czwartek, 20 grudnia 2012

Edukacja - obowiązek, przywilej czy prawo? cz.II.

Drugą część moich uwag na temat sensownego kierunku zmian w polskim systemie edukacyjnym musze rozpocząć od pewnej anegdoty.
Podczas odbywającej się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ogólnopolskiej konferencji branży technicznej, w której pracuję, wieczorne rozmowy przy lampce wina dotyczyły głównie kwestii przyjęcia Polski do NATO oraz eurokołchozu. Gdy pewien euroentuzjasta zaczął głośno zastanawiać się jakie to warunki musi spełnić ta dzika Polska aby Euroland łaskawie przyjął ją do swojego grona, profesor Bożenka K-P, będąca świeżo po dłuższym pobycie w Niemczech nie wytrzymała. I wyośliła oczywistą prawdę w prostych żołnierskich słowach/;
-Zapamiętajcie sobie matoły że ta cudowna Europa przyjmie nas dopiero wtedy gdy polskie szkolnictwo wszystkich szczebli zostanie zdemolowane do tego stopnia że na rynku pracy Polak nie będzie stanowić wielkiego zagrożenia dla Niemca, Francuza czy Włocha!
Praktyka prawie dwudziestu lat „reformowania” (a raczej deformowania) polskiego szkolnictwa dowiodła że Bożenka okazała się Kasandrą. Co jak niedawno powiedziała, ani trochę jej nie cieszy.
A mówiąc już całkiem poważnie, aby sformułować choć zarys pożądanego stanu edukacji (do którego dojście nie będzie szybkie ani łatwe) należy odpowiedzieć na trzy zasadnicze pytania:
•    kto powinien być objęty tym systemem
•    jakie szkoły na poszczególnych szczeblach kształcenie powinny istnieć
•    w jakie wydatki na cele edukacyjne budżet państwa powinien się angażować
Odnośnie punktu pierwszego, zdecydowanie odrzucam zarówno model w którym edukacja jest przywilejem za który uczący się musi płacić jak i eurosocjalistyczne dyrdymały głoszące że liczy się ilość. A wiec skoro co drugi młody Europejczyk ma wkrótce legitymować się dyplomem wyższych studiów to maturę ani chybi będzie musiał mieć każdy.
Uważam że każdy powinien mieć PRAWO do nauki ale jednocześnie aby móc z niego korzystać, chętny musi wywiązywać się z  OBOWIĄZKÓW które korzystanie z tego prawa na niego nakłada..
Skoro szkoła istnieje po to aby się w niej czegoś nauczyć (dla konserwatysty jest to oczywistość, dla socjalisty czy jakiegoś skretyniałego do imentu „wolnościowca” zapewne szok), osoby pojawiające się tam głownie po to aby rozrabiać i stwarzać nauczycielom problemy powinny być z grona uczniów eliminowane. Pozostanie w klasie na drugi rok jako żółta kartka a relegacja w przypadku recydywy jako czerwona. Nie może być bowiem tak że nauczyciel koncentruje swój wysiłek na przeciągnięciu do następnej klasy dwóch chuliganów lub matołów a dwadzieścia osób na tym cierpi bowiem nie nauczy się tego czego by mogła gdyby nauczyciel zgodnie z elementarną logiką skoncentrował swój wysiłek na nich. Tak samo bezlitośnie tępione powinny być zachowania w rodzaju fizycznego znęcania się nad osobami słabszymi czy przynoszenie do szkoły narkotyków. Znalezienie takowych przy uczniu powinno automatycznie skutkować wydaleniem z „wilczym biletem”. A wszystkie moralne cwele i „zakon braci marychujanów” niech sobie unisono wyją do księżyca. Szkoły muszą stać się znowu tym czym były kilkadziesiąt lat temu, zanim nie zaczęło przy nich majstrować pos-tępactwo.
Jakie szkoły powinny istnieć? Oczywiście poza podstawowymi i średnimi ogólnokształcącymi powinno się odbudować ze zgliszczy szkolnictwo zawodowe, czyli zasadnicze szkoły zawodowe dające swoim absolwentom status robotnika wykwalifikowanego oraz szkolnictwo średnie zawodowe (technika, szkoły ekonomiczne, gastronomiczne, krawieckie etc.). Zaś gimnazja należałoby zlikwidować tak szybko jak to tylko jest możliwe, Bowiem model ośmioletnia podstawówka plus czteroletnie liceum sprawdzał się doskonale przez kilkadziesiąt lat i został w mojej o cenie z premedytacją zniszczony przez sabotażystów którzy w nagrodę powinni mieć dożywotni zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji w administracji państwowej. No może z wyjątkiem szatniarza czy operatora mopa.
Pozwolę tu sobie na osobistą refleksję. Byłem ostatnim rocznikiem kończącym jeszcze siedmioklasową podstawówkę i nigdy nie odnosiłem wrażenia że jej program był przeładowany. Przy założeniu że edukację rozpoczyna dziecko mające około siedmiu lat, w systemie 7+4 zdawałoby ono maturę mając osiemnaście lat. Nie wydaje mi się aby jedenaście lat nauki było zbyt krótkim czasem na zdobycie odpowiedniej wiedzy ale nie upieram się przy tym postulacie a system 6+4 i tak byłby bez porównania lepszy od dzieła sabotażysty (ło)Buzka.
No i wreszcie trzecia sprawa. Czyli kwestie finansowe a zwłaszcza problem statusu właścicielskiego szkół wszystkich szczebli oraz zakresu ingerencji budżetu państwa.
Jak już wspomniałem, jestem zwolennikiem powszechnego dostępu do edukacji tych młodych ludzi którzy naprawdę chcą się uczyć. Dlatego też popieram instytucje bonu oświatowego czyli po prostu finansowania z budżetu nauki tych osób którym warto takiej pomocy udzielić. Jeśli kogoś nie przekonują chrześcijańskie pobudki zajęcia takiego a nie innego stanowiska, niech weźmie pod uwagę fakt że osoba która zdobyła jakiś zawód i wykonuje pracę pożyteczną dla ogółu, płacąc podatki zwróci kwotę zainwestowaną w jej edukację. Takie stanowisko ktoś złośliwy może nazwać „kolektywizmem”. Ale jako konserwatysta tego typu epitety mam w pogardzie bowiem nie kryję się z tym że gardzę doktrynami stawiającymi na piedestale parszywy egoizm podniesiony do rangi najwyższej cnoty. Jeśli ktoś w dążeniu do „samorealizacji” ma poniżej pleców przyszłość swojego kraju to ja takiego człowieka mam w dokładnie tym samym miejscu. Niezależnie od tego czy jest to zidiociały anarchista łżący w żywe oczy że jest liberałem, narkoman pragnący zamienić Polskę w jeden gigantyczny burdel czy infantylny babsztyl walący grzechotką o ziemię i wyjący że ma być tak jak „bobo cie” i basta
Status właścicielski szkół podstawowych i średnich nie jest dla mnie problemem najistotniejszym. Po drastycznym odchudzeniu urzędniczej „czapy” krępującej nauczycieli i zawalającej ich idiotyczną papierkową robotą mogłoby się okazać że prywatny właściciel przyjmujący do nauki dzieci finansowane bonem oświatowym może „wyjść na swoje”. Analogicznie do Niepublicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej które z jednej strony zapewniają ludziom podstawową opiekę medyczną a z drugiej umożliwiają właścicielowi godziwą egzystencję. Oczywiście nie mam nic przeciwko szkołom z wysokim czesnym dla tych młodych ludzi których rodzice mogą sobie na taki wydatek pozwolić. Ale powinny one powstawać OPRÓCZ a nie ZAMIAST szkól dla osób z niezamożnych rodzin.
Ważna sprawą jest weryfikacja poziomu nauczania w szkołach. Jak to zasugerował Marek1Taki w dyskusji pod pierwszą częścią tych rozważań, państwowy egzamin weryfikujący wiedzę i umiejętności jest niezbędny w celu weryfikacji jakości pracy szkoły. Tak samo uważam za wskazane ustalanie nieprzesadnie wywindowanego w górę minimum programowego. Rzecz jasna powinno ono obowiązywać z dziesięć lat aby nauczyciele mogli na jego podstawie układać stabilne programy szkolne których nie wywracałby do góry nogami fakt że w kolejnej koalicji rządowej oświata trafiła w ręce wyjątkowych idiotów.
W przypadku szkół wyższych stan obecny jasno wykazuje że nawet mierne szkoły państwowe jakąś działalność badawczą jednak prowadzą. Czego nijak nie da się powiedzieć o co najmniej dziewięćdziesięciu kilku procentach szkół prywatnych. Szanuję te które nie „świrują” że przyświeca im inny cel i po prostu ograniczają się wyłącznie do dydaktyki. Jeśli z tego zadania wywiązują się należycie i rzetelnie kształcą fachowców znajdujących potem pracę w wyuczonym zawodzie bez wielkich problemów, wszystko jest w najlepszym porządku. Ale gdy słyszę o prywatyzacji takich uczelni jak choćby Uniwersytet Jagielloński czy Politechnika Warszawska, prawdę mówiąc przechodzą mnie ciarki. Bowiem oczami wyobraźni już widzę „prywatyzację zuchwała” w najgorszym stylu Lewandowskiego. Czyli przekazanie uczelni w ręce jakiegoś złodzieja który natychmiast sprzeda aparaturę badawczą za góra dziesięć procent jej ceny a opróżnione laboratoria wynajmie na biura lub magazyny. Dlatego dopóki nie zobaczę na własne oczy pomysłów prywatyzacji pozwalającej na kontynuację działalności badawczej, do pomysłów prywatyzacyjnych szkół wyższych będę się odnosić ze skrajną nieufnością.
Pozostała jeszcze kwestia pomocy dzieciom z najuboższych rodzin chcącym się uczyć. Swego czasu na różnych forach internetowych spotkałem się z gromami ciskanymi przez osoby uważające liberalizm za fundament swoich poglądów na tak zwane rozdawnictwo. Jeden z dyskutantów zarzucił m i że chcę go zmusić do „zapieprzania” na dzieci z rodzin patologicznych bowiem właśnie w tych kręgach dzietność jest najwyższa.
Z jednej strony na pewno nie zaakceptuję mechanicznego płacenia rodzicom dodatku na każde dziecko wedle najgorszych szwedzkich socjaldemokratycznych wzorów. Bowiem wtedy zastrzeżenia że pieniądze te „pójdą przelewem” (oczywiście nie międzybankowym ale przez gardło) stają się w zbyt wielu przypadkach zasadne. Ale jestem zwolennikiem takich form pomocy które dają praktycznie pewność że zostanie ona wykorzystana zgodnie z intencjami pomagającego.
Liberalny ortodoks natychmiast powie że zadania takie powinny realizować prywatne fundacje a państwo nie ma prawa wydać ani grosza na taką pomoc. Polityka taka może mieć sens w społeczeństwach bogatych gdzie obszar biedy jest niezbyt rozległy a proporcje pomiędzy potrzebami a funduszami ofiarowanymi na ich zaspokojenie przez prywatnych darczyńców istotnie pozwalają scedować taką pomoc na fundacje charytatywne. W Polsce taki pomysł uważam za koronny przykład utraty kontaktu z rzeczywistością na tle liberdogmatycznym. Dlatego budżety państwa czy samorządu muszą się takiej działalności podjąć bo nikt inny tego nie zrobi.
Oczywiście jak już wspomniałem, mam na myśli takie formy pomocy jak obiady w szkolnej stołówce (niestety dla wielu dzieci jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia). Miejsce w internacie, bilet miesięczny na dojazdy do szkoły etc. Rodzice ubodzy ale porządni na pewno się na taką pomoc nie obrażą. A że hołota podniesie wrzask że ma być gotówka do ręki? Mam to dokładnie w tym samym miejscu w którym talibowie negujący groźbę zapaści demograficznej mają Polskę.

