacji z interesami USA lub innych państw i organizacji narodowych, może pochwalić się pan Robert Grey?
Podstawą do zatrudnienia są kwalifikacje oraz dotychczasowe doświadczenia zawodowe.
Kilkuletnia praca Pana Roberta Greya w Organizacji Narodów Zjednoczonych była istotnym argumentem przemawiającym na rzecz przydatności zatrudnienia w MSZ.
  1. Dlaczego mianowano na stanowisko wymagające walki o polskie interesy m.in. na gruncie amerykańskim i strategicznie ważnym – azjatyckim, Amerykanina, zamiast, jak nakazywałaby elementarna logika, Polaka?
Pan Robert Grey jako polski obywatel, który spędził szereg lat za granicą ma takie same prawa jak ci, którzy z Polski nie wyjeżdżali z powodów politycznych.
  1. Jakie są gwarancje politycznej lojalności pana Roberta Greya wobec Polski, w przypadku kolizji interesów Rzeczypospolitej Polskiej i USA w poszczególnych, powierzonych mu, strategicznie ważnych obszarach dyplomacji: azjatyckim, amerykańskim i ekonomicznym?
Nie ma żadnych podstaw aby kwestionować lojalność polityczną Pana Roberta Greya wobec Polski, USA są naszym najważniejszym sojusznikiem, w przypadku ewentualnej kolizji interesów Rzeczypospolitej Polskiej i USA Pan Robert Grey jak każdy Polak będzie bronił polskiej racji stanu.
  1. Kiedy ostatni raz cudzoziemiec pełnił tak wysoką funkcję w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych? Proszę o uwzględnienie okresu od 1945 r.
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych po 1945 r. pracowało wiele osób, które miało obywatelstwo np. radzieckie, rosyjskie czy brytyjskie.
  1. Czy polityka nominowania cudzoziemców na wysokie stanowiska w polskiej dyplomacji jest manifestacją braku własnych, polskich kadr, zdolnych podjąć takie zadania?
Minister Spraw Zagranicznych jak każdy minister ma prawo dobierać sobie współpracowników. Pan Rober Grey nie jest cudzoziemcem, jest Polakiem, który przebywał zagranicą i ma prawo pracować w Polsce, wykorzystując zdobytą wiedzę, doświadczenie do czego namawiał i realizował wcześniejszy rząd i obecny.
  1. Czy nominowanie Amerykanina na wysokie, strategiczne ważne stanowisko w polskiej dyplomacji jest wyrazem podporządkowania naszej polityki zagranicznej Stanom Zjednoczonym i ich interesom?
Polska Polityka Zagraniczna nie jest zależna od jakiegokolwiek państwa. Pan Robert Grey jest Polakiem i wobec tego może zajmować każde stanowisko.
  1. Czy Pan Minister planuje kontynuować politykę nominacji utrzymanych w tym duchu? Czy możemy spodziewać się, że za realizację polskich interesów narodowych na odcinku niemieckim będzie odpowiadał Niemiec, czeskim - Czech, rosyjskim – Rosjanin, chińskim – Chińczyk etc.?
Pytanie dotyczy polityki kadrowej resortu co jest prerogatywą ministra i z tej racji nie będzie na nie odpowiedzi.
Z poważaniem,
Z upoważnienia Ministra Spraw Zagranicznych
Jan Dziedziczak
Sekretarz Stanu

Ręce opadają a wszelkie komentarze zbyteczne.
A tu już 30 listopada tajemniczy pan Grey został odwołany. Niezbyt życzliwa rządowi „Rzeczpospolita” i zajadle wroga GW no Prawda utrzymują że powodem był fakt, iż pan Grey był współpracownikiem amerykańskich służb. Jeśli to rzeczywiście była druga twarz Greya to łowcom sensacji z tych me(r)diów pozostało jeszcze do ujawnienia  brakujące 48, bo tyle przewidział kiczowaty film. Kompinujta chłopaki z Oszczerskiej, kompinujta! I tylko Mossadu nie wsypta.
Tenże minister Waszczykowski zabierając głos na temat CETA powiedział że „z geopolitycznego punktu widzenia wydaje się opłacalna, z ekonomicznego tych plusów nie widać”. Czyli on sobie a wyrób kwiatkowskopodobny czyli wicepremier Morawiecki sobie.
No i ostatni skandal, chowany pod dywan. Media zapowiadały dumnie warszawskie spotkanie ministrów spraw zagranicznych. Poza V4 i członkami eurokołchozu z Europy Południowo-Wschodniej czyli Włochami, Słowenią, Chorwacją, Rumunią i Bułgarią, uczestniczyli też ministrowie krajów aspirujących, czyli Czarnogóry, Serbii, Macedonii, Albanii, Bośni i Hercegowiny oraz częściowo uznawanej tak zwanej Republiki Kosowa, czyli „republiki” handlarzy narkotyków i sutenerów. Za paprotkę robiła obecna na sali niejaka Federica Mogherini. No i podczas tego spotkania reprezentant dilerów i alfonsów niejaki Enver Hoxhaj (Flavia sprawdziła, na pewno pisze się przez A) obraził Serbów jako naród. Stwierdzając że są winni wszystkich wojen i ludobójstwa na Bałkanach. Waszczykowski będący w końcu gospodarzem, nabrał wody w gębę i nie wygęgał ani słowa. Serbski minister opuścił to spotkanie. 1 grudnia już w Brukseli minister Dasić powiedział że jest gotów do rozmów z kosowskimi Albańczykami. Ale tylko wtedy, gdy nie będą wygłaszać takich tekstów jak w Warszawie.
O wszystkim informują kresy.pl:
Ale na ten portal, od zawsze broniący polskiej racji stanu i odporny na banderofilię prezesa i jego drużyny, zawsze można liczyć.
