Swego czasu pisząc cykl wspomnień o niezwykłej i niezapomnianej kotce Lukrecji, siłą rzeczy wspomniałem o rodzinie w której gospodarstwie zamieszkiwała w raz z założoną przez siebie dynastią. Rodzina ta składała się z Ignaca, jego żony Reni, córki Danuty oraz jej córek a wnuczek gospodarza czyli Krysi i Ani. Imiona trzech ostatnich z wymienionych osób jako obecnie żyjących zmieniłem.
Gdy będąca samotną matką Danka poznała pewnego lumpa, pociągnęła za nim w świat pozostawiając córki opiece dziadków. Na korzyść tych ostatnich trzeba powiedzieć że wnuczki nadal miały gdzie spać i co zjeść. Tyle tylko że w domu w którym zaczął rządzić alkohol zabrakło czasu, chęci i kwalifikacji moralnych aby właściwie zająć się dziewczynami. Po kilku latach Danka wróciła do domu ale było już za późno na jakieś próby kształtowania córek a poza tym, w moim przekonaniu mogła ona w działaniach dydaktycznych służyć jedynie za antyprzykład.
Zarówno Krysia jak i młodsza od niej o jakieś dwa lata Ania szkoły średniej nie ukończyły. Krysia znalazła pracę kelnerki w pobliskim całorocznym ośrodku wypoczynkowym. Z niedopowiedzeń oraz informacji z innych lokalnych źródeł wynikało iż jej praca nie ograniczała się do podawania do stolika, niekiedy zdarzał się jej "overtime" polegający na dotrzymaniu towarzystwa odwiedzającym ten ośrodek zagranicznemu myśliwemu czy krajowym "lepszym gościom" z ministerstwa będącego właścicielem owego ośrodka. Ale dziewczyna zaczęła pić co odbiło się na jej prezencji i wobec utraty warunków do pracy w tych za przeproszeniem nadgodzinach posadę straciła. Spiknęła się z jakimś chłopakiem i zaszła z nim w ciążę. Na ich plus trzeba powiedzieć że nie dokonali aborcji a ślubu rzecz jasna nie wzięli aby "nie przepadły" świadczenia przysługujące samotnej matce. Obecnie mieszkają wraz z Danką w domu po zmarłych dziadkach. A dom ten jest przystanią dla wszystkich chętnych którzy poszukują towarzystwa do wypicia przyniesionej flaszki wódki i szybkiego romansu z Krysią która stała się "wyluzowaną babką" jak ten gatunek kobiet nazywają libertyńskie śmiecie.
Zanosiło się na to że i Ania pójdzie w ślady matki i starszej siostry. Ale jeszcze za życia dziadka zainteresował się nią (jest naprawdę ładną i zgrabną dziewczyną) chłopak ze wsi będącej moją letnią stolicą. Skończyło się ślubem a rodzice chłopaka skorzystali z okazji i kupili młodym niewielki domek. Chłopak pracuje "w lesie" i dobrze zarabia, mają troje dzieci i z tego co wiem , na tym działalność prodemograficzną zakończyli. Dzieci wyglądają na zadbane, gdy widuję Anię i jej męża na imprezach typu festyn z okazji dnia tej wsi, obydwoje są przyzwoicie ubrani a alkoholu nie nadużywają.
Ślub Ani odbył się gdy jej matka jeszcze gdzieś się szwendała. A ich pierwsze dziecko pojawiło się w dziesięć czy jedenaście miesięcy po tym wydarzeniu a więc nie był to ślub "ze wspomaganiem".
Jak wspomniałem kończąc cykl wspomnień o Lukrecji, moja noga nie postała w gospodarstwie Ignaca odkąd dowiedziałem się że na jego prośbę kolega zastrzelił psinę która kilka dobrych lat pilnowała gospodarstwa. Mimo iż sprowadzony i opłacony przeze mnie weterynarz orzekł iż choroba jest jak najbardziej uleczalna, wystarczy dwa razy na dobę przetrzeć suczce sierść pozostawionym przez niego lekarstwem. Ale wymagało to oderwania gęby od kieliszka i ruszenia ciężkiego tyłka. Jeszcze przed tą cezurą pewnego wieczoru dokonując awaryjnego zakupu w wiejskim sklepie, spotkałem w nim Anię. Przywitaliśmy się ciepło ale gdy spytałem co słychać u dziadków, w odpowiedzi usłyszałem:
-Wie pan, z moją rodziną nie utrzymuję żadnych kontaktów.
Słowa te nieco mnie zmroziły. Pamiętałem bowiem że to w ich domu mieszkała przed zamążpójściem i to dziadek od dziecka ją utrzymywał. Ale obecnie nie mam już wątpliwości że Ania po prostu musiała dokonać takiej amputacji. Dzięki której osiągnęła to czego nie dorobiły się jej matka, ciotki ani siostra. Ma bowiem normalny dom, porządnego i pracującego męża oraz udane dzieci. A budżet domowy jakoś się domyka. W tych stronach to naprawdę dużo.
W moich oczach dodatkowym plusem Ani jest fakt iż bardzo lubi koty. Gdy dawno temu Lukrecja ciężko zachorowała a ja szczęśliwie właśnie wtedy przyjechałem na ryby, to właśnie Ania natychmiast poinformowała mnie o chorobie. Wzięła kicię na ręce, wsiadła do mojego pojazdu i co maluch wyskoczy pognaliśmy do weterynarza. Zaordynowane lekarstwa poskutkowały i po dwóch dobach Lukrecja wyzdrowiała.
W pełni podzielam opinię na temat zwierząt ojca Józefa Marii Bocheńskiego, w mojej ocenie najmądrzejszego filozofa, politologa i logika XX wieku. Powiedział on że psy i koty też mają coś w rodzaju duszy. Więc nie zdziwiłbym się gdyby to Lukrecja miauknęła kilka ciepłych słów za Anią Tam Gdzie Trzeba.
Stary Niedźwiedź