Ale wszelkie próby naprawy edukacji na jakimkolwiek szczeblu skazane są na niepowodzenie w przypadku sabotowania zmian przez wykonawców. Mam tu na myśli nauczycieli którzy czują się dobrze w istniejącej rzeczywistości, podpierają się Kartą Nauczyciela i za rzecz oczywistą uważają że zarobki powinny zależeć od wysługi lat i zdobywania kolejnych dziwacznych stopni zawodowych a nie od  jakości świadczonej pracy i zaangażowania się w takową. A więc pełen zapału absolwent wyższej uczelni, chcący młodzież czegoś nauczyć i dysponujący na ogół wiekszą wiedzą od starych wyjadaczy musi z definicji zarabiać od nich mniej. Prawo zmuszające pracodawcę do podnoszenia kucharzowi zarobków wraz ze zwiększającą się wysługą lat, niezależnie czy jest wirtuozem patelni czy "asfalciarzem" każdy uznałby za nonsens. Zatem chyba warto wzorem Żelaznej Damy zrobić porządek z efektami działalności rozpasanych związków zawodowych również w tej sferze życia. A Ponuremu Grabarzowi, stałemu komentatorowi i miłemu gościowi "Antysocjala" serdecznie dziękuję za zwrócenie uwagi na tak istotną sprawę.


Stary Niedźwiedź

22 komentarze:

  1. Czcigodny Niedźwiedziu,

    gdy czytam Pana artykuły o poziomie szkolnictw i uczącej się (khm, czy to właściwe słowo?) młodzieży, przychodzi mi na myśl postać wybitnego rosyjskiego generała sprzed 250 lat Michała Kutuzowa. Jako szesnastolatek nie tylko ukończył szkołę wyższą, ale też pozostał w niej jako wykładowcza matematyki. A dziś? Na youtube'owym kanale "Matura to bzdura" maturzysta (sic!) na pytanie ile to jest 1 - (-1) odpowiada "minus siedem".
    pozdrawiam i życzę radosnych Świąt Bożego Narodzenia - tak Panu, jak i wszystkim gościom Antysocjala

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Refaelu
      Dałeś przykład jednostki wybitnej która w tamtych czasach odnalazła się w ówczesnym systemie edukacyjnym. A dzisiaj mamy klasyczne potwierdzenie aforyzmu Stefana Kisielerwskiego że ilość może przejść jedynie w bylejakość.
      Serdecznie dziękuję w imieniu Szanownych Gości i swoim za życzenia. I z wielką przyjemnością je odwzajemniam.

      Usuń
  2. Czcigodny Stary Niedźwiedziu,
    Przedstawiłeś dobrze przemyślaną receptę na system edukacji, z którą się generalnie zgadzam. Bon oświatowy ograniczyłbym jednak do szkoły podstawowej i pierwszego szczebla ponadpodstawowej. W moim przekonaniu studiować powinny osoby zdolne, które otrzymają stypendium, albo osoby, które na to stać, albo osoby pracowite, które łączą naukę z pracą. Bezpłatne studia fundowane przez budżet państwa to wylęgarnia darmozjadów, lewaków, aktywistów o mentalności związków zawodowych. Niektórzy studenci potrafią już w czasie nauki znaleźć pracę i rozpocząć karierę zawodową, a inni bawią się, umacniają lewacki światopogląd, a potem narzekają, że państwo zawiodło, bo nie załatwiło im pracy, mieszkania itd.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    2. Czcigodny Dibeliusie
      Twoja propozycja trafia do mnie. O ile dobrze Cię zrozumiałem, na kierunkach studiów sensownych z punktu widzenia potrzeb państwa i gospodarki powinna istnieć pewna pula stypendiów (jak na razie w przeważającej większości państwowych) a chętni zdawaliby egzamin konkursowy. To gwarantowałoby możliwość studiowania osobom zdolnym z biednych rodzin. A poza tym studia płatne. Bo zgadzam się z Tobą że następcy niejakiej Środy potrzebni są niczym czyrak poniżej pleców. Chcą się bawić w lewactwo, eutanazizm, feminazizm czy zoologiczny antychrystianizm (bo już islam jest wporzo, spoko i ciool) to niech to robią za swoje pieniądze. I nie kwiczą potem że z takimi "kwalifikacjami" nie znajdą żadnej sensownej pracy.
      A co się tyczy szkolnictwa ponadpodstawowego, powinien istnieć tylko jeden jego szczebel. Bo posprzątanie po Buzku to najbardziej paląca sprawa.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Czcigodny Stary Niedźwiedziu,
      Warunkiem stypendium byłby egzamin konkursowy oraz utrzymanie przyzwoitej średniej ocen w trakcie studiów.
      Gimnazjum oczywiście należy zlikwidować. Pisząc o pierwszym szczeblu miałem na myśli liceum lub szkołę zawodową. Bon oświatowy obowiązywałby tylko raz. Gdyby ktoś po skończeniu szkoły zawodowej zdecydował się na liceum - musiałby już w tym wypadku płacić.
      Serdecznie pozdrawiam