Afera z Greyem dowodzi że „wymiana” z UPAiną nie jest jednokierunkowa. My im daliśmy (zwrócą je wtedy gdy Anna Grodzka w ciąży przejedzie na pasach trzeźwego Kwaśniewskiego) ponad 4 mld PLN ale oni zrewanżowali się lekcją kim obsadzać w państwie wysokie stanowiska.
A tak podsumowując to jaki Napolion, taki i Talleyrand.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce

niedziela, 27 listopada 2016

Cui bono?

Stara rzymska zasada „cui bono”, czyli „na czyją korzyść” nakazuje poszukiwać sprawców każdego czynu w gronie tych, którzy odnieśli z niego jakąś korzyść lub odnieść ją mogli. I jest przydatna nie tylko w kryminalistyce, ale i podczas badań historycznych. W przypadku Polaków bardzo często należy ją stosować nie w celu ustalenia kto podjął jakieś absurdalne działania, bowiem osoby tych bezpośrednich wykonawców są powszechnie znane. Natomiast inspiratorzy tychże działań są przed opinią publiczną pieczołowicie ukrywani również i obecnie. Po części by nie burzyć oficjalnie obowiązującej od prawie dwustu lat heroiczno-martyrologicznego postrzegania naszej historii. A po części by zamieść pod dywan smutną prawdę że nasi przodkowie wielokrotnie dali się oszukać jak małe  dzieci i tracili zarówno żywą jak i materialną substancję narodową wbrew polskiej racji stanu a jedynie ku pożytkowi tych, którzy nie bez racji uznali ich za dyżurnych głupich Jasiów Europy. Gotowych dać sobie wmówić że walczą nie tylko za czyjąś sprawę ale i rzekomo za swoją.
A jak z tym było podczas Powstania Listopadowego i w latach poprzedzających jego wybuch?
27 lipca w Paryżu rozpoczęła się a 29 zwyciężyła rewolucja zwana „lipcową”. W jej wyniku „króla szlachty” Karola X zastąpił „król bankierów” Ludwik Filip z bocznej orleańskiej linii Burbonów. Przykład okazał się zaraźliwy i 25 sierpnia tegoż roku Belgia ogłosiła secesję z Królestwa Niderlandów. Jeszcze w październiku 1830 Anglia i Francja w tak zwanym Protokole Londyńskim zagwarantowały suwerenność i neutralność Belgii (Belgowie w chwili proklamowania niepodległości w pakiecie z nią zadeklarowali wieczystą neutralność). Ale inne plany miały w tej kwestii Rosja i Prusy.
Mikołaj I planował zgodnie z celem powołania Świętego Przymierza przywrócić „porządek” co najmniej w Belgii, a jeśli to będzie realne, to i we Francji. W akcji tej miało wziąć udział wojsko Królestwa Kongresowego plus co najmniej stacjonujące na jego terenie wojska rosyjskie, jako usytuowane najbliżej terenu przyszłych działań. Pomysł ten wywołał wielki niepokój Prus. Było tajemnicą poliszynela iż Polacy w Wielkim Księstwie Poznańskim nie mieliby nic przeciwko przyłączeniu do Kongresówki, bowiem o takich atrybutach państwowości jak w tej ostatniej, w Wielkopolsce mogli tylko marzyć. Zatem wojska Kongresówki i nawet rosyjskie przywitaliby z entuzjazmem i podczas powrotu ich już po spacyfikowaniu Belgii w myśl sarmackiego modelu gościnności po prostu nie chcieliby tak miłych gości wypuścić. Do tego jeszcze w tym czasie reszta Niemiec nie pogodziła się z hegemonistycznymi planami Prus. I w razie konfliktu rosyjsko – pruskiego spośród innych państw niemieckich pies z kulawą nogą nie pomógłby Prusom. Stąd pomysł wyręczenia Rosji w tej interwencji i aktualne aż do ostatniego ćwierćwiecza XIX dwie żelazne zasady polityki pruskiej. Czyli nieustanne oddawanie Rosji przysług oraz szczucie Polaków na Rosję jak tylko się da i gdzie tylko się da. Do jawnej rywalizacji II Rzeszy z państwem carów doszło dopiero wtedy gdy zdaniem Bismarcka sięgnięcie przez Rosję po polską kartę przestało wchodzić w grę.
Zatem mamy już Francję i Prusy, czyli dwa państwa z ówczesnej światowej pierwszej ligi  oraz drugoligową Belgię, dla których wybuch jakiegoś powstania w Kongresówce byłby wybawieniem. Bowiem Mikołaj miałby spory kłopot ze stłumieniem tego powstania i rosyjska wizyta przyjaźni w zachodniej Europie zostałaby odłożona, i to zapewne na św. Nigdy.
Te wszystkie informacje i oczywiste wnioski, które z nich wynikają, człowiek nie będący walczakiem nekrofilem może bez trudu znaleźć w ciągu godziny w necie. Ale praktycznie nikt nie wie o znaleziskach pana Grzegorza Brauna, prawicowego dziennikarza, scenarzysty i reżysera filmów dokumentalnych. Jego specjalnością jest wynajdowanie takich cymeliów jak te, które przedstawił w cyklu trzech kapitalnych wykładach o genezie Powstania Listopadowego:

Pan Braun przypomniał iż po roku 1815 na świecie funkcjonowały dwa supermocarstwa – Rosja i Wielka Brytania. Bowiem jak barwnie zauważył autor, w formujących się dopiero Stanach Zjednoczonych wtedy jeszcze bizony ryczały pupami. Oraz to, że od końca siedemnastego wieku algorytm brytyjskiej polityki zagranicznej był prostszy od budowy cepa. ZAWSZE polegała ona na montowaniu koalicji przeciwko temu państwu, które w danej chwili było największą potęgą na kontynencie. A w latach 1815 – 1870 na pewno była nią Rosja. Chwilowo polem rywalizacji była Azja Środkowa i Bałkany. Bowiem doktryna Rosja już od czasów Piotra Wielkiego głosiła konieczność uzyskania dostępu do Oceanu Indyjskiego, zaś planem minimum było opanowanie cieśnin tureckich i swobodne wpływanie na Morze Śródziemne. Jako że Bałtyk nie zaspokajał ambicji rosyjskich z racji możliwości łatwego zamknięcia cieśnin duńskich.
