czwartek, 13 grudnia 2012

Edukacja - obowiązek, przywilej czy prawo? - cz.I

Po kilku felietonach poruszających sprawy nie mające pierwszorzędnego znaczenia (mam na myśli rzecz jasna moje a nie gościnne Tie Fightera i Marka Jednego Takiego) nadszedł czas aby zająć się jednym z najważniejszych dla przyszłości każdego kraju problemów czyli edukacją.
W tej tematyce powszechnie znane są stanowiska lewicy oraz ortodoksyjnych liberałow. Pierwsi są rzecz jasna zwolennikami obowiązkowej edukacji „bezpłatnej” (czyli tłumacząc z socjalistycznego na polski finansowanej przez ogół podatników). Ale w tym modelu najgorszy jest fakt że lewica w swej bezdennej głupocie (w tej materii między Stalinem a eurosocjalistami nie ma większych różnic) stawia na ilość, nie licząc się z oczywistym faktem że aby zdobyć wiedzę uprawniającą do używania jakiegoś tytułu zawodowego, nie wystarczy sama chęć. Potrzebne są jeszcze zarówno inteligencja jak i odpowiednia doza pracowitości. I jeśli w celu zwiększenia produkcji kucharzy, maturzystów, lekarzy czy inżynierów nauczyciele obniżą wymagania, uzyska się niewątpliwie tak wysoko w eurokołchozie ceniony wysoki wskaźnik ilości rzekomych specjalistów z danej dziedziny na hektar. Tyle tylko że tacy nieucy mogą być groźni dla całości zdrowia i mienia a nawet życia innych ludzi gdy wykonują jakiś naprawdę odpowiedzialny zawód. Bo już „maryniści” (czyli absolwenci tych wydziałów uniwersyteckich które parają się głównie dysputami o pewnej części ciała Maryni) mogą jedynie swoim bałwaństwem czy brakiem elementarnych ludzkich uczuć (specjalność tak zwanych za przeproszeniem "etyków") rozbawić ewentualnie zniesmaczyć ogół rodaków. Ale w eurokołchozie liczą się głównie wskaźniki i jakieś gremium ładnych kilkanaście lat temu wymyśliło że do roku 2020 co drugi młody Europejczyk (bariery wiekowej nie pamiętam i nie chce mi się szukać tego idiotyzmu w sieci) MUSI legitymować się wyższym wykształceniem.
Pamiętam jak jeszcze z dziesięć lat temu finansowanie poszczególnych wydziałów wyższych uczelni było uzależnione od „zdawalności” studentów z roku na rok. Więc każdy z nas traktujący swoje obowiązki oraz etykę zawodową do końca serio miewał nieprzyjemne rozmowy z prodziekanem zajmującym się dydaktyką. Na szczęście obecnie ta korelacja między „zdawalnością” a budżetem jest bez porównania słabsza więc przynajmniej uczelnie techniczne odbiły się od dna. Ale swego czasu zdarzało się że rzekomy inżynier kończący studia około roku 2000 dysponował mniejszą wiedzą zawodową niż technik który swój dyplom uzyskał w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
Sytuacja w szkołach podstawowych czy średnich (pomijam już pomysł Buzka wprowadzenia gimnazjów będący po prostu sabotażem i godny osobnego potraktowania) jest jeszcze gorsza. Znana mi pani ucząca historii w szkole podstawowej, kilka lat temu powiedziała mi że na tym szczeblu „zdawalność” jest wręcz fetyszem. Więc ona z najwyższym trudem znajduje czas aby zająć się uczniami zdolnymi, z którymi pracować jest po prostu przyjemnie (każdy belfer zna to uczucie). Bo najwięcej energii traci na wbijanie do głów tępych leni że husaria nie walczyła pod Grunwaldem a Zygmunt Stary i Zygmunt Waza to dwaj różni królowie. A na samą myśl ile bzdurnych papierów musi wypisać gdy jakiegoś ucznia nie chce przepuścić do następnej klasy, otrząsa się z obrzydzeniem.
Czyli jak to w socjalizmie, liczą się pozory, stan faktyczny jest nieistotny.
Liberalne spojrzenie na edukację bazuje na założeniu iż wykształcenie jest inwestycją w przyszłe zarobki i pozycję społeczną a więc dobrem za które trzeba płacić. System taki w zasadzie sprawdza się w krajach anglosaskich, w których może on należycie funkcjonować z kilku powodów:
Po pierwsze, są to społeczeństwa relatywnie zamożne (w porównaniu z Polską wręcz bogate) a więc odsetek ludzi którzy nie mogą sobie pozwolić na opłatę czesnego jest niższy niż wyniósłby on w naszym kraju w przypadku komercjalizacji nauczania.
Po drugie, wzięcie kredytu na opłatę kosztów nauki jest możliwe a po podjęciu pracy kredytobiorca nie musi zadłużenia spłacać nieomal do grobowej deski.
A po trzecie, w krajach tych istnieje rozbudowany system stypendialny. Stypendia te są fundowane zdolnym młodym ludziom zarówno przez podmioty gospodarcze, żywotnie zainteresowane pozyskaniem dobrych pracowników jak i przez prywatne organizacje czy wreszcie same uczelnie. W tym ostatnim przypadku głównie w Stanach Zjednoczonych dochodzi do takich wynaturzeń jak stypendia sportowe. Przyznawane zdolnym koszykarzom, hokeistom czy lekkoatletom (że wymienię dyscypliny sportowe powszechnie znane w Europie). Sportowcy ci kończą te uczelnie uzyskując dyplom MA czy MSc, często będący czekiem bez pokrycia. Wielokrotny złoty medalista olimpiad i mistrzostw świata w biegu na 400 m przez płotki Edwin Moses legitymował się dyplomem inżyniera elektronika. Ale jak sam powiedział w jednym z wywiadów pod koniec swej kariery, gdyby ktoś go spytał o kierunek przepływu prądu stałego, musiałby się dobrze zastanowić. Ale do końca życia nie będzie wykonywać zawodu formalnie wyuczonego więc nikt z tego powodu nie ucierpi.
Oczywiście pomiędzy różnymi uniwersytetami istnieje ogromne różnice poziomu nauczania a więc i możliwości późniejszej kariery zawodowej ich absolwentów. Jak powiedział pewien profesor, sa takie po których rządzi się Zjednoczonym Królestwem i takie których absolwenci za sukces uważają kierowanie domem towarowym.
Moim zdaniem żaden a tych systemów nie pasuje do polskich realiów. Socjalistyczny rodzi patologie i najzwyczajniej w świecie się nie sprawdza. Zaś przestrogą przed programową prywatyzacja całości szkolnictwa są wszelkie Europejskie Wyższe Szkoły Zdrowia, Szczęścia i Wszystkiego Najlepszego. Bowiem często są one po prostu fabrykami dyplomów licencjackich których wartość wynika z aktualnej ceny makulatury.
Zaś wszystkim entuzjastom tyleż mechanicznego co bezmyślnego przenoszenia na grunt polski modelu anglosaskiego muszę przytoczyć słowa wielkiego Miltona Friedmana, wypowiedziane podczas jego warszawskiego wykładu:
„Nie wzorujcie się (mowa była o systemach prawno – organizacyjnych) na bogatych krajach Zachodu bo nie jesteście bogatym krajem Zachodu!”
Słowa te powinny chyba zastanowić każdego autentycznego liberała. Oczywiście nie mam na myśli obłąkanych anarchistów w rodzaju tych którzy domagają się prawa do palenia tytoniu lub „ziela” w środkach komunikacji bowiem nie jestem psychiatrą.
Propozycja istotnych  elementów systemu organizacji szkolnictwa w Polsce będzie tematem następnego wpisu.


