niedziela, 15 września 2013

Dwie siostry

Swego czasu pisząc cykl wspomnień o niezwykłej i niezapomnianej kotce Lukrecji, siłą rzeczy wspomniałem o rodzinie w której gospodarstwie zamieszkiwała w raz z założoną przez siebie dynastią. Rodzina ta składała się z Ignaca, jego żony Reni, córki Danuty oraz jej córek a wnuczek gospodarza czyli Krysi i Ani. Imiona trzech ostatnich z wymienionych osób jako obecnie żyjących zmieniłem. 
Gdy będąca samotną matką Danka poznała pewnego lumpa, pociągnęła za nim w świat pozostawiając córki opiece dziadków. Na korzyść tych ostatnich trzeba powiedzieć że wnuczki nadal miały gdzie spać i co zjeść. Tyle tylko że w domu w którym zaczął rządzić alkohol zabrakło czasu, chęci i kwalifikacji moralnych aby właściwie zająć się dziewczynami. Po kilku latach Danka wróciła do domu ale było już za późno na jakieś próby kształtowania córek a poza tym, w moim przekonaniu mogła ona w działaniach dydaktycznych służyć jedynie za antyprzykład.
Zarówno Krysia jak i młodsza od niej o jakieś dwa lata Ania szkoły średniej nie ukończyły. Krysia znalazła pracę kelnerki w pobliskim całorocznym ośrodku wypoczynkowym. Z niedopowiedzeń oraz informacji z innych lokalnych źródeł wynikało iż jej praca nie ograniczała się do podawania do stolika, niekiedy zdarzał się jej "overtime" polegający na dotrzymaniu towarzystwa odwiedzającym ten ośrodek zagranicznemu myśliwemu czy krajowym "lepszym gościom" z ministerstwa będącego właścicielem owego ośrodka. Ale dziewczyna zaczęła pić co odbiło się na jej prezencji i wobec utraty warunków do pracy w tych za przeproszeniem nadgodzinach posadę straciła. Spiknęła się z jakimś chłopakiem i zaszła z nim w ciążę. Na ich plus trzeba powiedzieć że nie dokonali aborcji a ślubu rzecz jasna nie wzięli aby "nie przepadły" świadczenia przysługujące samotnej matce. Obecnie mieszkają wraz z Danką w domu po zmarłych dziadkach.  A dom ten jest przystanią dla wszystkich chętnych którzy poszukują towarzystwa do wypicia przyniesionej flaszki wódki i szybkiego romansu z Krysią która stała się "wyluzowaną babką" jak ten gatunek kobiet nazywają libertyńskie śmiecie.
Zanosiło się na to że i Ania pójdzie w ślady matki i starszej siostry. Ale jeszcze za życia dziadka zainteresował się nią (jest naprawdę ładną i zgrabną dziewczyną) chłopak ze wsi będącej moją letnią stolicą. Skończyło się ślubem a rodzice chłopaka skorzystali z okazji i kupili młodym niewielki domek. Chłopak pracuje "w lesie" i dobrze zarabia, mają troje dzieci i z tego co wiem , na tym działalność prodemograficzną zakończyli. Dzieci wyglądają na zadbane, gdy widuję Anię i jej męża na imprezach typu festyn z okazji dnia tej wsi, obydwoje są przyzwoicie ubrani a alkoholu nie nadużywają.
Ślub Ani odbył się gdy jej matka jeszcze gdzieś się szwendała. A ich pierwsze dziecko pojawiło się w dziesięć czy jedenaście miesięcy po tym wydarzeniu a więc nie był to ślub "ze wspomaganiem".
Jak wspomniałem kończąc cykl wspomnień o Lukrecji, moja noga nie postała w gospodarstwie Ignaca odkąd dowiedziałem się że na jego prośbę kolega zastrzelił psinę która kilka dobrych lat pilnowała gospodarstwa. Mimo iż sprowadzony i opłacony przeze mnie weterynarz orzekł iż choroba jest jak najbardziej uleczalna, wystarczy dwa razy na dobę przetrzeć suczce sierść pozostawionym przez niego lekarstwem. Ale wymagało to oderwania gęby od kieliszka i ruszenia ciężkiego tyłka. Jeszcze przed tą cezurą pewnego wieczoru dokonując awaryjnego zakupu w wiejskim sklepie, spotkałem w nim Anię. Przywitaliśmy się ciepło ale gdy spytałem co słychać u dziadków, w odpowiedzi usłyszałem:
-Wie pan, z moją rodziną nie utrzymuję żadnych kontaktów.
Słowa te nieco mnie zmroziły. Pamiętałem bowiem że to w ich domu mieszkała przed zamążpójściem i to dziadek od dziecka ją utrzymywał. Ale obecnie nie mam już wątpliwości że Ania po prostu musiała dokonać takiej amputacji. Dzięki której osiągnęła to czego nie dorobiły się jej matka, ciotki ani siostra. Ma bowiem normalny dom, porządnego i pracującego męża oraz udane dzieci. A budżet domowy jakoś się domyka. W tych stronach to naprawdę dużo.
W moich oczach dodatkowym plusem Ani jest fakt iż bardzo lubi koty. Gdy dawno temu Lukrecja ciężko zachorowała a ja szczęśliwie właśnie wtedy przyjechałem na ryby, to właśnie Ania natychmiast poinformowała mnie o chorobie. Wzięła kicię na ręce, wsiadła do mojego pojazdu i co maluch wyskoczy pognaliśmy do weterynarza. Zaordynowane lekarstwa poskutkowały i po dwóch dobach Lukrecja wyzdrowiała.
W pełni podzielam opinię na temat zwierząt ojca Józefa Marii Bocheńskiego, w mojej ocenie najmądrzejszego filozofa, politologa i logika XX wieku. Powiedział on że psy i koty też mają coś w rodzaju duszy.  Więc nie zdziwiłbym się gdyby to Lukrecja miauknęła kilka ciepłych słów za Anią Tam Gdzie Trzeba.

Stary Niedźwiedź

wtorek, 10 września 2013

Uderz w "marychujana", gówno się odezwie


Czcigodny Refael72, miły gość i komentator "Antysocjala", przysłał mi ciekawy link do artykułu z "Frondy", traktującego o wyczynach  Kamila Sipowicza , konkubenta niejakiej Kory i żarliwego misjonarza zakonu marychujanów. 
W wywiadzie dla tygodnika "Do rzeczy" ów cwelebryta dzieli coś tak podłego jak pedofilia na tę złą w wykonaniu duchownych oraz co najmniej mało szkodliwą o ile jest dziełem lewaków. 

"Ich eksperymenty to były eksperymenty – tak o pedofilskich ekscesach Daniela Cohn-Bendita i niemieckich zielonych mówi w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” Kamil Sipowicz. - Wtedy panowała koncepcja wolnej miłości, i ludzie zastanawiali się, jak daleko to może pójść. Było kilka takich skrajnie lewackich komun, które uznały, że wolność ta dotyczyć powinna także dzieci i seksu z nimi – dodaje."

"Ówcześni lewicowcy, to byli ludzie wyzwoleni z konwenansów, także etycznych i oni mogli, także podpierając się własnymi koncepcjami społecznymi, eksperymentować – podkreśla. I natychmiast przechodzi do ataku na księży-pedofilów, dla których podobnej tolerancji już nie ma. - A ksiądz to jest ktoś, kto powinien żyć Ewangelią, a ta wyraźnie zabrania mu krzywdzić najmniejszych. Jezus powiedział sam do swoich uczniów, że jeśli skrzywdzą dziecko, to lepiej będzie dla nich, by przywiązali sobie kamień młyński do szyi. Lewicowiec jest zatem wierny swojemu światopoglądowi, a ksiądz łamie zasady swojej religii – podkreśla."

Temat ten podjęła już czcigodna Erinti 
więc początkowo nie miałem zamiaru o tym pisać, sądząc że każda osoba zasługująca na miano człowieka nie tylko z biologicznego czy prawnego punktu widzenia, jednoznacznie potępi te brednie lewackiego śmiecia. Ale człowiek uczy się do śmierci. Najohydniejsza kanalia grasująca w polskim internecie wzięła brata po "joincie" w obronę wpisując u Erinti komentarz którego najistotniejszy fragment pozwolę sobie przytoczyć:

"przeczytałem zalinkowany tekst z tej całej "Frońdy" /a właściwie fragmenty wyjęte z kontekstu/... jakoś nie wynika z niego, by Kamil Sipowicz pochwalał w nim pedofilię lub zachowania pedofilne... po prostu neutralnie, naukowo odniósł się do skrajnych zachowań w pewnych marginalnych, kompletnie nieistotnych środowiskach..."

Narzuca się nieprzesadnie odkrywcze spostrzeżenie iż nie istnieje problem czy "nieszkodliwa używka" zamienia szare komórki jarającego w kał. Można co najwyżej zadać pytanie jak długo ów proces potrwa. 
Czekałem na obronę pedofilii również i ze strony pierwszej "mądrej inaczej" polskiego internetu. W końcu pedofil kieruje się własnymi zasadami i ignoruje poglądy całego społeczeństwa. A więc jest "moralny" zgodnie ze poronionym znaczeniem jakie temu słowu przypisuje owa wyrocznia moralności. A tu miła niespodzianka. Okazało się że i ona uległa tak przez siebie znienawidzonemu instynktowi stadnemu. I choć do Wigilii jeszcze szmat czasu, przemówiła ludzkim głosem nazywając pedofilię łajdactwem. No cóż, jako chrześcijanin w cuda wierzę choć nie ukrywam że ten jest chyba na miarę opisanych w Piśmie Świętym.
I zapraszam Szanownych Czytelników na blog linkowanego tu Yarroka którego serdecznie pozdrawiam. Pastisz wybroczyn umysłowych sławetnej Kory, zamieszczony w pierwszej części jego nowego filmiku jest uroczy. 

Stary Niedźwiedź

środa, 4 września 2013

Kilka uwag o historii Polski - cz. II

Zacząć muszę od przeproszenia Czcigodnych Czytelników za nieprzyzwoicie długą przerwę w pisaniu, wynikająca z przyczyn zdrowotnych oraz osobistych, nad którymi nie chcę się tu rozwodzić. Zaś kontynuując cykl moich bardzo osobistych refleksji na temat polskiej historii, pozwalam sobie przytoczyć garść faktów, w szkolnych programach traktowanych wielce lakonicznie lub wręcz pomijanych. Mam na myśli wydarzenia z lat 1138 -1157. Czyli innymi słowy, chcę przypomnieć że do rozpadu państwa Piastów na dzielnice mogło w ogóle nie dojść.
Na usprawiedliwienie Bolesława Krzywoustego trzeba dopowiedzieć że pomysł podziału Polski na dzielnice nie był jego oryginalnym pomysłem. Zdarzało się to wcześniej zarówno w innych państwach europejskich jak i w Polsce. Imperium Karola Wielkiego mogło być europejskim hegemonem gdyby nie zostało podzielone między jego trzech synów. Ale za wcześniejszych Piastów takie podziały bywały nietrwałe i za każdym razem jakiejś wybitnej jednostce udawało się "posprzątać". Bolesław Chrobry szybko wygnał synów Mieszka i Ody odzyskując kontrolę nad całym terytorium którym władał jego ojciec. Mieszko II po wymuszonych rezygnacji z tytułu królewskiego i podziale państwa na trzy dzielnice w dwa lata połączył je w jedno państwo, w zasadzie przywracając stan terytorialny z końca panowania jego dziada. Kazimierz Odnowiciel pozbierał fragmenty na które państwo jego ojca rozpadło się na skutek recydywy pogaństwa. Władysław Herman podzielił Polskę między swoich dwóch synów ale Bolesławowi Krzywoustemu udało się w zasadzie scalić ziemie z czasów państwa Mieszka Pierwszego (jedynie próby odzyskania zwierzchnictwa nad Pomorzem Zachodnim były niekompletne i nietrwale).
Sam pomył utworzenia dzielnicy senioralnej był pomysłem jak na polskie stosunki nowatorskim i niewiele brakowało aby nie doszło do rozpadu państwa. Bowiem poza dzielnicą senioralną zostały wydzielone trzy: Najstarszy syn z pierwszego małżeństwa ze Zbysławą czyli Władysław II (zwany później Wygnańcem) otrzymał Śląsk będący wówczas gospodarczo najlepiej rozwiniętą dzielnicą. Mazowsze przypadło Bolesławowi IV Kędzierzawemu zaś zachodnia Wielkopolska Mieszkowi III Staremu, pełnoletnim w chwili śmierci Krzywoustego synom z drugiego małżeństwa z Salomeą. Pozostali synowie Salomei czyli Henryk (zwany potem Sandomierskim) oraz Kazimierz II Sprawiedliwy jako dzieci dzielnic na razie nie otrzymali.
Do pierwszego konfliktu seniora z juniorami i macochą doszło w latach 1142-3. Dzięki posiłkom z Rusi oraz neutralności Niemiec i Czech Władysław pokonał wojska przyrodnich braci ale wspaniałomyślnie pozostawił im ich dzielnice. I to był pierwszy wielki błąd Władysława. Drugie starcie nastąpiło już po śmierci Salomei na początku roku 1146 a o jego wyniku zadecydowała sprawa Piotra Włostowica.
Był on pod koniec panowania Bolesława Krzywoustego palatynem czyli pierwszym świeckim dostojnikiem w państwie a po śmierci księcia miał strzec wykonania jego testamentu. W wyniku małżeństwa z jedną z córe3k księcia kijowskiego stał się krewnym Rurykowiczów a pośrednio skoligacił się i z Piastami (matka Władysława też była córka księcia kijowskiego). Podczas pierwszego starcia seniora z juniorami zachował neutralność, rzecz jasna w trosce o zachowanie swojej wyjątkowej pozycji w państwie. Stanowił zatem takie samo potencjalne zagrożenie jak swego czasu palatyn Władysława Hermana Sieciech dla Bolesława Krzywoustego.  Gdy Władysław II postanowił siłą zjednoczyć ziemie swojego ojca, zaczął od uwięzienia potężnego palatyna. Ale popełnił analogiczny błąd jak swego czasu Bolesław Śmiały dokonując egzekucji biskupa Stanisława ze Szczepanowa. Bowiem po uwięzieniu skonfiskował dobra Piotra a następnie kazał go oślepić i wygnać z kraju. Piotr schronił się w Kijowie i dzięki jego koligacjom i wpływom posiłki z Rusi nie wspomogły Władysława, tak jak to miało miejsce podczas pierwszego etapu wojny domowej.
Początkowo wojna przebiegała bardzo pomyślnie dla seniora. Stosunkowo łatwo opanował Mazowsze a Bolesław Kędzierzawy schronił się w Poznaniu należącym do Mieszka Starego. Wojska Władysława obległy Poznań ia jego zwycięstwo wydawało się nieuchronne. Ale „na tyłach” wybuchł bunt możnych przestraszonych losem Piotra Włostowica. Przeciwko Władysławowi zwrócił się również arcybiskup gnieźnieński Jakub ze Żnina który rzucił na seniora klątwę. Pod Poznań podeszły wojska sprzymierzeńców juniorów a ich działania połączone z wypadem oblężonych doprowadziły do klęski Władysława który wraz z żona Agnieszką Babenberg uciekł początkowo do Czech a stamtąd dotarł do Niemiec. Tam złożył hołd królowi Konradowi III Hohenstaufowi i uzyskał jego pomoc. Wprawdzie jeszcze w roku 1146 na Polskę ruszyła niemiecka wyprawa ale wylanie Odry i dobrze skoordynowane działania wojsk juniorów spowodowały jej fiasko. Władysław uzyskał też pomoc papieża którego legat rzucił klątwę na juniorów i przychylny im polski episkopat. Ale ten fakt tez nie przyniósł realnych skutków. Gdy po śmierci Konrada III tron objął Fryderyk Barbarossa, na Polskę ruszyła kolejna niemiecka wyprawa. Gdy wojska cesarskie podeszły pod Poznań, Bolesław Kędzierzawy zażegnał niebezpieczeństwo składając fryderykowi hołd w podpoznańskim Krzyszkowie. Skończyło się na obietnicy zwrotu Śląska. Władysław zmarł na wygnaniu a swoje dzielnice na Śląsku otrzymali dopiero jego synowie. A wkrótce potem i dzielnica senioralna uległa rozkawałkowaniu zaś Polska na ponad sto pięćdziesiąt lat stała się zlepkiem księstw, często wojujących ze sobą. A Śląsk i Pomorze Zachodnie na jakieś osiemset lat znalazły się poza granicami Polski.
Są podstawy do przypuszczeń że gdyby Władysław II wykorzystał swój sukces w pierwszej fazie wojny domowej i po prostu wygnał juniorów zaś Piotra Właostowica potraktował znacznie łagodniej, udało by mu się to co skutecznie zrobili jego przodkowie.
A tak na marginesie nie mogę nie wspomnieć że w Czechach za panowania współczesnej Piastom dynastii Przemyślidów nigdy nie doszło do podziału państwa na dzielnice. Jak napisał z goryczą w „”Polsce Piastów” Paweł Jasienica, młodsi bracia panującego dostawali jedynie nieprzesadnie duże dobra ziemskie, mające zapewnić im utrzymanie. Oczywiście i tam zdarzały się przypadki buntów czy szukania przez pretendenta do władzy pomocy w ościennych krajach. Ale państwo to nie rozpadło się na części a jego granice przez ostatnie tysiąc lat ulegały jedynie niewielkim fluktuacjom. I nigdy nie pojawiły się w tym kraju żadne „królewięta”, stanowiące zagrożenie dla władzy centralnej.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 18 sierpnia 2013

O honorze i prostytuowaniu się.

Ponieważ dyskusja pod poprzednim postem o czasach  wczesnopiastowskich, jak to w Polsce bywa,  zwekslowała na Powstanie Warszawskie, na chwilę przerywam cykl historyczny aby podzielić się z Szanownymi Czytelnikami pewną opowieścią nawiązującą do prostytuowania się, honoru oraz wartości rzekomo od tego honoru mniej ważnych ale w mojej ocenie nieporównywalnie od niego ważniejszych.  Znam ją jedynie z relacji w pełni dla mnie wiarygodnych osób trzecich bo jej głównej bohaterki nie miałem przyjemności poznać. Kilka lat temu wspomniałem o tym w dyskusji pod wpisem ale jest dobra okazja aby uczynić ją tematem głównym.
Pewna pani była samotną matką wychowującą chorą kilkuletnią córeczkę. Choroba groziła co najmniej inwalidztwem (a zdaniem niektórych lekarzy wręcz zagrażała życiu), leczenie było drogie, Narodowy Fundusz Zagłady nie refundował go a mama miała nisko płatną pracę. I dziewczyna podjęła decyzję. Wykorzystując swoje atuty, takie jak uroda oraz znajomość "lengłidża", zatrudniła się jako call girl. Zarobki miała wystarczająco wysokie aby rozpocząć leczenie córki i doprowadzić terapię do pełnego wyzdrowienia. A gdy ten cel osiągnęła, powróciła do zwyczajnej słabo płatnej pracy.
W tym wypadku nie ulega wątpliwości że przez jakiś czas ta pani trudniła się nierządem. Ale powód był tak dla mnie oczywisty iż do głowy by mi nie przyszło doszukiwać się w tym czegokolwiek nagannego. Obawiam się wszelako że w Polsce znalazłoby się wiele osób które by ją potępiły.  Orzekając że powinna być dumna, honorowa i spokojnie przyglądać się córce w wózku inwalidzkim a być może co jakiś czas chodzić z bukiecikiem na jej grób. No bo przecież czym jest ludzkie życie wobec honoru?
Jeśli taką opinię wypowiedziałby jakiś entuzjasta piosnki "Obok Orła znak Pogoni. Poszli nasi w bój bez broni." przez myśl przeszłyby mi dwa słowa, drugim byłby przymiotnik "złamany", pierwszego będącego rzeczownikiem krępuję się Szanownym Czytelnikom przytoczyć. W przypadku kobiety wychowanej w kulcie podziwu dla powstań bezdyskusyjnie przegranych w chwili wybuchu zapewne przez szacunek dla płci pomyślałbym jedynie coś o "mądrości inaczej".
Historia ta zakończyła się happy endem bowiem pani ta poznała mężczyznę, nie kierującego się "poczuciem honoru" w sycylijskim czy arabskim tego słowa znaczeniu. Który po poznaniu tej historii po prostu się jej oświadczył.
Prawa statystyki są nieubłagane. Nie jest to wprawdzie częste ale na tej samej zasadzie na jakiej zdarzają się dowcipni Niemcy, flejtuchowaci Szwajcarzy czy dobrze gotujące Angielki, w Polsce trafiają się ludzie wolni od romantyczno -honorowej szajby. Nie ukrywam że mam nadzieję iż ta frakcja będzie coraz liczniejsza.

Stary Niedźwiedź  

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kilka uwag o historii Polski - cz.I

W dyskusji pod postem Czcigodnej Flavii poświęconym Powstaniu Warszawskiemu, Czcigodny Juggler zadał mi niezmierne ważne pytanie. Brzmi ono:
Szanowny Stary Niedźwiedziu,jeśli taki obraz historii Polski chcesz przedstawiać jako jedynie prawdziwy,to jakim moralnym prawem domagasz się od współczesnych Polaków szacunku do tradycji,do korzeni,do polskiej kultury i do ich własnych przodków.Nie mówiąc już o tym,że wymagasz od nich troski o przyszłość kraju, do którego przeszłości ,z niepojętym dla mnie zapałem, odbierasz im wszelki szacunek.
Odpowiedź na tak istotne pytanie przekracza zwyczajowe ramy wypowiedzi w dyskusji pod postem więc postanowiłem udzielić jej na "Antysocjalu". Gdzie dodatkowo nie grozi wcinanie się do dyskusji trolli pokroju cioty prowokatorki czy narkomana kryminalisty.
Historię swojej ojczyzny dzielę na trzy fazy. Mozolnego wzrostu, niedokończonych symfonii oraz z pieca na łeb. Dziś pozwolę sobie przedstawić garść moich opinii o niektórych władcach tej pierwszej.
Początek polskiej państwowości to rzecz jasna Mieszko Pierwszy. Bez jego akcji zjednoczenia części plemion Słowian Zachodnich we wspólnym organizmie państwowym i przyjęcia chrztu, trzymający się swoich graniastych bożków Polanie, Ślężanie czy Wiślanie, skończyliby tak jak Wieleci czy Obodrzyce. Czyli ludzie bez własnego państwa a nawet języka. Co wypada przypomnieć różnym blefującym bajarzom, gołosłownie plotącym duby smalone o cudownym pogańskim raju, brutalnie zniszczonym przez chrześcijaństwo  
Syn Mieszka Bolesław też godzien jest wielkiego szacunku. Potrafił odeprzeć atak już nie jednego z margarabiów lecz cesarza Henryka II, prowadził aktywną politykę względem Rusi Kijowskiej, korzystając z chwilowego zamieszania na terenie Cesarstwa koronował się na króla stwarzając niezwykle ważny precedens. Pozostawił po sobie państwo poszerzone o Milsko i Łużyce (formalnie będące lennem cesarskim), Grody Czerwieńskie i Morawy, niektóre źródła wspominają też o Słowacji. Można dyskutować czy i jemu nie należał się przydomek "wielki" , bez wątpienia był to jeden z dwóch najwybitniejszych królów z dynastii Piastów.
O Mieszku Lambercie, synu Bolesława Chrobrego, podręczniki szkolne mówią niewiele. Ograniczając się do wzmianek iż utracił koronę królewską a po jego śmierci nastąpiły zanik struktur państwa, recydywa pogaństwa i spustoszenie kraju po najeździe czeskiego księcia Brzetysława, połączone z utratą Śląska. Muszę zatem dopowiedzieć że utrata korony królewskiej była efektem pierwszego w naszych dziejach współdziałania militarnego Niemiec, Czech i Rusi Kijowskiej. Zaś wygnany Mieszko po powrocie z czeskiej niewoli w roku 1032 potrafił już jako książę do czasu swojej śmierci dwa lata później ponownie zjednoczyć podzielone na trzy dzielnice państwo pozostawiając je terytorialnie w stanie w jakim znajdowało się w chwili śmierci Mieszka Pierwszego. 
Jego syn Kazimierz, słusznie zwany Odnowicielem, dokonał rzeczy wielkiej. W spustoszonym i targanym pogańską rewoltą kraju przemyślanymi działaniami opanował Małopolskę i Wielkopolskę a następnie zdobył Mazowsze które w międzyczasie stało się państwem Miecława, byłego cześnika jego ojca. Doczekał się chwili gdy stosunki Czech z cesarzem były w takim stanie iż Kazimierz mógł bezkarnie odbić utracony Śląsk. Spod piastowskiej kurateli, w stosunku do państwa Mieszka Pierwszego, wymknęli się jedynie Pomorzanie.
O Bolesławie Krzywoustym uczą w szkołach stosunkowo dużo więc każdy z Szanownych Czytelników wie o zdobyciu Kołobrzegu, przyłączeniu Pomorza, obronie Głogowa i zwycięstwie na Psim Polu. W moich oczach nie mniejszym powodem do chwały jest umiejętnośc uniknięcia klęski i zjazd w Merseburgu w roku 1135.
Bolesław niefortunnie wmieszał się w walki dynastyczne na Węgrzech czego wynikiem była przegrana bitwa nad rzeką Sajo w roku 1132 z armią węgiersko - czesko - niemiecką i ciężkie straty podczas odwrotu do Polski. W tej sytuacji Bolesław "grał na czas", którego nie zmarnował poprawiając w międzyczasie swoją pozycję. Ale koniec końców złożył w Merseburgu hołd cesarzowi Lotarowi III. Co na tym zyskał? Uznanie praw Polski do Pomorza oraz zwierzchnictwa arcybiskupstwa gnieźnieńskiego nad wszystkimi istniejącymi diecezjami polskimi oraz tymi których powstanie na Pomorzu było w fazie projektów. W sprawach napięć polsko - czeskich udało się nakłonić cesarza na odłożenie werdyktu na nieokreśloną przyszłość. Nie wspomnę już o takim drobiazgu jak uniknięcie najazdu koalicji niemiecko - węgiersko - czeskiej. Bo Bolesławe Krzywousty potrafił wyciągnąć naukę z tego co spotkało jego pradziada Mieszka II. Jaka szkoda że umiejętność wyciągania wniosków z własnych i cudzych doświadczeń stała w Polsce w dwunastym wieku zdecydowanie wyżej niż w osiemnastym czy dziewiętnastym.

Ciąg dalszy nastąpi.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 4 sierpnia 2013

"Ziele" bez happy endu


Pod moim wpisem poświęconym historii z happy endem czyli szczęśliwemu wyrwaniu się młodego człowieka z objęć konopnego łajna,  ciekawy komentarz zamieścił Czcigodny Refael,  stały komentator i miły gość "Antysocjala". Opisał on przypadek mający miejsce w gronie jego znajomych. Niestety z bardziej typowym czyli tragicznym zakończeniem. W korespondencji prywatnej Refael dał się namówić na obszerniejszy opis tej smutnej historii który obecnie zamieszczam. Refael w mailu napisał:
"Mam nadzieję że dotrze on do chociaż jednego pustego łba.i pozwoli uniknąć choć jednej tragedii."
Też mam taka nadzieję.
Stary Niedźwiedź:

Niedawno miałem okazję uczestniczyć w pogrzebie młodego, niespełna 30-letniego człowieka, nazwijmy go Jerzy. Śmierć, która zwykle budzi jednoznaczne uczucia smutku tym razem wśród dalszej rodziny wzbudziła uczucia ambiwalentne.
Jerzy zaczął palić zioło już jako nastolatek. „Nieszkodliwa używka” bardzo zasmakowała Jerzemu, palił dużo i chętnie. Fundusze na zakup kolejnych porcji umyślił pozyskiwać poprzez handel (dziękować Bogu, że dyrekcja zorientowała się, kim są obcy, którzy zaczęli pojawiać się pod szkołą i przy pomocy policji pogoniła towarzystwo w diabły).
„Nieszkodliwa używka” szybko przestała Jerzemu wystarczać i menu zostało wzbogacone przez mocniejsze narkotyki, zwłaszcza halucynogeny. Zaczęły się „normalne” zachowania nałogowego ćpuna i współuzależnionych – okradanie rodziców (z domu zniknęła cała biżuteria, rodzice spali z pieniędzmi pod poduszką bojąc się czy obudzą się w jednym kawałku). Zgryzota sprawiła, że matka Jerzego, pani do tej pory z lekka rubensowska, przybrała figurę współczesnej modelki. Jerzy był wysyłany na terapię, a później wyjechał do pracy na Wyspy. Terapia pomaga jednak tylko tym, którzy sami chcą sobie pomóc. Jerzy grzał nadal i podobało mu się to. Lubił opowiadać, jakie wspaniałe wizje i kolory jest w stanie zobaczyć i jakimi głupcami są ci, którzy nie podzielają jego upodobań.
Nawet małżeństwo nie zmieniło Jerzego. Dziewczyna głupio zakochana zlekceważyła rady życzliwych ludzi znających Jerzego i wpakowała się w koszmar. „Niebieska teczka” na lokalnym komisariacie pęczniała w błyskawicznym tempie zmierzając do objętości Encyklopedii Britannica. Matka i żona coraz częściej „wpadały na drzwi” czy „przewracały na klamkę”. Swojego ciotecznego brata Jerzy potraktował nożem i tylko dobry refleks spowodował, że była szyta ręka, a nie kopany dołek.
Ostatnimi czasy Jerzy testował ponoć jakiś nowy specyfik przed udostępnieniem go szerszemu gronu konsumentów.
Krytycznego dnia Jerzy balował – jak zwykł był często czynić – nocą, na ławeczce przed blokiem. Powrócił do domu o świcie i założył sobie sznurek na szyję. Żona przebudziła się co prawda ale słysząc kasłanie pomyślała że jak zwykle wrócił pijany i rzyga. Kiedy później wstała Jerzy, już nie żył.
Jak już napisałem, poza najbliżej najbliższą rodziną, reszta rodziny ma uczucia mocno ambiwalentne. Nawet bardzo mocno. Spotkałem się z opiniami, że zrobił raczej przysługę uwalniając bliskich od swojej osoby ćpuna, pijaka i damskiego boksera i zapewniając swojej kilkuletniej córce, może niewielki, ale pewny dochód w postaci renty (wymagane przez ZUS minimum chyba udało mu się przepracować). W kondukcie usłyszałem nawet tak krańcową opinię, że nawet ci najbliżej najbliżsi, gdy minie pierwszy szok i emocje opadną także powiedzą UFFF!
Tak kończy się żywot Jerzego znaczony kilkunastoletnim pasmem udręki rodziców i kilkuletnim dziewczyny, która miała nieszczęście zakochać się w Jerzym.
A wszystko zaczęło się od „tej nieszkodliwej używki”. 

Refael72

czwartek, 1 sierpnia 2013

Kamienie na szaniec, diamenty do pieca!

Mija dziś kolejna rocznica wielkiej katastrofy czyli najtragiczniejszego pod względem liczby ofiar i ogromu strat materialnych a zarazem najbardziej chyba absurdalnego z politycznego punktu widzenia polskiego powstania. Znalazła ona swe miejsce na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach a chyba najpiękniej podsumowała ją Erinti, przywracająca mi po wielekroć nadzieję że jej generacja dwudziestoparolatków nie jest zdominowana przez "młode, wydymane, z wielgich miastuf". Napisała ona:

"Uważam także, że bez względu na ocenę czy decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego, ofiarom i walczącym należy się szacunek i modlitwa. Młodzi ludzie poszli na rzeź, ale walczyli wierząc w sens walki i walczyli o Polskę. Nie oni podejmowali decyzję i nie oni popełnili błędy w politycznych kalkulacjach. I na ich grobach winniśmy składać kwiaty i zapalić znicze."

Wszystko to prawda, w tych prostych a wzruszających słowach ujmująca stosunek jaki powinniśmy mieć do POWSTAŃCÓW. Ale już odnośnie tych którzy o wybuchu powstania zadecydowali, mam jednoznacznie negatywną opinię.
Ludzie ci byli po prostu politycznymi analfabetami. Jeśli po ujawnieniu Katynia ktoś mógł jeszcze żywić jakieś idiotyczne złudzenia odnośnie planów Stalina względcem Polski i Polaków to klęska akcji "Burza" i los powstańców wileńskich którzy uwolnili swoje miqasto od Niemców po czym pojechali w kierunku północno-wschodnim powinien być przestrogą nawet dla największego ślepca. I każdy pragmatyk (w gronie polskich polityków postać chyba równie unikalna jak specjalista od projektowania procesorów wśród Pigmejow) powinien w obliczu nadciągających krasnoarmiejców po prostu zwolnić tych młodych wspaniałych ludzi ze złożonej przysięgi. Oraz doradzić im zmianę miejsca pobytu aby po wkroczeniu bolszewików i jadącego w ich taborach polskojęzycznego robactwa z UB jakaś znająca ich komunistyczna gnida tak łatwo nie doniosła na nich.
Stało się inaczej. W narodowym panteonie przybyło martwych bohaterów a my dezisiaj zastanawiamy się dlaczego ta za przeproszeniem III RP nierządem Tuska stoi. I z zazdrością spoglądamy za Sudety gdzie przeprowadzono dekomunizację i lustrację, prywatyzacja przy wszystkich swoich wadach nie była kradzieżą zuchwałą a po zastosowaniu opcji zerowej Czesi JUŻ zdążyli się dorobić służb specjalnych pilnujących czeskiej racji stanu a nie kradnących grosz publiczny a serio traktujących tylko nowych panów którzy tych peerelowskich bandziorów przewerbowali. 
Ale diabli mnie biorą gdy ktoś zadaje pytanie dlaczego inni mogą a my nie. No bo ci inni nie palą diamentami w piecu. W Czechach nawet po stalinowskich "porządkach" pozostało wystarczająco wielu ludzi z wysokiej półki aby gdy nadeszla sprzyjajaca chwila, odbudować nieźle funkcjonujące suwerenne państwo. A w Polsce pozostaje tylko przypomnieć gorzki dowcip iż do tekstu naszego hymnu należałoby na samym początku dopisać słowo "Dlaczego". 
Bo skoro nadal jeszcze istniejemy jako naród posiadający formalnie własne państwo to Tam Na Górze mają do nas jakąś wielką słabość. Bowiem historia Polski (mam na myśli ostatnie pięćset lat) powinna być wykładana na każdym wydziale nauk politycznych na świecie jako katalog błędów których popełniać nie wolno. Gdyż rację miał wielki łobuz ale dobry aforysta i polityk Churchill mówiąc że Polacy to naród posiadający wiele zalet z wyjątkiem umiejętności elementarnej troski o swoje państwo. 

Stary Niedźwiedź