O tym wszystkim oczywiście wiedziałem od dawna. Ale o dalszych elementach tej brytyjskiej układanki dowiedziałem się dopiero z tych wykładów pana Brauna. A mianowicie o co najmniej dwóch powodach, dla których Królestwo Kongresowe było dla Brytyjczyków solą w oku.
Po pierwsze, podczas „blokady kontynentalnej” zarządzonej przez Napoleona, Brytyjczycy musieli z konieczności wziąć się za uprawę zbóż. A po roku 1815 rynki europejskie zostały zarzucone polskim zbożem (w kwestii ceł wielki Drucki-Lubecki ograł Prusaków jak gówniarzy), tańszym i nieporównywalnie lepszym od angielskiego. A produkcji rolnej nie da się łatwo i szybko przestawić na inny asortyment.
Po drugie, książę Franciszek – bez wątpienia polski minister finansów i gospodarki tysiąclecia – w błyskawicznym tempie nie tylko rozbudowywał Staropolskie Zagłębie Przemysłowe plus jego surowcowe zaplecze w Zagłębiu Dąbrowskim. Jego wywiad przemysłowy penetrował angielskie fabryki maszyn a kopie ich produktów, wytwarzane we wspomnianym zagłębiu, co najwyżej minimalnie ustępowały jakością wyspiarskim oryginałom. I zaczęły te ostatnie wypierać z rosyjskiego rynku znacząco niższymi cenami, będącymi efektem genialnych posunięć księcia w kwestii ceł wewnętrznych (Kongresówka – Rosja) oraz „zewnętrznych”. Co było tylko i wyłącznie jego osobistą zasługą, bowiem znał osobiście w Petersburgu wszystkich liczących się polityków a gdy było to potrzebne, bez trudności był przyjmowany przez cara.
Był też i trzeci powód, dla którego rozruchy na jak największą skalę w Kongresówce były na początku roku 1831 Anglikom bardzo na rękę. Car Mikołaj planował w tymże roku zdobycie Chiwy i opanowanie całego Uzbekistanu, a zatem uzyskanie dostępu do Afganistanu, który wówczas wcale jeszcze nie był opanowany przez Brytyjczyków. W tym celu Rosja gromadziła w tym rejonie znaczne siły kawalerii (na pustyni Kizył Kum piechota nie miała pola do popisu).
Francuzi, Belgowie czy Prusacy zaczęli intensywnie zachęcać Polaków do seppuku dopiero od połowy roku 1830, a mogli to robić głównie „po linii masońskiej”. Bowiem do Wielkiego Wschodu Francji lub karbonariuszy należało wielu prominentnych spiskowców i aktywnych uczestników tegoż powstania, z Joachimem Lelewelem na czele. Znacznie bardziej systematycznie działali Anglicy.
Już w pierwszej połowie lat dwudziestych zaproponowali Druckiemu-Lubeckiemu, mającemu duży problem ze spłaceniem „bajońskich sum”, pożyczkę na super lichwiarski procent. Książę nie okazał się pętakiem na miarę Balcerowicza czy Rostowskiego, odesłał gnojków na drzewo a budżet ZRÓWNOWAŻYŁ sprzedając rosyjskiemu biznesmenowi Leonowi Newachowiczowi (prawdziwe nazwisko Lejb Ben Noah) monopol spirytusowy i tytoniowy w Królestwie Kongresowym. Efektem tego była znaczna podwyżka przez wyłącznego dystrybutora cen tych dóbr. Oczywiście natychmiast rozwinęła się podziemna produkcja napojów alkoholowych. Po knajpach zaczęły krążyć zarówno kontrole policyjne (w Warszawie jej szefem był wiceprezydent miasta Mateusz Lubowidzki) jak i bojówki Newachowicza. Alkohol „nielegalny” był niszczony a atmosfera w szynkach bardzo przypominała tę z chicagowskich spelunek z epoki prohibicyjnych żniw Ala Capone.
Anglicy postawili na „gniew ludu”. W połowie lat dwudziestych w Warszawie pojawili się „misjonarze” mający formalnie (uwaga, uwaga, Szanownych Czytelników proszę o natychmiastowe zaprzestanie jedzenia i picia) nawracać warszawskich Żydów na anglikanizm. Wykupili oni dom z parcelą a w niej urządzili drukarnię. Formalnie drukowano w niej jakieś materiały religijne. A nieformalnie ulotki podburzające dzielnych proletariuszy do buntu. Anglicy słusznie ocenili że hasło walki z moskiewskim ciemiężycielem kariery nie zrobi i postawili na spirytualia. Pan Braun w żadnym z archiwów nie znalazł oryginału takiej ulotki i jedynie z pamiętników tamtej epoki wie, że nawoływały one aby „Druckiego-Lubeckiego i Lubowidzkiego obić kijami a Newachowicza powiesić”.
W noc 29 listopada bywalcy szynków (skład tego proletariatu opisałem w poprzednim odcinku) wzięli udział w zdobyciu Arsenału ale był to jedynie środek do właściwego celu. Bo już uzbrojeni bez problemu zdobyli magazyny Newachowicza i do rana pławili się, bynajmniej nie w zapale rewolucyjnym.
O dalszych losach tych „misjonarzy” już po upadku powstania panu Braunowi nie udało się zdobyć żadnych informacji. Wiadomo mu tylko że przez kilka lat tego nawracania rocznie dokonywało konwersji około dwóch starozakonnych. Jeśli ktokolwiek uważa że ta ewangelizacja nie była bujdą na resorach, powinien czym prędzej zapisać się do „Nowoczesnej” i zdetronizować Rycha Swetru.