Stary Niedźwiedź

31 komentarzy:

  1. Szanowny Stary Niedźwiedziu.
    Nie bardzo dostrzegam możliwość dokonania jakiegoś rozsądnego mezaliansu wspomnianych przez Ciebie dwóch systemów edukacyjnych. W mojej skromnej ocenie doskonale sprawdzał się system ośmioklasowej podstawówki, liceum, technikum, i zawodówki. W takim systemie sam się kształciłem i uważam, że sam w sobie dokonywał on selekcji oczywiście przy zachowaniu odpowiedniego poziomu, który musi być bezwzględnie egzekwowany. Mam trochę wątpliwości czy aby na pewno nauka powinna być obowiązkowa? System stypendialny natomiast można zapożyczyć wprost ze wzorców anglosaskich, może z pominięciem stypendiów sportowych. Najważniejszym wszak elementem systemu oświaty powinien być powrót do stanu, w którym nauczyciel posiada odpowiednią rangę, autorytet a jego profesja uchodzi za zajęcie prestiżowe. Tak było kiedyś - nauczyciel to był ktoś. Obdarzany należnym szacunkiem i odpowiednio wynagradzany.To właśnie mam wrażenie zostało zatracone. Piszę to oczywiście jako laik ale tak to właśnie widzę. Tie Fighter.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Tie Fighterze
      Masz świętą rację że należy wrócić do systemu organizacyjnego który działał dobrze a dla wynalazków Buzka i Tuska jedynym godnym miejscem jest gwóźdź w sławojce.
      Odbudowa autorytetu nauczyciela to długa i żmudna droga. Zacząć należy chyba od pogonienia na kopach wszystkich niedorzeczników praw rozwydrzonych i zdemoralizowanych bachorów.
      Systemu stypendialnego przynajmniej na razie nie można moim zdaniem kopiować z krajów anglosaskich. Bo dysproporcja między możliwościami fundatorów a potrzebami jest porażająca.
      Pełna zgoda że nauka nie powinna być obowiązkiem. Lecz prawem z którego korzystać mogą jedynie osoby przestrzegające pewnych reguł gry.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  2. Stary Niedźwiedziu zacny,

    Obecny system edukacji to pomyłka. Być może warto wprowadzić pewne elementy zachodnie, na przykład opłatę za drugi kierunek studiów. To powinno ograniczyć ilość takich co skaczą z kierunku na kierunek i do żadnego się porządnie nie przykładają. Druga sprawa to likwidacja gimnazjów i kampania społeczna na rzecz szkół zawodowych i techników. To nic złego, że ktoś idzie do "zawodówki". Jeden będzie projektował piękne mosty, zaś drugi je budował. Obaj są bardzo ważni.

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodna Erinti
      Likwidacja tego co zrobił sabotażysta (ło)Buzek czyli wypalenie rozżarzonym żelazem gimnazjów i odbudowa ze zgliszczy szkolnictwa zawodowego to konieczność. Druga kwestia to przywrócenie rangi z czasów przedwojennych zawodowi nauczyciela. A trzecia to ustawienie w sensowny (na miarę skromnych środków) sposób pomocy dla tych którzy potrafią się uczyć a pochodzą z ubogich rodzun.
      Wkrótce o tym napiszę.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Stary Niedźwiedziu zacny, nie sposób się nie zgodzić z Twoimi postulatami. Im wcześniej zlikwidujemy gimnazja tym lepiej, tu się liczy każdy rok!

      Usuń
  3. Czcigodny Stary Niedźwiedziu,
    Z ciekawością zapoznam się z Twoimi propozycjami. Najważniejsza zasada przy reformowaniu edukacji powinna być jak w medycynie - po pierwsze nie szkodzić. Niestety eurosocjalistyczne reformy dokonywane przez postępowo-radosnych idiotów po 1989 r. przekonały mnie, że komunistyczny system edukacji miał jednak wiele zalet. I został całkowicie rozwalony - np. likwidacja szkolnictwa zawodowego, w tym studiów nauczycielskich. Bezwzględnie likwidowano szkoły niekiedy z ponad 200-letnią tradycją. Zamiast fachowców mamy setki tysięcy idiotów z dyplomami wyższych uczelni.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Dibeliusie
      Z każdą Twoją uwagą muszę się zgodzić. A zwłaszcza z diagnozą rozwałki edukacji po roku 1989. Moim zdaniem to nie była głupota lecz sabotaż.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  4. Szanowny Stary Niedźwiedziu.
    Nie mam już dzieci w wieku szkolnym(ostatni kontakt ze szkołą średnią to ok 10 lat temu),więc moja wiedza o aktualnym systemie oświaty pochodzi z wyłącznie mediów i obserwacji wnuków.A tu obraz niezbyt optymistyczny.Rzuca się w oczy powszechny chaos organizacyjny i zwykła szamotanina(przykład sześciolatków). Daje się także zauważyć brak stabilności finansowej.Wychodzi na to,że brakuje pieniędzy na wszystko.Inwestycje,płace,bieżące utrzymanie.Przykładowo w ubiegłym roku córcia wrobiła mnie w malowanie klasy wnusi.I kto się zjawił?Sami dziadkowie w ilości szt,3.Ale się uporaliśmy( materiał i narzędzia oczywiście we własnym zakresie),a nawet na dyplomy załapali.
    Co do spraw systemowych.Zgadzam się z Szanowną Erinti(pozdrawiam). Należy przywrócić właściwą rangę szkołom zawodowym.Bo chleb zawsze będzie potrzebny,a domy same maszyny nie wybudują.
    To może na tyle,bo nie chcę się wymądrzać i powtarzać informacje medialne.Bo jeżeli to chociaż trochę prawda,co się o tym za przeproszeniem bajzlu pisze czy mówi,to wypada się cieszyć,ze moje dzieci pokończyły szkoły w miarę normalnym systemie.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Józefie - na wstępie serdecznie Cię pozdrawiam i tylko króciutko nawiąże do eksperymentu z posyłaniem sześciolatków do szkoły. Po czterech latach koszmarnego eksperymentu mają ponoć powstać komisje sprawdzające czy pacjent tą traumę przeżył i czy rokuje na przyszłość - koszt operacji ok. 4 mln złotych polskich. Czy ktoś może mnie uszczypnąć bo chyba śnię jakiś groteskowy koszmar. Tie Fighter.

      Usuń
    2. Czcigodny Józefie
      Twoje dzieci Pan Bóg uchronił przed "reformami" sabotażystów ale Twoje wnuki się przed tym nie uchroniły. Więc na ich rodziców spadają dodatkowe obowiązki które Tobie i Twojej małżonce nie były znane (problemy związane choćby z narkotykami czy moralną degrengoladą).
      Racjonalizacja finansowania szkolnictwa to wielki problem. Ale na pierwszy rzut oka widać że wywalenie na zbity pysk urzędasów zawalających nauczycieli stertami idiotycznych papierków do wypełniania czy "specjalistów" od wdrażania do programów pseudowartości pozwoliłoby zaoszczędzić mnóstwo czasu i pieniędzy.
      A odbudowa szkolnictwa zawodowego jest sprawą oczywistą dla każdego myśląc ego człowieka. Więc skoro rządzący tego ie widzą, oznacza to że sa po prostu sabotażystami.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Szkolnictwo w ogromnej większości powinno być prywatne. Możemy się spierać o rożne rzeczy. Od jakiego poziomu. O obowiązek szkolny. Jednak zasadniczo należy stwierdzić, że ,,kaganek oświaty" niesiony w lud został łuczywem oświaty, a nawet iskrą oświaty. Socjalistyczne państwo nie zdołało i nigdy nie zdoła nauczyć liczyć, czytać ze zrozumieniem, zrozumienia teorii ewolucji itd. Nie jest to zresztą nikomu potrzebne. Państwo to biurokracja, instrukcje, rozporządzenia, regulaminy. Proces nauczania został sprowadzony do typowego problemu urzędniczego- taki a taki program, jednolity dla wszystkich, takie a takie procedury kontrolne.
    Nikt nie sprawdza czy w rzeczywistości komuś się ten wysiłek przydaje. Działa ,,prawo Parkinsona". Rozrost biurokracji oświatowej powoduje, że jej problemy są tak zajmujące, że na nic innego nie starczy czasu.
    W konsekwencji miałem kolegę, który był w liceum najlepszy, a na studiach zapytał się mnie czy jaskiniowcy polowali na dinozaury.
    A wszystkich nas przez setki godzin i lat męczono nauką teorii ewolucji, biologii, historią Ziemi itd.? Po co? Komu to było potrzebne? Czy tylko komuś by wypełnił odpowiedni papier ze sprawozdaniem?
    Jestem także przeciwnikiem nie szkoły dzisiejszej, ale też szkoły jaką chętnie widzą konserwatyści. Taką szkołę ,,z zasadami", nauką łaciny, greki i tym podobnymi bzdurami. Dzisiejszy świat się zmienił. Świetnie to opisał Robert Kiyosaki w ,,bogatym ojcu, biednym ojcu". Największy przepływ kapitału i możliwości zarobienia pieniędzy ,,podążają" za informacją. Np. ktoś organizuje dostawy taniego surowca z drugiego końca świata. Albo znajduje zastosowanie jakiegoś produktu- np. możliwość płacenia telefonem komórkowym, przerywając czyjś monopol. Albo stwarza facebooka, czy innego twittera, podważając media elektroniczne.

    Wymagany jest inny typ umysłu, którego scentralizowana szkoła z nadanym budżetem nie może wykształcić. Wykształcony twórca miejsc pracy będzie znał także kilka języków, systemy podatkowe, rachunkowość. Do perfekcji opanuje wyszukiwanie i systematyzowania informacji.

    W globalnej gospodarce wygra ten, kto zdoła wykształcić zdolniejszych pracodawców, a nie pracobiorców. A w każdym razie nie będzie w tym przeszkadzał oferując ,,darmowe nauczanie" i stypendium za samo zapisanie się na kierunek jaki urzędnicy uważają za ,,kluczowy dla rozwoju kraju".

    Z kształceniem pracobiorców szkoła także nie może sobie poradzić, bo szkoła nie została stworzona do nauki zawodu. To tak jakby próbować w klasie nauczyć jazdy samochodem.
    Zresztą nawet gdyby udało się stworzyć pracowników to pozostaje problem relacji między podażą i popytem na pracę. Socjalistycznej gospodarce nie udało się wytworzyć równowagi w żadnym sektorze. Tak samo jest z produkcją pracobiorców- czasami jest ich za mało, a ostatnio za dużo.

    Tak więc postuluję by państwo w ogóle zrezygnowało z organizowania edukacji na wyższym poziomie niż podstawowy (o podstawowym możemy dyskutować) za wyjątkiem kształcenia specjalistów, którzy są mu potrzebni (np. wojskowi). Jeżeli chodzi o zawody szczególnego zaufania to państwo powinno się ograniczać do sprawdzenia wiedzy, trudnym państwowym egzaminem. Gdy Piłsudski wrócił z zesłania to przygotowywał się do zdania państwowego egzaminu prawniczego bez ukończenia studiów prawniczych! i nikomu to nie przeszkadzało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Sławomirze!
      Zgadzam się z tym co napisałeś z drobnym wyjątkiem: pracodawcy się rodzą, tego się nie da wykształcić. Wykształcić można tylko pracodawców do instytucji publicznych, ale to inna rzeczywistość.
      Pozdrawiam,
      Marek

      Usuń
    2. @ Slavomir
      Szanowny Slavomirze
      Marzeniem kilku moich przyjaciół - inżynierów działających w gospodarce jest powrót do szkolnictwa zawodowego z czasów komunistycznych. Bo obecnie trafiają im się pracownicy bez cienia technicznej kindersztuby których muszą uczyć od zera. Szkoły zawodowe muszą istnieć. A czy będą państwowe czy prywatne to kwestia do dyskusji. Moim zdaniem mogą istnieć jedne i drugie o ile tylko uprawnienia zawodowe będzie się uzyskiwać zdając jednolity egzamin.
      Egzaminy jako jedyne kryterium przyznawania dyplomu nie wszędzie mają sens. Już choćby w medycynie nadawanie prawa do leczenia ludzi bez praktyki klinicznej byłoby idiotyzmem.
      Przepaść między średnim poziomem wyższych uczelni państwowych a różnych fabryk licencjatów jest dzwonkiem alarmowym przed doktrynerskimi pomysłami prywatyzacji wyższego szkolnictwa. Nie wspomnę już o bazie laboratoryjnej niezbędnej w naukach empirycznych. Zaledwie kilka szkół prywatnych w Polsce zajmuje się czymś co godzi się nazwać pracą naukową. Więc zanim w myśl liberalnej ortodoksji palniemy coś o konieczności doktrynerskiej prywatyzacji szkół wyższych, ruszmy mózgownicą i zastanówmy się czy istnieją jakiekolwiek mechanizmy powodujące przejęcie po prywatyzacji nie tylko dydaktyki ale i działalności naukowej. Moim zdaniem takich po prostu nie ma.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Witaj Tie Fighter.
    Przyznaję,że o tym "eksperymencie" nie wiedziałem.Ale to dowód na to,że jak zwykle,sami nie wiedzą co robią.
    Mam nadzieję,że rozsądek rodziców zwycięży.Problemem tym zajmuje się wspaniała kobieta,Karolina Elbanowska i jej akcja"Ratuj Maluchy".
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szanowny Stary Niedźwiedziu!
    Kwestia wyboru zawodu, to odpowiedzialna decyzja. Powinna ona należeć do młodego człowieka i jego rodziców. Aby nie była oderwana od rzeczywistości - zresztą bardzo nieprzewidywalnej w ostatnich czasach w związku z rozwojem techniki - powinna być związana z poniesieniem kosztów. Nieprzewidywalność potrzeb rynku pracy jest też argumentem przeciw centralnemu planowaniu edukacji zawodowej.
    Nim jednak przyjdzie czas na podjęcie decyzji o wyborze zawodu wartałoby posłać dziecię na naukę czytania i pisania. W XIX wieku szkolnictwo na tyle się rozwinęło, że było co poddać kontroli państwa. To była słuszna decyzja z punktu widzenia sił postępowych. Nie można się dziwić, że nie były w stanie znieść by dzieci uczyły się w szkółkach parafialnych. Lewica dostrzegła, że skoro można przy okazji dzieciom wpoić religijność to można i bezbożność. Była to droga długa i trudna, ale owoce są. Z tych samych względów i dzisiaj nie można decyzji o wychowaniu dziecka oddać w ręce rodziców i pozwolić na wybór szkoły przy użyciu np. bonu oświatowego. Za chwilę co bezczelniejsi rodzice chcieliby nie tylko wyboru szkoły ale i wolnego wyboru programu nauczania.
    Pozdrawiam,
    Marek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Marku
      Bon oświatowy plus możliwość wyboru "charakteru" szkoły przez rodziców to dobry pomysł. Większość rodziców na pewno wybrałaby szkołę w której żaden kretyn nie będzie przekonywać dzieci że dwóch pedałów musi mieć prawo do adopcji a w zawodzie górnika też powinny obowiązywać "parytety" płci. Ale konieczne są jakieś minima programowe. Aby jazda konna nie zastąpiła matematyki, gra w tenisa lekcji polskiego a zajęcia z aerobiku lekcji historii.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Szanowny Stary Niedźwiedziu!
      W pierwszy odruchu też byłbym skłonny uznać, że jakaś kontrola nad programem musi być. Jak uczy jednak doświadczenie taka furtka do zachęta do administracyjnego rozpasania. Jestem przekonany, że nauczyciele bez trudu są w stanie ułożyć program i modyfikować go stosownie do potrzeb, a rodzice dokonać właściwego wyboru. Czy będą słabe szkoły? Będą. Będzie za to więcej lepszych. Czy nie będzie szkół z przewagą aerobiku i jazdy konnej? Też będą. A czyż nie ma potrzeby szkół specjalnych dostosowanych do potrzeb dzieci i młodzieży? To chyba ważne by dziecko rozwijało posiadane zdolności zamiast być dzieckiem specjalnej troski. Momentem weryfikacji mogą być egzaminy. Może to być egzamin państwowy, aczkolwiek uważam, że pojawiłoby się zapotrzebowanie na egzaminy prywatne, które mogłyby konkurować pod względem bezstronności, precyzji oceny, i które - nie wiem czy byłaby taka potrzeba - mogłyby odbywać się nawet corocznie. Większość prawdopodobnie poprzestawała by na egzaminie państwowym; ale dla najlepszych, a być może i dla poprawkowiczów byłaby to możliwość udowodnienia swojej wartości.

      Usuń
    3. Czcigodny Marku
      A co powiesz na takie rygory w szkolnictwie podstawowym i średnim jak minimum programowe i niezbyt trudny egzamin państwowy?
      Tego minimum nie należy mylić z wymuszaniem przez jakichś urzędasów z ministerstwa czy kuratorium konkretnych programów. Mam na myśli takie sprawy jak tabliczka mnożenia czy reguła trzech z matematyki, znajomość ortografii, podstaw gramatyki i czytanie ze zrozumieniem z polskiego czy wiedza o elementarnych faktach z historii (nie mylić z z wiedzą o istnieniu jakichś partyjek politycznych, mniej licznych niż szkolna klasa). Oczywiście takie minimum musiałoby obowiązywać przez jakieś dziesięć lat aby kolejny zatrudniony urzędas nie mógł przy nim majstrować a dyrekcja szkoły wiedziała na czym stoi. Bo obecnie zastanawia się nad tym w czym stoi i to chyba po kolana.
      Jak napiszę, nauka to prawo młodego człowieka ale i zobowiązanie z jego strony do przestrzegania reguł gry. Za zadymy czy zakładanie na głowę nauczyciela kosza nalezy wywalać z wilczym biletem na zbity pysk.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. Szanowny Stary Niedźwiedziu!
      Właśnie egzamin państwowy widzę w takiej właśnie roli - egzekwowania pewnego minimum wiedzy. Pozwala to jednocześnie nie ingerować w role rodzica, szkoły, nauczyciela.
      P.S. Nie znam historii szkolnictwa wieku XIX ale z pewnością wyważamy otwarte drzwi.

      Usuń
  8. Witaj Stary Niedźwiedziu,

    Wreszcie poruszyłeś temat szkolnictwa, które za obecnych rządów przekształciło się w szkodnictwo, a najbardziej przyczyniły się do tego reformy pani minister Hall, które obecnie kontynuuje pani minister Szumilas - Huczybór. I wszystko to prawda, o czym piszesz: że obecna szkoła ma na celu wykształcić debili z lunetkowatym polem widzenia, a obciążeni papierkową robotą nauczyciele maja coraz mniej czasu na nauczanie.
    Ja jeszcze dorzuciłabym jeden palący problem: depolonizację polskiej szkoły. Bo czymże innym jest wyrzucenie ze szkół historii, a wcześniej - wielu lektur, których tematem przewodnim była polskość i patriotyzm. Wszystko to idzie w tym kierunku, żeby młodzież uczyła sie historii z książek Grossa i filmów typu Pokłosie.
    Wystarczająco wiele fałszował nam historię komunizm, ale wtedy żyli jeszcze nauczyciele, którzy byli świadkami faktów historycznych i nie licząc się z represjami potrafili tą prawdę przekazać młodemu pokoleniu. A teraz kto ich zastąpi?

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodna Pelargonio
      Wielkie dzięki za poruszenie tak ważnej kwestii która istotnie umknęła mojej uwadze. To co się dzieje w warstwie patriotyzmu zaczyna przypominać "noc apuchtinowską" w zaborze rosyjskim.
      Za komuny rodzice dopowiadali w domu to o czym dziecko w szkole nie mogło się (oficjalnie przynajmniej) dowiedzieć. A dzisiaj zagonieni walką o przetrwanie rodzice często nie mają już na to siły ani czasu, a niekiedy nie starcza im wiedzy.
      Niedawno przyjaciółka mojej koleżanki (z wykształcenia historyk) miała w szkole trochę nieprzyjemności. Bo uczniowie zorganizowali jakąś imprezę mającą nawiązywać do starożytności a dyrektor chciał by ona w jednym z punktów programu opowiedziała coś o słynnych kochankach z tamtych czasów,. Ona to zrobiła ale pominęła "zadanych" jej Hadriana i Antinousa.
      Pozdrawiam nieco ponuro.

      Usuń
  9. Czcigodny Stary Niedźwiedziu
    Podzielam zaprezentowany już tutaj pogląd o prywatyzacji szkolnictwa. A mówiąc ściślej uważam, że powinniśmy dążyć do maksymalnej możliwej prywatyzacji szkolnictwa. Oczywiście nie wszystko od razu, a stopniowo, krok po korku. W trakcie tego procesu stopniowo wykrystalizowałoby się odpowiedni model, a właściwie modele, szkolnictwa. Wszyscy zgadzamy się, że jest wiele do zmienienia. Gimnazja są na czele tej listy. Nie wiem, czy słyszałeś, ale stosunkowo niedawno temu minister Szumilas tłumaczyła, że gimnazja zdały egzamin, bo "Ci co je ukończyli nie zainwestowali w Amber Gold". Tak, dokładnie tak powiedziała. Myślę, że to nie wymaga większego komentarza. Dam inny przykład ludzi, którzy ukończyli gimnazja, a potem trafili na ekonomię. Ekonomia jest to właściwie taki kierunek niby ścisły, niby humanistyczny. I choć warto na niej znać matematykę, oj warto, nie trzeba jej zdawać na maturze, aby dostać się na ten kierunek. U mnie na roku jest stosunkowo dużo ludzi, którzy dostali się na ten kierunek bez królowej nauk na świadectwie maturalnym. Ale co by o nich nie mówić, gdy już dochodzi do sytuacji, gdzie trzeba coś policzyć to, bardziej lub mniej, ale się starają. Natomiast 2 lata po nas przyszedł rok, gdzie na pierwszym kolokwium z algebry liniowej 1/3 osób oddała puste kartki. Nawet naściągać się nie starali. Oni też skończyli gimnazja.
    I jak się mówi u nas na uczelni każdy kolejny rok jest coraz gorszy. Już nawet wykładowcy, którzy za darmo ocen nie dawali, ale męczyli każdego choćby i w 10 podejściach aby zdał, już tak łagodni nie są.


    A jeśli chodzi o program nauczania, to warto byłoby do szkół wprowadzić przedmioty, których program streszczałby się w sformułowaniu "Jak się uczyć"(czyli jak szybko i skutecznie przyswajać wiedzę, i gdzie jej szukać) oraz "Jak szukać pracy"(żeby chociaż nauczyć młodzież jak pisać cv i przechodzić rozmowy kwalifikacyjne. Dodatkowo, jaką uczelnię wybrać, żeby w trakcie tych zajęć uczeń poznał swoje predyspozycje zawodowe i ocenił umiejętności. Ewentualnie pokazać jak założyć własną firmę.) No i logikę rzecz jasna
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Piotrze
      Z mojej perspektywy belfra warszawskiej polibudy wydaje mi się że od jakichś dwóch lat pikujący bombowiec o nazwie polska matura został wyprowadzony z lotu nurkowego. A nawet jakby zaczynał nabierać wysokości.
      Co się tyczy prywatyzacji szkół podstawowych i średnich, mam tylko jedno wymaganie w kwestiach organizacyjnych. A mianowicie w warunkach polskiego „dobrobytu” musi istnieć wystarczająco wysoki odsetek szkół w których bon edukacyjny pokryłby koszty nauki dziecka z punktu widzenia rodziców.
      Co się tyczy państwowych szkół wyższych, zdecydowana większość dorobiła się zaplecza badawczego typu laboratoria i poza dydaktyką prowadzi tez działalność badawczą. W odróżnieniu od szkół prywatnych, poza pracowniami komputerowymi praktycznie nie posiadających jakiejkolwiek bazy badawczej i nie prowadzących właściwie żadnej działalności naukowej. I dlatego obawiam się że efekt prywatyzacji uczelni wyższych w obecnych warunkach przypominałby „prywatyzację zuchwałą” Lewandowskiego. Co oznaczałoby koniec badań i sprowadzenie Polski do poziomu Afryki. Dlatego do tematu prywatyzacji wyższych uczelni chętnie powrócę jeśli ktoś przedstawi realny schemat organizacyjno – prawny w w którym nowemu właścicielowi OPŁACAŁOBY się taką działalność kontynuować a nie sprzedać sprzęt za pół ceny a laboratoria wynająć na biura i magazyny.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Jeśli chodzi o pracę naukową na szkołach wyższych to pełna zgoda. Zresztą już nieraz słyszałem o tym, że praca dydaktyczna na uczelniach powinna być tylko dodatkiem do pracy naukowej, a w praktyce jest na odwrót. Ale i tak mimo to trochę ciekawych wynalazków u nas powstaje. Szkoda tylko, że z różnych powodów nie są należycie promowane. Często na przeszkodzie staje polskie prawo patentowe.

      Usuń
    3. Czcigodny Piotrze
      Polskie prawo patentowe to osobny temat. Mówiąc nieco ironicznie, chyba znacznie krócej trwałoby wyliczenie tego co w sferze polskiej nauki działa sensownie.
      Pozdrawiam serdecznie przepraszając za nierychliwą odpowiedź.

      Usuń
  10. jeśli chodzi o poziom edukacji w dzisiejszej Polsce polecam kanał "matura to bzdura" na youtubie. Mrozi krew w żyłach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Maciejjo
      Po obejrzeniu tych kwiatków przypomina mi się dowcip o radzieckim malkontencie. Gdy za krytykę braku w sklepach artykułów pierwszej potrzeby nie został rozstrzelany ale jedynie spałowany, powiedział:
      Jest gorzej niż myślałem. nawet naboi nie mają!

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  11. ponury grabarz19 grudnia 2012 02:02

    Szanowny Stary Niedźwiedziu,
    oczywiście popieram pomysły szanownych komentujących, którzy postulują prywatyzację szkolnictwa, wprowadzenie bonu oświatowego itp., niemniej jednak wydaje mi się że na samym początku zacząć należy od podstawy, o której nikt chyba nie wspomniał, a mianowicie od likwidacji Karty nauczyciela, która to powoduje że Gierek w polskim szkolnictwie trzyma się mocno. Podstawą tego żeby jakiekolwiek przedsiębiorstwo działało prawidłowo jest to, żeby pracownik pracujący dobrze zarabiał relatywnie dużo, pracujący przeciętnie - mało, a pracujący źle mógł być wylany na zbity pysk. Niestety, w szkolnictwie tego typu mechanizmy nie funkcjonują. O ile jeszcze doskonały pedagog jest w stanie dorobić sobie na korepetycjach, stąd też ma motywację żeby podnosić kwalifikacje, dbać o dobrą opinię itd. (chociaż nie sposób nie zauważyć że np. nauczyciele języków obcych czy matematyki są w tej kwestii w dużo lepszej sytuacji niż ci od wuefu czy wiedzy o społeczeństwie), o tyle jeżeli nauczyciel z odpowiednim stażem postanowi sobie mieć wszystko gdzieś i co miesiąc kasować pensję za nicnierobienie, to ma bardzo duże szanse dojechać tak do samiuśkiej emerytury. Na uczelniach wyższych ten akt prawny co prawda nie obowiązuje, ale z tego co słyszałem nauczyciel akademicki też musi się mocno postarać żeby zostać wyrzucony z pracy.

    I moim zdaniem to właśnie jest punktem wyjścia do wszelkich zmian. Jeżeli jakakolwiek ekipa rządząca naobiecuje zmiany w szkolnictwie, a nie będzie w stanie przeforsować likwidacji KN, to na jakąkolwiek prywatyzację, bony i tym podobne wolnorynkowe zmiany nie ma się nawet co nastawiać. A nawet jeżeli coś tam uda się przeprowadzić, to najpewniej połowicznie, niekonsekwentnie i efekt tego będzie taki jak wielu innych z pozoru niegłupich reform.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Ponury Grabarzu
      Oczywiście masz rację. Ta słaba korelacja między jakością pracy a zarobkami to istotnie socjalistyczny skansen i ochrona bylejakości. W końcu pracodawca nie jest kretynem i doceni dobrego nauczyciela, tak jak dobrego spawacza czy dobrego kucharza.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  12. Szanowny Ponury Grabarzu,
    Oto co pisze onet.wiem o ZNP: "Od 1991 do 1999 w koalicji Sojusz Lewicy Demokratycznej, od 1999 w partii SLD."
    To jakich poglądów można oczekiwać po nauczycielach, skoro są zobligowani przynależnością partyjną?
    A Karta oczywiście do wywalenia tak jak wszystkie takie karty.
    Pozdrawiam,
    Marek

    OdpowiedzUsuń
  13. Witaj Stary Niedźwiedziu.
    Zgadzam się w całości z twoimi propozycjami zmian w polskim systemie edukacyjnym.Praktycznie niewiele potrzeba,żeby przywrócić normalność.Ale jak to zwykle bywa.Niewiele to często także za dużo.Chociażby ta nieszczęsna Karta Nauczyciela.Znajdzie się taki desperat co ją zlikwiduje?
    Ale jak zwykle,pozostaje wiara i nadzieja.
    Z okazji zbliżających Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci wszelkich łask Bożych od Nowonarodzonego Dziecięcia.A szczególności zdrowia i wytrwałości w nawracaniu na NORMALNOŚĆ.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń