Wydarzenia w kraju który jeszcze do niedawna był Tusklandią, nieustannie zaskakują każdego człowieka przy ocenie sięgającego po dwudziestowieczne standardy cywilizacji białych ludzi. I przekonują że ciągle jeszcze nie jest to przyzwoite państwo polskie a dokonująca się ostatnio zmiana być może za jakiś czas istotnie będzie dobrą. Ale wbrew propagandzie mediów państwowych, na razie jeszcze jest tylko drobną, co najwyżej średnią.
Wszyscy wiedzą że największym wrzodem na ciele naszej ojczyzny jest wymiar niesprawiedliwości. O ile prokuraturę przynajmniej w teorii minister sprawiedliwości po ostatnich zmianach może sprowadzić do pionu a sabotażystów zmusić do opowiedzenia się po stronie uczciwych ludzi, o tyle sędziowie przypominają włoskie dzielnice wielkich miast Stanów Zjednoczonych z przełomu XIX i XX wieku. W których wprawdzie nie każdy włoski imigrant należał do mafii, tym nie mniej to ona rządziła dzielnicą a amerykański wymiar sprawiedliwości nie miał tam zbyt wiele do powiedzenia. A poczciwy dziadunio, na początku lat 90 ubiegłego stulecia gaworzący iż środowisko sędziowskie rzekomo samo się oczyści, ośmieszył się ze szczętem.
Do niedawna na antysocjalowej liście debili / przestępców w sędziowskich togach prowadziła sędzia, która w lutym br. wypuściła za kaucją Arkadiusza Łakatosza ps. „Hoss”, oszusta uważanego za autora metody „na wnuczka”. Już raz jakiś idiota / przestępca w todze zwolnił go za kaucją dwa lata temu i Hoss rozpłynął się. Jego gang dokonywał oszustw w całej Europie i dopiero po dwóch latach udało się go aresztować. Ale niestety nastąpiła ekstradycja do Polski, dalszy ciąg znamy.
Ale parafrazując Jamesa Bonda, nigdy nie wolno mówić że jakiegoś rekordu skretynienia lub / i podłości polska mafia w togach i z łańcuchami nigdy nie pobije.
https://www.tvp.info/29205221/prokuratura-zniszczyla-biznesmena-sad-najwyzszy-kubali-nie-nalezy-sie-odszkodowanie
W czwartek 23 lutego POmagierzy niejakiej Małgorzaty Gersdorf rekord ten pobili rozpatrując rewizję w sprawie biznesmena z Wałbrzycha, pana Marka Kubali. Pan Kubala był właścicielem salonu samochodowego w którym sprzedawał samochody sprowadzane z USA i z Kanady. W grudniu 2000 do jego domu wtargnęło kilkudziesięciu uzbrojonych policjantów i celników. Liczne kamery utrwaliły jego aresztowanie i wyprowadzenie w kajdankach. Podczas pobytu w areszcie banki zerwały umowy kredytowe a dostawca zza oceanu współpracę. Po kilku tygodniach musiał ogłosić bankructwo, stracił firmę, salon samochodowy i działkę, na której był on usytuowany. Wpadł w wielkie długi, z których nie wygrzebał się do dzisiaj.
Jego proces rozpoczął się w roku 2002. Został oskarżony o przemyt samochodów, korumpowanie rzeczoznawców i inne przestępstwa skarbowe. Sąd kilka razy zwracał akt oskarżenia prokuraturze do poprawy, bowiem był on jedynie kupą pomówień z wyraźną przewagą kupy. Wreszcie po JEDENASTU latach pan Marek został uniewinniony bo prokuraturze niczego nie udało się udowodnić. Formalnie w odniesieniu do niektórych zarzutów była mowa o przedawnieniu, by prokuratury nie skompromitować do reszty.
Pan Kubala rozpoczął starania o odszkodowanie za utracony majątek, pozbawienie wolności i zrujnowanie kilkunastu lat życia. W ubiegłym roku jakaś kanalia zaproponowała mu odszkodowanie w zawrotnej wysokości 150 tys. zł. Poszkodowany oczywiście tej jałmużny nie przyjął i swoje łączne straty materialne i moralne wycenił na 48 mln. zł. I 23 lutego zgraja „sędziów sądu najwyższego” orzekła iż „nie ma podstaw do stwierdzenia że to wydarzenie (bezprawne aresztowanie bez jakichkolwiek dowodów rzekomej winy – SN) miało bezpośredni wpływ na utratę kontrahentów oraz zerwanie umów kredytowych przez banki”.
Pan Kubala zapowiedział skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Ludziom o normalnej konstrukcji psychicznej pozostaje wściekłość oraz żal, że zakończenie tej „rozprawy sądu najwyższego” nie nie mogło być analogiczne do tego ze starej baciarskiej piosenki:
Na „rozprawie" się zjawili jacyś dwaj cywili,
Gęby podrapane, włosy jak badyli.
Nic tym „sędziom” nie mówili tylko w mordy bili,
I tak zakończyli ten „sąd", ta joj.
Przyzwoity człowiek nie miałby jakichkolwiek podstaw do stwierdzenia że taki finał „rozprawy” byłby sprzeczny z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.
Jako kontrapunkt pozwolę sobie przypomnieć kilka obrazków z działalności przedwojennej instytucji parasądowej, zwanej dintojrą.
Pierwszym Prezesem Łódzkiej Dintojry był pan Menachem Bornsztajn, lepiej znany jako „Ślepy Maks”. Oficjalnie był właścicielem Biura Pisania Próśb i Podań „Obrona”.
Gdy na skargę przyszła do niego okradziona wdowa mająca na utrzymaniu trójkę dzieci, szybko anonimowo zwrócono jej utraconą własność. A złodziej wkrótce został odnaleziony w jednym z cieków.
Podczas wizyty w Łodzi premiera gen. Felicjana Sławoja–Składkowskiego, z jego samochodu skradziono piękny pled, prezent otrzymany podczas oficjalnej wizyty za granicą. Komendant łódzkiej policji nie tracił bezsensownie czasu na wszczynanie oficjalnych procedur i poszedł prosto do wiadomego biura. Maks zdenerwował się iż takiego gościa spotkała w jego mieście przykrość i pled odnalazł się błyskawicznie.
Sławoj–Składkowski jeszcze jako minister spraw wewnętrznych zetknął się również pośrednio z panem Łukaszem Siemiątkowskim, powszechnie znanym jako „Tata Tasiemka”, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i radnym miasta stołecznego Warszawy, a jednocześnie Pierwszym Prezesem Warszawskiej Dintojry. Gdy ministrowi na ulicy skradziono portfel, komendant warszawskiej policji natychmiast osobiście pofatygował się do knajpy o której wszyscy wiedzieli że jest siedzibą tej instytucji. Tata Tasiemka obiecał błyskawiczne załatwienie sprawy. Po kilku godzinach portfel wrócił do właściciela. Nie brakowało ani jednego banknotu a w środku Sławoj znalazł karteczkę z informacją:
„Panie miniszcze, trza lepiej pilnować pieniędzów.”
Niektóre wyroki Taty Tasiemki jeszcze dzisiaj budzą szacunek. Gdy pewien recydiwista pomówił innego złodzieja o jakiś haniebny uczynek, pomówiony założył mu sprawę o oszczerstwo. Gdy Wysoka Dintojra ustaliła iż istotnie było to ewidentne oszczerstwo, Tata wydał wręcz salomonowy wyrok. Pomówiony na miejscu przed obliczem Wysokiej Dintojry wymierzył pomawiającemu trzy potężne kopniaki w tyłek. Rzecz jasna ukarany nie śmiał nawet pomyśleć o jakimś odgrywaniu się. Apelację od wyroku Taty Tasiemki lub Ślepego Maksa można było składać jedynie do św. Piotra.
Gdy pomyślę jak wyglądałyby dzisiaj zadki Aarona Szechtera, Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego i pomniejszej swołoczy gdyby w sprawach o oszczerstwo orzekały tamte dintojry, chyba nikogo nie zdziwi iż o szefach obydwu wspomnianych instytucji wyrażam się z szacunkiem, sięgając po tytulaturę grzecznościową, pisaną z dużej litery. Zaś w przypadku ansztaltu niejakiej Gersdorf i jej handlangrów, mowy o choćby cieniu szacunku być nie może.
Stary Niedźwiedź
Wszyscy wiedzą że największym wrzodem na ciele naszej ojczyzny jest wymiar niesprawiedliwości. O ile prokuraturę przynajmniej w teorii minister sprawiedliwości po ostatnich zmianach może sprowadzić do pionu a sabotażystów zmusić do opowiedzenia się po stronie uczciwych ludzi, o tyle sędziowie przypominają włoskie dzielnice wielkich miast Stanów Zjednoczonych z przełomu XIX i XX wieku. W których wprawdzie nie każdy włoski imigrant należał do mafii, tym nie mniej to ona rządziła dzielnicą a amerykański wymiar sprawiedliwości nie miał tam zbyt wiele do powiedzenia. A poczciwy dziadunio, na początku lat 90 ubiegłego stulecia gaworzący iż środowisko sędziowskie rzekomo samo się oczyści, ośmieszył się ze szczętem.
Do niedawna na antysocjalowej liście debili / przestępców w sędziowskich togach prowadziła sędzia, która w lutym br. wypuściła za kaucją Arkadiusza Łakatosza ps. „Hoss”, oszusta uważanego za autora metody „na wnuczka”. Już raz jakiś idiota / przestępca w todze zwolnił go za kaucją dwa lata temu i Hoss rozpłynął się. Jego gang dokonywał oszustw w całej Europie i dopiero po dwóch latach udało się go aresztować. Ale niestety nastąpiła ekstradycja do Polski, dalszy ciąg znamy.
Ale parafrazując Jamesa Bonda, nigdy nie wolno mówić że jakiegoś rekordu skretynienia lub / i podłości polska mafia w togach i z łańcuchami nigdy nie pobije.
https://www.tvp.info/29205221/prokuratura-zniszczyla-biznesmena-sad-najwyzszy-kubali-nie-nalezy-sie-odszkodowanie
W czwartek 23 lutego POmagierzy niejakiej Małgorzaty Gersdorf rekord ten pobili rozpatrując rewizję w sprawie biznesmena z Wałbrzycha, pana Marka Kubali. Pan Kubala był właścicielem salonu samochodowego w którym sprzedawał samochody sprowadzane z USA i z Kanady. W grudniu 2000 do jego domu wtargnęło kilkudziesięciu uzbrojonych policjantów i celników. Liczne kamery utrwaliły jego aresztowanie i wyprowadzenie w kajdankach. Podczas pobytu w areszcie banki zerwały umowy kredytowe a dostawca zza oceanu współpracę. Po kilku tygodniach musiał ogłosić bankructwo, stracił firmę, salon samochodowy i działkę, na której był on usytuowany. Wpadł w wielkie długi, z których nie wygrzebał się do dzisiaj.
Jego proces rozpoczął się w roku 2002. Został oskarżony o przemyt samochodów, korumpowanie rzeczoznawców i inne przestępstwa skarbowe. Sąd kilka razy zwracał akt oskarżenia prokuraturze do poprawy, bowiem był on jedynie kupą pomówień z wyraźną przewagą kupy. Wreszcie po JEDENASTU latach pan Marek został uniewinniony bo prokuraturze niczego nie udało się udowodnić. Formalnie w odniesieniu do niektórych zarzutów była mowa o przedawnieniu, by prokuratury nie skompromitować do reszty.
Pan Kubala rozpoczął starania o odszkodowanie za utracony majątek, pozbawienie wolności i zrujnowanie kilkunastu lat życia. W ubiegłym roku jakaś kanalia zaproponowała mu odszkodowanie w zawrotnej wysokości 150 tys. zł. Poszkodowany oczywiście tej jałmużny nie przyjął i swoje łączne straty materialne i moralne wycenił na 48 mln. zł. I 23 lutego zgraja „sędziów sądu najwyższego” orzekła iż „nie ma podstaw do stwierdzenia że to wydarzenie (bezprawne aresztowanie bez jakichkolwiek dowodów rzekomej winy – SN) miało bezpośredni wpływ na utratę kontrahentów oraz zerwanie umów kredytowych przez banki”.
Pan Kubala zapowiedział skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Ludziom o normalnej konstrukcji psychicznej pozostaje wściekłość oraz żal, że zakończenie tej „rozprawy sądu najwyższego” nie nie mogło być analogiczne do tego ze starej baciarskiej piosenki:
Na „rozprawie" się zjawili jacyś dwaj cywili,
Gęby podrapane, włosy jak badyli.
Nic tym „sędziom” nie mówili tylko w mordy bili,
I tak zakończyli ten „sąd", ta joj.
Przyzwoity człowiek nie miałby jakichkolwiek podstaw do stwierdzenia że taki finał „rozprawy” byłby sprzeczny z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.
Jako kontrapunkt pozwolę sobie przypomnieć kilka obrazków z działalności przedwojennej instytucji parasądowej, zwanej dintojrą.
Pierwszym Prezesem Łódzkiej Dintojry był pan Menachem Bornsztajn, lepiej znany jako „Ślepy Maks”. Oficjalnie był właścicielem Biura Pisania Próśb i Podań „Obrona”.
Gdy na skargę przyszła do niego okradziona wdowa mająca na utrzymaniu trójkę dzieci, szybko anonimowo zwrócono jej utraconą własność. A złodziej wkrótce został odnaleziony w jednym z cieków.
Podczas wizyty w Łodzi premiera gen. Felicjana Sławoja–Składkowskiego, z jego samochodu skradziono piękny pled, prezent otrzymany podczas oficjalnej wizyty za granicą. Komendant łódzkiej policji nie tracił bezsensownie czasu na wszczynanie oficjalnych procedur i poszedł prosto do wiadomego biura. Maks zdenerwował się iż takiego gościa spotkała w jego mieście przykrość i pled odnalazł się błyskawicznie.
Sławoj–Składkowski jeszcze jako minister spraw wewnętrznych zetknął się również pośrednio z panem Łukaszem Siemiątkowskim, powszechnie znanym jako „Tata Tasiemka”, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i radnym miasta stołecznego Warszawy, a jednocześnie Pierwszym Prezesem Warszawskiej Dintojry. Gdy ministrowi na ulicy skradziono portfel, komendant warszawskiej policji natychmiast osobiście pofatygował się do knajpy o której wszyscy wiedzieli że jest siedzibą tej instytucji. Tata Tasiemka obiecał błyskawiczne załatwienie sprawy. Po kilku godzinach portfel wrócił do właściciela. Nie brakowało ani jednego banknotu a w środku Sławoj znalazł karteczkę z informacją:
„Panie miniszcze, trza lepiej pilnować pieniędzów.”
Niektóre wyroki Taty Tasiemki jeszcze dzisiaj budzą szacunek. Gdy pewien recydiwista pomówił innego złodzieja o jakiś haniebny uczynek, pomówiony założył mu sprawę o oszczerstwo. Gdy Wysoka Dintojra ustaliła iż istotnie było to ewidentne oszczerstwo, Tata wydał wręcz salomonowy wyrok. Pomówiony na miejscu przed obliczem Wysokiej Dintojry wymierzył pomawiającemu trzy potężne kopniaki w tyłek. Rzecz jasna ukarany nie śmiał nawet pomyśleć o jakimś odgrywaniu się. Apelację od wyroku Taty Tasiemki lub Ślepego Maksa można było składać jedynie do św. Piotra.
Gdy pomyślę jak wyglądałyby dzisiaj zadki Aarona Szechtera, Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego i pomniejszej swołoczy gdyby w sprawach o oszczerstwo orzekały tamte dintojry, chyba nikogo nie zdziwi iż o szefach obydwu wspomnianych instytucji wyrażam się z szacunkiem, sięgając po tytulaturę grzecznościową, pisaną z dużej litery. Zaś w przypadku ansztaltu niejakiej Gersdorf i jej handlangrów, mowy o choćby cieniu szacunku być nie może.
Stary Niedźwiedź