Wprawdzie to nie „rewolucja ludowa” przesądziła o opanowaniu Warszawy przez powstańców, ale zarówno długofalowe jak i doraźne cele Anglików zostały osiągnięte.
1. Kongresówka na jakiś czas wypadła z europejskiego rynku zbożowego i Anglicy zyskali czas na wyjście bez dużych strat finansowych z upraw pszenicy i powrót do będącej ich specjalnością produkcji zwierzęcej.
2. Rozwój polskiego przemysłu gwałtownie zahamował a wysokie cła wwozowe do Rosji na polskie produkty przywróciły wyspiarzom dominację ich wyrobów przemysłowych na najchłonniejszym na świecie rynku Rosji.
3. Kozacy szykujący się na Chiwę wyruszyli do Kongresówki.
Francuzi, Belgowie i Prusacy też mieli powody do radości. Belgia jako państwo ocalała, we Francji nie było żadnych walk, przez Prusy nie przemaszerowała armia polsko – rosyjska a dla Polaków w Wielkopolsce Kongresówka nie była już przedmiotem zazdrości.
Królestwo Kongresowe oczywiście nie było tworem suwerennym ani metą marzeń Polaków o własnym państwie.. Ale pod kilkoma względami, zwłaszcza na tle innych krajów z tamtej epoki, bo tylko takie porównania mają sens, prezentowało się bardzo przyzwoicie.
1. Jego armia bez problemów pokonałaby dowolną inną europejską, występującą w identycznej liczebności.
2. Pod koniec lat dwudziestych budżet co roku  miał nadwyżkę przychodów nad wydatkami i inwestował ją w infrastrukturę i przemysł.
3. Wymarzone regulacje celne plus olbrzymi rynek zbytu dawały wszelkie szanse na zbudowanie takiej potęgi przemysłowej, jaką stały się Czechy w państwie Habsburgów.
Gone with the wind!
A parafrazując Churchilla, jeszcze nigdy w dziejach ludzkości tak wielu nie utraciło tak wiele dzięki dwudziestu kilku szaleńcom.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 22 listopada 2016

Dzień trepa czyli noc świrów

Za kilka dni przypadnie kolejna rocznica wybuchu Powstania Listopadowego. Data 29 listopada nosi też nazwę Dnia Podchorążego. To święto było i jest obchodzone w szkołach oficerskich zarówno w II jak i w III RP,  a nawet w PRL. Tym nie mniej dla osób znających historię Polski nie z lewicowych agitek czy z wypocin walczaków ze szkoły patriotyzmu nekrofilskiego, rocznica ta nie jest powodem do jakiejkolwiek dumy.
Powstałe na skutek uzgodnień dokonanych w roku 1815 między zaborcami Królestwo Polskie, popularnie zwane Królestwem Kongresowym lub Kongresówką, obejmowało terytorium 128.5 tys. km2. W roku 1815 jego ludność liczyła 3.2 mln a w piętnaście lat później już prawie 4 mln. Jej mieszkańcy znaleźli się w bez porównania lepszym położeniu niż Polacy z innych zaborów. Bowiem Kongresówka miała własną konstytucję oraz własne wojsko, pieniądz, administrację, szkolnictwo (z trzema uczelniami wyższymi włącznie) i sądownictwo. Od Rosji oddzielała ją granica celna, ale dzięki zabiegom księcia Franciszka Ksawerego Druckiego-Lubeckiego na tych cłach Królestwo Kongresowe per saldo wychodziło lepiej, niż Cesarstwo Rosyjskie.
W tej sytuacji było oczywiste że wszelka działalność nieformalna powinna ograniczać się co najwyżej do pracy organicznej, wspomagać działania oświatowe i kulturalne. Bowiem w realiach politycznych lat 1815-30 wybicie się na niepodległość było po prostu niewykonalne. Tym nie mniej już w roku 1819 major Walerian Łukasiński utworzył w Warszawie Wolnomularstwo Narodowe. Po secesji części uczestników z późniejszym generałem Ignacym Prądzyńskim, zrażonych brakiem realizmu i zbyt masońską ideologią, przekształcił je w również konspiracyjne Narodowe Towarzystwo Patriotyczne. Po aresztowaniu Łukasińskiego w roku 1822 kierownictwo tej organizacji przejął Seweryn Krzyżanowski. Towarzystwo wykazywało jakiś cień realizmu, bowiem walkę zbrojną o przywrócenie Polski w granicach po pierwszym rozbiorze gotowe było podjąć jedynie w sprzyjających warunkach międzynarodowych. Tym nie mniej wykazali się politycznym analfabetyzmem wchodząc w kontakt z dekabrystami ze Związku Południowego. Których program polityczny zasadzał się na jadowitym antypolonizmie (przy nich nawet Mikołaj I był Polakom życzliwy a już Aleksander I wręcz gorącym polonofilem) i zamordyzmie który doceniliby nawet Robespierre czy Lenin. Takie są smutne fakty których nie zmienią brednie wypisywane przez  Adama Mickiewicza na temat
„przyjaciół Moskali". A po rozpracowaniu konspiracji dekabrystów policje rosyjska i polska (żandarmeria wojskowa gen. Aleksandra Rożnieckiego doskonale współpracowała z "cywilną" policją Mateusza Lubowidzkiego) dotarły po nitce do Narodowego Towarzystwa Patriotycznego. Przywódcy zostali aresztowani i postawieni przed sądem sejmowym, złożonym z 42 senatorów. Po procesie, trwającym od czerwca 1827 do maja 1828 oskarżonych uniewinniono z zarzutu zdrady stanu i orzeczono jedynie krótkie wyroki więzienia. Senatorom udało się więc przepłynąć między Scyllą a Charybdą.
Oczywiście ci patrioci znaleźli natychmiast naśladowców. W Szkole Podchorążych Piechoty, jednej z trzech uczelni wojskowych kształcących w Królestwie Kongresowym oficerów, w roku 1828 uaktywnił się kolejny spisek pod kierownictwem podporucznika Piotra Wysockiego, instruktora w tejże szkole. W skład spiskowców wchodziło kilkadziesiąt osób, zarówno wojskowych, jak i cywilów. Wśród tych ostatnich najbardziej znani są Maurycy Mochnacki i Ludwik Nabielak.
Przełożeni ze szkoły wystawiali Wysockiemu opinię sumiennego wykonawcy, pozbawionego wszelako zdolności twórczych. Widocznie to samo można było powiedzieć o zdecydowanej większości spiskowców, skoro ich program polegał na rozpoczęciu walki z Rosją, a później JAKOŚ TO BĘDZIE. Czyli na Moskala poprowadzi ich JAKIŚ generał ale kto ma nim być, konspiratorzy nie mieli zielonego pojęcia. Tak samo na czele powstania stanie JAKIŚ polityk lub wojskowy. MOŻE Julian Ursyn Niemcewicz? A jak nie to MOŻE Józef Chłopicki? A MOŻE książę Adam Jerzy Czartoryski? W końcu na pewno KTOŚ się znajdzie.
Ten dopracowany w najdrobniejszych szczegółach plan plus pogłoski że policja jest już na tropie spiskowców a aresztowania bliskie i nieuchronne, spowodowały decyzję o wybuchu powstania wieczorem 29 listopada 1830. Trochę mi to przypomina bełkot Leopolda Okulickiego wmawiającego podczas narady w Komendzie Głównej AK że lud Warszawy, uzbrojony w kije i butelki, zaskoczeniem i furią ataku rozbije stacjonujące w Warszawie oddziały Wehrmachtu.
Grupa ponad dwudziestu spiskowców zaatakowała (najprawdopodobniej około godziny 18) Pałac Belwederski będący siedzibą w. ks. Konstantego, formalnie wodza armii Królestwa Kongresowego a de facto jej wielkorządcy. Zdobycie pałacu, chronionego przez kilku żołnierzy, nie sprawiło kłopotu, ale księciu udało się uciec i dołączyć do oddziałów rosyjskich i polskich, mających swój obóz we wtedy jeszcze podwarszawskim Wierzbnie. Jeśli wierzyć informacji którą znalazłem w „Końcu świata szwoleżerów" Mariana Brandysa, na biurku Konstantego leżał raport czołowego agenta policji Henryka Macrotta, ostrzegający właśnie przed planowanym atakiem na Belweder.
W tym samym czasie Wysocki przerywa zajęcia w podchorążówce. Podchorążowie pobierają karabiny i amunicję i pod jego dowództwem ruszają bić Moskala. Ale przede wszystkim wytrzasnąć choćby spod ziemi JAKIEGOŚ generała, który ich w bój poprowadzi. Bo bez generała gorzej jak bez ręki. Z Łazienek poprzez Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście podążają w kierunku Arsenału nawołując do przyłączenia się do nich.
Na Krakowskim Przedmieściu na wysokości Pałacu Namiestnikowskiego napotykają Jedynkę i Dwójkę. Czyli generała artylerii hrabiego Maurycego Haukego i jego szefa sztabu, pułkownika Filipa Meciszewskiego. Jadą oni konno od strony Pałacu Saskiego, towarzysząc podróżującym karetą żonie i dzieciom generała. Oczywiście Hauke zostaje wezwany do stanięcia na czele podchorążaków. Zdecydowanie odmawia, ich akcję nazywa głupotą i wzywa ich do powrotu do koszar. Generał się nie sprawdził, trzeba rozejrzeć się za jakimkolwiek innym, padają pierwsze strzały, Hauke i Meciszewski giną.
Zaraz potem bohaterowie napotykają na dorożkę, którą podróżuje Trójka. Dorożkarz zapytany o pasażera odpowiada że jest nim generał brygady Józef Nowicki. Któryś z młokosów, być może przygłuchy,  zrozumiał że jest nim powszechnie znienawidzony rosyjski generał Michaił Lewicki więc tak na wszelki wypadek strzela. Celnie. Z myśleniem podchorążym szło jak po grudzie ale strzelania się nauczyli.
Kolumna dociera w końcu do Arsenału. I tu dołącza wreszcie „lud Warszawy”. Tyle tylko że nie jest to, jak przez wiele lat wmawiała to propaganda lewicowa i patriotyczno-nekrofilska, dzielny proletariat plus ich żony i córki. Są to bywalcy pobliskich szynków plus córy, tyle tylko że nie ludu pracującego miast i wsi lecz Koryntu. Towarzystwo to od zawsze marzyło o dobraniu się do pobliskich magazynów Leona Newachowicza, który w Królestwie Kongresowym kupił od skarbu państwa monopol alkoholowy i tytoniowy a jego bojówki grasowały po knajpach i niszczyły spirytualia „bezakcyzowe”, więc nastrój w nich panujący trochę przypominał Chicago z czasów apogeum działalności bimbrowniczej Ala Capone. Dlatego lud nienawidził Newachowicza bez porównania bardziej niż Moskali. A tu nareszcie zaczęła się zadyma, więc jest okazja golnąć sobie i zapalić za friko. Ale warto przy takiej okazji mieć w garści jakieś żelazo. Więc początkowo ochlapusy plus panienki ruszyły na Arsenał, zaś po uzbrojeniu się przypuściły szturm na właściwy cel gniewu ludu, z pełnym zresztą sukcesem. Pamiętnikarze z tej epoki zgodnie piszą o szwendającym się tej nocy po Warszawie pijanym motłochu.
Pod Arsenałem pojawili się też żołnierze 5 Pułku Piechoty Liniowej. Próbuje ich powstrzymać Czwórka. Czyli generał brygady Ignacy Blumer. Usiłuje przypomnieć żołnierzom o ich obowiązkach i wykazać bezsens tej akcji. Dwa pchnięcia bagnetem plus jedna kula zrobiły to, co nie udało się Rosjanom, Austriakom i Prusakom.
Piątka to generał piechoty hrabia Stanisław Potocki. Tej nocy próbował zapobiec nieszczęściu (finał tej awantury był dla niego oczywisty). Napotkanym na mieście zbuntowanym oddziałom nakazywał maszerować do obozu Konstantego, domagał się od niego skierowanie na ulice miasta pułków kawalerii w celu stłumienia rozruchów w zarodku. Postrzelony, umiera następnego dnia w Pałacu Zamoyskich. Świadkowie twierdzą że odszedł z tego świata pogodzony ze śmiercią ale przygnębiony bo nie udało mu się zapobiec nieszczęściu.
Szóstką jest oczywiście generał brygady Stanisław Trębicki, zdaniem współczesnych najzdolniejszy polski oficer tamtej epoki, w wieku 24 lat „pełny” pułkownik a 36 lat – generał. W roku 1830 pełnił między innymi funkcję komendanta Szkoły Podchorążych Piechoty. Tej nocy dołączył do kolumny podchorążych, usiłując przemówić im do rozumu. Wedle jednych źródeł miało to miejsce na Nowym Świecie, inne utrzymują że już na Krakowskim Przedmieściu. Rzecz jasna  niezłomni patrioci, skoro generał wpadł im w łapy, zażądali
poprowadzenia na Moskala". Trębicki oczywiście odmówił, więc zabrali go ze sobą. Wlokąc w marszu na Arsenał aż do ulicy Długiej (inne źródła mówią o ulicy Bielańskiej). Po kolejnej odmowie objęcia dowództwa nad tym szaleństwem został zastrzelony.
I wreszcie Siódemka, czyli najwybitniejszy polski kawalerzysta XIX wieku, to generał brygady Tomasz Siemiątkowski. Tak jak i generał Hauke, miał mieszkanie służbowe w Pałacu Saskim. Widząc grupkę żołnierzy i cywilów planujących atak na pałac, podjechał do nich konno by ich odwieść od tego zamiaru. Rozmowa zamieniła się w kłótnię i któryś z powstańców strzelił do niego. Na tyle skutecznie że generał Siemiątkowski po przeniesieniu do swojego mieszkania zmarł w nim następnego dnia.
Po nieuchronnym upadku tego powstania car Mikołaj I doskonale rozegrał propagandowo ich śmierć. Na Placu Saskim stanął pomnik autorstwa Antonio Corazziego, upamiętniający wymienioną siódemkę jako oficerów „wiernych monarsze”. Zabieg w pełni się udał i jeszcze dzisiaj car Mikołaj ma pełne prawo chichotać w zaświatach widząc, jaki numer wyciął
„durakam Paliacziszkam". Bohaterowie walk o polską państwowość w epoce napoleońskiej, czyli wtedy gdy jak najbardziej miało to sens i tak niewiele zabrakło do pełnego sukcesu, stali się obrzydliwymi zdrajcami, zasługującymi wyłącznie na wymazanie ich nazwisk z pamięci narodu. Sam pomnik (po uprzednich przenosinach na inny plac jeszcze w XIX wieku) został rozebrany za niemieckiej okupacji Warszawy podczas I Wojny Światowej. Obecnie w Warszawie Piotr Wysocki jest patronem dużej arterii komunikacyjnej a Mochnacki czy Nabielak też mają swoje ulice, bynajmniej nie podrzędne. W końcu efektem ich działań była utrata autonomii czyli polskich konstytucji, administracji, szkolnictwa, sądownictwa i wojska. Taki sukces to nie w kij dmuchał, co najmniej patronat ulic należy im się jak psu buda. Bo wprawdzie kluczowe dla trwania narodu komponenty diabli wzięli ale przecież pozostała LEGENDA. A na sam dźwięk tego słowa każdy patriota-nekrofil przeżywa ekstazę. Ale ponieważ w gronie naszej redakcji do myślenia służy głowa a nie część ciała dostatecznie już obciążona  czynnościami fizjologicznymi, głównie związanymi z metabolizmem, pozwoliłem sobie przypomnieć te siedem osób, o których nieśmiało wspominają niekiedy niszowe media konserwatywne, głównie te internetowe. Bo jedyną zbrodnią, jaką każdy z nich w swoim życiu popełnił, była nieudana próba gaszenia pożaru.
Następny wpis poświęcony będzie europejskiemu kontekstowi Powstania Listopadowego. Z góry uprzedzam że po wszelakich „za waszą i naszą wolność” nawet smród nie zostanie.

Stary Niedźwiedź

sobota, 19 listopada 2016

Siedem życiorysów

W podręcznikach historii dla polskich szkół, traktujących o latach 1792-1864, wymieniane są różne postacie. Co się tyczy wojskowych, obszerniej czy zwięźlej mówi się oczywiście o dowódcach przegranych powstań, od Tadeusza Kościuszki poczynając, poprzez Józefa Chłopickiego czy Jana Skrzyneckiego a na Romualdzie Traugutcie kończąc. Ciepło opisywane są też na szczęście i takie osoby jak choćby książę Józef Poniatowski i Jan Henryk Dąbrowski, mające w dorobku wiele bezdyskusyjnych zwycięstw. Na tle wymienionych dyktatorów, legitymujących się głównie przegranymi (sukcesy wojenne generała Chłopickiego podczas walk w Hiszpanii nie mają specjalnego związku z Polską) można powiedzieć, że się im upiekło. Tak jak i innym polskim oficerom, którzy sławę zdobyli na polach bitew epoki napoleońskiej a pamięć rodaków była dla nich łaskawa.
Ale w latach między wojną z Rosją w obronie Konstytucji 3 maja a upadkiem Napoleona w polskich formacjach wojskowych służyło też kilka osób, których życiorysy warte są wydobycia z niepamięci. Omówię je tu pokrótce w sposób nieco tajemniczy, całkowicie wyjaśniając to w następnym wpisie.
Jedynka urodził się w roku 1775 w Saksonii, rodzina jego ojca wywodziła się z Flandrii. W roku 1790 jako niespełna piętnastoletni młody człowiek wstąpił do polskiego wojska. Jeszcze przed rozpoczęciem wojny z Rosją awansował na porucznika, zaś podczas tej wojny wziął udział w bitwach pod Nieświeżem i Izabelinem. Podczas Powstania Kościuszkowskiego walczył w obronie Warszawy awansując na kapitana. Po upadku powstania w roku 1798 wyjechał do Włoch i wstąpił do Legionów Polskich, w których walczył jako artylerzysta. W roku 1806 rozpoczął w stopniu pułkownika służbę w armii Księstwa Warszawskiego, rok później awansując do stopnia generała brygady. Dowodził różnymi formacjami piechoty w skali brygady i dywizji. Po odwrocie Napoleona spod Moskwy już w randze generała dywizji został dowódcą twierdzy Zamość, którą Rosjanie oblegli 15 lutego 1813. Kierował obroną do 23 listopada, kapitulacja nastąpiła ponad miesiąc po zakończeniu Bitwy Narodów pod Lipskiem. Z liczącego początkowo ok. 4 tys. żołnierzy garnizonu Zamościa 25 listopada twierdzę opuściło 2500. Kapitulacja nastąpiła na warunkach honorowych – oficerowie zachowali broń białą i konie a żołnierzenie tylko mundury, ale i tornistry oraz własność osobistą.
W wojsku Królestwa Kongresowego sprawował funkcję kwatermistrza generalnego oraz dowódcy korpusów saperów i artylerii, następnie objął kierownictwo Ministerstwa Wojny. W roku 1826 awansował do stopnia generała artylerii (czyli generała broni) i uzyskał polski indygenat. W roku 1829 został senatorem Królestwa Polskiego i uzyskał tytuł hrabiowski.
Na podkreślenie zasługuje to, że w okresie tym pobierał jedynie pensję kwatermistrza a korpusem artylerii kierował „w czynie społecznym”. A robił to tak dobrze że polscy artylerzyści stali się najlepszymi w Europie. Bez jego pracy organizacyjnej nowatorska w dziejach wojskowości szarża baterii Józefa Bema pod Ostrołęką, ratująca przed pogromem wojsko dowodzone przez durnia Skrzyneckiego, nie byłaby możliwa.
Dwójka urodził się w Krakowie w roku 1786. Ukończył Wydział Filozofii Akademii Krakowskiej (taką nazwę nosił wówczas Uniwersytet Jagielloński)  a w roku 1807 również i wiedeńską Akademię Inżynierów. Początkowo służył w armii austriackiej, uzyskując w roku 1809 stopień porucznika. Uzyskał zwolnienie ze służby i w roku 1810  wstąpił do wojska Księstwa Warszawskiego w stopniu kapitana artylerii. Przydzielony do wojsk inżynieryjnych, uczestniczył w fortyfikowaniu twierdz w Zamościu, Modlinie i Toruniu, przez pewien czas był nawet komendantem tej ostatniej.  Roku 1813 walczył w obronie Modlina, który skapitulował przed Rosjanami jako ostatni punkt oporu na terenie Księstwa Warszawskiego.
O jego wszechstronnym a nie tylko wojskowym wykształceniu najlepiej świadczy uzyskana w roku 1814 po powrocie do Krakowa nominacja na zastępcę profesora geometrii wykreślnej, mechaniki i matematyki stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ponieważ wniosek uniwersytetu o mianowanie go profesorem zwyczajnym władze zwierzchnie odrzuciły, powrócił do służby w armii Królestwa Kongresowego. Został wykładowcą Szkoły Artylerii i w roku 1821 awansował do stopnia pułkownika. Był wybitnym znawcą technik fortyfikacyjnych i matematyki stosowanej. Napisał monografię „O fortyfikacji polowej”, przetłumaczył na polski znaczące pozycje z zakresu wojskowości.
Trójka urodził się w Warszawie w roku 1766. Od roku 1783 służył w kawalerii narodowej wojsk koronnych, od roku 1785 w randze porucznika. W roku 1788 wziął udział jako ochotnik w wojnie rosyjsko-tureckiej, pod koniec tego roku wystąpił z wojska. W roku 1791 powrócił do służby czynnej w kawalerii narodowej w stopniu rotmistrza. Uczestniczył w wojnie z Rosją roku 1792, podczas której został ranny. Jak również i w Powstaniu  Kościuszkowskim, już w stopniu podpułkownika. Wziął udział w walkach pod Chełmem i w obronie Pragi, powtórnie został ranny.
Do służby w armii Księstwa Warszawskiego powrócił w roku 1806. W roku 1809 awansował na pułkownika i został komendantem kwatery głównej księcia Józefa Poniatowskiego. Podczas walk o Gdańsk w roku 1813 trafił do niewoli. Po powrocie z niej  w roku 1816 został sekretarzem generalnym Komisji Rządowej Wojny. W roku 1818 awansował na generała brygady. W Królestwie Kongresowym cieszył się powszechnym szacunkiem.
Rodzina Czwórki pochodziła z Irlandii. Jego ojciec ożenił się z Polką i zamieszkał na Podolu, nasz bohater urodził się tam w roku 1773. Podczas Sejmu Czteroletniego przedostał się przez granicę i został żołnierzem kawalerii narodowej. W tej formacji odbył kampanię 1792, brał udział w bitwie pod Zieleńcami. Po wybuchu Powstania Kościuszkowskiego dotarł do Warszawy i rozpoczął służbę w pułku ułanów. Podczas Insurekcji awansował na porucznika. Po jej upadku początkowo wrócił do Galicji a w roku 1797 wyjechał do Włoch, rozpoczynając służbę w Legionach Dąbrowskiego. Za okazaną odwagę awansował na polu bitwy pod Legnano na kapitana. W roku 1801 wraz z wieloma legionistami został wcielony do armii francuskiej i wysłany na San Domingo (Haiti) w celu tłumienia buntu Murzynów. W roku 1803 zasłynął przebiciem się wraz ze 112 polskimi żołnierzami z okrążenia przez 3 do 5 tys. powstańców. Podczas tego odwrotu nie zginął żaden z jego żołnierzy, co docenili nawet Francuzi, awansując go do stopnia podpułkownika. W roku 1804 udało mu się wrócić do Francji, w wojsku której kontynuował służbę. Trzy lata później wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, obejmując dowództwo 5 Pułku Grenadierów. W kampanii austriackiej roku 1809 wyróżnił się w bitwach pod Raszynem a zwłaszcza pod Górą Kalwarią, podczas której osobiście poprowadził do ataku na bagnety swój pułk, zdobywając szaniec przedmostowy i uniemożliwiając Austriakom przeprawę przez Wisłę. Co pozwoliło księciu Poniatowskiemu zdobycie Sandomierza i Zamościa a następnie zwycięską ofensywę z Galicji. Wódz naczelny odznaczył go za to Virtuti Militari a w rozkazach dziennych nie raz nazwał „nieustraszonym”, co w tamtych czasach naprawdę coś znaczyło. W roku 1812 ponownie wykazał się bohaterstwem podczas szturmu Smoleńska, za co cesarz awansował go na pułkownika i odznaczył Legią Honorową. W roku 1813 bronił Modlina. Twierdza ta najdłużej w Księstwie Warszawskim stawiała opór Rosjanom a gdy w grudniu czyli dwa miesiące po bitwie pod Lipskiem dowodzący obroną gen. Daendels skapitulował, Czwórka odmówił podpisania aktu kapitulacji.
W Armii Królestwa Kongresowego początkowo dowodził 8 Pułkiem Piechoty Liniowej, w roku 1818 awansował na generała brygady.
Piątka urodził się w roku 1776 niedaleko Buczacza. Służbę wojskową rozpoczął podczas Insurekcji Kościuszkowskiej zostając adiutantem księcia Józefa Poniatowskiego, po upadku powstania wyemigrował. Do służby w armii Księstwa Warszawskiego powrócił w roku 1806, obejmując dowództwo 2 Pułku Piechoty Linowej. W roku 1807 wyróżnił się podczas forsowania Narwi, a w kampanii 1809 podczas zdobywania Sandomierza i Zamościa. Już jako generał brygady wziął udział w wojnie roku 1812.
W wojsku Królestwa kongresowego w latach 1818-29 dowodził 1 Dywizją Piechoty a od roku 1829 w randze generała piechoty (czyli generała broni) całym Korpusem Piechoty.
Szóstka urodził się w Warszawie w roku 1792. Służbę w armii Księstwa Warszawskiego rozpoczął już w roku 1806 w 2 Pułku Piechoty Liniowej. Wielkie zdolności oraz odwaga spowodowały, iż już w styczniu 1807 awansował na podporucznika, a pod koniec tegoż roku na kapitana. Trzy lata później odznaczony wreszcie Virtuti Militari. Podczas kampanii moskiewskiej w roku 1812 czyli w wieku dwudziestu lat został awansowany przez cesarza do stopnia majora a rok później odznaczony Legią Honorową.
Do wojska Królestwa Kongresowego wstąpił w roku 1815. Rok później, już jako dwudziestoczteroletni pułkownik, został przydzielony do sztabu w. ks. Konstantego. W roku 1828 awansował do stopnia generała brygady. Nadzorował Szkołę Podchorążych Piechoty unowocześniając jej program nauczania. Zdaniem świadków tej epoki był najzdolniejszym polskim generałem, wręcz stworzonym na wodza naczelnego.
Siódemka urodził się w roku 1786 niedaleko Kalisza. Mając dwadzieścia lat wstąpił do świeżo formowanej Legii Poznańskiej. Wyróżnił się podczas oblężenia Gdańska awansując na kapitana. Ponownie wykazał się wielką odwagą w bitwie pod Frydlandem, za co rok później został odznaczony Virtuti Militari. W roku 1812 wraz z 14 Pułkiem Kirasjerów, wyróżnił się podczas zdobywania Smoleńska, za co otrzymał Legię Honorową i wkrótce awansował na majora. Podczas kampanii niemieckiej Napoleona w roku 1813 już jako pułkownik po raz kolejny dał dowody wielkich zdolności i odwagi. W przegranej przez Francuzów bitwie pod Dennewitz, poprowadzona przez niego szarża kawalerii uratowała od klęski korpus Neya i pozwoliła marszałkowi wycofać się z pola bitwy w jakim takim porządku. Za bitwę pod Düben odznaczony krzyżem oficerskim Legii Honorowej. Ranny pod Lipskiem, z resztą swego pułku przedarł się do Francji, gdzie w roku 1814 uczestniczył w ostatnich bitwach Napoleona przed abdykacją. W tym samym roku powrócił do Polski w składzie korpusu dowodzonego przez generała Wincentego Krasińskiego.
W armii Królestwa Kongresowego początkowo dowodził strzelcami konnymi gwardii. W latach 1817-20 wziął urlop zdrowotny, zaś po powrocie z niego został przydzielony do Sztabu Głównego. Od roku 1826 awansowany na generała brygady, pełnił obowiązki szefa Sztabu Głównego. W opinii sobie współczesnych uważany był poza wszelką dyskusją za najwybitniejszego polskiego oficera kawalerii dziewiętnastego wieku.
Dokończenie tych życiorysów i wyjaśnienie powodu tak tajemniczej narracji w następnym wpisie.

Stary Niedźwiedź