niedziela, 27 stycznia 2013

Non plus ultra!

tytytytułoccc
Żywa dyskusja na temat WOŚP spowodowała że z poślizgiem wstawiłem post dotyczący wydarzenia które bulwersuje mnie od pewnego czasu.
Jak podały media, rada miejska Amsterdamu ma zamiar wybudować na peryferiach miasta kontenerowe getto dla osób „uciążliwych” zaś do tej kategorii zaliczeni zostali ludzie prezentujący „postawy homofobiczne”.
Oczywiście skierowanie do takiego getta nie wymaga wyroku sądowego. Decyzja leży w gestii urzędników. Jeśli postawy homofobiczne” wykazują dzieci, do obozu rzecz jasna trafić ma cała rodzina.
A oto odsyłacze:




Oczywiście lewizna próbuje zdyskredytować te doniesienia i potraktować je jako kaczkę dziennikarską. Stara szulerska sztuczka, nie tak dano przerabiana gdy dwie kanalie (pardon, dzisiaj nazywa się taką ludzką mierzwę etykami) z Oksfordu opowiedziały się za „aborcją po urodzeniu”. Wtedy też próbowano wmówić że była to „prowokacja intelektualna” gdyż oburzenie ludzi o normalnej konstrukcji psychicznej przyjęło takie rozmiary że hucpiarze z Oksfordu po prostu się wystraszyli. Ale rzecznik prasowy Ambasady RP w Królestwie (jakże łatwo o pomyłkę w tym słowie) Holandii jest innego zdania uważając tę informację za całkowicie wiarygodną. Informacja pana rzecznika jest dla mnie na pewno znacznie bardziej godna zaufania niż szyderstwa zamieszczone na witrynie zoologicznych ateotalibów, dla niepoznaki nazwanej  "racjonalista.pl". Która jak głosi motto, nawiązuje do niejakiego Woltera, chyba najbardziej sprzedajnej intelektualnej ladacznicy osiemnastego stulecia.
Muszę przyznać że do niedawna byłem zwolennikiem pewnych ułatwień prawnych dla stabilnych związków jednopłciowych. Oczywiście a priori odrzucałem takie bzdury jak nadanie takiemu „stadłu” praw należnych małżeństwu czy możliwości adopcji dzieci. Miałem na myśli tego typu ułatwienia jak prawo do uzyskania informacji o stanie zdrowia podczas pobytu tej drugiej osoby w szpitalu czy odbioru korespondencji na poczcie.
Ale obecnie gdy „Homintern” przestaje odgrywać rolę biednej szykanowanej sierotki i jz bez żenady odsłania swoją odrażającą mordę, zmieniłem zdanie.
I nie ukrywam że z wielką satysfakcją odebrałem wynik ostatniego głosowania sejmowego. Wszystkie trzy projekty dotyczące „związków partnerskich” trafiły do kosza na śmieci. Choć nie da się ukryć że miejscem jeszcze bardziej godnym tych arcydzieł sztuki legislacyjnej byłby gwóźdź w sławojce.
Oczywiście mówienie że odrzucenie w pierwszym czytaniu tych bzdur szykanuje pary złożone z kobiety i mężczyzny to jedno gigantyczne pieprzenie w bambus. Podnoszone przez ludzi zawiedzionych tym że nie przeszła ich szulerska sztuczka podnosząca pary dewiantów na razie do rangi quasi małżeństw. A gdy ludzie tę ciemnotę kupią to za jakiś czas może przejdzie też i numer ze zrównaniem ich w prawach z małżeństwami. I stąd ten rozdzierający kwik który podnieśli europoseł Siwiec, profesor nienadzwyczajna Senyszyn, pierwsza w RP ciota z bandy Palikota i reszty tej zgrai.
Nawet w PO znalazło się grono osób które tak jak pan minister Gowin uznały ten bzdet za niekonstytucyjny, że o obrazie elementarnej przyzwoitości nie wspomnę. Jak widać nie ma ludzi idealnie dobrych lub złych. Posłom tym za to konkretne głosowanie należą się podziękowania.
A rozwydrzonym pedałom od dzisiaj trzeba powtarzać tytułową maksymę, po polsku brzmiącą „Ani kroku dalej!". I kierować się zasadą  zero "tolerastii".

Stary Niedźwiedź

niedziela, 20 stycznia 2013

Jak nie kręcił Owsiak z tyłu.



Aczkolwiek tematem mojego poprzedniego wpisu nie była „Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy” i jej dyrygent, temat ten zdominował dyskusję. Bowiem okazało się że w Polsce dyskusja na dowolny temat nie musi prędzej czy później zwekslować na aborcję. Jest i drugi temat, budzący nie mniejsze kontrowersje. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak w „jednym kawałku” wyartykułować swój stosunek do tej imprezy i jej guru.
Rozumiem osoby które skłonne są dać się posiekać na kawałki w obronie tej akcji bowiem ktoś z ich bliskich lub oni sami podczas pobytu w szpitalu korzystali z aparatury zakupionej z pieniędzy zebranych podczas tej kwesty. Bo dla nich istotne jest jedynie to że pacjent został wyleczony a ów aparat w tym pomógł. Zaś już koszt jego pozyskania ich po prostu nie interesuje. W końcu nie musi.
Podobne stanowisko może też zająć lekarz. Dla niego również najważniejsze jest to że na oddziale szpitalnym na którym pracuje, pojawił się potrzebny aparat. I też ani trochę nie interesuje go sposób zakupu takowego.
Ale spoglądając na problem z większej odległości można zauważyć elementy których wymienione osoby nie potrafią lub programowo nie chcą dostrzec. Pozwolę więc sobie podzielić się z Szanownymi Czytelnikami kilkoma spostrzeżeniami odnośnie tej dyskusji.
Wyraziłem się z niesmakiem o próbach zapisania w podświadomości Polaków że wspieranie „orkiestry" jest ich obowiązkiem. Na co usłyszałem (a raczej przeczytałem) że jest to bujda na resorach. Tak się głupio składa że w piątek poprzedzający kulminację tego paroksyzmu robiłem drobne zakupy w Liedlu. Przy czynnych kasach czatowały dzieciaki z charakterystycznymi skarbonkami. Kasjerka wydając mi reszty poza bilonem i paragonem położyła przede mną czerwone serduszko a stojąc obok kasy dziewczynka podsunęła nieomal przed nos skarbonkę. Ponieważ nie cierpię terroryzmu (jeśli miała to być „propozycja” to dziwnie przypominała te składane przez Vita Corleone) , poprosiłem kasjerkę aby zabrała to serduszko bo tego nie zamierzam kupić. Była zdumiona, wręcz zgorszona ale jednak zabrała. Ale może uległem halucynacji. W końcu inni wiedzą lepiej ode mnie jak przebiegły moje zakupy w tym sklepie owego dnia. Dwie doby przed godziną zero.

Swego czasu Aleksander Dumas ojciec w jakimś salonie z wielką swadą opowiadał o przebiegu bitwy pod Waterloo. Obecny w towarzystwie jej uczestnik w pewnej chwili nie wytrzymał i zauważył że było inaczej a wie to gdyż brał w tej bitwie udział. Na co Dumas odpowieział:
-No to w takim razie był pan panie generale bardzo roztargniony!
Podniosłem też kwestię efektywności owej akcji. Gdyby TVP na obydwu swoich głównych kanałach w porze dobrej oglądalności dochód z dwóch reklam przeznaczyła na zakupy sprzętu medycznego, przy średniej cenie 50 tys. zł za jedną półminutową reklamę dałoby to 200 tys. zł dziennie. Zakładając że byłyby one emitowane przez 360 dni ( w końcu Boże Narodzenie i Wielkanoc wypada uszanować) otrzymamy kwotę 72 mln zł. Czyli po odliczeniu VAT jakieś 58.5 mln. A trwałoby to łącznie 720 minut czyli 12 godzin w ciągu roku. Zaś „orkiestra” zbiera rocznie po czterdzieści kilka milionów. W niniejszym oszacowaniu przyjmijmy 45. Uwzględniając że na sprzęt wydaje jakieś 68% tej kwoty (reszta to koszt własny plus „Przystanek Wódy w sztok”) na sprzęt medyczny przeznaczane jest rocznie około 30.6 mln.
Czyli co najmniej dwa razy mniej niż warty jest czas przeznaczany na popularyzację „orkiestry” w TVP. Bo w skali roku lansik trwa więcej niż ten tuzin godzin. O kosztach ponoszonych przez samorządy tu nie wspomniałem nie mogąc ich oszacować. Po ich uwzględnieniu stosunek poniesionych nakładów do zebranej kwoty stanie się jeszcze bardziej żałosny.
Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć że w roku 2010 (nowszych danych nie udało mi się znaleźć) organizacja Caritas zebrała w postaci wpłat i darów materialnych prawie 276.8 mln złotych a wydała 274.2 miliona. Bez lansiku, dzieciaków molestujących przecjodniów,  wystawianych w różnych miejscach skarbon. A i koszty własne liczące 2.6 mln w stosunku do wpływów są jakby "odrobinę" niższe bo poniżej jednego procenta. W TVP też jakoś poza programami religijnymi nie udało mi się usłyszeć o Caritas ani słowa. Ale przecież to dzieło "czarnych" więc zapewne telewizyjne dziennikarskie ladacznice dostały prosty i zrozumiały nawet dla najgłupszej z nich rozkaz. "O Caritas morda w kubeł".

Nie będę ukrywać że ubawił mnie postulat aby osoby którym nie podoba się ta owsiakowa kwesta, podpisały zobowiązanie że nigdy nie skorzystają ze sprzętu zakupionego w ramach tej akcji. Więc z kolei ja proponuję tym osobom aby podpisały zobowiązanie że nigdy nie skorzystają z pojazdu komunikacji publicznej jeśli podejrzewają że został zakupiony zbyt drogo lub z naruszeniem procedur przetargowych a ludzie z szajki MAK Donalda mieli z tej transakcji swoją działkę. Jeśli nie jeżdżą samochodami, niech do pracy czy na urlop maszerują pieszo. Tak samo nie powinni korzystać z tuskostrad, wybudowanych gorzej i znacznie drożej niż autostrady powstające w cywilizowanym świecie. Żart za żart.
Do samego guru mam wielką pretensje z powodu sławetnego kretyńskiego tekstu „róbta co chceta”. Małoletni wyznawcy proroka odebrali to jednoznacznie uzupełniając tę jego surę o następne, z których najważniejsze głoszą „srajta gdzie chceta” oraz „olewajta zgredów i ich pieprzenie”. Bo tak się głupio składa że powszechne zdziczenie czy wręcz schamienie obyczajów nastolatków dziwnie zbiegło się w czasie z pojawieniem się w telewizyjnej dwójce bełkoczącego pajaca w czerwonych portkach. Pewien kauzyperda guru próbował mi swego czasu wmówić że było to nawoływanie do „kreatywności”. Na moje pytanie czy objawem tejże „kreatywności” jest ubieranie się dziewczyn na obraz i podobieństwo „przydróżek” i wietrzenie tego co dawniej po prostu
się myło, usłyszałem że jestem kołtunem. Do takich określeń ze strony pos-tępactwa zdążyłem już się przyzwyczaić a wręcz uważam je za komplement. Bo oznacza ono że nie jestem takim moralnym śmieciem jak oni.
Ale ostatnia pochwała eutanazji z ust tego kpa przebrała miarkę. W czasach gdy TVP była jeszcze telewizją publiczną a nie już tylko nomen omen "dworacką", obejrzałem kilka filmów dokumentalnych o praktyce eutanazyjnej w Holandii. Istotnie Jest ona przeprowadzana „na życzenie”, szkoda tylko że rzadko kiedy osoba najbardziej zainteresowana jest pytana czy istotnie sobie tego życzy. Często rozstrzyga życzenie rodziny której już nie chce się dłużej męczyć ze staruszkiem lub płatnika emerytury, zgrzytającego zębami na samą myśl ile jeszcze taki piernik mógłby pożyć i "wyłudzić" od nich pieniędzy w formie emerytury. Tak więc coraz częściej zdarza się że holenderscy emeryci dają drapaka gdzie pieprz rośnie. Swego czasu opisałem historię małżeństwa z kraju tulipanów które na starość osiedliło się w małym miasteczku na Pojezierzu Pomorskim. Ale i tam u miejscowego lekarza rodzinnego (czyli mojego kolegi, w gronie  wędkarzy zwanego doktor Zdzisio) pojawiła się jakiś zasraniec z polskiej filii Nationale Eutanasien i z głęboką troską dopytywał się czy dla państwa van der Cośtam  życie nie jest ju ż tylko jednym wielkim pasmem cierpień. Zdzisio zrozumiał do czego gnojek pije i poinformował go że za minutę kończy się promocja na całość mordy eutanazisty. Więc radzi się pospieszyć bo jako były kick bokser ocierający się o kadrę narodową, nogę ma bardzo ciężką.
Historię państwa van der Cośtam, doktora Zdzisia i tego „łowcy skór” dedykuję wszystkim wierzącym w bociana, krasnoludki i to że „zalegalizowanej eutanazji będą towarzyszyły procedury, których przestrzeganie zagwarantuje poszanowanie woli chorego, odejście z honorami, szykanami etc.” Bo o ile holenderski emeryt przy swoich dochodach może dać drapaka przed eutanazją, przeciętnego polskiego na pewno nie byłoby stać na ucieczkę  do jakiegoś kraju w którym starym dziadom nie grozi uśpienie. Bo tak sobie życzy rodzina, płatnik emerytury lub na taki pomysł wpadnie z włąsnej inicjatywy jakiś duchowy spadkobierca doktora Mengele.
Zaś w sprawie samego guru, tym ostatnim przemyśleniem w moich oczach po prostu się podsumował.

Stary Niedźwiedź


P.S.
Po uwzględnieniu danych dostarczonych przez Czcigodnego Tie Fightera (bardzo Mu za nie dziękuję i pozdrawiam Go serdecznie),  okazuje się że na zakup sprzętu owsiakowi muzykanci przeznaczają aż jakieś  17% ogółu środków które w naturze lub w gotówce idą na to granie. Jeśli ktokolwiek z Szanownych Czytelników słyszał o odbywającej się współcześnie w krajach cywilizowanych imprezie charytatywnej o jeszcze bardziej beznadziejnej proporcji nakładów do efektów i jeszcze większym puszczaniu pary w gwizdek, byłbym wdzięczny za tę informację.

Stary Niedźwiedź

sobota, 12 stycznia 2013

Jeszcze Polacy czy już „polactwo” ?

W swym pierwszym tegorocznym wpisie linkowany u nas Czcigodny Zgryźliwy (którego korzystając z okazji serdecznie pozdrawiam) opisał swoje wrażenia z krótkiego świątecznego pobytu w Polsce. Nie są one niestety pozytywne.
http://niepokornizdaleka.blog.onet.pl/2013/01/02/rozczarowany-polska/
Bałagan zaczął się już na lotnisku w Modlinie. O możliwości dojechania do Warszawy koleją dowiedział się przypadkiem od współtowarzyszy podróży. A autobusie dojeżdżającym do dworca sprzedający bilety kierowca nie raczył mu powiedzieć że można nabyć bilet łączony na ten autobus plus pociąg. A gdy Zgryźliwy bogatszy o tę wiedzę poprosił o wymianę biletu, rzecz jasna spotkał się z odmową. Wymienił też przypadki pospolitej nieżyczliwości z pogranicza chamstwa z jaką spotkał się podczas robienia zakupów.
Autor nie generalizuje i nie rzuca na rodaków klątw, Po prostu wyliczył przypadki zachowań których w europejskich krajach znanych mu z dłuższego pobytu w zasadzie już się nie spotyka. Bo ludzie tam mieszkający są na tyle rozgarnięci iż zdaja sobie sprawę z tego ze to się po prostu w życiu społeczeństwa nie opłaca.
My tkwiąc w naszej rzeczywistości niektórych rzeczy zaczynamy już nie dostrzegać. Więc ta relacja, pochodząca od osoby przywykłej do wyższych standardów w życiu codziennym, jest cenna i warta przeczytania.
Wśród komentarzy arcyciekawy jest ten autorstwa Czcigodnego Jugglera (również przesyłam ukłony). 

Ponieważ wykracza on poza zakres tematu linkowanego wpisu, pozwolę sobie ku wygodzie Szanownych Czytelników załączyć go w całości:
 

Coś przewrotnie zauważę: masz rację co do naszej inercji i rezygnacji. Gdybyś taki kubeł pomyj wylał na jakąkolwiek inną nację, generalizując i wrzucając wszystkich do jednego worka z napisem „dzicz i malaria” / Polacy/ to by Cię komentatorzy zjedli. A tu proszę – wszyscy pokutnie kiwają główkami. To co się dzieje w Polsce z Polakami to skutek świadomej parszywej roboty mediów, rządzących, warunków życia i historii, a nie jakiejś hipotetycznej polskiej trzecioligowej mentalności.
Żyję tu więc widzę i drugą stronę medalu. Nie będę sie porównywał z innymi nacjami o innych doświadczeniach historii i warunkach życia ani pluł na swoich, żeby poczuć się jedynym sprawiedliwym w tej sodomie jak Kubuś z Gminnych et consortes, Bo to co naprawdę mnie wkurza to właśnie te kompleksy każące nam wiecznie się samoponiżać i czuć pariasem na mapie Europy. To właśnie z takim zapałem wciska Polakom lewactwo pisząc nam na nowo historię żeby naród skundlić i odebrać mu godność
Historia amputowała nam elity, ulokowała na wiecznym poligonie gnojącym naród od setek lat i tę specyfikę oraz jej skutki trzeba rozumieć ,bo jeśli już prawica też ma dla Polaków tylko pogardę to źle się dzieje i nie tędy droga.
Pozdrawiam
 

Do uwag Jugglera dorzucę jedynie swoje spostrzeżenie że sytuacja jest alarmująca. Telewizyjne i papierowe szmatławce ogłupiły rodaków w sposób piramidalny. Komunistyczna propaganda nie mogła nawet marzyć o takim sukcesie. Ale wtedy podział był jasny i każdy jako tako rozgarnięty człowiek wiedział gdzie jesteśmy my a gdzie oni. Obecnie tej granicy już tak wyraźnie nie widać. Wielu ludzi z pozoru inteligentnych i legitymujących się formalnym wykształceniem bez słowa protestu godzi się na codzienne okradanie a niekiedy i plucie przez rządzących w twarz. No bo ten rząd ma wiele wad ale jeśli nie on to przyjdzie Kaczor i ich zje.
Żeby było jasne, nie jestem fanem PiS, w ich szeregach też nie jestem w stanie doszukać się zbyt wielu ludzi kompetentnych do rządzenia a nadmiar populizmu i socjalizmu w ich programie bardzo mnie zniesmacza. Ale nie mogę zaprzeczyć że za ich rządów żaden idiota nie wkładał kija w szprychy pojazdu o nazwie polska gospodarka. A zupełnie nieuzasadnione zatrzymywanie się pociągu w miasteczku Włoszczowa czy dorsz za niecałe dziewięć złotych to mniej niż zero w porównaniu z przewalankami gangu MAK Donalda.
Ponieważ jak słusznie w oględnych słowach daje do zrozumienia Juggler, media reprezentują wrogą Polsce opcję a rządzący nie kierują się polską racją stanu, pozostało zacząć wszystko w pocie czoła naprawiać oddolnie. Piekielnie trudne to zadanie, zwłaszcza że do jego realizacji jest mniej ludzi niż sądzą hiperoptymiści. Ale w arsenale mamy zapomnianą a ongiś skuteczną broń o nazwie poczucie humoru. Za komuny tak w narodzie powszechne że satyrykom wystarczyło wypowiedzieć jedno słowo aby ludzie zrozumieli o co chodzi i zareagowali śmiechem. A obecnie takie choćby „młode wydymane z wielgich miastów” nawet po trzykrotnym przeczytaniu felietonu mistrza Jana Pietrzaka (o tak wysokiej półce jak Stanisław Michalkiewicz nie warto nawet wspominać) stwierdziłyby że ni ch…olery nie kumają o co tu biega.
Więc odkurzmy tę zapomnianą broń i zacznijmy ją stosować. A jako przykład pozwolę sobie przytoczyć scenkę z czasów późnego Jaruzela.
Do sklepu warzywnego położonego blisko mojego mieszkania późnym popołudniem w Wielki Piątek dostarczono cytryny (młodym nie pamiętającym tych czasów muszę wyjaśnić że za komuny cytrusy pojawiały się w przeciętnym sklepie raptem kilka razy w roku). Ustawiła się długa kolejka a ekspedientka, młoda i naprawdę ładna dziewczyna, sprzedawała towar nawet gdy godzina zamknięcia sklepu już minęła. I wtedy jakaś pani poprosiła o wymianę jednej z cytryn bowiem była ona zepsuta. Ekspedientka zirytowała się i wygłosiła tyradę że już dziesięć minut temu powinna zamknąć sklep. A skoro klienci marudzą to ona to zaraz zrobi a kolejka może ją pocałować w dupę. I wtedy starszy pan, na oko siedemdziesięcioletni kombatant (czarny beret, w klapie marynarki miniaturka Virtuti), rozładował atmosferę stwierdzając:
Propozycja jest co najmniej kusząca. To o której kończy pani pracę młoda damo?
Gruchnął wielki śmiech. A dziewczyna przeprosiła klientkę, wymieniła zgniły owoc i sprzedała resztę cytryn.

Stary Niedźwiedź

sobota, 5 stycznia 2013

Rok 2013 rokiem Edwarda Gierka czyli w grudniu obchodzimy sierpień 80.

Trzeba być niebywałym oszołomem albo cynicznym oszustem by propagować 10-letnią drogę do zadłużenia, które spłacono niedawno dzięki pracy 2 pokoleń. Logiczne jest natomiast porównanie epoki Tuska do epoki Gierka ze względu na łączące je podobieństwa. Obok zadłużania kraju mamy propagandę sukcesu i nasilenie podległości kraju wobec starszego brata.

SLD gloryfikując czasy Gierka przypomina nam mimowolnie o swoich bolszewickich korzeniach. Dla porządku przypomnę, że SLD jest kontynuatorką SDRP, a ta powstała po wyprowadzeniu sztandaru przy jednoczesnym przejęciu majątku PZPR. Ta ostatnia powstała ze zjednoczenia PPR i PPS. PPR została założona w 1943r. w Warszawie przez przybyłych z Moskwy zaufanych towarzyszy. To jest wiedza oficjalna i można uznać, że to wystarczy. Ale czy jest pamiętana i czy to już cała prawda historyczna o ostatnich kilkudziesięciu latach? Z ciekawym wywiadem ze śp. Prof. Pawłem Piotrem Wieczorkiewiczem spotkałem się na stronie Nowego Ekranu:

http://wyszperane.nowyekran.pl/post/84629,napiszmy-historie-polski-od-nowa

Nie wyobrażam sobie obchodów roku Gierkowskiego bez naświetlenia tła historycznego. Nie zapominajmy o tym, że w naszym kraju rządzi wroga agentura, gdy śledząc bieżące wydarzenia zastanawiamy się jak to wszystko możliwe. Nie po to jest utrzymywany medialny monopol byśmy byli świadomi prawdy ale by nas poddawać praniu mózgu o czym przypomina prof. Andrzej Zybertowicz 

niedziela, 30 grudnia 2012

Życzenia na rok 2013

Czcigodni Czytelnicy
Nadszedł czas składania życzeń noworocznych co w Tusklandii nie jest zadaniem łatwym.
Z jednej strony żaden uczciwy człowiek nie może być psem ogrodnika i żałować innym (że już o zazdrości nie wspomnę) sukcesów odnoszonych z użyciem godnych metod. Ale z drugiej strony życzenia te nie mogą pozostawać w rażącej sprzeczności z realiami w których się żyje. A już na pewno wkraczać w świat baśniowy.
Dlatego nie życzę Wam abyście wszyscy bez wyjątku stali się młodzi, zarabiali miesięcznie po trzydzieści tysięcy PLN na rękę i mieszkali w willach z basenem i kortem. Bo w najlepszym przypadku pomyślelibyście że zwariowałem a w gorszym doszlibyście do wniosku że zatrudniono mnie w biurze prasowym (nie)rządu MAK Donalda co automatycznie w polskich warunkach oznacza śmierć cywilną delikwenta.
Dlatego moją listę życzeń rozpocznę od postulatów dotyczących zachowań pewnych osób, rzutujących na los ogółu mieszkańców naszego kraju. Pragnę gorąco aby osobnik kierujący tym (nie)rządem jak najwięcej czasu spędzał na boisku piłkarskim. Bo gdy kopie piłkę to nie wymyśla kolejnych idiotyzmów niszczących gospodarkę i zatruwających Polakom życie.
Co się tyczy ogółu rodaków, po powtórnym wygraniu wyborów przez POkemonów przestałem wierzyć w instynkt samozachowawczy większości ludzi „dających głos” w wyborach, że już o zdolności do samodzielnego myślenia i kojarzenia elementarnych faktów nie wspomnę. Wcześniej wierzyłem że do ich głów prowadzi jedna droga, wiodąca przez odpowiednio mocno obite tyłki. Ale okazało się że te ostatnie pokryte są zbrojami wykonanymi chyba z tytanu. A więc życzę wszystkim porządnym ludziom aby te zbroje na zadkach „polactwa” (pozdrawiam mistrza Ziemkiewicza) w przyszłym roku zaczęły pękać.
Czas na życzenia pod adresem konserwatystów, konslibów i wszystkich prawych Polaków.
Po pierwsze, tym którzy pozostają bez pracy gorąco życzę znalezienia choćby takiej która pozwoli na przetrwanie i doczekanie lepszych czasów.
Po drugie, tym którzy jakąś sensowną pracę mają, życzę aby zatrudniające ich firmy przetrwały następny rok a oni swoje miejsca pracy utrzymali.
Po trzecie moi kochani, proszę Stwórcę aby choróbska się Was nie imały bo łaska Pańska daje bez porównania większą szansę przeżycia w Tusklandii niż „bezpłatna służba zdrowia” oferowana przez Narodowy Fundusz Zagłady.
Po czwarte, pamiętajcie że jesteście Polakami a nie mieszkańcami jakiegoś zafajdanego „euroregionu”. Więc bojkotujcie wszelki komercyjny „alternatywny” syf pokroju drążenia dyń czy innych pogańskich wygłupów. Jak nie raz podkreślałem, nikogo do żadnego kościoła nie mam zamiaru zapędzać a na myślenie o naszych najbliższych czy wielkich rodakach którzy odeszli cały rok jest dobry. Ale wspomnienie ich 1 listopada to moralny obowiązek.
A po piąte, starajcie się okazywać swoim bliskim należne im uczucia. I znajdźcie czas na rozmowę z nimi. Najlepiej w domowym zaciszu przy wspólnym stole i choćby szklaneczce herbaty. Bo o uleganie „nowej świeckiej tradycji” w rodzaju niedzielnego rodzinnego obiadu w jakimś Mc Szajsie nie śmiem czytelników tej witryny podejrzewać.

Żeby nie było iż zapomniałem o tych wszystkich którzy próbują zamienić Polskę w jedno wielkie moralne szambo, pod ich adresem też mam życzenia.
Tym wszystkim promotorom narkomanii którym marzą się narkotyki w każdym kiosku,  życzę "złotego strzału" przy pierwszej okazji. Zaś pod adresem proskrobankowców, eutanazistów, feminazistek czy apologetów wszelakich możliwych dewiacji, kieruję staropolskie życzenie. Które w postępowej euronowomowie brzmi:
Biedronił was pies!

Zatem jak mawiają wojskowi, przeżyjmy ten 2013 rok bez strat w ludziach i sprzęcie.

Stary niedźwiedź

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta, tradycja i współczesność.

Czcigodni Czytelnicy
Nowoczesny konserwatyzm nie zakłada z góry iż ludzie określający się jako konserwatyści lub nasi najbliżsi sojusznicy jakimi są „konslibowie” z definicji muszą być wyznawcami jakiejś jedynie słusznej religii. W warunkach europejskich wystarczy w zupełności że akceptują oni „cywilnoprawną” część Dekalogu czyli przykazania od czwartego do dziesiątego (mam na myśli numerację katolicką i luterańską). W innym kręgu kulturowym te same zasady wywiedliby oni z innego źródła.
Natomiast ewidentną cechą łączącą ludzi zajmujących na scenie politycznej wymienione przeze mnie miejsca musi być kierowanie się dobrem kraju w którym żyją i szacunek dla jego godnych kultywowania (a więc nie wszystkich bez wyjątku!) tradycji i czynników tworzących tożsamość narodowa. Tu nie może być odstępstw bo te wartości wyznaczają granicę między pozytywnym indywidualizmem a bimbaniem sobie na los kraju i rodaków czyli śmierdzącym egoizmem, wynoszonym na piedestał przez różnych pożal się Boże „wolnościowców”. Którym marzy się zamiana Polski w jeden wielki moralny chlew a w swej nienawiści do wszystkiego co polskie lansują jakieś celtyckie, azteckie czy diabli wiedza jakie jeszcze "zamienniki " tego co jest nierozerwalnie związane z polską tożsamością.
Dlaczego o tym piszę? Bowiem właśnie Święta Bożego Narodzenia doskonale ogniskują te kwestie.
I dlatego życzę wszystkim aby te dni spędzili radośnie w gronie osób najbliższych. Wierzący zastanowili się nad metafizycznym sensem tego co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu. Zaś niewierzący zwrócili uwagę na nierozerwalny związek tych dni z polską tożsamością i tradycją w najlepszym tych słów znaczeniu.
Oczywiście szacunek dla tradycji nie powinien automatycznie oznaczać zamiany najbliższych dni w sarmackie obżarstwo. Bowiem karykaturą Świąt jest sytuacja gdy pani domu siada do wigilijnej wieczerzy padając na twarz ze zmęczenia i marząc żeby za rok znaleźć się w te dni w jakimś pensjonacie. Dlatego proponuję aby panowie czynnie włączyli się w przygotowania oraz ograniczyli swoje wymagania do jakichś rozsądnych granic. Tak aby po tej najważniejszej kolacji w roku można było pomyśleć o Nowonarodzonym a nie zastanawiać się czy w domowej apteczce są aby właściwe medykamenty.
Więc poświęćmy te dni na zastanowienie się jak korzystamy z szansy którą On nam dał oraz czy robimy tyle ile potrafimy i realnie możemy dla kraju w którym żyjemy. I rzecz jasna na ile to możliwe, postarajmy się nadrobić zaległości w okazaniu naszym najbliższym należnych im uczuć. Na co w codziennej gonitwie nie zawsze starcza nam czasu.
Takich Świąt Bożego Narodzenia życzy wszystkim prawym ludziom

‘Stary Niedźwiedź

czwartek, 20 grudnia 2012

Edukacja - obowiązek, przywilej czy prawo? cz.II.

Drugą część moich uwag na temat sensownego kierunku zmian w polskim systemie edukacyjnym musze rozpocząć od pewnej anegdoty.
Podczas odbywającej się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ogólnopolskiej konferencji branży technicznej, w której pracuję, wieczorne rozmowy przy lampce wina dotyczyły głównie kwestii przyjęcia Polski do NATO oraz eurokołchozu. Gdy pewien euroentuzjasta zaczął głośno zastanawiać się jakie to warunki musi spełnić ta dzika Polska aby Euroland łaskawie przyjął ją do swojego grona, profesor Bożenka K-P, będąca świeżo po dłuższym pobycie w Niemczech nie wytrzymała. I wyośliła oczywistą prawdę w prostych żołnierskich słowach/;
-Zapamiętajcie sobie matoły że ta cudowna Europa przyjmie nas dopiero wtedy gdy polskie szkolnictwo wszystkich szczebli zostanie zdemolowane do tego stopnia że na rynku pracy Polak nie będzie stanowić wielkiego zagrożenia dla Niemca, Francuza czy Włocha!
Praktyka prawie dwudziestu lat „reformowania” (a raczej deformowania) polskiego szkolnictwa dowiodła że Bożenka okazała się Kasandrą. Co jak niedawno powiedziała, ani trochę jej nie cieszy.
A mówiąc już całkiem poważnie, aby sformułować choć zarys pożądanego stanu edukacji (do którego dojście nie będzie szybkie ani łatwe) należy odpowiedzieć na trzy zasadnicze pytania:
•    kto powinien być objęty tym systemem
•    jakie szkoły na poszczególnych szczeblach kształcenie powinny istnieć
•    w jakie wydatki na cele edukacyjne budżet państwa powinien się angażować
Odnośnie punktu pierwszego, zdecydowanie odrzucam zarówno model w którym edukacja jest przywilejem za który uczący się musi płacić jak i eurosocjalistyczne dyrdymały głoszące że liczy się ilość. A wiec skoro co drugi młody Europejczyk ma wkrótce legitymować się dyplomem wyższych studiów to maturę ani chybi będzie musiał mieć każdy.
Uważam że każdy powinien mieć PRAWO do nauki ale jednocześnie aby móc z niego korzystać, chętny musi wywiązywać się z  OBOWIĄZKÓW które korzystanie z tego prawa na niego nakłada..
Skoro szkoła istnieje po to aby się w niej czegoś nauczyć (dla konserwatysty jest to oczywistość, dla socjalisty czy jakiegoś skretyniałego do imentu „wolnościowca” zapewne szok), osoby pojawiające się tam głownie po to aby rozrabiać i stwarzać nauczycielom problemy powinny być z grona uczniów eliminowane. Pozostanie w klasie na drugi rok jako żółta kartka a relegacja w przypadku recydywy jako czerwona. Nie może być bowiem tak że nauczyciel koncentruje swój wysiłek na przeciągnięciu do następnej klasy dwóch chuliganów lub matołów a dwadzieścia osób na tym cierpi bowiem nie nauczy się tego czego by mogła gdyby nauczyciel zgodnie z elementarną logiką skoncentrował swój wysiłek na nich. Tak samo bezlitośnie tępione powinny być zachowania w rodzaju fizycznego znęcania się nad osobami słabszymi czy przynoszenie do szkoły narkotyków. Znalezienie takowych przy uczniu powinno automatycznie skutkować wydaleniem z „wilczym biletem”. A wszystkie moralne cwele i „zakon braci marychujanów” niech sobie unisono wyją do księżyca. Szkoły muszą stać się znowu tym czym były kilkadziesiąt lat temu, zanim nie zaczęło przy nich majstrować pos-tępactwo.
Jakie szkoły powinny istnieć? Oczywiście poza podstawowymi i średnimi ogólnokształcącymi powinno się odbudować ze zgliszczy szkolnictwo zawodowe, czyli zasadnicze szkoły zawodowe dające swoim absolwentom status robotnika wykwalifikowanego oraz szkolnictwo średnie zawodowe (technika, szkoły ekonomiczne, gastronomiczne, krawieckie etc.). Zaś gimnazja należałoby zlikwidować tak szybko jak to tylko jest możliwe, Bowiem model ośmioletnia podstawówka plus czteroletnie liceum sprawdzał się doskonale przez kilkadziesiąt lat i został w mojej o cenie z premedytacją zniszczony przez sabotażystów którzy w nagrodę powinni mieć dożywotni zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji w administracji państwowej. No może z wyjątkiem szatniarza czy operatora mopa.
Pozwolę tu sobie na osobistą refleksję. Byłem ostatnim rocznikiem kończącym jeszcze siedmioklasową podstawówkę i nigdy nie odnosiłem wrażenia że jej program był przeładowany. Przy założeniu że edukację rozpoczyna dziecko mające około siedmiu lat, w systemie 7+4 zdawałoby ono maturę mając osiemnaście lat. Nie wydaje mi się aby jedenaście lat nauki było zbyt krótkim czasem na zdobycie odpowiedniej wiedzy ale nie upieram się przy tym postulacie a system 6+4 i tak byłby bez porównania lepszy od dzieła sabotażysty (ło)Buzka.
No i wreszcie trzecia sprawa. Czyli kwestie finansowe a zwłaszcza problem statusu właścicielskiego szkół wszystkich szczebli oraz zakresu ingerencji budżetu państwa.
Jak już wspomniałem, jestem zwolennikiem powszechnego dostępu do edukacji tych młodych ludzi którzy naprawdę chcą się uczyć. Dlatego też popieram instytucje bonu oświatowego czyli po prostu finansowania z budżetu nauki tych osób którym warto takiej pomocy udzielić. Jeśli kogoś nie przekonują chrześcijańskie pobudki zajęcia takiego a nie innego stanowiska, niech weźmie pod uwagę fakt że osoba która zdobyła jakiś zawód i wykonuje pracę pożyteczną dla ogółu, płacąc podatki zwróci kwotę zainwestowaną w jej edukację. Takie stanowisko ktoś złośliwy może nazwać „kolektywizmem”. Ale jako konserwatysta tego typu epitety mam w pogardzie bowiem nie kryję się z tym że gardzę doktrynami stawiającymi na piedestale parszywy egoizm podniesiony do rangi najwyższej cnoty. Jeśli ktoś w dążeniu do „samorealizacji” ma poniżej pleców przyszłość swojego kraju to ja takiego człowieka mam w dokładnie tym samym miejscu. Niezależnie od tego czy jest to zidiociały anarchista łżący w żywe oczy że jest liberałem, narkoman pragnący zamienić Polskę w jeden gigantyczny burdel czy infantylny babsztyl walący grzechotką o ziemię i wyjący że ma być tak jak „bobo cie” i basta
Status właścicielski szkół podstawowych i średnich nie jest dla mnie problemem najistotniejszym. Po drastycznym odchudzeniu urzędniczej „czapy” krępującej nauczycieli i zawalającej ich idiotyczną papierkową robotą mogłoby się okazać że prywatny właściciel przyjmujący do nauki dzieci finansowane bonem oświatowym może „wyjść na swoje”. Analogicznie do Niepublicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej które z jednej strony zapewniają ludziom podstawową opiekę medyczną a z drugiej umożliwiają właścicielowi godziwą egzystencję. Oczywiście nie mam nic przeciwko szkołom z wysokim czesnym dla tych młodych ludzi których rodzice mogą sobie na taki wydatek pozwolić. Ale powinny one powstawać OPRÓCZ a nie ZAMIAST szkól dla osób z niezamożnych rodzin.
Ważna sprawą jest weryfikacja poziomu nauczania w szkołach. Jak to zasugerował Marek1Taki w dyskusji pod pierwszą częścią tych rozważań, państwowy egzamin weryfikujący wiedzę i umiejętności jest niezbędny w celu weryfikacji jakości pracy szkoły. Tak samo uważam za wskazane ustalanie nieprzesadnie wywindowanego w górę minimum programowego. Rzecz jasna powinno ono obowiązywać z dziesięć lat aby nauczyciele mogli na jego podstawie układać stabilne programy szkolne których nie wywracałby do góry nogami fakt że w kolejnej koalicji rządowej oświata trafiła w ręce wyjątkowych idiotów.
W przypadku szkół wyższych stan obecny jasno wykazuje że nawet mierne szkoły państwowe jakąś działalność badawczą jednak prowadzą. Czego nijak nie da się powiedzieć o co najmniej dziewięćdziesięciu kilku procentach szkół prywatnych. Szanuję te które nie „świrują” że przyświeca im inny cel i po prostu ograniczają się wyłącznie do dydaktyki. Jeśli z tego zadania wywiązują się należycie i rzetelnie kształcą fachowców znajdujących potem pracę w wyuczonym zawodzie bez wielkich problemów, wszystko jest w najlepszym porządku. Ale gdy słyszę o prywatyzacji takich uczelni jak choćby Uniwersytet Jagielloński czy Politechnika Warszawska, prawdę mówiąc przechodzą mnie ciarki. Bowiem oczami wyobraźni już widzę „prywatyzację zuchwała” w najgorszym stylu Lewandowskiego. Czyli przekazanie uczelni w ręce jakiegoś złodzieja który natychmiast sprzeda aparaturę badawczą za góra dziesięć procent jej ceny a opróżnione laboratoria wynajmie na biura lub magazyny. Dlatego dopóki nie zobaczę na własne oczy pomysłów prywatyzacji pozwalającej na kontynuację działalności badawczej, do pomysłów prywatyzacyjnych szkół wyższych będę się odnosić ze skrajną nieufnością.
Pozostała jeszcze kwestia pomocy dzieciom z najuboższych rodzin chcącym się uczyć. Swego czasu na różnych forach internetowych spotkałem się z gromami ciskanymi przez osoby uważające liberalizm za fundament swoich poglądów na tak zwane rozdawnictwo. Jeden z dyskutantów zarzucił m i że chcę go zmusić do „zapieprzania” na dzieci z rodzin patologicznych bowiem właśnie w tych kręgach dzietność jest najwyższa.
Z jednej strony na pewno nie zaakceptuję mechanicznego płacenia rodzicom dodatku na każde dziecko wedle najgorszych szwedzkich socjaldemokratycznych wzorów. Bowiem wtedy zastrzeżenia że pieniądze te „pójdą przelewem” (oczywiście nie międzybankowym ale przez gardło) stają się w zbyt wielu przypadkach zasadne. Ale jestem zwolennikiem takich form pomocy które dają praktycznie pewność że zostanie ona wykorzystana zgodnie z intencjami pomagającego.
Liberalny ortodoks natychmiast powie że zadania takie powinny realizować prywatne fundacje a państwo nie ma prawa wydać ani grosza na taką pomoc. Polityka taka może mieć sens w społeczeństwach bogatych gdzie obszar biedy jest niezbyt rozległy a proporcje pomiędzy potrzebami a funduszami ofiarowanymi na ich zaspokojenie przez prywatnych darczyńców istotnie pozwalają scedować taką pomoc na fundacje charytatywne. W Polsce taki pomysł uważam za koronny przykład utraty kontaktu z rzeczywistością na tle liberdogmatycznym. Dlatego budżety państwa czy samorządu muszą się takiej działalności podjąć bo nikt inny tego nie zrobi.
Oczywiście jak już wspomniałem, mam na myśli takie formy pomocy jak obiady w szkolnej stołówce (niestety dla wielu dzieci jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia). Miejsce w internacie, bilet miesięczny na dojazdy do szkoły etc. Rodzice ubodzy ale porządni na pewno się na taką pomoc nie obrażą. A że hołota podniesie wrzask że ma być gotówka do ręki? Mam to dokładnie w tym samym miejscu w którym talibowie negujący groźbę zapaści demograficznej mają Polskę.

Ale wszelkie próby naprawy edukacji na jakimkolwiek szczeblu skazane są na niepowodzenie w przypadku sabotowania zmian przez wykonawców. Mam tu na myśli nauczycieli którzy czują się dobrze w istniejącej rzeczywistości, podpierają się Kartą Nauczyciela i za rzecz oczywistą uważają że zarobki powinny zależeć od wysługi lat i zdobywania kolejnych dziwacznych stopni zawodowych a nie od  jakości świadczonej pracy i zaangażowania się w takową. A więc pełen zapału absolwent wyższej uczelni, chcący młodzież czegoś nauczyć i dysponujący na ogół wiekszą wiedzą od starych wyjadaczy musi z definicji zarabiać od nich mniej. Prawo zmuszające pracodawcę do podnoszenia kucharzowi zarobków wraz ze zwiększającą się wysługą lat, niezależnie czy jest wirtuozem patelni czy "asfalciarzem" każdy uznałby za nonsens. Zatem chyba warto wzorem Żelaznej Damy zrobić porządek z efektami działalności rozpasanych związków zawodowych również w tej sferze życia. A Ponuremu Grabarzowi, stałemu komentatorowi i miłemu gościowi "Antysocjala" serdecznie dziękuję za zwrócenie uwagi na tak istotną sprawę.


Stary Niedźwiedź