sobota, 6 sierpnia 2016

Te z Wenus i ci z Marsa

Żaden konserwatysta nie wpadnie na pomysł powielania budzącego politowanie antyfeminizmu agenta w muszce, który z oślim uporem bredzi, że kobiety są niezdolne do myślenia. A przecież taka diagnoza może być słuszna jedynie w stosunku do tej garstki masochistek, które mimo tego traktowania ich jak podludzi, ciągle jeszcze na niego głosują. Najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego w życiu miałem przyjemność i zaszczyt poznać, jest poza dyskusją Milom. Mnie i kolegów początkowo dołowała świadomość, że w czasie naszych arcyciekawych dyskusji my musieliśmy wykorzystywać tak ze 110% naszych możliwości intelektualnych, a jej chyba wystarczyło sięgać po jakieś 10%. Ale potem nauczyliśmy się traktować to jak obiektywne zjawisko przyrody, typu kierunek obrotów Ziemi dookoła swej osi, na które nie mamy żadnego wpływu. I wtedy problem zniknął. Natomiast co się tyczy durniów, skończonych można spotkać i wśród mężczyzn, i wśród kobiet. Niedawno dyżurny debil polskiej sceny politycznej, zapytany przez dziennikarzy o stanowisko „nowoczesnych banksterów” w sprawie aborcji, dał kolejny popis swej erudycji. Bo powiedział, że jest to sprawa światopoglądu. Więc nie będzie dyscypliny klubowej, gdyby doszło do głosowania na temat dopuszczalności aborcji między DWUNASTYM A DWUDZIESTYM MIESIĄCEM  CIĄŻY. Zatem nie tylko maturę, ale i świadectwo ukończenia szkoły podstawowej musiał nabyć na rynku wtórnym. A z kolei kilka dni temu na blogu „Natrętna bezmyślność” (czy jakoś podobnie) niejaka „Marzena” , nie będąca w stanie pojąć że grafomania jest bardzo nędznym substytutem talentu a świstek ukończenia jakiegoś operetkowego wydziału uniwerku nie jest żadnym substytutem mózgu, zalecała pójście na spacer podczas burzy z piorunami! Gdy czcigodny Grover (pozdrawiam serdecznie) usiłował wytłumaczyć debilce, czym to grozi, został chamsko zaatakowany przez inną bezmózgą pindę a przez blogmasterkę wyproszony z blogu. Dobre i to, że idiotka przerobiła swój stek bzdur dopisując potem na końcu swoich wypocin, zapewne po desperackim guglowaniu hasła „piorun”, że uderzenie takowego może być niebezpieczne. Niewykluczone, że za rok dotrze do niej, że w Polsce w lecie jest dużo cieplej, niż w zimie.
Ale poza niekwestionowanymi różnicami między obydwoma płciami w budowie anatomicznej (i chwała Stwórcy za nie!) oraz fizjologii, istnieją też bardziej istotne różnice w psychice. I temu zagadnieniu chcę poświęcić kilka słów.
Dla kobiety najważniejsze na świecie jest jej dziecko lub dzieci. Wyjątkami od tej reguły może być jedynie tak skrajna patologia, jak „mama Madzi”. Która jak wiadomo, zabiła swoją córeczkę, gdyż przeszkadzała jej w balowaniu i kurwieniu się. Jedyny znany mi przypadek prób obrony tego bydlęcia to brednie satanistycznej pkurwy, która jest „lepsza”, bo współuczestniczyła w zabójstwie co najmniej dwójki swoich dzieci. Ale każda kobieta o niepatologicznej psychice gotowa jest do największych poświęceń, gdy chodzi o życie czy zdrowie jej dziecka. I dlatego mężczyzna starający się o względy kobiety z dzieckiem, musi sobie zdać sprawę ze swojego miejsca w szeregu. Oraz tego, że bez zdobycia co najmniej sympatii tego dziecka, jego starania są bez szans.
Mój przyjaciel, czterdziestoletni rozwodnik wychowujący szesnastoletnią córkę, zakochał się do imentu w dwudziestoczteroletniej rozwódce (typowa polska historia: katolicki ślub, mąż pijak i brutal, rozwód „państwowy”) z czteroletnim synkiem. Okazało się, że on też nie jest jej obojętny, ale spowiednik kazał jej natychmiast zerwać tę „grzeszną znajomość”, zanim nie dojdzie do „grzechu śmiertelnego”. Na wszelkie propozycje wspólnych wakacji odpowiadała, że nie może zostać jego utrzymanką. Gdy się o tym dowiedziałem od jego córki (zadzwoniła do mnie w tonacji „wujek, ratuj ojca i tę dziewczynę!”), dałem mu klucze do mojego domku na Mazurach, poleciłem wytłumaczyć jej, że skoro domek mają za darmo to nie będzie niczyją utrzymanką. I spytałem, czy pamięta zakończenie „Seksmisji”. Miałem, nosa, bo chłopczyk przyssał się wręcz do przyjaciela, kąpał pod jego opieka w jeziorze, zbierał kurki i jagody, a radość z pierwszych w życiu wakacji wręcz go roznosiła. Widząc to wszystko, pani ta przestała się bronić przed uczuciem. Po powrocie do Warszawy okazało się , że jest w ciąży. Zatem zapalnik z bomby został usunięty. Dalszy detoks był już łatwy. Są bardzo szczęśliwym małżeństwem, a stosunki na linii macocha – pasierbica to po prostu przyjaźń. Jeśli jakaś katoliczka typu młynek modlitewny (przy liturgiach też kręci się jak fryga i też tyle z nich rozumie, co ten kawałek drewna) ośmieliłaby się pyszczyć na temat mojego skromnego udziału w ratowaniu tych dwóch osób, zabiję debilkę śmiechem. A jej kauzyperdom nogi z pleców powyrywam, jeśli odważą się tu przyleźć i szczekać.
Znam też przypadek chirurga pediatry, z przekonań agnostyka. Który od pierwszego wejrzenia zakochał się w matce swojej kilkuletniej pacjentki, kobiecie również samotnie wychowującej dziecko po kościelnym ślubie i cywilnym rozwodzie. Przed i po operacji okazywał dziewczynce sympatię wykraczającą poza standard, ale o to nie sposób mieć do niego pretensji. Dopóki leczenie trwało, jak na dżentelmena przystało, nie pisnął tej pani ani słówka. Ale gdy było już wiadome ponad wszelką wątpliwość, że terapia zakończyła się powodzeniem, zaczął obydwie zapraszać na niedzielne wypady w ciekawe miejsca, a pani tej oświadczył już otwartym tekstem, co do niej czuje. Mała zachowała się wkrótce potem genialnie, bo podczas wspólnego obiadu spytała, czy pan doktor się z mamą ożeni. I to przesądziło sprawę. Dla porządku dodam (bo gdy mam za co pochwalić księdza katolickiego, zawsze to robię) że spowiednik tej pani pokazał klasę. Nie obraził jej ani jednym słówkiem i powiedział, że skoro ten pan tak bardzo jest jej i dziecku potrzebny, to proponuje wzięcie ślubu cywilnego, a ją zaprasza na duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych. Czyli można być jednocześnie księdzem katolickim, przestrzegającym ściśle obowiązujących go reguł, a zarazem umieć okazać współczucie i sympatię osobie bezdyskusyjnie na to zasługującej. A nie zionącym siarką i smołą tępym katabasem.
Natomiast co się tyczy męskiego punktu widzenia, w kręgach w których się obracam, dla mężczyzny najważniejsza jest kobieta, którą kocha. Spotkałem się dotychczas zaledwie z jednym wyjątkiem od tej reguły.
Syn znajomych, już po studiach, pracujący i nieźle zarabiający ale wtedy jeszcze mieszkający z rodzicami, zakochał się na zabój w licealistce z klasy maturalnej. Problem polegał na tym, że dziewczyna w młodości po ciężkim wypadku przeszła operację, skutkiem ubocznym której była pewność, że nigdy nie zostanie matką. Zatem rodzice dewoci i proboszczunio na chama próbowali zrobić z niej zakonnicę. Ona nie czuła ani trochę żadnego powołania, więc wmawiali jej, że musi iść do klasztoru, bowiem nie ma prawa UNIESZCZĘŚLIWIĆ żadnego mężczyzny, nie mogąc mu urodzić dzieci. Też udzieliłem kilku rad chłopakowi. Który po powtórnym przemyśleniu sprawy i upewnieniu się, że naprawdę chce z nią przejść przez życie (wytłumaczyłem mu, że w stosunku do dziewczyny która tyle już przeszła, nie ma mowy o jakiejkolwiek nawalance), oczyścił przedpole w domu. Bowiem rodzice po namyśle zrozumieli, co dla niego jest najważniejsze i pogodzili się z jego wyborem. Wtedy wysłał ich na działkę, sam zaprosił dziewczynę do domu i łagodnie a zarazem konsekwentnie doprowadził do tego, że przekroczyli Rubikon. Ale natychmiast po tym wyjął z szuflady pierścionek i się jej oświadczył. To ją wreszcie odblokowało. Jej rodzice wpadli w furię i do końca świrowali, sądząc że nakaz natychmiastowego opuszczenia domu ją złamie. Ale ona spakowała trochę rzeczy osobistych i podręczników, a on czekał na nią pod jej domem w samochodzie. Jego rodzice (matka katoliczka głęboka, ojciec – powierzchowny) przyjęli ją bardzo ciepło. Zwłaszcza matka pokazała, czym się różni prawdziwa katoliczka bardziej niż serio od żałosnej pseudokatoliczki z koziego podogonia. Szybciutko wzięli ślub (szczęśliwie od miesiąca była pełnoletnia). Obecnie dorobili się już własnego mieszkania i adoptowali dwójkę dzieci, które dzięki jej fachowej pracy nad nimi, w testach na inteligencję łapią się już w górnych strefach.
Gdy dwaj synowie mojego przyjaciela chirurga mieli po kilka lat, jego żona porzuciła jego i dzieci, wyruszając  w świat za jakąś wielka miłością. Na rozprawie rozwodowej na jego korzyść zeznawali nawet teściowie, zatem opiekę nad synami powierzono jemu, co jest niezwykłą rzadkością w praktyce polskiego sądownictwa rodzinnego. Z pomocą swojej mamy wychował ich, obydwaj ukończyli studia i obecnie pracują. Można by sądzić, że po takich doświadczeniach osobistych jego system wartości został zmodyfikowany. Nic z tego. Pewnego razu gościł dwóch swoich braci ciotecznych będących jezuitami. I przy herbatce pojawił się nieśmiertelny akademicki problem dyskusyjny. Czyli kogo ma ratować lekarz, jeśli podczas porodu nastąpią tak wielkie komplikacje, że niemożliwe jest uratowanie życia zarówno matki, jak i dziecka. Obydwaj księżą jezuici utrzymywali, że tu rzekomo nie ma dyskusji, bo priorytet dziecka jest ich zdaniem oczywisty. Gospodarz wtedy prawie się zagotował. I powiedział, że gdyby był ordynatorem położnictwa (jest specjalistą z innej dziedziny), jakiś lekarz odważyłby się tak postąpić, a analiza tego przypadku wykazałaby, że życie matki było do uratowania, stanąłby na głowie, żeby pracę takiego „świętojebliwego” (to jego słowa, a nie moje) na swoim oddziale zamienić w piekło.
Ciekaw jestem opinii Szanownych Czytelników, czy obracam się w szczególnym towarzystwie, czy też moje spostrzeżenia na temat męskich priorytetów mają większy stopień ogólności.

Sary Niedźwiedź

28 komentarzy:

  1. Pierwszy! :D

    Szanowny Stary Niedźwiedziu.

    To kolejno od najważniejszych:

    Priorytetowo ratowałbym matkę. I przyznam, że nie rozumiem tematu: bo tak mi mówi "serce" i czysto praktyczne, amoralne przemyślenie sprawy.

    "Usuwania zapalnika" w taki sposób nie popieram... 6ty "paragraf" ewidentnie przekroczony. Ale powiem tylko tyle, bo - jak już wcześniej u Państwa pisałem - nie ja jestem sędzią. Więc tylko stwierdzam ten fakt.

    Co do różnic płci: z tego co wiem, kobiety mają po prostu mniejszy rozrzut cech (to jest: bardziej zwartą krzywą Gaussa opisującą te cechy w populacji). W efekcie wśród skrajnie wybijających się jednostek - po każdej stronie - jest przewaga facetów.

    Z wyrazami szacunku,
    Jakub Trokowski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Jakubie
      Cieszę się, że w tym klasycznym problemie "matka czy dziecko?" tak jak i ja, uważasz to za pseudoproblem. A samo pytanie za absurdalne.
      Co się tyczy "rozbrajania bomby", specjalnie przytoczyłem te dwa przypadki. Uważam Bowiem, że kobiecie samotnie wychowującej dziecko po rozpadzie nie z jej winy małżeństwa, należy się współczucie, pomoc i sympatia. A zabrnianie jej związania się z mężczyzną, który jest również przez dziecko akceptowany i może jej w wychowaniu tegoż dziecka pomóc, to karanie jej za to, że już kiedyś została skrzywdzona. To najłagodniejsze określenie, jakiego mogę użyć, dosadniejszych mam pod dostatkiem.
      Ksiądz z drugiego przykładu wykazał wielką klasę. Nigdzie nie przekraczając obowiązujących go nakazów (tego od żadnego księdza nie mogę przecież oczekiwać), wskazał tej pani, jak pogodzić wodę z ogniem. I nie obraził jej ani słóweczkiem. Czyli wykazał KLASĘ.
      W pierwszym przykładzie było inaczej. Nie wspomniałem o tym, ale przyjaciel jest wiernym innego kościoła protestanckiego niż ja. Gdy ona mówiła o hańbie i nieślubnym dziecku, wyjaśnił jej, że w jego kościele jak najbardziej mogą wziąć ślub. Liturgia będzie inna, ale ślubu udzieli pastor, a nie czarownik w spódniczce z trawy i z kółkiem w nosie. Zaś na ścianie wisi krzyż a nie zasuszona głowa misjonarza. Nie wierzyła, pastor potwierdził, więc wzięła ten ślub przed Panem Bogiem, a nie przed magistrackim urzędnikiem w łańcuchu na szyi. A gdy po jakimś czasie poszła z mężem na nabożeństwo i przyjęła Ciało i Krew Zbawiciela, popłakała się. A wkrótce potem dokonała konwersji.
      I jeszcze ta statystyka. Wśród mężczyzn istotnie jest to klasyczny Gauss, czyli "wielbłąd jednogarbny". Natomiast zauważyłem ciekawe zjawisko odnośnie kobiet i umiejętności, które potocznie, acz niekoniecznie słuszne, uważane są za męskie. Mam na myśli choćby prowadzenie samochodu, łowienie ryb czy grę w brydża. Tu procent kobiet robiących to przeciętnie jest niższy, niż wśród mężczyzn. Za to udział grupy robiących to doskonale lub słabiutko - znacznie większy. Czyli wykres przypomina grzbiet wielbłąda dwugarbnego.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Czcigodny Stary Niedźwiedziu.

      Nie podejmę się oceny ludzi, po tym co Pan napisał w jednym czy dwóch akapitach. Wiem o opisywanych osobach niewiele więcej niż o mijanych na chodniku. Skończyło się dobrze - to dobrze. Ale jestem przeciwnikiem zasady "cel uświęca środki" - uważam, że nie każdy cel i nie wszystkie środki.

      W sprawie statystyk może ma Pan rację, ale ma Pan jakieś twarde dane? :) Bo takie "zauważenia" to bardzo rzadko okazują się prawdą. Ale to co ja opisałem to i czytałem dawno i już nie pamiętam gdzie, więc nie będę się sprzeczał.

      Z wyrazami szacunku,
      Jakub Trokowski

      Usuń
    3. Czcigodny Jakubie
      Dla mnie współczucie dla kobiety, która po rozwodzie NIE ZE SWOJEJ WINY samotnie wychowuje dziecko/dzieci, jest czymś równie naturalnym, jak oddychanie. Zatem pomocy ze strony mężczyzny, który pokochał tę kobietę i co najmniej czuje sympatię do dziecka, nigdy nie uznam za cokolwiek nagannego. Na tej samej zasadzie, na jakiej karetce pogotowia, udzielającej pomocy poszkodowanym w ulicznym wypadku, wolno zaparkować na trawniku.
      W kościołach protestanckich, uznających jedynie dwa sakramenty (chrzest i komunia), problem nie istnieje. Nie mamy żadnych procedur "pararozwodowych" i honorujemy rozwody orzeczone przez sądy państwowe. Ale jeśli osoba rozwiedziona chce powtórnie wziąć ślub kościelny, w naszym Kościele Ewangelicko - Augsburskim proboszcz z mocy prawa musi przesłać "papiery" tej osoby naszemu zwierzchnikowi krajowemu, by ten udzielił zezwolenia.
      Skoro w KRK istnieje instytucja duszpasterstwa małżeństw niesakramentalnych, ksiądz z opowieści nr 2 (pan chirurg pediatra) pokazał, że wymogi KRK dadzą się pogodzić z elementarną przyzwoitością, wystarczy chcieć. Spowiednika z opowieści nr 1 (mój domek jako koło ratunkowe) nie nazwę jedynie przez szacunek dla Ciebie.
      A co się tyczytych statystyk. Za młodu dużo grywałem w brydża sportowego, potem długie lata wędkowałem. W obydwu tych dziedzinach rzedko spotykałem panie o przeciętnych umiejętnościach. Za to tych, które arkana opanowały grubo powyżej lub poniżej przeciętnej, znacznie więcej.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. Czcigodny Stary Niedźwiedziu.

      Współczucie i pomoc dla tej kobiety jest - oczywiście - bezdyskusyjnie naturalna. "Czepiałem" się tylko i wyłącznie "zakończenia jak z Seksmisji". Jeśli odniósł Pan inne wrażenie, to jest to mój błąd w pisemnym wyrażaniu myśli.

      O księdzach w tym temacie już kiedyś parę zdań wymieniliśmy. Da się - są na to przykłady. Tym bardziej dziwi, że ktoś po skończonej teologii - co podobno nie jest banalne - potrafi być tak oderwanym od rzeczywistości.

      Z wyrazami szacunku,
      Jakub Trokowski

      Usuń
    5. Czcigodny Jakubie
      Słusznie podkreśliłeś, że moje informacje o bohaterach tych przykładów są lakoniczne. Więc w przypadku tej "Seksmisji" winien jestem Tobie dodatkowe wyjaśnienie.
      Pani ta jest z zawodu pielęgniarką, po rozwodzie mieszkała z matką rencistką i synkiem. Który mając cztery lata, w lecie jeszcze nie wytknął nosa z Warszawy, bo matki po prostu nie było stać na wakacje. Skoro kobieta młoda, miła, ciepła, mądra i do tego bardzo przystojna żyje w niezwykle skromnych warunkach materialnych, jej solidne zasady moralne są oczywistością. A mój przyjaciel jest naprawdę dobrze zarabiającym projektantem, a już wtedy posiadał duże mieszkanie. Więc uznałem, że to zapewne Tam Na Górze zapadła decyzja o "posprzątaniu". A jej odmowę wyjazdu na wczasy do Chorwacji za ostateczne potwierdzenie silnego wpływu, jaki miał na nią ten "spowiednik". Który mimo możliwości jaką było to duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych, nie tylko chciał tej pani zaszkodzić, ale w mojej ocenie po prostu nienawidził jej i być może innych ludzi znacznie bardziej, niż grzechu. Zatem uznałem, że tylko ciąża daje gwarancję, że ona od przyjaciela nie ucieknie i pozwoli sobie pomóc. Stąd ta moja sugestia.
      My protestanci nie dzielimy grzechów na kategorie. Ale w gronie moich przyjaciół (są to katolicy, protestanci i agnotycy) istnieje też takie pojęcie, jak podłość. Dla wierzących coś znacznie bardziej nagannego niż grzech. Osobę która ją popełni, dyskwalifikująca nieodwołalnie i dożywotnio, przynajmniej w naszych oczach. Tak zakwalifikowałem to żądanie zerwania przez tę panią znajomości z moim przyjacielem, za którego uczciwe intencje i szczerą chęć pomocy jej i synkowi mogłem ręczyć. A gdy ktoś popełnia podlość krzywdząc porządną kobietę, na moją litość nie może liczyć. A jakie środki zaradcze uważam wtedy za dopuszczalne? WSZYSTKIE.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    6. Czcigodny Stary Niedźwiedziu.

      W takim razie cieszę się, że się rozumiemy. Bo przyznam, że nawet wahałem się, pisząc poprzedni komentarz, czy nie przyznać że zastosowane rozwiązanie jest tyleż sprytne co skuteczne. Z faktami się nie kłócę.

      Natomiast nie powiedziałbym, że jest Pan cokolwiek "winien" - to ile o Pańskich znajomych opowie Pan na blogu, zależy tylko do Pana. Co najwyżej taki czytelnik jak ja wstrzyma się od oceny bądź wyjdzie na głupka oceniając nie mając ku temu podstaw.

      Opisane pojęcie "podłości" jest po prostu praktyczne, więc nie mam argumentów, żeby z takim stawianiem sprawy się kłócić. :)
      Moje wahanie dopuszczenia wszystkich środków, wynika z cenienia danego słowa, oraz rozumienia znaczenia słów typu "zawsze" czy "wszystkie". Po porostu jestem ostrożny w używaniu takich określeń.

      Z wyrazami szacunku,
      Jakub Trokowski

      Usuń
    7. Czcigodny Jakubie
      Poniewać ten przypadek zainteresował Ciebie, dorzuciłem kilka informacji, w mojej ocenie istotnych. Nie umieściłem ich wcześniej z tej prozaicznej przyczyny, że tekst tego posta już miał rozmiar prawie czterech stron w "Wordzie".
      Zawsze uważałem że światopogląd prawicowy, a już na pewno konserwatyzm, nie jest zarezerwowany wyłącznie dla chrześcijan. Oceniam że w Polsce niewierzący to prawie 20% społeczeństwa, z czego ze 12% to po prostu przyzwoici ludzie. Z czwórką się od lat przyjaźnię i to właśnie podczas dyskusji z nimi dowiediałem się, że bez problemu akceptują przykazania od IV po X. I tak powstała lansowana na naszym blogu idea Septalogu, jako współnego mianownika przyzwoitych ludzi. Podobnie było z podłością.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    8. W Ewangelii Mateusza jako powód usprawiedliwiający rozwód Zbawiciel podaje wszeteczeństwo. Nie wiem, jak brzmi oryginał grecki, ale dla mnie pod ten "paragraf" podchodzi wszelkie złamanie przymierza. Skoro bydlę, które ślubowało "miłość, wierność, uczciwość et caetera, et caetera" pije i bije, łamie tym samym przymierze. Więc strona poszkodowana jest zwolniona przez winę sprawcy.
      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Szanowny Stary Niedźwiedziu,

    Generalnie zgoda, ale jest jedno "ale"

    "Czyli kogo ma ratować lekarz, jeśli podczas porodu nastąpią tak wielkie komplikacje, że niemożliwe jest uratowanie życia zarówno matki, jak i dziecka."

    Ten twój znajomy lekarz powinien odwołać się do zasady wyższej konieczności, którą powinien kierować się lekarz. Otóż taki lekarz winien ocenić szanse na przeżycie zarówno matki, jak i dziecka. Powinien ratować życie tej osoby, która ma większe szanse na przeżycie. I wtedy ratować albo życie matki, albo życie dziecka. Ja osobiście nie potrafię przyjąć takiej oto argumentacji, że życie matki jest zawsze większą wartością niż życie dziecka. Ja osobiście za najgorszy możliwy koszmar uważam konieczność osobistego podjęcia decyzji czyje życie w takiej dramatycznej sytuacji ratować. Dlatego też zasada wyższej konieczności i podejmowanie decyzji przez lekarza wydaje się być najlepszym rozwiązaniem - o ile w ogóle można w tym przypadku mówić o dobrych rozwiązaniach.

    Pozdrawiam serdecznie, TF.

    P.S.

    Zachęcony przez Ciebie zajrzałem do blogowego przybytku Marzeny.
    Zatem jeśli chodzi o wspomnianą Marzenę, to nigdy przymiotów jej intelektu nie przeceniałem - podobnie jak i urody (z uporem maniaka zamieszcza na swoim blogu te swoje koszmarne zdjęcia). Niemniej jednak kiedy poczytać komentarze co poniektórych idiotek tam komentujących, to Marzena przy całej swojej intelektualnej miernocie wydaje się być niemal greckim filozofem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Tie Fighterze
      Jeśli szanse matki i dziecka są takie same, serce nakazywałoby mi ratować matkę. Gdyby różniły się drastycznie, werdykt byłby inny. Ale tego przecież nie da się zmierzyć, a decyzję niekiedy trzeba podjąć natychmiast. Więc tak jak i Ty, pięknie dziękuję Stwórcy za to, że nie muszę takich decyzji podejmować.
      To że ta grafomanka jest mniej rozgarnięta od własnego podogonia, wiedziałem od dawna. Swoją drogą to ciekawy paradoks. Bo okazuje się, że całość może być mniejsza, niż jej część. A co się tyczy urody, dawno temu w Polsce kursowało przysłowie, że mężczyzna powinien być przystojniejszy od diabła. Zapewne wśród feminazistek przyjęła się zasada, że wystarczy by były przystojniejsze od Środy. A ten wymóg Marzena z biedą spełnia.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Skoro matka, ojciec, czy inny dorosły ratuje dziecko w razie niesczęśliwego wypadku typu tonięcie, zaatakowanie przez dzikie zwierzę, lub przed bandytami, nie oglądając się na własne życie i zdrowie, to dla mnie sprawa jest oczywista. W tym przypadku ja bym wybrał życie dziecka, jakby szanse przeżycia byłyby podobne.
    Poza tym, dorośli już swoje przeżyli, to trzeba teraz dać szansę dziecku. Uratowana kobieta po wyleczeniu mogłaby już nigdy nie mieć dzieci z przyczyn zdrowotnych, mogłaby mieć potem ogromne problemy psychiczne w życiu, że to ją lekarz uratował a nie dziecko i do końca życia by miała poczucie winy. Chodzi tu też o przedłużenie gatunku.
    Kopernik czy inni wybitni geniusze nie pozostawiający żadnych po sobie potomków, są z punktu widzenia matki natury "pasożytami". Dla przetrwania gatunku osobniki które pozostawiły najwięcej potomstwa po sobie (i najlepszej jakości), odniosły sukces. Taka jest brutalna prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzieć coś takiego może jedynie coś, dle czego miłość mężczyzny do kobiety jest zjawiskiem nieznanym i niezrozumiałym, bo niedostępnym. A to gadanie o matce naturze (i tak dobrze, że nie genderowo i tęczowo o tacie naturku) jest najczęściej wyrazem zakompleksienia i wściekłości tych, których geny z definicji są eliminowane z obiegu. Bo rzeczona matka natura ma w Polsce, gdzie jeszcze nie działają "surogatki" i handel dziećmi, banalny mechanizm obronny, odsiewający takie pomyłki ewolucji.
      Swoim zwyczajowym nickiem oczywiście nie miałeś odwagi się podpisać. Ale ustalenie twojej tożsamości nie sprawiłoby problemu nawet najmniej rozgarniętemu kursantowi filmowej "Akademii policyjnej". Spadaj, "Antylala".

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Spadaj cioto tam, dokąd już trafiły twoje pedalskie geny, czyli do szamba.

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  4. Szanowny Stary Niedźwiedziu,

    Nigdy nie chciałbym wybierać między życiem matki, a dziecka. Przy czym każda sytuacja jest inna i nie zawsze wiemy czyje życie jest mniej lub bardziej zagrożone.

    Gdyby np. życie matki nie było szczególnie zagrożone, życie dziecka owszem, a po usunięciu ciąży matka mogłaby powtórnie zajść w ciążę, to nie wiem jakim ciężkim debilem trzeba być, by się w tej sytuacji dłużej zastanawiać. Wybrać dziecko, które ma dużą szansę na śmierć, niż matkę, która najpewniej przeżyje i może w przyszłości jednak zdrowe dziecko urodzić? To nie dylemat wyssany z palca - znam kogoś, kogo to spotkało.

    Myślę, że nie jest to kwestia obracania się w jakimś szczególnym środowisku, lecz w środowisku zwyczajnych i przyzwoitych mężczyzn. Co ważne: mężczyzn, a nie facetów bądź chłopców, którzy stanowią dziś grubo ponad 70% przedstawicieli naszej płci.

    Jeśli chodzi o inteligencję kobiet, to polecam wszystkim książkę ,,Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie umieją czytać map''. Nie dało się w bardziej przestępny sposób opisać dzielących nas różnic (i nie chodzi tutaj o różnice fizyczne). W mojej ocenie, nikt będący o zdrowych zmysłach nie twierdzi, że kobiety nie potrafią myśleć. Takiemu prymitywnemu chamowi można jedynie zaserwować prawy sierpowy, który może i nie leczy z głupoty, ale przynajmniej uczy idiotów zatrzymywać ich opinie dla samych siebie.

    Jeśli chodzi o odkrycia i wynalazki kobiet, to jest winą feministek umniejszanie wszelkich dokonań przedstawicielek płci pięknej. W miarę jak rozrasta się faszystowska polityczna poprawność, z podręczników usuwane są wybitne kobiety, bądź też są one atakowane na obrzydliwe sposoby.

    Kto dziś pamięta w ilu cywilizacjach panowało prawie kompletne równouprawnienia? Kto pamięta, że kobiety jako pierwsze zajmowały się medycyną, a nawet... piwowarstwem? Kto pamięta wybitne panie architekt i inżynier, którym w pracy nie przeszkadzało nawet życie w głębokim średniowieczu (wcale nie takim ciemnym jak niektórzy uważają)? Kto pamięta te armie prowadzone przez kobiety i rządzone przez nie państwa? Może ktoś pamięta... Wymienia się półgębkiem carycę Katarzynę (choć to można akurat uznać za antyprzykład), Kleopatrę i Joannę D'arc, znienawidzoną przez ,,obrończynie praw kobiet''. Kto tymczasem pamięta, że wydział medycyny na pierwszym chrześcijańskim uniwersytecie prowadziła... kobieta?

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Robercie
      Ten perzykład z synem znajomych i niedoszłą zakonnicą dałem po to, by zilustrowć moją tezę, że dla wielu mężczyzn kobieta którą takowy kocha, zawsze będzie najważniejsza. Masz rację, że każdy powinien się modlić o to, by nigdy nie stanąć przed tkim wyborem. Ale dla mnie w takiej hipotetycznej sytuacji, informacja lekarza iż jeśli matka przeżyje, już nigdy nie zajdzie w ciążę, nie miałąby żadnego wpływu na decxyzję, że to ją trzeba ratować.
      Słusznie zauważyłeś, że cały czas mówimy o mężczyznach. Bo gdy słyszę o czymś, co ma płeć męską wpisaną do dokumentu tożsamości, ale dziewczynie która z nim zajdzie w ciążę daje pieniądze na "zabieg", przypominają mi sie słowa przyjaciela:
      Mój pradziadek wezwałby gajowego. I polecił takie coś zastrzelić i zakopać.
      Bardzo dziękuję za te informacje o kobietach z czasów "ciemnego" średniowiecza. Pewien przeuroczy kustosz muzeum, wielki znawca średniowiecza, opowiedział mi mnóstwo ciekawostek o nim. Między innymi o "przymusie łaziebnym" oznaczającym, że każdy co najmniej raz w tygodniu musiał się wykąpać. I dodał, że dopiero ten cudowny Renesans stał się w Europie początkiem epoki brudu i smrodu.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Szanowny Stary Niedźwiedziu,

      Nie mogę oczywiście być tego pewien, ale sądzę, że i ja wybrałbym życie swojej ukochanej. Nawet gdyby oznaczało to, że nie mogłaby już zajść w ciąże. Zostaje jeszcze adopcja...

      Za jakiś czas ,,prawdziwy mężczyzna'' będzie gatunkiem wymarłym na wolności. Umieszczą nas w ogrodach zoologicznych zapewne. Cóż, wolę towarzystwo zwierząt niż ,,ludzi'' pokroju femi-nazistek i ciot, które dają dziewczynie pieniądze na ,,zabieg'', bo nie chciało się im myśleć o zabezpieczeniu przy przypadkowej kopulacji w toalecie.

      Średniowiecze to w ogóle zakłamany okres, co ma chyba na celu przekonanie nas, że wszechwładza kościoła oznacza jedynie zacofanie. Szkoda, że ci ,,historycy'' nie wspominają, kto tych naukowców i wynalazców przez cały okres średniowiecza finansował. Bo na państwowe granty wtedy jeszcze nikt nie wpadł.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Czcigodny Robercie
      Niestety obowiązujące w tej III RP prawo jest tak głupie, że usunięcie insekta dającego dziewczynie pieniądze na "zabieg" traktuje jak zabójstwo, a nie dezynekcję.
      Średniowiecze i lewackie "faki i szity" o nim, to temat rzeka. Wart niejednej publikacji.
      Zechciej zajrzeć do poczty.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. KOREKTA
      Oczywiście DEZYNSEKCJĘ.

      Usuń
  5. Żonę kocham (mimo, iż żyjemy w grzechu wg niektórych pierdol...znaczy nawiedzonych, bo jedynie po ślubie cywilnym) to wybór między życiem jej a życiem kolejnego dziecka byłyby chyba najgorszym koszmarem w moim życiu. Wolę o tym nawet nie myśleć. Natomiast w hierarchii żona - córka, wygrywa mała. Tzn. w sytuacji: gonią nas niemcy z psami, to ratuję dziecko najpierw, potem żonę, potem własna dupę.
    NIGDY nie zrozumiem katotalibów, którzy wpierdalają się innym w życie, oceniają i pouczają. W jakim religijnym zaślepieniu trzeba żyć żeby własne dziecko po wypadku wysyłać do klasztoru?! Ludzie tego kalibru byliby chyba gotowi palić na stosie za herezję gdyby dać im władzę.
    Rozbawił mnie również kolega Jakub pisząc o łamaniu 6tego paragrafu. Ale od komentarza się powstrzymam. Idę żyć w grzechu ze swoją żoną, "nieślubnym" i O ZGROZO - N I E O C H R Z C Z O N Y M!!!! dzieckiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Maciejjo
      Zacznę od przypomnienia mojej ideologicznej deklaracji. Moim zdaniem każdy człowiek postępujący w życiu przyzwoicie, a w dziedzinie polityki nie popierający jakiegoś antypolskiego czy obyczajowego kurewstwa, zasługuje na szacunek. Konserwatyzm nie jest klubem, do którego wstęp mają tylko wierzący. Wedle moich szacunków, przyzwoici agnostycy i ateici stanowią około jednej ósmej ogółu rodaków, są więc po katolikach drugą pod względem liczebności "grupą wyznaniową" w Polsce. Więc ich prawo do zajęcia miejsc na prawicy może kwestionować co najwyżej jakiś porąbany talib.
      Na obronę kolegi Jakuba muszę podnieść dwie kwestie. Po pierwsze, zastrzegł się, że o sprawie wie zbyt mało, zatem nie czuje się uprawniony do oceniania tych ludzi. A po drugie, gdy dorzuciłem kolejną garść szczegółów, pokazujących jak bardzo tej pani był potrzebny mój przyjaciel, żywiący do niej najuczciwsze uczucie pod słońcem, nie oprotestował mojej diagnozy. Mowiącej że spośród dostępnych sobie środków ten "spowiednik" wybrał podłość.
      A co sie tyczy Twojej piękniejszej połowy, Waszej córeczki i Ciebie. My protestanci uważamy, że jedynym źródłem zbawienia jest łaska Boska. I nie śmiemy się narzucać z żadnymi radami, a już zwłszcza z bezczelnymi podpowiedziami, kogo On ma zbawić, a kogo nie. Bo mówiąc brutalnie, wszystkie ziemskie kościoły razem wzięte, w porównaniu z Nim są niczym i mają w sprawach zbawienia gówno do gadania. Mam nadzieję, że nie poczujesz się urażony moim stwierdzeniem "głowa do góry!".
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  6. Szanowny Stary Niedźwiedziu,
    Jako małżonek z niemal 16-letnim stażem potwierdzam, że Twoje obserwacje co do priorytetów, co dla kogo jest ważniejsze w przeciętnym małżeństwie, są trafne. Kochającemu mężczyźnie najbardziej na świecie zależy na ukochanej kobiecie, a kochającej kobiecie najbardziej na świecie zależy na dzieciach.
    Tak to jest ułożone i jest to kwestia naturalna.
    To duszpasterstwo dla małżeństw niesakramentalnych przypuszczalnie prowadzone jest przez dominikanów. To mój ulubiony zakon katolicki. Polecam youtubowe duszpasterstwo w wykonaniu ojca Adama Szustaka. Bardzo mądry facet, który potrafi używać współczesnych środków masowego przekazu i współczesnego języka, by trafić do współczesnych ludzi.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czcigodny Jarku
      Twoje świadectwo jest dla mnie cenne, bo potwierdza, że moi przyjaciele i ja nie żyjemy na innej planecie. I tak uważa zdecydowana większość mężczyzn, aczkolwiek po tej dyskusji znana mi liczba wyjątków od tej reguły wzrosła do dwóch. To i tak więcej, niż w przypadku par, które "czekały na ślub". Bowiem przez całe życie potkałem się z jednym takim przypadkiem.
      O zakonach katolickich nie wiem niemal nic. Zatem jestem Tobie wdzięczny za tę informację. Na dobrą opinię o dominikanach potężnie w moich oczach zapunktował ojciec Józef Maria Bocheński. Nawet moi niewierzący przyjaciele zgadzają się ze mną, że "Sto zabobonów" to katechizm człowieka myślącego.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. Już teraz wiem czym się różni konserwatysta katolicki od protestanckiego. Ten drugi jest chamem. Nie słyszałem by kiedykolwiek ten pierwszy w tak mało wyszukany sposób krytykował poczynania ewangelików na jakiejkolwiek płaszczyźnie. No chyba ,że to tylko taki "konserwatyzm". Może pan przybić piątkę innemu ewangelikowi, nawet pastorowi, koledze Mariana nacjonalisty. Podobny to konserwatyzm.
    cichy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z kolei ja wiem, czym się różni katolik od katotaliba, czyli budzącego jedynie obrydzenie, bo pozbawionego elementarnych ludzkich odruchów bydlęcia. Do tej pory każdy z moich katolickich przyjaciół, po usłyszeniu historii pani pielęgniarki i mojego przyjaciela, bez chwili wahania informował mnie o rozwiązaniu w postaci ślubu "cywilnego" plus "duszpasterstwie małżeństw niesakramentalnych" dla tej pani. Niektórzy pytali, czy wiem coś na temat możliwości uznania jej pierwszego małżeństwa za niebyłe. Nikt nawet nie próbował bronić tej odrażającej fontanny smoły.
      A skoro pan może przybić piątkę z aż tak odrażającym indywiduum, proponuję założenie wraz z nim firmy handlującej smołą. W reklamach powinniście podkreślać, że to smoła z atestem samego Lucypera, a nie jakaś chińska podróbka.

      Usuń
    2. PS
      A co się tyczy opisanej metody "zwerbowania" do klasztoru, tego czegoś nie sposób obrazić.

      Usuń