wtorek, 21 marca 2017

Głupi wyrzuci, mądry podniesie, czyli francuscy Prusacy

 Król Henryk IV de Bourbon zakończył ponad trzydziestoletnią wojnę religijną we Francji wydając w roku 1598 Edykt Nantejski. Gwarantował on hugenotom (czyli francuskim kalwinistom) wolność wyznania, potwierdził prawo budowania świątyń, szkół i szpitali, a jako gwarancję przekazał pod ich kontrolę ok. 100 twierdz.
Kardynał Armand Jean du Plessis, diuk de Richelieu, czyli najwybitniejszy premier jakiego Francja dorobiła się w swojej liczącej ok. tysiąc pięćset lat historii, rozpoczął budowę silnej władzy centralnej. Odebrał wszystkie twierdze nie tylko hugenotom ale i francuskim „królewiętom”, spiskującym bez litości kazał poucinać łby. Najdłużej bo aż czternaście miesięcy trwało oblężenie La Rochelle, której komendant zawarł układ z Anglią , a zatem dopuścił się zdrady stanu. Ale wielki Richelieu nie był tępym fanatykiem. W wydanym przez siebie a podpisanym przez figuranta Ludwika XIII (Francuzi też mieli swojego Bula, któremu tylko polowania były w głowie) Akcie Łaski potwierdził hugenotom wolność wyznawania religii a arystokracja hugenocka pojawiała się na dworze królewskim.
I wszystko to jakoś działało bez wielkich zgrzytów dopóki megaloman Ludwik XIV nie postanowił tego poprawić i nie odwołał w roku 1685 reszty Edyktu Nantejskiego. Co bardziej spolegliwi hugenoci przeszli na katolicyzm lub symulowali taką konwersję. Ci najbardziej rezolutni i bitni wybrali emigrację. Mieszczanie głównie Anglię i Niderlandy, szlachtę zaprosił do siebie elektor brandenburski i książę pruski Fryderyk Wilhelm I, przez Niemców zasadnie nazywany Wielkim Elektorem. Ten sam z którego Sienkiewicz pokpiwał ustami pana Zagłoby, a który „Potop” po mistrzowsku wykorzystał do zrzucenia lennej zależności od Rzeczypospolitej.
Goście potrafili to docenić. I szybko stali się bardziej pruscy od rodowitych Niemców, tworząc elitę fryderycjańskiego królestwa, formalnie powołanego do życia w roku 1701. Było to oryginalne królestwo. Bowiem inne posiadały lepszą lub gorszą armię a Prusy składały się z silnej armii która stopniowo, kawałek po kawałku, zdobywała sobie państwo na miarę swoich potencjału i ambicji.
Przeciętny Polak, spytany o najwyższy pruski lub niemiecki order wojskowy, na pewno wymieni Krzyż Żelazny (czyli Eisernes Kreuz vel Eisenkreuz, ustanowiony w roku 1813 przez Fryderyka Wilhelma III). Ale do roku 1918 nie była to prawda, bowiem znacznie wyższą rangę miał utworzony w roku 1740 przez Fryderyka II, zwanego Wielkim, order Pour le Mérite (czyli „za zasługi”). Tym wszystkim którzy tę nazwę złożą na karb osiemnastowiecznej wszechobecnej francuszczyzny, przypomnę że dwa najwyższe co do rangi pruskie ordery miały czysto niemieckie nazwy. Były to Schwarzer Adler Orden (Order Czarnego Orła) z roku 1701 oraz podebrany z Bayreuth w roku 1792 Roter Adler Orden (Order Czerwonego Orła). Mam prywatną hipotezę że był to ukłon Fryderyka pod adresem swoich najbardziej lojalnych oficerów. Aż do I Wojny Światowej order Pour le Mérite (dalej w skrócie PlM) nadawany był raczej rzadko. Natrafiłem na jedynie kilkanaście przypadków nadania go w XIX wieku za wojny napoleońskie, wojnę austriacko – pruską 1866 oraz francusko – pruską 1870. Oczywiście osoby mające dostęp do niemieckich archiwów na pewno znalazłyby więcej przypadków jego nadania w tamtym stuleciu. Prawdziwy wysyp nastąpił dopiero podczas Pierwszej Wojny Światowej gdy nadano go co najmniej kilkuset oficerom. Z tego grona wysegregowałem cztery przypadki zarówno ciekawe, jak i  bezdyskusyjnie „hugenockie”.
Narodowość przodków Lothara von Arnauld de la Perière (1886 – 1941) może stanowić zagadkę najwyżej dla parlamentarzystów najgłupszego klubu w obecnym sejmie, czyli posłanek  Lubnauer bądź Schleswig- Holstein (czy jak jej tam). Podczas tej wojny jako dowódca U-boota zatopił głownie na Morzu Śródziemnym (niemal przez całą wojnę jego U-35 operował z austro-węgierskich baz w Poli i Kotorze) 195 statków o tonażu 453 tys. BRT oraz dwa okręty wojenne, stając się tym samym najskuteczniejszym dowódcą okrętu podwodnego wszechczasów.
Samo hasło U-boot budzi w Polsce oczywiste negatywne skojarzenia, zatem konieczny jest dodatkowy komentarz. W wojnie tej po raz pierwszy istotną rolę odegrały niemieckie okręty podwodne (osiągnięcia należących do Ententy są znikome). Były to czasy samotnie pływających statków (idea konwojów dopiero się rodziła) zatem Arnauld de la Perière mógł postępować w sposób cywilizowany. Jego okręt wynurzał się przy atakowanym statku i załoga miała możliwość zejścia do szalup ratunkowych. Dopiero potem statek był zatapiany. Sposób działania Arnauld de la Perièra był raczej wyjątkiem niż regułą. Bowiem w cesarskiej marynarce wojennej służyli też i tacy bandyci jak również odznaczony orderem PlM Walther Schwieger. W roku 1915 jego U-boot zatopił brytyjski statek pasażerski „Lusitania”, w wyniku czego zginęło prawie 1200 osób. Wśród ofiar było wielu obywateli amerykańskich i ten akt barbarzyństwa przyczynił się do przystąpienia
Stanów Zjednoczonych w kwietniu 1917 do wojny. W roku 1917 okręt Schwiegera szczęśliwie najechał na minę, czego nikt nie przeżył
Oliver von Beaulieu-Marconnay (1898 – 1918) był pilotem myśliwskim. Między 28 maja a 10 października 1918 zestrzelił 25 samolotów angielskich i francuskich. Ranny podczas walki 10 października zdołał wylądować, lecz po kilkunastu dniach zmarł w szpitalu. Przed śmiercią zdążono go odznaczyć omawianym orderem, przez co jako dwudziestolatek stał się najmłodszym jego kawalerem w historii.
Legendą niemieckiej generalicji tej wojny był generał piechoty (czyli generał broni) Hermann von François (1856 – 1933). To „sedi” (czyli litera C z ogonkiem) w jego nazwisku wyjaśnia wszystko. We wrześniu 1914 jako dowódca 1 Korpusu Armijnego skutecznie spowalniał ofensywę rosyjskiej 2 Armii gen. Samsonowa, która wtargnęła na Mazury, tocząc walki niedaleko od mojej letniej siedziby. . Gdy po nieudolnym Maksie von Prittwitzu dowództwo nad niemiecką 8 Armią przejął Paul von Hindenburg, natychmiast przerzucił koleją 1 Korpus do Działdowa. Wyprowadzone stamtąd przez von François kontruderzenie zakończyło się otoczeniem i rozgromieniem armii Samsonowa, z której ocalało góra kilkanaście procent jej stanu początkowego.
Kolejnym popisem von François była bitwa pod Gorlicami na początku maja 1915, w której również dowodził korpusem armijnym i walnie przyczynił się do przerwania frontu i definitywnego przegonienia Rosjan z Galicji. Właśnie za tę operację został odznaczony PlM.
Dowódcą armii nigdy nie został, bowiem przełożeni nie przepadali za nim z racji jego nadmiernej (przynajmniej ich zdaniem) samodzielności i modyfikacji ich rozkazów na podstawie oceny sytuacji z pierwszej linii a nie odległego sztabu. W dużym uproszczeniu można go nazwać niemieckim Pattonem z I Wojny Światowej.
Czas na admirała Wilhelma Souchona (1864 – 1946), dowódcy Eskadry Śródziemnomorskiej. Jego zespół, złożony z krążownika liniowego „Goeben” (dla niewtajemniczonych – taki słabiej opancerzony ale za to znacznie szybszy pancernik) oraz lekkiego krążownika „Breslau” po przystąpieniu Francji do wojny ostrzeliwał francuskie porty w Afryce Północnej. Gdy wojnę Niemcom wypowiedzieli Brytyjczycy, zespół Souchona wymknął się Royal Navy i dotarł do Stambułu. Po czym ogłoszono że Turcja te okręty kupiła od II Rzeszy a Souchon został głównodowodzącym floty tureckiej. Gdy w roku 1915 rozpoczęła się wojna rosyjsko – turecka, przaz dwa lata eskadra Souchona skutecznie stawiała opór flocie rosyjskiej, uniemożliwiając jej opanowanie Morza Czarnego. Rzecz bardzo ważna bowiem z racji braku sieci kolejowej wokół tego morza, transporty na front mogły docierać drogą morską bądź rzemiennym dyszlem.
Do listy tej na pewno można dopisać generała piechoty (generała broni) Martina Chales de Beaulieu , generała artylerii (generała broni) Siegfrieda von la Chevallerie czy pułkownika Alexandra Commichau.
Swego czasu czcigodny Piotr ROI podkreślił istotną rolę Polaków w służbie elektorskiej w budowie państwa pruskiego. Ślad tego odnalazłem i w galerii odznaczonych PlM podczas I Wojny Światowej. Bowiem
generał major (generał brygady) Wilhelm Graf von Gluszewski-Kwilecki
generał piechoty Hans von Guretzky-Cornitz
pułkownik Boleslaus von Kuczkowski
generał pułkownik (stopień wyższy od generała broni) Karl von Lewinski
pułkownik Friedrich von Miaskowski
pułkownik Leo von Paczynski-Tenczin
generał piechoty Georg Wichura