      Usuń
    4. Czcigodny Dibeliusie
      Znowu jesteśmy zgodni. tak samo drugi kierunek studiów powinien być odpłatny.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Szanowny Stary Niedźwiedziu!
    Trudno się nie podpisać pod Twoim wywodem. Można się oczywiście zastanawiać - tak jak to zresztą piszesz - co do ilości klas, można nad zakresem egzaminów, formą edukacji czy resocjalizacji dla uczniów wyrzuconych ze szkoły i wskazaniami do wyrzucenia. Myślę, że większość nauczycieli poradzi sobie z uczniami, samozatrudnieniem i programem nauczania bez pomocy urzędników. Tym bardziej, gdy nie będzie tej pomocy.
    Kwestia czy płacić na cudze dzieci jest ważna i powinna być podkreślana, bo to nie jest tak, że pieniądze na naukę biorą się z powietrza, a oczekiwania tzw. demokratycznej większości do tego się sprowadzają. Moja motywacja w tej sprawie bierze się nie tyle z altruizmu ile z pragmatyzmu. Nie widzę innej możliwości przejścia z systemu całkowicie państwowego do całkowicie prywatnego. Nie ze wzgl. na nauczycieli. Ze względu na społeczeństwo przyzwyczajone do socjalizmu.
    Dodałbym sprawę, może oczywistą ale nie poruszoną wprost, że rodzic mógłby dysponować bonem oświatowym ale i do niego dopłacić, gdy uzna, że szkoła jest tego warta. Obecnie takiej możliwości nie ma, dzieci w szkołach prywatnych nie korzystają z dobrodziejstw państwa opiekuńczego a ich rodzice płacą na szkolnictwo niejednokrotnie więcej niż przeciętnie.
    Co do uczelni z tradycjami jak np. Uniwersytet Jagielloński, uważam, że nie ma dobrego rozwiązania. Brak jest sponsorów, zdolnych do działań w interesie Polski w skali dużej uczelni, a tym bardziej potencjalnych nabywców. Pozostawienie w rękach państwa to konieczność komisarycznego zarządu przez polskiego Mc Cartyego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Marku
      Pełna zgoda co do tego że to właśnie konserwatywny pragmatyzm nakazuje wprowadzić bon oświatowy aby jak najwięcej młodych ludzi zdobyło kwalifikacje (odbudowa szkolnictwa zawodowego to nie mniej pilne zadanie) i w przyszłości mogło wykonywać jakąś pożyteczną pracę a nie wałkonić się i trąbić hejnał na ławeczce przed sklepem.
      Jakieś egzaminy państwowe są konieczne aby eliminować z obiegu oszustów chcących prowadzić tego typu fabryki dyplomów co obecne Wyższe Szkoły Pieprzenia w Eurobambus.
      Odnośnie wyższych uczelni z tradycjami i niekwestionowanym dorobkiem też na razie nie widzę dobrego rozwiązania. Bo pomysły aby je na siłę prywatyzować bo tak nakazuje idea, przypominają dowcip o alpiniście debilu. Który wisząc nad przepaścią i trzymając się liny, postanowił na chwilę ją wypuścić aby popluć w ręce.
      A o polskim Mc Carthym, Franco czy Pinochecie to na razie możemy sobie pomarzyć.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  4. Masz wiele racji w kwestii reform edukacji. Ja bym ograniczyła obowiązek edukacji do podstawówki, zaś potem jak kto chce. A jak nie chce się uczyć niech szuka innych recept na życie. Całkowita odpłatność za naukę nie ma szans w społeczeństwie na dorobku jak nasze, bo nam się musi wykształcić klasa średnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodna Erinti
      Jestem za bonem oświatowym w szkołach ponadpodstawowych dla tych wszystkich którzy chcą się uczyć i wybierają sobie kierunek nauki nie kolidujący drastycznie z ich predyspozycjami. Dziewczyna mdlejąca na widok krwi nie może zostać pielęgniarką a osoba mająca problemy z arytmetyką księgowym. Znacznie lepiej będzie jeśli osoby takie zostaną na przykłąd dobrymi fryzjerkami czy kucharzami.
      Co do klasy średniej, masz sto procent racji. Trzeba ją odbudowywać w pocie czoła.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Masz rację, Stary Niedźwiedziu zacny. Nie każdy się nadaje do każdego zawodu. Każdy z nas ma jakieś zdolności, predyspozycje i umiejętności. Należy je dobrze wykorzystać, a nie zmuszać ludzi by wpasować się w jakieś dziwne ramy, niczym na łożu Prokrusta.

      Usuń
  5. Te propozycje wypadają zapewne lepiej niż to co mamy obecnie. Z całą pewnością skłaniają do zastanowienia, zwłaszcza w kwestii prywatyzacji.
    jednakże muszę powiedzieć, że reformowanie socjalizmu nie ma sensu na dłuższą metę i należy z tym świństwem po prostu skończyć.
    Zacznijmy od mitu naszego ubóstwa.
    kilka lat temu mieszkałem w pobliżu prywatnego liceum. Czesne wynosiło 250 zł na miesiąc, dotacja na ucznia w moim byłym państwowym liceum wtedy wynosiła 2200 zł za rok szkolny, czyli 220 zł miesięcznie. Niewiele mniej. Dodajmy, że warunki były nieco lepsze po stronie liceum prywatnego (mniejsze klasy, opcje zajęć dodatkowych i przede wszystkim czysto i ciepło).
    Tak więc, taniej jest zapłacić szkole bezpośrednio zamiast przeprowadzać kasę przez cały łańcuch pośredników (obniżyć podatki!). Zgadzam się, jesteśmy biedni. Właśnie dlatego nie stać nas na kiepskie państwowe szkoły.

    Nie da się obronić ,,chrześcijańskiego" charakteru podatku na szkołę dla biednych dzieci. Miłosierdzie czynione pod przymusem nie jest żadnym miłosierdziem.

    Jeżeli państwo ma zapewniać szkoły dla biednych to musi mieć to charakter transakcji. Moralnie i praktycznie uzasadnione są dla mnie szkoły podstawowe uczące podstaw, pozwalających podjąć jakąkolwiek pracę. Dobrym pomysłem jest fundowanie quasi-wojskowych stypendiów w szkołach zapewniających podstawy wyszkolenia wojskowego, we współpracy z jednostkami wojskowymi. Młody człowiek z ubogiej rodziny uczyłby się ,,za darmo" pod warunkiem obowiązku pozostawienia w rezerwie mobilizacyjnej. Miałby priorytet w przypadku chęci podjęcia kariery wojskowej. Tanim kosztem zwiększylibyśmy kilkakrotnie nasze bezpieczeństwo.
    podobnie można by uczynić z innymi profesjami przydatnymi w armii lub administracji państwowej- pielęgniarki (dawniej dobre licea medyczne dla dziewcząt, które przygotowywały znacznie lepsze pielęgniarki, niż po 3 letnim licencjacie), mechanicy, logistycy, technicy. Prawdopodobnie mielibyśmy kilkaset tysięcy stypendystów. Byłoby to także wyróżnienie podnoszące prestiż ludzi z biednych rodzin i zapewniłoby równiejsze szanse w konkurencji z bogatymi.

    Zasada kierowania się dobrem naszego kraju powinna dotyczyć prywatyzacji wyższych uczelni. Przede wszystkim finansowanie zależałoby od udowodnienia celu ,,praktycznych" badań dla dobra państwa. W kwestii badań teoretycznych to należy oczywiście przeznaczyć na to pewną sumę, bo teoria zawsze poprzedza praktykę.
    Powstałaby konkurencja- np. państwo ogłosiłoby przetarg na wynalezienie szczepionki albo czołgu.

    Jeżeli chodzi o formę własności to zgadzam się, że nie należy prywatyzować w formie pana Lewandowskiego. Mnie marzyłoby się by najlepszymi uczelniami kierowały fundacje, złożone ze społeczników, jak w Wielkiej Brytanii.
    Takie fundacje mogłyby przejmować stopniowo zarządzanie najlepszymi wyższymi uczelniami.

    Jeżeli chodzi o programy nauczania, to powinny być zniesione w przypadku większości szkół i kierunków. Można (a czasami należy) utrzymać system państwowych egzaminów.
    Jeżeli chodzi o podstawówki (8 letnie oczywiście) to powinniśmy brak przykład z Holendrów. 16- latek mówiący 2 językami to tam norma. I on faktycznie mówi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Slavomirze
      Stypendias na kierunkach potrzebnych z punktu widzenia państwa to dobry pomysł. A [przy okaxji rozwiązuje problem zdolnej młodzieży z ubogich rodzin. Ale nie należy ich ograniczać w myśl liberalnej ortodoksji do branż "mundurowych". Bo dobrzy nauczyciele (w Japonii prestiż tego zawodu od ponad stu lat jest bardzo wysoki) czy lekarze są znacznie bardziej potrzebni niż wojacy których obecnie nawet armia Łukaszenki by pogoniła.
      Brytyjski model szkolnictwa wyższego wygląda kusząco. Tyle tylko że jak do tej pory prywatyzacja czegokolwiek w Polsce z wyjatkiem Zakładów Opieki Zdrowotnej (czyli mówiąc po ludzku przychodni) to tak zwana "preywatyzacja zuchwała". I dlatego odnoszę się do prywatyzacji uczelni państwowych (którym jak do tej pory prywatne do pięt nie dorastają) z najwyższą nieufnością.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Szanowny Stary Niedźwiedziu!
      W kwestii prywatyzacji państwowych przychodni to nie wiem czy była to prywatyzacja zuchwała, ale zapewniam, że o żadnych przetargach nie było mowy. Była to prywatyzacja po uważaniu.
      Po zastanowieniu nad wypowiedziami Twoimi i Sławomira skłonny jestem raczej do poparcia stypendiów dla szkół średnich na podstawie najlepszych wyników egzaminu po szkole podstawowej. Powyżej I odchylenia standardowego mamy kilkanaście procent populacji. To tę młodzież warto wspierać w dążeniu do zdobywania nauki. Zastanawiam się ewentualnie nad szkolnictwem zawodowym - dwuletnim. Studia jednoznacznie powinny być płatne. Najzdolniejsi maturzyści zawsze mogliby liczyć na stypendium prywatnej fundacji. Za to na pewno kryzys demograficzny by się oddalił, ponieważ dziewczęta zamiast tracić czas na studiowanie zarządzania i administracji mogłyby poszukać męża, który zapewniłby im utrzymanie, i miałyby szansę go znaleźć bo zajmowałby się pracą w świecie realnym, a nie w przestrzeni bytów administracyjnych.

      Usuń
    3. Czcigodny Marku
      Może za trzydzieści lat powstaną jakieś fundacje prywatne mogące finansować stypendia dla jakichś kilkunastu procent ludzi zdolnych a niezamożnych spośród ogółu studentów. Ale obecnie takich fundacji najzwyczajniej nie ma. I dlatego na razie jestem zwolennikiem stypendiów z funduszy budżetowych lub samorządowych. Oczywiście nie na wszystkich kierunkach studiów. Bo za jakieś "bambusologie" niech chętni płacą z własnej kieszeni.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. zajmijmy się pewnymi tezami po kolei. Podobno programów stypendialnych nie należy ograniczać w myśl liberalnej ortodoksji do branż "mundurowych". Zgadzam się. Możemy też szkolić urzędników, bo zawodowa, profesjonalna administracja, nie krewni wybrani przez polityków będzie stanowić o rozwoju państwa. Powinniśmy szkolić nawet trochę więcej ludzi niż miejsc pracy, by stworzyć presję i konkurencję. Ale urzędników powinno być znacznie mniej niż obecnie. Kilkakrotnie mniej.
      Płacenie za czyjąś naukę w przypadkach innych niż ścisły związek z zadaniami państwa jest bezcelowe i tak naprawdę wyrządzi większości z tych ludzi szkodę.
      weźmy dowolny przykład- lekarzy, prawników, inżynierów,to obojętne. Reguły wolnego rynku powodują,że tam gdzie płace i prestiż jest duży tam będzie więcej chętnych i nie ma problemu z podażą, o ile nie jest ograniczona korporacjami czy licencjami. osobiście jest mi najgłębiej obojętne czy leczy mnie lekarz wywodzący się z bogatej czy biednej rodziny. Nie ma to znaczenia tak długo jak ten lekarz jest dostępny. Tak więc ludzie sami zapłacą gruba kasę by móc wykonywać te zawody. Nie ma potrzeby by płacić komuś za studia. To tak jakby państwo otworzyło własne piekarnie i rozdawało chleb za darmo, co przynajmniej oznacza, że część trafi do biednych. Tymczasem państwo szkoli kadry dla wielkich korporacji, banków. Specjalistów z pomocy których biedni często nie mają możliwości skorzystać.

      po co rozwiązywać problem nieistniejący? Bo ktoś ma ochotę zostać lekarzem? A gdzie tu interes publiczny? pytam się: po co szkolić lekarzy gdy tysiące ludzi o niczym innym nie marzą mając środki na studia?

      inna sprawa gdyby lekarzy miało zabraknąć, ale póki co nam to nie grozi.

      druga sprawa: darmowe szkolenie oznacza wyrządzenie krzywdy większości ludzi. Nawet jeżeli państwowe szkolenie uczyłoby czegoś i gdyby przyjąć do wiadomości, że szkoła miałaby czegokolwiek uczyć. Pamiętamy przecież, że na początku średniowieczna edukacja wyższa, sponsorowana przez monarchów, czyli praktycznie kieszeń prywatną, obejmowała 4 ,,kierunki" prawo (bo byli potrzebni urzędnicy), medycynę, najbardziej prestiżową teologię i ,,sztuki wyzwolone". nikt nie oczekiwał, że na studiach dowie się jak budować katedry...

      Powtórzmy: w szkole, a w szczególności w polskiej szkole niezwykle trudno się nauczyć czegoś przydatnego na rynku. sam Stary Niedźwiedź pisał o chemikach- jak rozwalono wielki przemysł to nawet ciężko załatwić studentom dobre praktyki.

      do tego dochodzi problem podaży i popytu. Państwo nigdy nie wyliczy ilu będzie potrzeba specjalistów w gospodarce. dlatego na wiele miejsc przypada kilkaset osób. Podatnicy stracili kilkadziesiąt tysięcy złotych za jedną osobę. Osoba ta nie znajdzie pracy w swoim zawodzie, bo jej po prostu w gospodarce nie ma.
      Państwo płaci naprawdę niezłe stypendia na ,,kierunki zamawiane". Urzędnicy zapowiedzieli, że będzie na potrzeba dużo inżynierów czy biotechnologów. Pożyjemy, zobaczymy. Jak do tej pory centralne planowanie nigdy się nie sprawdziło. Skoro urzędnicy demokracji ludowej nie przewidzieli ile trzeba wyprodukować butów czy chleba to nie wiem skąd urzędnicy demokracji parlamentarnej wiedzą ilu należy wyprodukować inżynierów.

      Życie większości młodych ludzi będzie cięższe po darmowych studiach. To strata kilku lat życia gdy siły i zdrowie są największe. Dlatego po skończeniu studiów znajdują się w gorszej lub takiej samej sytuacji co rówieśnicy, którzy zajęli się zarabianiem pieniędzy i zdobywanie doświadczeń. Gdyby podatnik nie zafundował mi studiów to teraz bym miał kilka działek budowlanych albo dom budował... niestety trzeba było zaczynać od zera w wieku 24 lat.

      Usuń
  6. Witaj Stary Niedźwiedziu,

    Jednak najlepsze założenia jako minister edukacji miał Giertych. Szkoda, że później sie zeszmacił. Tak sie dobrze zapowiadał jako polityk.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodna Pelargonio
      W szkolnictwie podstawowym i średnim najpilniejsze w mojej ocenie zadania to:
      1. Likwidacja kretyńskiej papierkowej roboty.
      2. Wywalanie na zbity pysk tych wszystkich zadymiarzy którzy do szkoły przychodzą nie po to żeby się uczyć.
      3. Przywrócenie dyscypliny i normalności w relacjach nauczyciel - uczeń.
      4. Wprowadzenie niewygórowanych minimów programowych obowiązujących przez wiele lat oraz umożliwienie nauczycielom stwarzanie długofalowych sensownych programów nauczania. Bez żadnych ministerialnych nacisków aby na lekcji historii koniecznie zająć się cesarzem Hadrianem bo przecież on był pedałem.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Stary Niedźwiedziu,

      Przejrzyj pocztę:)
      Pzdr

      Usuń
  7. Witaj Stary Niedźwiedziu.
    Zgadzam się w całości z twoimi propozycjami zmian w polskim systemie edukacyjnym.Praktycznie niewiele potrzeba,żeby przywrócić normalność.Ale jak to zwykle bywa.Niewiele to często także za dużo.Chociażby ta nieszczęsna Karta Nauczyciela.Znajdzie się taki desperat co ją zlikwiduje?
    Ale jak zwykle,pozostaje wiara i nadzieja.
    Z okazji zbliżających Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci wszelkich łask Bożych od Nowonarodzonego Dziecięcia.A szczególności zdrowia i wytrwałości w nawracaniu na NORMALNOŚĆ.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Józefie
      Masz oczywiście rację podkreślając jak wielkiego wysiłku wymaga przeprowadzenie tych w końcu nie tak wielkich zmian. Czyli w dużej mierze powrót do tego co działało i się sprawdziło a zostało zepsute przez sabotażystów łaszącym się nowym panom, tym razem spod znaku złotych gwiazdek na niebieskim tle.
      Pięknie dziękuję za życzenia i z całego serca je odwzajemniam. A kilka moich refleksji na temat tych dni zamieszczam w nowym wpisie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń