niedziela, 6 października 2013

FLAVIA MA GŁOS - Czasami jesień bywa znośna




Długo nosiłam się z zamiarem napisania czegoś bardziej osobistego, ale jakoś ciężko mi to szło. Ale tym razem napiszę tekst nie tylko po to, by wszystko z siebie wyrzucić, ale żeby uświadomić innym osobom, które mają poczucie, że funkcjonują gorzej, ale sceptycznie podchodzą do propozycji odwiedzenia specjalisty, że czasami warto zaryzykować.
Sama od kilku lat funkcjonowałam coraz gorzej. Nie miałam co prawda myśli samobójczych, ale tak zwany weltschmerz dopadał mnie bardzo często. To utrudniało pracę i wpływało na relacje z otoczeniem. Na przykład w pracy przez 8 godzin trzeba być w miarę witalnym i skoncentrowanym. A tu nagle, ni stąd ni z owąd, człowiek czuje ścisk w żołądku, pod wpływem byle nieporozumienia trzęsą mu się ręce (tak bardzo, że trzeba to ukrywać), albo czuje dziwny psychiczny ból, który powoduje, że nie ma się siły zrobić kroku. Po prostu nagle człowiek osuwa się na krześle. Nie zliczę już, ile razy człowiek ma torsje albo płacze. Płacze z byle powodu - na przykład pod wpływem jakichś reminiscencji z przeszłości. Kiedyś myślałam, że to normalne, że to pewnie zwykły stres. Ale niestety pojawiło się coraz więcej objawów somatycznych i to skłoniło mnie do tego, żeby odwiedzić "duszologa".
Zawsze myślałam, że żyjemy w matriksie koncernów farmaceutycznych i wystarczy "wziąć się w garść". Zresztą wszyscy mi tak mówili: że trzeba znaleźć sobie więcej zajęć i tak dalej. Tylko co zrobić, kiedy człowiek czuje tak dojmujący ból, że nie ma na to energii? Pomimo największych chęci po prostu NIE DA RADY. I po raz pierwszy musiałam przyznać, że nie daję rady.
Po wizycie u specjalisty uświadomiłam sobie, że zmarnowałam masę czasu. Po trwającej kilka miesięcy kuracji medykamentami, poczułam tak wyraźną poprawę, że zaczęłam być na siebie wściekła i zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej. Bo po tej kuracji poczułam się, jakbym przebudziła się z letargu. Tyle czasu zmarnowałam na ograniczanie mojej aktywności, bo bałam się, że ktoś zauważy, jak trzęsą mi się ręce. Albo bałam się nagłego napadu przygnębienia, który spowoduje, że będę musiała udać się do toalety. Mogę powiedzieć, że zaniedbałam sprawę, a do tego pewien okres mojego życia był pasmem nieustającego pecha.
Fakt, uważam, że człowiek powinien nad sobą pracować. Naprawiać błędy, zmieniać złe nawyki, dojrzeć. Ale odkąd trafiłam do szkoły, ciągle słyszałam, że muszę się DOSTOSOWAĆ. Tylko jak się dostosować, skoro nie masz z ludźmi wiele wspólnego? Nie umiesz śmiać się z żartów koleżanki, która opowiada, że (cytuję) "wujek bz**a matkę", albo poniża cię tylko dlatego, że twoich rodziców nie stać na samochód. A ty ciągle słyszysz, że musisz się INTEGROWAĆ, bo inaczej będziesz dziwadłem. Później idziesz do pracy, a tam okazuje się, że potrzebny jest kreatywny, dynamiczny, elastyczny i asertywny, a ty wiesz, że nie posiadasz żadnej z cech charakteryzujących "człowieka sukcesu". W pracy, za marne grosze, pracujesz wiele godzin, by usłyszeć, że nie spełniasz wymagań, bo nie nadążasz z tempem (3 etaty w 12 godzin). Chociaż jako jedyna osoba znasz języki obce (które są podstawą komunikacji z klientami), to dowiadujesz się, że mniej nadajesz się do pracy, bo za mało się uśmiechasz i ubierasz się zbyt monotonnie. Czytaj: jesteś beznadziejna i za mało dynamiczna. Widzisz, że coś tu nie pasuje, bo kariery robią cwaniacy, którzy udają, że pracują, ale są wystarczająco krzykliwi i bezczelni. Od rodziny z kolei słyszysz, żeby nie stawiać sobie zbyt wysokich celów, bo osiągnąć sukces mogą tylko "dynamiczni, kreatywni i agresywni". Słyszysz, że o wartości człowieka stanowi to, czy umie się odpowiednio zareklamować. Czy umie się przepchnąć. Słyszysz, że o wartości człowieka stanowi to, czy umie się podporządkować innym i podążać za tłumem. No i już wiesz, że jesteś do niczego, bo nie umiesz się przepychać, wolisz samotność od byle jakiego towarzystwa, nie umiesz przestać bronić swoich zasad.
Później wpadasz w tarapaty finansowe. Robisz  wszystko, żeby to zmienić, ale twoje wysiłki są na nic. Masz uczucie, że walisz głową w mur, a za plecami słyszysz: "Przecież w Polsce jest coraz lepiej, tylko niezaradni życiowo sobie nie radzą". Nie zliczysz, ile razy słyszałaś mantrę o "zaradności życiowej". Bo ty oczywiście "zaradna życiowo" nie jesteś - to nic że się starasz. To nic, że twój mózg przypomina śmietnik, do którego musiałaś wrzucić umiejętności z wszelkich możliwych dziedzin i wiesz, że twój rówieśnik z cywilizowanego kraju nie potrzebował uczyć się tego wszystkiego po nocach, żeby móc godnie żyć. Ty po prostu jesteś za mało ZARADNA.
Pewnie nie powinnam kalać własnego gniazda. Ale wiem, jak bardzo człowiek potrzebuje czasami jakiegoś impulsu. Dobrego słowa, które byłoby zachętą do sięgania po wyższe cele, zamiast wpajania (wiem, że powodowanego troską), że skoro nie jesteś taka jak wszyscy, to nie powinnaś mierzyć wyżej.
W moim przypadku oprócz problemów zawodowych i finansowych, dołączyły problemy osobiste i zdrowotne, co jest konsekwencją życia w ciągłym napięciu, uczuciu frustracji i trawiących mnie wyrzutów sumienia, że jakoś nie umiem być taka, jak inni. Nie umiem się uelastycznić. A do tego jeszcze - choć to mało istotny szczegół - drażni cię rozdźwięk między tym, co prezentowane w mediach, a prawdziwym życiem. Ciągle słyszysz, że jesteś malkontentem, ponieważ nijak nie potrafisz zauważyć wszechobecnego progresu. O życiu osobistym nawet ciężko wspomnieć, bo jak można się w dzisiejszych czasach sparować, skoro gros twoich rówieśników jest słabsza niż ty. No chyba że odpowiada ci noszenie spodni w związku, mnie akurat nie odpowiada ;) I tak oto przestajesz widzieć sens w życiu. Tak jak ci doradzano, nie wychylałaś się zbytnio, więc na polu sukcesów - kicha. Na życie towarzyskie masz bardzo mało czasu, a na życie uczuciowe nawet nie masz ochoty, mając świadomość, na jakie rafy możesz się natknąć, mając i tak niewielkie szanse na poznanie kogoś z charakterem.
Na szczęście trafiłam do specjalisty. Mój problem i tak nie jest tak poważny, jak ludzi wymagających hospitalizacji. Ja z hospitalizacji świadomie zrezygnowałam, bo czułam, że wystarczy mi kilka wizyt i leczenie medykamentami. Nie miałam omamów, ani nie byłam niebezpieczna dla otoczenia. I czuję, że jest coraz lepiej, bo wszystkie toksyczne słowa wyrzuciłam z pamięci i pozbyłam się jakichkolwiek lęków. Do tego moje ego się ustabilizowało. Z tego też powodu radzę ludziom, by nie dawali się toksycznemu otoczeniu i aby w miarę szybko reagowali na niepokojące symptomy. Bo w moim przypadku tłumiona gorycz, tłumione lęki i złe natrętne myśli, spowodowały poważne problemy neurologiczne, które wymagały już bardzo żmudnego leczenia i wyłączyły mnie z życia na bardzo długo.
W tym roku po raz pierwszy normalnie znoszę jesień. Nie myślę o tym, że przegrałam życie ;)

sobota, 5 października 2013

FLAVIA MA GŁOS - O czym marzą kobiety



Otwieram największy portal. Czołowe informacje, opatrzone zdjęciami: "Wszystkie kobiety Adamczyka"; "Obłędne nogi młodej aktorki"; "Oto nowa Miss World"; "40-latka chwali się ciałem"; "Tajemnice Kasi Cichopek". Nie, to nie są informacje z działu plotki, tylko główne informacje, opatrzone największymi zdjęciami i napisane wielką czcionką. Jeśli ktoś trafi na polski portal, może odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem są tajemnice Cichopek albo ślub niejakiej Chodakowskiej. Dla porównania - na brytyjskim Yahoo zdarzają się informacje o celebrytach, ale też o astronomii. Można nie lubić BBC, ale bez trudu trafić tam można na artykuł o pisarzu (ostatnio o Dickensie) czy znanym odkrywcy - i to wszystko wśród "gorących" newsów. Wniosek? Trwa akcja ogłupiania Polaków i wciskania im na siłę celebrytów z towarzystwa.

Irytuje mnie, że kobiety traktuje się jak idiotki. Nie jestem wojującą feministką i naprawdę uważam, że każdy powinien o siebie dbać na miarę możliwości (możliwości portfela i możliwości natury). Uważam, że nie ma nic godnego podziwu w byciu abnegatem albo dziwadłem, które rezygnuje z kosmetycznych czynności w imię swoiście pojmowanego równouprawnienia (kobieta, która nie goli nóg, bo uważa to za dyskryminujące). Nie ma nic złego w sprzątaniu i wcale nie przeszkadza mi "Perfekcyjna Pani Domu", która przedstawia sposoby na szybkie pozbycie się syfu. Dzięki temu nie trzeba się nim długo zajmować i można więcej czasu poświęcić hobby, dlatego nie odrzucam takich programów z zasady. Nie przeszkadzają mi też praktyczne porady dotyczące pichcenia, ale niech to będą potrawy na kieszeń statystycznego Polaka, a nie potrawy rodem z żartów Słonimskiego i Tuwima w rodzaju perliczki z truflami. Niestety denerwuje mnie, że telewizornia wmawia kobietom, że mają być tylko konsumentkami, widzami dennych seriali, mają się interesować ciążami celebrytek i spędzać na siłowni pół życia, żeby mieć figurę jak dyżurna trenerka fitness. Czy ktoś pomyślał, że kobieta może czytać książki albo interesować się tym, co dzieje się na świecie? Nie. Bo kobieta nie może się interesować czymś, co odciągnie ją od serialu "M jak miłość" (w końcu TVP musi mieć na wypłaty dla Lisów); czymś, co pozwoli jej myśleć inaczej niż chce czwarta władza.

Ostatnio w programie śniadaniowym zobaczyłam Joannę Przetakiewicz, a prowadząca stwierdziła, że każda kobieta za swój cel życia uważa przejście się w sukni ślubnej. Oczywiście wszystko po to, by zeszły egzemplarze kolekcji pani Przetakiewicz.

Ostatnio dowiedziałam się nowinek astrologicznych. Kobieta może się dowiedzieć, czy według horoskopu znajdzie rycerza na białym rumaku.





Kobieta może się dowiedzieć, co słychać u bohaterów seriali. Kto z kim się przespał. Kto zdradził, kto zaciążył. Kogo uśmiercą w nadchodzącym sezonie. I jak uśmiercą (nie każdy bohater zasłużył na zakończenie żywota serialowego w stercie kartonów).

Obowiązkowo trzeba poćwiczyć brazylijskie pośladki w przerwach reklamowych "M jak miłość" czy "Barw szczęścia".

Nie można też  zapomnieć o alkowie. Kobieta musi pamiętać o eksperymentowaniu w łóżku. Mają się sypać iskry! Inaczej kicha. Rycerz na białym rumaku da nogę.
 
Wiecie, co to "fashion victims"? Nie interesujecie się faszyn? Otóż w programach adresowanych do kobiet nie mówi się o prawdziwych problemach i ludzkich dramatach. Bo przecież w Polsce żyje się fajnie i dostatnio. Według GUS przeciętne wynagrodzenie brutto to 4 tysiące. Jedynym problemem jest to, że wiele Polek nie może kupić sobie kapelusza od narzeczonej Jana Kulczyka.

Ale najlepszy był odcinek, w którym prowadzący polecali stosowanie w codziennej kuchni oleju rzepakowego! Oleju, który zawiera bardzo niebezpieczny kwas erukowy! Wtedy pomyślałam, że tego już za wiele. Bo kobieta nie tylko ma oglądać seriale, ale i do szkoły musi mieć pod górę, żeby przypadkiem nie dowiedzieć się zbyt dużo o organicznych związkach chemicznych.

Naprawdę nie mam nic przeciwko ćwiczeniom, dbaniu o wygląd i nauce gotowania. Ale to nie jest całe życie kobiety. To nie wygląd i mięśnie definiują jej wartość. I nie znajomość konfiguracji serialowych. Te programy śniadaniowe próbują nam "sprzedać" swoich ludzi (celebrytów-naturszczyków, którzy dostali robotę po znajomości; dyżurnych kucharzy, czyli upadłych gwiazdorów, którzy gdzieś muszą dostać etat, chociaż nie mają pojęcia, co gotuje przeciętny Polak, zarabiający dużo mniej niż oficjalna średnia) i próbują nam wmówić potrzeby (po to prezentują kapelusze Joanny Przetakiewicz). Natomiast absolutnie nie interesuje ich zainspirowanie kobiety, przedstawienie jej wieści ze świata (widocznie zakładają, że zainteresowania kobiety ograniczają się do jej buduaru), nowości wydawniczych.

piątek, 4 października 2013

Iza, Oskar, tango i milonga


W tym roku mija w końcu nie tak ważna ale miła mojemu sercu okrągła bo setna rocznica. Mam na myśli pierwsze publiczne zatańczenie w Polsce w roku 1913 tańca wszechczasów jakim było, jest i do śmierci będzie dla mnie tango.
Motyw ten sporadycznie pojawiał się na Antysocjalu”. Choćby w opowieści o ściśle tajnym ślubie. Zawartym przez córkę moich znajomych z jej szefem Duńczykiem, kierującym polskim oddziałem międzynarodowej korporacji finansowej.
A zaczęło się od dancingu a nie żadnej dyskoteki. Oskar zaprosił Izę na kolacje aby uczcić jej pierwszą samodzielną dużą pracę. Kolację jedli w wytropionej przez niego przytulnej restauracji ze świetną kuchnią, doskonałym wystrojem i muzyką graną przez żywych ludzi, złożoną z tang, rumb, samb i fokstrotów. Podczas kolacji Oskar okazał się wspaniałym rozmówcą i słuchaczem (panowie, uderzmy się w piersi!). Podejmował z uśmiechem każdy temat z zakresu historii, geografii i sztuki, Goethego i Szekspira cytował w oryginale. A gdy poprosił Izę do tanga, okazało się że tańczy wręcz bosko bowiem swego czasu był wicemistrzem akademickim swojego kraju w tańcach latynoamerykańskich. A na zakończenie odwiózł ją do domu rodziców i pocałował w rączkę na pożegnanie. I właśnie to, jak się później okazało, przesadziło sprawę do końca. Dziewczyna zrozumiała że nie jest to z jego strony żadna spekulacja krótkoterminowa, mająca się zakończyć natychmiastową realizacją zysku. Na kolację poszła pewna siebie energiczna „biznesłumen”, wróciła z niej zakochana po uszy szesnastolatka. Po miesiącu mieszkali już razem a moi znajomi usłyszeli od córki że formalnie nie mogą wziąć ślubu bowiem regulamin korporacji zabrania małżonkom pracować w tym samym oddziale. Gdy okazało się że Iza jest w ciąży, jej mama jako osoba bardzo religijna poczuła wielki dyskomfort moralny. Ale Oskar jako specjalista w wynajdywaniu luk w przepisach prawnych, gdy dowiedział się że w polskim KRK nadal istnieje ślub „przedkonkordatowy”, nie niosący z sobą skutków cywilnoprawnych lecz wyłącznie religijne, wziął takowy z Izą w ścisłej konspiracji. Głównie ze względu na teściową. Bowiem on jest luteraninem a Iza już wcześniej powiedziała rodzicom że żyje z mężczyzną o jakim nawet nie śniła. Bo jest on z takiej półki iż wcześniej sądziła że to wymarły gatunek po którym ślad pozostał jedynie w literaturze i na starych portretach. Więc niech nikt nawet nie myśli że ją z nim rozdzieli. Obecnie obydwoje już z dwójka dzieci mieszkają w Montevideo dokąd przeniesiono Oskara. Co jest sporym awansem bowiem Montevideo obok Sao Paulo jest głównym centrum bankowym Ameryki Południowej. W porównaniu z Warszawą wyższa liga.
Swego czasu syn kolegi, zaprzysięgły dyskotekowicz, z lekkim niedowierzaniem słuchał mojej apoteozy tanga. Zaciekawiony nią wybrał się ze swoja dziewczyną do warszawskiej „Złotej milongi”. Od pierwszej chwili nastrój zrobił na nich duże wrażenie. Po jakiejś godzinie uważnej obserwacji odważyli się wejść na parkiet. A kilka dni później zapisali się na kurs. Zaś młody człowiek po miesiącu powiedział mi:
- Wujek, miałeś racje. Dopiero teraz gdy przytulam Kasię do siebie, całuję w policzek czy w uszko, wiem ze tańczę. A ten disco aerobik o kant dupy roztrzaskać.
Nadszedł zatem czas na pokazanie kilku tang oraz milong z najwyższej półki. W wykonaniu takich arcymistrzów jak Geraldine Rojas, Diana Guspero, Juana Sepulveda, Mariana Montes, Mariano „Chicho” Frumboli, Sebastian Arce, Javier Rodrigues czy Miguel Zotto. Bowiem tango (zwłaszcza to „uczesane” w wersji salonowej) i milonga, wbrew tytułowi przedwojennego szlagieru to nie to samo. Jest ewidentna różnica w rytmie, nastroju i krokach.
Panom oczywiście radzę obejrzeć te klipy  filmowe w trybie pełnoekranowym aby móc przyjrzeć się pięknym nóżkom tancerek. Widokiem takim gardzą bowiem co najwyżej jakieś "wolnościowe" cioty.
Na początek kilka tang.
Mariana i Sebastian:

Juana i „Chicho”

Oraz Geraldine i Javier:

A teraz dla porównania milongi w takich samych wykonaniach:






Może przed wojną dumne słowa szemranego tanga „tańczą chłopaki i dziewczyny że i sam Hiszpan z Argentyny lepiej nie potrafił by” nie odbiegały dalece od prawdy. Ale niestety to czas przeszły dokonany. W Buenos czy Montevideo ludzie jeszcze tańczą na ulicach. U nas - szkoda gadać.
A co sie Państwu bardziej podoba? 
Bo mnie milonga choć dla przeciętnego zjadacza chleba z początków XXI wieku jest diabelnie trudna. Więc na deser ostatnia. Zatańczona z ogniem przez Dianę Guspero i Miguela Zotto, w ubiegłym roku rzuciła amsterdamską widownię na kolana.



Stary Niedźwiedź

czwartek, 3 października 2013

FLAVIA MA GŁOS - Młodzi, wykształceni, z Wielkich Miastuf doradzają, jak zdobyć pracę

Czasami zaglądam na portal Tomasza Lisa, żeby poczytać artykuły "młodych wykształconych". Z rozbawieniem obserwowałam dyskusję na temat poszukiwania pracy w Polsce, którą zainicjowała pewna zdesperowana młoda dziewczyna, która wyznała, że wyjeżdża na zmywak do Albionu z poczuciem porażki. Dlaczego? Bo w Polsce nie ma pracy, ani perspektyw. Może nie do końca zgadzam się z bohaterką, która krytykuje w czambuł bezpłatne staże (na początku warto zrobić coś za darmo, żeby się podszkolić), które z jednej strony są współczesnym niewolnictwem (mnóstwo firm potraktowało to jako sposób na znalezienie darmowej siły roboczej), ale z drugiej - przecież gdzieś trzeba zdobyć doświadczenie i się podszkolić. Niemniej ogólnie trudno było nie zgodzić się z dziewczyną - człowiek uczy się języków, zdobywa najważniejsze na rynku pracy umiejętności, kończy praktyki, kursy, studia i jedyne, na co może liczyć, to praca w markecie. A i o to już w Polsce coraz trudniej. Żeby dostać najprostszą pracę, konieczne okazują się znajomości na szczeblu samorządowym. Ale czy każdy musi mieć znajomości? I, czy jeśli ich nie ma, to znaczy, że jest "mało zaradny"?
Młoda dziewczyna napisała tekst pełen goryczy, frustracji i rozczarowania. I, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam, to doskonale ją rozumiem. Dzisiaj nie liczy się to, co potrafisz, tylko: 1) czy masz znajomości; 2) czy jesteś "młodym wykształconym" o "europejskich" poglądach; 3) czy jesteś elastyczny; 4) czy umiesz pajacować (jedna dziewczyna na rozmowie kwalifikacyjnej została poproszona przez rekrutującego o... zaszczekanie!); 5) czy umiesz się przepychać łokciami; 6) czy jesteś odpowiednio ekspansywny i agresywny; 7) czy umiesz dać się wycisnąć jak cytryna, nie oczekując w zamian wiele. Nagle okazuje się, że zupełnie niepotrzebny jest człowiek z zasadami, uczciwy, wymagający, wysławiający się w miarę poprawnie, nie podkładający świń, nie lubiący intryg. Liczy się "first impression", wpasowanie się w szablon i bycie mało wymagającym. Trochę się temu nawet nie dziwię, bo takie wzorce podsuwają nam media - ileż to polecają kursów autoprezentacji, iluż to psychologów od mowy ciała zapraszają do studia. Ilu to "młodych kreatywnych" przedstawiają, którzy napajacowali się, żeby zdobyć pracę. Nic dziwnego, że w dzisiejszym świecie trudno o pracę osobie zasadniczej, która nie przykłada wagi do sztuczek autoprezentacji, tylko jest zorientowana na wykonywanie obowiązków i podwyższanie kwalifikacji. Ktoś, kto nie zgłasza swojego akcesu do wyścigu szczurów.
Młodzi i wykształceni z portalu Tomasza Lisa wysmażyli odpowiedzi inicjatorce dyskusji. Z ich wypowiedzi wyzierała arogancja, samozadowolenie i - jakże charakterystyczne dla wielu Polaków - patrzenie tylko na czubek własnego nosa w stylu: "skoro mnie się udało, to musi się udać każdemu, przecież to takie proste". Gdyby to rzeczywiście było takie proste, to nie mielibyśmy tak licznej diaspory na Wyspach. A warto dodać, że ową diasporę zasilają też ludzie naprawdę wykształceni (inżynierowie, lekarze, pielęgniarki) i fachowi (pracownicy fizyczni, którzy w Polsce zarobiliby najwyżej na czynsz i rachunki ). Tak zwani dziennikarze ze wspomnianego portalu patrzą na nasz kraj przez różowe okulary - to kraj wielkich możliwości, europejski, a praca? Praca leży na ulicy, wystarczy tylko CHCIEĆ. Ponieważ komentatorzy pod jednym z artykułów krytycznie odnieśli się do hurraoptymistycznej analizy rynku pracy, lisiątka wysmażyły cykl artykułów z serii: "jak kreatywnie zdobyć pracę w Polandii". Bo każdy może, jeśli tylko chce, a ten, kto ma pod górę, najwyraźniej nie wzniósł się na szczyty kreatywności. Redaktorzy Lisa wzięli się za aplikowanie. Pardon, kreatywne aplikowanie! No to posypały się artykuły. O tym, że Polacy są "zasiedzieli" i nie chcą ruszać za pracą do wielkiego miasta. Oczywiście mądraliński redaktorek nie przewidział, że wynajęcie mieszkania w dużym mieście kosztuje tyle, że początkowa pensja może nie wystarczyć. A nie każdy ma znajomych czy rodzinę w dużym mieście. Ale to drobny szczegół. Redaktor krytykuje pasywnych ludzi, którzy oczekują stabilnej pracy i nie chcą zamieniać aktualnej na lepszą. No błagam! Żeby nie rozumieć, że żyjemy w kraju, w którym poczucie stabilizacji jest na wagę złota? Jest niemal luksusem?
Do krytyki młodej dziewczyny rozczarowanej Polską, włączyli się różnej maści celebryci, na czele z panią redaktor "Przekroju", Zuzanną Ziomecką, która - a jakżeby inaczej - wypomina dziewczynie, że pogardziła pracą za 1200 zł. Bo przecież pani Ziomecka też zaczynała od skromnej pensji. Tylko, do choinki, pani Ziomecka jest córką byłego redaktora "Przekroju" i współautora książki Tomasza Lisa. Jasne, że od czegoś trzeba zacząć, tylko że pani redaktor wiedziała, że odpowiednie koligacje raczej nie pozwolą jej na ciągłe życie z marnej pensji. A młoda absolwentka, zupełnie anonimowa osoba, ma uzasadnione obawy o to, czy jej sytuacja materialna kiedykolwiek ulegnie poprawie. Można pracować za 1200 złotych, ale tylko przez jakiś czas i tylko, gdy ma się kąt u rodziców. A co z ludźmi, którzy na taką pomoc liczyć nie mogą? Po opłaceniu czynszu i rachunków, z czego zrobią zakupy? I to w czasach, w których rośnie opodatkowanie konsumpcji. Kolejna genialna odpowiedź "młodej wykształconej": "Dlatego doceniani są ludzie kreatywni, oryginalni i walczący w ciekawy sposób, którymi warto się inspirować - niekoniecznie kopiując ich zachowania, ale także wykazując się alternatywnym i świeżym podejściem do problemu." * Po prostu zastanawia mnie jedno: co to znaczy zdaniem tych wykształciuchów, nurzających się w samozadowoleniu,

WALCZYĆ W CIEKAWY SPOSÓB? Położyć się na środku ulicy, stanąć przed bramą mieszkania potencjalnego pracodawcy? Dalej lisiątko poucza skołowaną dziewczynę: "Bo ona dostała wymarzoną pracę, zatem skuteczność jej działań jest potwierdzona realnym sukcesem, a nie jedynie pogonią za nim i roszczeniową histerią." Przepraszam bardzo, ale roszczeniowy to może być gatunek homo sovieticus, a takie postawy wśród dzisiejszych ludzi naprawdę są rzadkością. Roszczeniowy jest człowiek, który nic nie robi, nie rozwija się, spędza wakacyjnie cały rok i na końcu płacze, że państwo mu nie daje prezentów, ani nie gwarantuje pracy. Tak, to jest typ roszczeniowy. Ale osoba, która inwestuje w swoje wykształcenie, rozwija się, odbywa staże, zna języki i aktywnie poszukuje pracy za Chiny Ludowe roszczeniową nie jest, bo w cywilizowanym państwie mogłaby znaleźć pracę gwarantującą ciut więcej niż biologiczne przeżycie. A w Polsce nawet możliwość zarobienia na biologiczne przeżycie nie jest niczym pewnym.


Tak to jest. Grupa "lisiątek" dostała pracę. Zarabiają, fajnie sobie żyją i z tej perspektywy oceniają wszystkich młodych, którzy są rozczarowani życiem w tym kraju. Na podstawie jednostkowych przypadków formułują reguły w rodzaju: "przecież to takie proste, bo Iksińska dostała pracę po złożeniu kreatywnej aplikacji". Każdy jest kowalem swojego losu? Owszem, ale w kraju, który nie jest neokolonią. W którym jest przemysł, zdrowe podatki, wydolny system ubezpieczeń, względna wolność gospodarowania, mniejsza korupcja i w którym nie rządzą ludzie uwikłani w poprzedni system. Ale póki te patologie się nie zmienią, będę uważać, że patrzenie na innych przez pryzmat swojego sukcesu jest zwykłym egocentryzmem, tumiwisizmem i nieżyczliwością.
A lisiątka ze sławetnego portalu? W jednym z tekstów autor stwierdził, że nie muszą poprawiać rażących błędów składniowych, bo zajęłoby im to zbyt dużo czasu, a na poprawną polszczyznę szkoda go szczególnie. Bo trzeba mieć czas na sformułowanie złotych porad dla tych nieszczęsnych młodych ludzi, którym się nie chce "kreatywnie" szukać pracy ;) Tacy są "młodzi wykształceni, z Wielkich Miastuf" - aroganccy, powierzchowni, nienawidzący każdego, kto burzy ich idylliczną wizję kraju.
*www.natemat.pl
                                     Młodzi i wykształceni. Używający Facebooka, zna-
                                     jący techniki autoprezentacji i dążący do uczynienia
                                     z Polaków najbardziej kreatywnego narodu.

"Mirror" blogu Flavii

W niedzielnym poscie powiadomiłem Czcigodnych Czytelników o ograniczeniu dostępu do blogu Flavii.
W wyjaśniającym swoją decyzję wpisie, umieszczonym już na elitarnym blogu, Flavia poinformowała zaproszonych gości że nikt jej nie przekona że narkotyki są fajne, pedofilia może być pozytywna a każde działanie propaństwowe to „odruch stadny”. I pragnie aby jej blog był wolny od propagowania narkotyków czy obrażania Żołnierzy Niezłomnych czyli czegoś co znajduje się w kompletnej opozycji do wyznawanych przez nią wartości.
Czcigodny Juggler i moja skromna osoba namawialiśmy Flavię aby znalazła jakiś sposób na pogodzenie wody z ogniem. Czyli udostępnienia tak wartościowych spostrzeżeń szerokiemu gronu odbiorców z uniknięciem prób zamiany jej pięknego saloniku w zapaskudzoną „wolnościową” latrynę. I sposób taki  szczęśliwie się znalazł.
Od dzisiaj za zgodą Flavii będę jej kolejne posty kopiował na „Antysocjala”. Ich cechą charakterystyczną, z daleka rzucającą się w oczy, będą tytuły. Zaczynające się od słów „FLAVIA MA GŁOS - ” a po myślniku oryginalny tytuł z blogu Flavii. Opcja komentowania oczywiście będzie aktywna. Rzecz jasna nie gwarantuję iż Flavia będzie regularnie odpowiadała na umieszczone tam komentarze. Bo będzie to zależało tylko i wyłącznie od niej jako suwerennej pani na tej części „antysocjalowych” włości.
Ale uprzedzam. Flavia wyraźnie napisała jakich agitek sobie nie życzy. I jej życzenie stało się obowiązującym prawem. Zaś jego przestrzegania będę pilnował z całą bezwzględnością na jaka mnie stać. A jeśli "wolnościowcy" już o tym zapomnieli to parafrazując klasyka przypominam.
Nazywam się Niedźwiedź. Stary Niedźwiedź.
Więc pokój Flavii w moim blogowym domu będzie jeszcze bardziej sterylnie  czysty niż sala operacyjna w szwajcarskim szpitalu. Nie miejcie cienia złudzeń kanalie!

Stary Niedźwiedź.