Na pewno Niemcami z dziada pradziada nie byli.

Stary Niedźwiedź

piątek, 17 marca 2017

Kolejny śmieć w sędziowskiej todze

Swego czasu Juliusz Słowacki w „Beniowskim” skarżył się że spokoju nie dają mu woźni. Przez 176 lat które upłynęły od wydania drukiem tego arcydzieła cywilizacja poczyniła znaczące postępy i obecnie Polakom nieobojętnym na to co się dzieje w przestrzeni publicznej, spokoju nie daje szajka sędziowska, sama siebie nazywająca najwyższą kastą. Gwoli ścisłości należy dopowiedzieć iż w kulturze hinduskiej najwyższą kastą byli bramini. Ale w warunkach polskich „bramin” z warszawskiej ulicy Stalowej czy z łódzkiego „Bronxu”, jak przynajmniej w Warszawie nazywa się meneli wystających w bramach przedwojennych kamienic, za nazwanie go sędzią przeszedłby do rękoczynów.
Jak opisał to portal pana Tomasza Sakiewicza:

http://niezalezna.pl/95320-sedzia-mial-polaszczyc-sie-na-50-zl-kamery-wszystko-nagraly
 
3 marca br. na stacji benzynowej „Orlenu” w miejscowości Wężyki koło Sochaczewa pojawił się mężczyzna który kupił na stacji napój. Gdy za takowy zapłacił, do kasy podeszła mieszkanka Wężyk i na ladzie położyła banknot o nominale 50 zł, bowiem za taką kwotę zatankowała paliwo. Korzystając z chwili jej nieuwagi mężczyzna schował do kieszeni banknot i natychmiast odjechał ze stacji.
Okradziona kobieta, notabene osoba żyjąca bardzo skromnie, musiała powtórnie zapłacić za paliwo. Zażądała rzecz jasna przejrzenia nagrania z monitoringu. Nagranie wyraźnie potwierdziło fakt chowania banknotu do kieszeni przez złodzieja oraz uwieczniło numer rejestracyjny jego samochodu. Wezwana policja ustaliła że pojazd należy do Mirosława T, wiceprezesa Sądu Rejonowego w Żyrardowie, a prywatnie (wręcz zdumiewające są te
zbiegi okoliczności") męża prezes Sądu Rejonowego w Sochaczewie. Gdy policjanci dotarli do niego, złodziej rzecz jasna zasłonił się immunitetem sędziowskim. Zatem siłą rzeczy ograniczyli swoje czynności do spisania protokołu z przesłuchania świadków, zabezpieczenia nagrania monitoringu i przekazania tych materiałów do Sądu Rejonowego w Żyrardowie. A ten miał je z kolei dostarczyć do Sądu Okręgowego w Płocku. Rzecznik prasowy tego ostatniego poinformowała że jego prezes po zapoznaniu się z nimi podejmie „stosowną decyzję”. Pozostało mieć nadzieję że nie będzie nią pogrożenie złodziejowi palcem w bucie, co na pewno zakończyłoby sprawę w czasach Tusklandii, gdy o tym państwie teoretycznym można było powiedzieć że to Tusk, Kopacz i kamieni kupa.
Złodziej rzecz jasna nie udzielił żadnych wyjaśnień w tej sprawie a pytających go dziennikarzy poinformował że przełożeni kazali mu trzymać mordę na kłódkę. Jak widać, „omerta” wśród sędziów jest przestrzegana jeszcze staranniej niż w gronie „polityków” (nie)rządu PO-PSL czy sycylijskich mafiozów.
W roku 2015 redakcja rozpisała konkurs na oszusta w sędziowskiej todze  najbardziej godnego naszej nagrody, czyli „złotego gwizdka sędziego Laguny”. W poprzednim roku konkursu nie powtórzyliśmy, bowiem rok 2016 był teatrzykiem jednego szmirusa czyli aroganckiego nigdy nie ogolonego menela, na dodatek nie odróżniającego prawa cywilnego od konstytucyjnego (za aż takie nieuctwo w każdym cywilizowanym kraju wyleciałby z posady na zbity pysk). Obecnie, gdy od grudnia smród po nim zdążył już szczęśliwie wywietrzeć z siedziby Trybunału Konstytucyjnego, konkurs ten ponawiamy. Bowiem Szanowni Czytelnicy mogą mieć co najwyżej kłopot bogactwa z nadmiarem kandydatów. Jako że dziadostwa tego jest do wyboru, do koloru.
Czas też na drugi konkurs. Życie wymusiło potrzebę zmodyfikowania starych polskich przysłów, czyli ich „adaptację do warunków miejscowych”, jak by to nazwał inżynier budowlaniec. Na zachętę i jednocześnie aby zilustrować, co redakcja ma na myśli, zamieszczamy dwa.
Okazja czyni sędziego.
Na sędzim toga gore.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Refael72

czwartek, 9 marca 2017

PS do granatu w szambie (godz. 18)



A więc stało się dokładnie tak, jak to przewidzieliśmy. Czyli numer "metodą oślego ogona", jak go nazwał Czcigodny Jarek Dziubek, ewentualnie "zagrania na odwrotny sztos", jak mawiają brydżyści, udał się w stu procentach. Chyży Rój nadal będzie w Brukseli za ciężkie pieniądze wypuszczać siarkowodór plus merkaptany w powietrze, bowiem zdolności pochłaniania tychże wielce śmierdzących gazów  przez jego fotel już dawno zostały wyczerpane. Wprawdzie podczas kolejnych wyborów w Polsce zarówno złodzieje jak i debile na wezwanie Makreli "wszystkie skurwysyny na pokład!" ochoczo stawią się na taki rozkaz, ale jako DWIE listy wyborcze. Co w sprzyjających warunkach może dać Napolionowi kolejną kadencję samodzielnych rządów. Pozostaje pytanie, postawione przez Czcigodnego Jarka w komentarzu pod poprzednim postem, czy to istotnie było pogranie przez Napoliona z tymi eurozłamasami w bambuko pływackie na ligowe budy. Wydaje nam się że tak. Bo słuchając wypowiedzi Hollanda, Bildta i innych "Gujów" (wytrwni kibice piłkarscy, słuchający transmisji z meczów drużyn belgijskich i holenderskich, doskonale wiedzą że we flamandzkich imionach własnych litera G na początku wyrazu czytana jest jako H) choćby na temat  rzekomej konieczności przyjmowania ciapatej dziczy, są to jednak skończeni idioci. Którzy w epoce Talleyranda, Cavoura czy Bismarcka nie załapaliby się na posadę skryby w ich kancelariach
Internetowi kibole PiS, zbyt głupi by zrozumieć o co toczyła się gra, będą zapewne w takim nastroju jak szalikowcy Paris Saint Germain po środowym łomocie w meczu z Barceloną 1:6. 
Ci nieprzesadnie liczni bardziej kumaci, zdolni do "ogarnięcia" o co toczyła się gra, zapewne będą wygłaszać hymny pochwalne pod adresem Napoliona i twierdzić że to Napolion jest dębowy. Ale redakcji wydaje się że w jeszcze większym stopniu to jego europejscy wrogowie są ch..... .
No, niech już będzie w wersji ocenzurowanej że chałowi. Bo relacje z USraelem oraz Chinami będą prawdziwym testem na to czy Napolion to rzeczywiście dębina, czy tylko lipa.

Stary Niedźwiedź
Refael72

wtorek, 7 marca 2017

Granat w szambie

Od kilku dni tematem nr jeden polityki zarówno polskiej jak i eurokołchozu są manewry i podchody przed wyborem na kolejną dwu i półletnią kadencję szefa Rady Europejskiej, czyli jak to ktoś bardzo celnie nazwał, najlepiej opłacanego listonosza na świecie.
Tytuł zapożyczyliśmy od pana Stanisława Janeckiego, obecnie stałego bywalca medalowego podium polskich felietonistów politycznych. W swoim komentarzu:

http://wpolityce.pl/polityka/330228-kandydatura-saryusz-wolskiego-to-granat-wrzucony-w-system-unijnej-podstolowej-demokracji-fasadowej

opisał on brak jakichkolwiek  czytelnych zasad wybierania co ważniejszych eurourzędasów, takich jak pijaczyna Junkers czy Chyży Rój. I uwypuklił oczywisty dla ludzi myślących fakt iż dla capo Skatiny powrót kon-Donka do Polski jest ostatnią rzeczą, jakiej ten opryszek od mokrej roboty, szczęśliwym zbiegiem okoliczności awansowany na dona Rodziny Obywatelskiej, mógłby sobie życzyć.
Nie mamy zamiaru referować tez doskonałego felietonu pana Janeckiego i do lektury szczerze zachęcamy. Pozostało odnieść się do wątku który na nadwornym portalu Geniusia Żoliborza z definicji nie mógł się pojawić.
Otóż człowiekiem co najmniej tak samo zainteresowanym pozostaniem kon-Donka w Brukseli jest Napolion. Bowiem „naczelnik państwa”, człowiek niewątpliwie myślący (choć oczywiście nie zawsze zgodnie z polską racją stanu), doskonale zdaje sobie sprawę z trzech fundamentalnych spraw.
Po pierwsze, Chyży Rój jest chyba najbardziej zakłamanym politykiem jak Europa długa i szeroka. W tej konkurencji nawet Putas znalazłby w nim godnego siebie rywala. W końcu cała jego kariera polityczna opiera się na piarze zbudowanym na łgarstwach w żywy kamień oraz służalczości do swojej prawdziwej a nie tylko papierowej ojczyzny. Dla niego na przykład kłamstwo że 500+ zamieni na 500 € na każde dziecko, bo ma chody w Brukseli i załatwi na to pieniądze, jest równie łatwe jak dla Putasa nakazanie FSB zabicie kogoś niewygodnego.
Po drugie, nasza najnowsza historia spowodowała że w Polsce rozpaczliwie brakuje zarówno autentycznych elit, jak i zdolności do zdroworozsądkowego myślenia wśród przeciętnych obywateli Polski. Do tego dochodzi jeszcze przerażająco krótka pamięć polskiego „suwerena”. Dlatego wielu rodaków posiadających czynne prawo wyborcze mogłoby choćby w te 500 € uwierzyć. Przecież w roku 2011 zapomnieli ze szczętem o obietnicy podatkowej 3 razy 15% i jeszcze raz poparli ryżego kłamcę i jego szajkę. Tak samo wiedza że budżet eurokołchozu jest na najbliższe lata zafiksowany i Chyży Rój gówno może załatwić, dostępna jest dla niecałych 10% Polaków. Bo niestety Jan Kowalski da sobie taki kit wcisnąć gdyż nie jest Jirzim Havrankiem, który słysząc takie brednie, roześmiałby się i odpowiedział:
-Pane Tusek, pan je pitomejovy vul!
Te ostatnie dwa słowa po polsku znaczą „głupi ch.j”. I jak ulał pasują zarówno do kiboli kon-Donka, jak i debili, w sieci naśmiewających się z Czechów z pozycji polskiego romantycznego skretynienia.
I wreszcie po trzecie, jak przewidzieliśmy to półtora roku temu, po wygraniu pierwszej ważnej bitwy o Trybunał Konstytucyjny, bez czego rządzenie byłoby niemożliwe, PiS musiał rozpocząć drugą, równie istotną. Skoro ladacznice w sędziowskich togach poszły w zaparte i bez skrupułów plują Polakom w twarz, bez spacyfikowania tego bydła i zrobienia giga lewatywy wymiarowi niesprawiedliwości, złoczyńcy będą w Polsce bezkarni. W tym dziele redakcja życzliwie rządowi kibicuje, bo na pewno jest to w interesie wszystkich uczciwych Polaków. Na pewno takich działań nie zastąpi pojawienie się w Alei Szucha Antka Policmajstra w skórzanym płaszczu i z pejczem, jak swego czasu bełkotał pewien stary osioł o IQ mniejszym od numeru noszonego przezeń obuwia. A jeśli w ciągu tych dwóch lat z groszami to zaoranie przestępców w sędziowskich togach się powiedzie, sytuacja zmieni się diametralnie. Na Tuska będzie tu czekać nie start w kampanii prezydenckiej lecz nakaz aresztowania.
A skoro Chyży Rój z punktu widzenia PiS powinien pozostać w Brukseli, Napolion  rozegrał to całkiem zgrabnie.
Gdy gen. Czempiński z TW „Mustem” (znanym też jako Andrzej Olechowski) jako słupem zakładał Platformę Obywatelską, zabłąkało się tam kilkoro przyzwoitych i inteligentnych ludzi, jak choćby pan marszałek Maciej Płażyński czy pani prof. Zyta Gilowska. Kaszubskie staliniątko zaczęło od eliminacji wszystkich ludzi inteligentnych jako swoich potencjalnych rywali. A gdy z pomocą Skatiny który u niego robił za Berię już to przeprowadził, przyszła kolej i na Skatinę. Gdy Chyży Rój na tyle zniszczył Polskę by już móc wyżebrać u Makreli swą brukselską fuchę i czmychnął tam niczym szczur z tonącej łajby, ster przekazał Kopacz Na Metr Głęboko, jako osobie dla siebie niegroźnej, bo bezprzecznie najgłupszej jak Rodzina Obywatelska długa i szeroka. Nie przewidział tylko tego że baba jest aż tak bezdennie głupia że wyciągnie z zamrażarki Skatinę. I w ten sposób nowym donem Rodziny Obywatelskiej został ktoś pokroju Luki Brasiego. Który tak najchętniej rzuciłby Tuska psom na pożarcie.
Przedostatnim rozsądnym i przyzwoitym człowiekiem który opuścił gang był pan Jarosław Gowin. Pozostał w niej już tylko pan Jacek Saryusz Wolski. Uchował się tylko dlatego że działał wyłącznie w europarlamencie, a tam Chyży Rój rozpaczliwie potrzebował człowieka inteligentnego, władającego kilkoma językami i znającego na wylot arkana tamtejszej biurokracji. Nie przewidział tylko tego, że dla pana Saryusza Wolskiego Polska nie jest śmieciem. I w szajce volksdeutscha (który polskość uważa za nienormalność, kolędy śpiewał w domu po niemiecku a jego mamusia w ostatniej chwili wypadła z kolejki do ewakuacji na „Wilhelmie Gustloffie”) coraz ciężej mu się odnajdować. Co znakomicie wykorzystał prezes, dochodząc z panem Jackiem do porozumienia i uzyskując jego zgodę na kandydowanie na stanowisko szefa Rady Europejskiej.
Oczywiście kandydat ten nie ma szansy na zwycięstwo. Ale prowokacja ta spowoduje że również i u szefów państw będących socjalistami, a nie tylko łże chadekami, chęć dokopania „prawicowemu” rządowi Polski (europejskimi krajami rządzą aż tacy idioci, że w tę prawicowość uwierzyli) weźmie górę nad ambicjami przepchnięcia na tę fuchę socjalisty. Co wobec sztamy łże chadeków z „leberałami” i tak jest mało realne.
A Napolionowi o nic innego przecież nie chodzi. Dodatkowym jego zyskiem jest dołączenie do jego ekipy fachowca, jakiego w całym PiS (na upartego być może z wyjątkiem pana Konrada Szymańskiego) ze świecą by nie znalazł. Idealny kandydat na polskiego eurokomisarza w miejsce chamówy twierdzącej że pracę za 6 tys. zł miesięcznie może podjąć tylko idiota lub złodziej. A jeszcze lepiej na następcę Dupy Wołowej.
Chyży Rój nie został jeszcze formalnie zgłoszony. Ciekawi jesteśmy czy Makrela sama zgłosi tego volksdeutscha, czy też zadba o pozory i rozkaże to zrobić jakiemuś Luksemburgowi, Malcie lub innym „Guyom”.

Stary Niedźwiedź
Refael72


wtorek, 28 lutego 2017

Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych"

Dzień 1 marca od pewnego czasu jest świętem Żołnierzy Wyklętych. Przywracanie należnego im miejsca w najnowszej historii Polski idzie opornie. Rewizje nadzwyczajne ich „procesów” z czasów stalinowskich doprowadziły do uznania wydanych w nich przez takie kanalie jak choćby Stefan Michnik wyroków śmierci za bezprzykładne naruszenie prawa. Wyklęci zostali zrehabilitowani, przywrócono im stopnie wojskowe a w niektórych przypadkach prezydenci Lech Kaczyński i Andrzej Duda pośmiertnie ich awansowali na wyższe stopnie. Oczywiście jest to solą w oku zarówno „fejginiąt” z GW no Prawda (czyli nazywając po imieniu, dzieci lub wnuków najparszywszej żydokomuny, jaka przyjechała do Polski na sowieckich czołgach) jak i trockistowsko-maoistowskich chujwejbinów od niejakiego Zandberga z tzw. partii „Razem”. Obiektami najostrzejszych ataków są osoby majora Józefa Kurasia-„Ognia” i kapitana Romualda Rajsa-„Burego”. Szczególnie z tego drugiego nie tylko euro czy fanatyczni ortodoksyjni komuniści, ale i finansowane z naszych podatków miesięcznik „Przegląd Prawosławny” oraz szczekaczka TV Biełsat konsekwentnie robiły (i chyba nadal robią) istnego diabła wcielonego.
Redakcja nosiła się z zamiarem choćby częściowej rewizji zarzutów stawianych kapitanowi Rajsowi. Przeglądając internet trafiłem na skarb w postaci blogu:

http://podziemiezbrojne.blox.pl/html

będący istną kopalnią profesjonalnych opracowań dotyczących Wyklętych.
Twórcą strony jest pan Grzegorz Makus, który w zakładce traktującej o prawach autorskich wyraźnie zakazuje jakiegokolwiek wykorzystywania do celów komercyjnych zamieszczonych tam materiałów bez pisemnej zgody ich autorów. Oraz wyczerpującej informacji o tychże autorach oraz miejscu, w których ich praca została opublikowana.
Na witrynie tej znalazłem najlepsze i najobszerniejsze z dotychczas przeze mnie czytanych opracowanie na temat walk kapitana Romualda Rajsa. Zostało one opublikowane w trzech częściach:

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2016/03/Kpt-Bury-a-Bialorusini-czesc-23.html

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2016/03/Kpt-Bury-a-Bialorusini-czesc-33.html

Autorami opracowania są pan doktor Kazimierz Krajewski oraz pan mecenas Grzegorz Wąsowski. Pierwszy z nich jest historykiem, badaczem dziejów polskiego podziemia niepodległościowego i kierownikiem Referatu Badań Naukowych w Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej IPN w Warszawie. Pełni też funkcję prezesa Nowogródzkiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK. Drugi z autorów współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1944-1954.
Próba koślawego streszczenia własnymi słowami tego profesjonalnego i wzbogaconego archiwalnymi zdjęciami doskonałego opracowania nie ma sensu. A poza tym pojawiłoby się pytanie, czy na pewno nie jest wymagane wspomniane pisemne zezwolenie, mimo że Antysocjal nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek działalnością zarobkową. Dlatego mam nadzieję że podanie powyższych linków oraz wszystkich  informacji o założycielu witryny i autorach które tam znalazłem, satysfakcjonuje te osoby z punktu widzenia ochrony ich własności intelektualnej.
A Szanownych Gości Antysocjala gorąco zachęcam do przeczytania zarówno linkowanej pracy o kapitanie  Romualdzie Rajsie-„Burym”, jak i innych prac opublikowanych na tej witrynie.

Stary Niedźwiedź

sobota, 25 lutego 2017

Dintojra contra „sądy” III RP

Wydarzenia w kraju który jeszcze do niedawna był Tusklandią, nieustannie zaskakują każdego człowieka przy ocenie sięgającego po dwudziestowieczne standardy cywilizacji białych ludzi. I przekonują że ciągle jeszcze nie jest to przyzwoite państwo polskie a dokonująca się ostatnio zmiana być może za jakiś czas istotnie będzie dobrą. Ale wbrew propagandzie mediów państwowych, na razie jeszcze jest tylko drobną, co najwyżej średnią.
Wszyscy wiedzą że największym wrzodem na ciele naszej ojczyzny jest wymiar niesprawiedliwości. O ile prokuraturę przynajmniej w teorii minister sprawiedliwości po ostatnich zmianach może sprowadzić do pionu a sabotażystów zmusić do opowiedzenia się po stronie uczciwych ludzi, o tyle sędziowie przypominają włoskie dzielnice wielkich miast Stanów Zjednoczonych z przełomu XIX i XX wieku. W których wprawdzie nie każdy włoski imigrant należał  do mafii, tym nie mniej to ona rządziła dzielnicą a amerykański wymiar sprawiedliwości nie miał tam zbyt wiele do powiedzenia. A poczciwy dziadunio, na początku lat 90 ubiegłego stulecia gaworzący iż środowisko sędziowskie rzekomo samo się oczyści, ośmieszył się ze szczętem.
Do niedawna na antysocjalowej liście debili / przestępców w sędziowskich togach prowadziła sędzia, która w lutym br. wypuściła za kaucją Arkadiusza Łakatosza ps. „Hoss”, oszusta uważanego za autora metody „na wnuczka”. Już raz jakiś idiota / przestępca w todze zwolnił go za kaucją dwa lata temu i Hoss rozpłynął się. Jego gang dokonywał oszustw w całej Europie i dopiero po dwóch latach udało się go aresztować. Ale niestety nastąpiła ekstradycja do Polski, dalszy ciąg znamy.
Ale parafrazując Jamesa Bonda, nigdy nie wolno mówić że jakiegoś rekordu skretynienia lub / i podłości polska mafia w togach i z łańcuchami nigdy nie pobije.

https://www.tvp.info/29205221/prokuratura-zniszczyla-biznesmena-sad-najwyzszy-kubali-nie-nalezy-sie-odszkodowanie

W czwartek 23 lutego POmagierzy niejakiej Małgorzaty Gersdorf rekord ten pobili rozpatrując rewizję w sprawie biznesmena z Wałbrzycha, pana Marka Kubali. Pan Kubala był właścicielem salonu samochodowego w którym sprzedawał samochody sprowadzane z USA i z Kanady. W grudniu 2000 do jego domu wtargnęło kilkudziesięciu uzbrojonych policjantów i celników. Liczne kamery utrwaliły jego aresztowanie i wyprowadzenie w kajdankach. Podczas pobytu w areszcie banki zerwały umowy kredytowe a dostawca zza oceanu współpracę. Po kilku tygodniach musiał ogłosić bankructwo, stracił firmę, salon samochodowy i działkę, na której był on usytuowany. Wpadł w wielkie długi, z których nie wygrzebał się do dzisiaj.
Jego proces rozpoczął się w roku 2002. Został oskarżony o przemyt samochodów, korumpowanie rzeczoznawców i inne przestępstwa skarbowe. Sąd kilka razy zwracał akt oskarżenia prokuraturze do poprawy, bowiem był on jedynie kupą pomówień z wyraźną przewagą kupy. Wreszcie po JEDENASTU latach pan Marek został uniewinniony bo prokuraturze niczego nie udało się udowodnić. Formalnie w odniesieniu do niektórych zarzutów była mowa o przedawnieniu, by prokuratury nie skompromitować do reszty.
Pan Kubala rozpoczął starania o odszkodowanie za utracony majątek, pozbawienie wolności i zrujnowanie kilkunastu lat życia. W ubiegłym roku jakaś kanalia zaproponowała mu odszkodowanie w zawrotnej wysokości 150 tys. zł. Poszkodowany oczywiście tej jałmużny nie przyjął i swoje łączne straty materialne i moralne wycenił na 48 mln. zł. I 23 lutego zgraja „sędziów sądu najwyższego” orzekła iż „nie ma podstaw do stwierdzenia że to wydarzenie (bezprawne aresztowanie bez jakichkolwiek dowodów rzekomej winy – SN) miało bezpośredni wpływ na utratę kontrahentów oraz zerwanie umów kredytowych przez banki”.
Pan Kubala zapowiedział skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Ludziom o normalnej konstrukcji psychicznej pozostaje wściekłość oraz żal, że zakończenie tej „rozprawy sądu najwyższego” nie nie mogło być analogiczne do tego ze starej baciarskiej piosenki:


Na
rozprawie" się zjawili jacyś dwaj cywili,
Gęby podrapane, włosy jak badyli.
Nic tym „sędziom” nie mówili tylko w mordy bili,
I tak zakończyli ten
sąd", ta joj.

Przyzwoity człowiek nie miałby jakichkolwiek podstaw do stwierdzenia że taki finał „rozprawy” byłby sprzeczny z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.
Jako kontrapunkt pozwolę sobie przypomnieć kilka obrazków z działalności przedwojennej instytucji parasądowej, zwanej dintojrą.
Pierwszym Prezesem Łódzkiej Dintojry był pan Menachem Bornsztajn, lepiej znany jako „Ślepy Maks”. Oficjalnie był właścicielem Biura Pisania Próśb i Podań „Obrona”.
Gdy na skargę przyszła do niego okradziona wdowa mająca na utrzymaniu trójkę dzieci, szybko anonimowo zwrócono jej utraconą własność. A złodziej wkrótce został odnaleziony w jednym z cieków.
Podczas wizyty w Łodzi premiera gen. Felicjana Sławoja–Składkowskiego, z jego samochodu skradziono piękny pled, prezent otrzymany podczas oficjalnej wizyty za granicą. Komendant łódzkiej policji nie tracił bezsensownie czasu na wszczynanie oficjalnych procedur i poszedł prosto do wiadomego biura. Maks zdenerwował się iż takiego gościa spotkała w jego mieście przykrość i pled odnalazł się błyskawicznie.
Sławoj–Składkowski jeszcze jako minister spraw wewnętrznych zetknął się również pośrednio z panem Łukaszem Siemiątkowskim, powszechnie znanym jako „Tata Tasiemka”, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i radnym miasta stołecznego Warszawy, a jednocześnie Pierwszym Prezesem Warszawskiej Dintojry. Gdy ministrowi na ulicy skradziono portfel, komendant warszawskiej policji natychmiast osobiście pofatygował się do knajpy o której wszyscy wiedzieli że jest siedzibą tej instytucji. Tata Tasiemka obiecał błyskawiczne załatwienie sprawy. Po kilku godzinach portfel wrócił do właściciela. Nie brakowało ani jednego banknotu a w środku Sławoj znalazł karteczkę z informacją:
„Panie miniszcze, trza lepiej pilnować pieniędzów.”
Niektóre wyroki Taty Tasiemki jeszcze dzisiaj budzą szacunek. Gdy pewien recydiwista pomówił innego złodzieja o jakiś  haniebny uczynek, pomówiony założył mu sprawę o oszczerstwo. Gdy Wysoka Dintojra ustaliła iż istotnie było to ewidentne oszczerstwo, Tata wydał wręcz salomonowy wyrok. Pomówiony na miejscu przed obliczem Wysokiej Dintojry wymierzył pomawiającemu trzy potężne kopniaki w tyłek. Rzecz jasna ukarany nie śmiał nawet pomyśleć o jakimś odgrywaniu się. Apelację od wyroku Taty Tasiemki lub Ślepego Maksa można było składać jedynie do św. Piotra.
Gdy pomyślę jak wyglądałyby dzisiaj zadki Aarona Szechtera, Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego i pomniejszej swołoczy gdyby w sprawach o oszczerstwo orzekały tamte dintojry, chyba nikogo nie zdziwi iż o szefach obydwu wspomnianych instytucji wyrażam się z szacunkiem, sięgając po tytulaturę grzecznościową, pisaną z dużej litery. Zaś w przypadku ansztaltu niejakiej Gersdorf i jej handlangrów, mowy o choćby cieniu szacunku być nie może.

Stary Niedźwiedź

sobota, 18 lutego 2017

Czy na pewno jeszcze Polska nie zginęła?

W grudniu ubiegłego roku opublikowaliśmy post tłumaczący jakim idiotyzmem lub/i podłością jest pisowska ustawa normująca uprawy żywności GMO w Polsce:

https://antysocjalbis.blogspot.com/2016/12/czy-gmo-to-uwertura-do-ceta.html

Piszemy wyraźnie „pisowska”, bowiem z klubu parlamentarnego posiadającego większość bezwzględną w obydwu jego izbach, rządu będącego emanacją tej większości oraz prezydenta który ten legislacyjny śmieć podpisał, nikt i nic odpowiedzialności za to przestępstwo nie zdejmie.
Wszystko wskazuje na to że kolegium redakcyjne Antysocjala okazało się Kasandrą, ale taka zdolność profetyczna ani trochę nas nie cieszy. Kolejnymi biciami w dzwony na trwogę okazały się wypowiedzi europosłanki PiS Anny Fotygi:

http://wpolityce.pl/gospodarka/327738-anna-fotyga-o-ceta-relacje-z-kanada-maja-charakter-strategiczny-nie-koniunkturalny

oraz ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela:

http://wpolityce.pl/gospodarka/327847-ceta-nie-zagrozi-polskiemu-rolnictwu-jurgiel-nasi-rolnicy-na-pewno-beda-konkurencyjni-dla-kanadyjskich

Anna Fotyga jako argumentu za zgodą na CETA użyła udziału kanadyjskich żołnierzy w obydwu wojnach światowych!!! Co potwierdza jasno że o ile w obecnym rządzie Napoliona MSZem kieruje oferma to w latach 2005-7 resort ten wódz powierzył idiotce na miarę Myszki Agresorki czy niejakiej (p)oślicy Schleswig-Holstein z klubu największych tytanów intelektu w tym sejmie. Przy których niegdysiejsi posłowie Samoobrony wyglądali na bywalców gaju Akademosa.
Z kolei brednie Jurgiela o możliwościach ekspansji polskiej żywności na rynku kanadyjskim przypominają Staremu Niedźwiedziowi paszkwil na rząd austriacki  autorstwa młodego Jarosława Haszka. W którym minister rolnictwa dowiedział się od swojego lokaja że taka bardzo wysoka trawa, z takimi pędzelkami  na końcu, nazywa się zboże, a z niego robi się chleb. A takie duże łaciate czarno-białe zwierzęta z rogami, jedzące trawę, to krowy. I one dają mleko.
Ale te obrażające rozum ludzki bzdury i kłamstwa, publikowane na portalu który Milom nazwała „Trybuną Ludu Napoliona”, w naszym odbiorze świadczy o zamiarze ratyfikacji tego łajdackiego traktatu, którego przepisy wykonawcze wejdą w życie jeszcze przed zakończeniem procesu ratyfikacji przez parlamenty lub referenda w krajach członkowskich. W Polsce za tą podłością na pewno zagłosują targowiczanie zarówno z klubu złodziei, jak i z klubu debili. Zatem wystarczy ogłosić w gronie  PiS „brak dyscypliny klubowej” (są w necie aż tacy durnie którzy w to uwierzą), tak z lekkim zapasem trochę ponad 140 głosów za ratyfikacją i po kłopocie bo bariera 2/3 przekroczona. Że nie będzie w Polsce referendum, wiedzieliśmy od początku. W końcu istniało pewne ryzyko że ludziska widząc Napoliona dmuchającego w tę samą trąbkę co Skatina i Swetru, mogliby odzyskać rozum. A wtedy w pewnej ambasadzie (nie mówimy o paragwajskiej) Geniusiowi Żoliborza nogi by z dupy powyrywano.
Dlatego warto zapoznać się z tym, co o tym łajdackim traktacie pisze „Dziennik-Gazeta Prawna”.
W poniższym linku przedstawiono największe zagrożenia nie tylko dla Polski ale i innych państw narodowych, skomentowane przez panią  prof. Leokadię Oręziak, kierownika Katedry Finansów Międzynarodowych warszawskiej SGH.

http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/980577,co-to-jest-ceta-10-rzeczy-ktorych-nie-wiecie-o-umowie-ue-kanada.html

Tym z Sanownych Czytelników naszej witryny, którzy nie przepadają za terminologią fachową z zakresu finansów i prawa, proponujemy inny artykuł w DGP, napisany znacznie przystępniej:

http://biznes.gazetaprawna.pl/galerie/982750,duze-zdjecie,1,co-to-jest-ceta-umowa-pomiedzy-ue-a-kanada-krok-po-kroku.html
 
Ponieważ DGP zakazuje publikowania tego tekstu bez uzyskania na to zgody redakcji, podamy własnymi słowami i w wersji zmodyfikowanej najważniejsze argumenty przeciwko CETA.

1. CETA grozi utratą miejsc pracy.
Doświadczenia umowy NAFTA, też dającej przewagę wielkim korporacjom w sporach z rządami, zawartej między Kanadą, USA i Meksykiem, dobitnie wykazały że miejsca pracy początkowo „uciekały” do kraju o najniższych kosztach pracy z tej trójki, czyli do Meksyku. Potem korporacje znalazły jeszcze tańszą a dostatecznie wykwalifikowaną siłę roboczą, głównie w Azji. I Meksyk, naiwnie liczący na przejęcie amerykańskich i kanadyjskich miejsc pracy, obudził się z ręką w nocniku. Ten kraj poniósł największe straty, wielu jego mieszkańców emigruje lub chwyta się najgorzej płatnych prac by przeżyć.
Bardzo optymistyczne  szacunki podają że z powodu umowy CETA do 2023 roku spodziewana jest w UE utrata 200 000 miejsc pracy. 

2. Europejskie rolnictwo jest bez szans w starciu z kanadyjskim „wielkoprzemysłowym”.
CETA ma znieść 98 proc. barier celnych między UE a Kanadą, w tym 90 proc. barier na produkty rolne. Powoduje wzajemne otwarcia rynków, co dla rynku europejskiego jest bardzo groźne. Wyjątki dotyczą mięsa wołowego, wieprzowiny, drobiu i serów, na które obowiązują kwoty. Ponieważ szczegóły te negocjowano za czasów nierządu PO-PSL, tylko ostatni kretyn może uwierzyć że ktokolwiek przy ustalaniu tych limitów zadbał o interesy polskich rolników. Po wejście w życie CETA los małych gospodarstw rodzinnych jest przesądzony. Przykładowo polscy sadownicy, będący największymi producentami jabłek w Europie, nie mają szans w  konfrontacji z kanadyjskimi jabłkami GMO, na które cła będą obniżone do ZERA.
 
3. Standardy dotyczące bezpieczeństwa żywności są niższe w Kanadzie niż w UE.
Kanada tak jak i USA, z definicji dopuszcza żywność GMO a produkty takie nawet nie muszą być oznakowane.. Jeśli ktoś chce jakiś produkt wyeliminować z rynku, na nim spoczywa obowiązek udowodnienia jego szkodliwości przed sądem. Do tej pory w eurokołchozie obowiązywała dokładnie odwrotna zasada. To producent wprowadzanego na rynek nowego towaru musiał udowodnić że spełnia on wszelkie obowiązujące dla danego asortymentu normy. Szczególnie drastyczna jest różnica w normach na kosmetyki. Europejskie limitują zawartość kilkuset związków chemicznych lub ich grup, być może w niektórych przypadkach jest to ostrożność na wyrost. Natomiast amerykańskie i kanadyjskie ograniczają zawartość w kosmetykach chyba kilkunastu, spotkaliśmy się nawet z informacją że kilku. Niestety CETA przewiduje wzajemne honorowanie certyfikatów. Czyli na rynki europejskie może trafić barachło, które dawniej natychmiast zostałoby karnie wycofane z rynku a producent poniósłby koszt utylizacji tego syfu. A teraz w przypadku uszczerbku na zdrowiu konsument co najwyżej będzie mógł skarżyć korporację. Życzymy powodzenia.
Do tej samej szuflady należy wrzucić zasadnicze różnice w dopuszczalności i zasadach stosowania różnych środków fitosanitarnych. Przepisy kanadyjskie dopuszczają stosowanie takich, które w Europie są zakazane, w przypadku innych dopuszczane są krótsze okresy karencji. A po wzajemnym uznaniu certyfikatów, euroukładacze tych norm będą się mogli swoimi dziełami podetrzeć.
 
4. Mechanizm inwestor-przeciwko-państwu (ICS) godzi w rację stanu.
Do niedawna międzynarodowy koncern, mający pretensje do władz jakiegoś kraju, musiał dochodzić swoich praw przed sądem tegoż kraju. Po wprowadzeniu zasady ICS tenże koncert będzie mógł skarżyć te władze przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym. W przyzwoitym kraju z przyzwoitym wymiarem sprawiedliwości (nie mówimy zatem o Polsce z gdańskimi prostytutkami w togach) sąd odesłałby na drzewo gnoi skarżących się na poniesione straty, spowodowane na przykład podniesieniem przez rząd płacy minimalnej. A teraz będzie już inaczej. Sięgając do tematu poprzedniego postu, Viktor Orban byłby bez szans w walce z banksterami przed jakimś szemranym arbitrażem. Bo posługując się polskimi analogiami, równie dobrze można by liczyć na to że „Słowika” skaże na odsiadkę skład orzekający złożony z „Wańki”, „Malizny” i „Parasola”.
Tak na marginesie, mechanizm ICS (w jego starszej wersji ISDS) obecny jest w umowach inwestycyjnych podpisywanych przez polskojęzyczne rządy zdrady narodowej w latach dziewięćdziesiątych. Co nieraz już spowodowało konieczność płacenia ciężkich milionów jak choćby firmie Eureko, która „kupiła ” od skarbu państwa PZU za pieniądze PZU. Za co Buzek i Belka do dzisiaj powinni siedzieć, a niejaki Emil Wąsacz wisieć.

5. Amerykańskie firmy wejdą do Europy i bez TTIP.
Trudno się dziwić prezydentowi Trumpowi że jego oficjalne wypowiedzi na temat analogicznego traktatu z eurokołchozem, czyli TTIP, na pewno nie są entuzjastyczne. Bowiem traktat ten przestał już być Stanom do czegokolwiek potrzebny. Wystarczy że amerykańska firma założy w Kanadzie spółkę córkę i już ma wstęp na rynek europejski na nowych zasadach. Ale w drugą stronę to nie zadziała i na przykład bezcłowy eksport swoich samochodów do Stanów Niemcy muszą sobie wybić ze łbów. Czyli okazuje się że amerykańskie koncerny też wybiedroniły europejskich konsumentów niczym Putas Buraka Obambo. Ponadto ICS w takiej postaci, w jakiej został zapisany w CETA, umożliwi pozywanie krajów europejskich także przez firmy amerykańskie.

6. Brak jakichkolwiek ograniczeń dla ekspansji zagranicznych banków.
CETA zakazuje stosowania jakichkolwiek barier ograniczających udział kapitału zagranicznego w krajowych bankach i innych instytucjach finansowych (choćby ubezpieczenia!). Zatem mówiąc o repolonizacji sektora bankowego i jednocześnie chwaląc wpływ CETA na polską gospodarkę, wicepremier Morawiecki łże jak Tusk. Bo były wieloletni prezes Banku Zachodniego WBK nie może być aż takim kretynem, by tak elementarnej rzeczy nie rozumieć. A skoro otworzy się na oścież drzwi przed zagranicznymi banksterami, pojawienie się na rynku produktów bardziej toksycznych od kredytów „frankowych” to tylko kwestia czasu. 

7. Dane osobowe nie będą zabezpieczone tak jak robi się to w UE.
CETA może spowodować znaczne pogorszenie standardów zachowania prywatności i ochrony danych osobowych obywateli. Eurokołchoz dopracował się w tej dziedzinie nie najgorszych przepisów, zawartych w Konwencji Rady Europy. Analogiczne kanadyjskie nie idą tak daleko.
Tekst CETA coś gaworzy o przestrzeganiu standardów, ale Kanada nie przystąpiła do Konwencja Rady Europy (może to zrobić każdy chętny, nawet Papua-Nowa Gwinea) a traktat nie zobowiązuje jej do tego w żadnym konkretnym terminie. Czyli kolejna mowa trawa. 

8. „Liberalizacja” wszelkich usług publicznych, nawet sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, będzie odtąd możliwa.
CETA uznaje jakiekolwiek faworyzowanie podmiotów państwowych czy krajowych lub rezygnację z usług konkretnej firmy za nieuczciwą konkurencję. Czyli korporacje dostają przywileje ale za to państwo nie ma żadnych gwarancji że będzie mogło regulować takie usługi publiczne jak edukacja, ochrona zdrowia czy transport zgodnie z racją stanu. Gdyby te reguły gry obowiązywały wcześniej, firma Amber Gold mogłaby na miesiąc przed bankructwem zażądać pół miliarda kredytu w jakimś banku, a w przypadku odmowy domagać się na przykład 10 milionów odszkodowania za dyskryminację. Chyba nikt nie wątpi w to że gdańskie skurwysyny w togach uwinęłyby się z tą sprawą w dwóch instancjach w tydzień. Racja stanu oraz prawo do odmowy współpracy z firmą niewiarygodną wędrują zatem na gwóźdź w latrynie a JKM w przypadku ratyfikacji CETA i wejścia tego łajdactwa w życie chyba popuści w portki z uciechy.
Teoretycznie z umowy zostały wykluczone usługi, które nie są świadczone na zasadach handlowych lub przy wykonywaniu których państwo nie ma obowiązku konkurowania z innymi podmiotami. Ale jakaś cwana korpopapuga czuwała i pojęcie „na zasadach handlowych” nie jest w CETA zdefiniowane. Na co zwróciła oczywiście uwagę pani prof. Oręziak.  CETA przewidział istnienie tzw. listy negatywnej, na której zostały umieszczone te usługi, które nie podlegają liberalizacji. Ale jeśli nie zostały one przez jakiś kraj na tę listę wpisane na etapie negocjowania traktatu, nie będą one chronione. Bo czas negocjacji się już zakończył, nadszedł czas ratyfikowania. Retorycznego pytania czy w ogóle, a jeśli tak to co na tę listę wpisali Chyży Rój lub Kopacz (na metr głęboko), oczywiście nie zadamy. Bo nie chcemy w oczach Szanownych Czytelników wyjść na ostatnich idiotów.

Wpis ten dedykujemy Czcigodnemu Robertowi Grunholzowi, którego blog zainspirował nas do napisania tych kilku słów.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce