środa, 21 listopada 2012

Żywot przedsiębiorcy w Tusklandii.


Szanowni Czytelnicy

.Do tej pory na „Antysocjalu” pojawiała się tematyka prowadzenia działalności gospodarczej w wielce ogólnym ujęciu. Postanowiłem nadrobić tę zaległość przedstawiając niektóre aspekty praktyczne z jakimi musi walczyć w Tusklandii każdy kto podejmuje taką działalność. Ponieważ zawsze wyżej ceniłem sobie wiedzę praktyczną od książkowych dywagacji, poprosiłem o podzielenie się swoimi doświadczeniami Tie Fightera. Miłego gościa i stałego komentatora naszej witryny a z zawodu przedsiębiorcę. Oto jego spostrzeżenia które ja przeczytałem z wielkim zainteresowaniem i wierzę że z takim samym odbiorem refleksje te spotkają się ze strony Szanownych Czytelników.

Stary Niedźwiedź.


Szanowni czytelnicy.

Jak zapewne wiecie z moich wcześniejszych wpisów że zarabiam na życie jako drobny przedsiębiorca, który blisko osiem lat temu porzucił dobrze płatną posadę w prywatnej firmie i postanowił spróbować swoich sił w biznesie.
Z powodu nadmiernego zainteresowania moją osobą osób nieprzychylnych nie będę uszczegóławiał przedmiotu mojej działalności, jednak sprawy o których napiszę dotyczą każdego drobnego przedsiębiorcy bez względu na profil jego działalności. Opiszę zjawiska i problemy, z którymi sam się spotkałem i musiałem zmagać, tak więc żadnych teorii tylko sama smutna rzeczywistość zmieniająca barwę na co raz to ciemniejszą pod rządami jaśnie oświeconego D. Tuska i jego przybocznego kreatywnego księgowego.
Zatem do rzeczy;
W tej części opiszę strukturę kosztów pracy ale wcześniej naświetlę pokrótce proces zakładania działalności gospodarczej, która niechybnie wygeneruję cały katalog kosztów.
Zatem w przypadku małej firmy należy udać do Urzędu Miasta gdzie otrzymamy stosowny formularz  do wypełnienia i tu się zaczynają problemy ponieważ nawet ściąga, którą się dołącza jest bardziej skomplikowana niż sam formularz. Dodam, że jedną z atrakcji będzie jeszcze przebrnięcie przez opasłe tomisko kodów PKD, które sklasyfikują charakter działalności. Po przebrnięciu przez formularz udajemy się do stosownego okienka gdzie możemy liczyć na góra dwa stanowiska obsługi - a zatem kolejka, w której można podziwiać inne stanowiska obsługi gdzie nie ma żadnych interesantów, jednak alokacja urzędnika do stanowisk gdzie są kolejki jest oczywiście niemożliwa. Po odczekaniu swego siadamy przy stanowisku obsługi i tu kolejne zaskoczenie, ponieważ urzędniczka dane z tego formularza ręcznie wklepuje do komputera. Równie dobrze można by jej to dyktować a część danych ogólnych typu nazwa i adres właściwego urzędu skarbowego zna ona zapewne na pamięć. W czasie wklepywania korygowane są ewentualne  błędy popełnione przez interesanta.  Po przyjęciu przez komputer formularza można rozpocząć następny etap - czyli wypad do „skarbówki” gdzie dokonuje się wyboru formy opodatkowania i wyznacza termin rozpoczęcia obowiązku podatkowego. Jeżeli idea "jednego okienka" działa to na tym koniec a jeżeli nie to jeszcze wizyta w ZUS i US. Teraz już możemy w świetle prawa rozpocząć działalność. Na tym etapie pojawiają się już koszty w postaci opłat skarbowych oraz w przypadku najmu lokalu kaucja w wysokości trzymiesięcznego czynszu i zależnie od właściciela pierwszy czynsz z góry lub po upływie pierwszego miesiąca. Kolejny etap organizacji firmy to rekrutacja personelu, której elementem jest sprawdzenie kandydatów, gdyż nie zawsze zawartość złożonych przez nich dokumentów jest zgodna z prawdą - czyli czas i kolejne koszty. 
A teraz do rzeczy:

W przypadku pracownika zatrudnionego na najniższą krajową czyli 1500zł brutto mamy do czynienia z następującą strukturą kosztów:

Wynagrodzenie netto - 1111,86
Zaliczka na podatek dochodowy - 66,00
Ubezpieczenie zdrowotne - 116,49
Fundusz gwarantowanych świadcz. pracowniczych - 1,50
Fundusz pracy - 36,75
Ubezpieczenie wypadkowe - 28,95
Ubezpieczenie chorobowe - 36,75
Ubezpieczenie rentowe - 120,00
Ubezpieczenie emerytalne - 292,80

RAZEM - 1811,10

Zatem widać, że tzw. klin podatkowy nie wynosi ok. 34,4% ale jest to 38,5% - czyli 699,24zł,  tyle właśnie zabierane jest na poczet instytucji, która w zasadzie jest bankrutem. Różnica natomiast między kwotą brutto a rzeczywistym kosztem wynagrodzenia jest pokrywana z kieszeni pracodawcy.
Nadmienię, iż powszechnie przyjęty klin podatkowy od najniższej krajowej brutto to wcześniej wspomniane 34,4%, który jest czystą manipulacją M.F. co przed chwilą udowodniłem.
W przyszłym roku najniższa krajowa wynosić ma 1600zł brutto co daje 1931,84 realnego kosztu pracy. 
Sytuacja robi się ciekawa przy wynagrodzeniu na poziomie średniej krajowej 3500zł brutto a mianowicie wyżej wspomniany klin podatkowy sięga 40,5% przy założeniu, że nie wzrosną składki ZUS.

Do tego dochodzą urlopy na żądanie w wymiarze dni 3, które zadziwiająco sprawnie zdezorganizują dzień pracy i wygenerują kolejne koszty a już prawdziwą wisienką na torcie jest to, że w przypadku choroby pracownika przez pierwszy miesiąc jego wynagrodzenie w wysokości 80%  płaci pracodawca. W praktyce oznacza to zwalenie tego kosztu w 100% na niego gdyż pracownicy z reguły chorują od 7 do 14 dni a ZUS przejmuje obowiązki płatnika w przypadku dłuższych chorób dopiero po miesiącu.

Reasumując, na dzień dzisiejszy przy zatrudnieniu trzech pracowników na najniższą krajową roczny koszt pracy dla pracodawcy wynosi:65199zł.
Oczywiście w przypadku wystąpienia dodatkowych składników wynagrodzenia w postaci premii - czy to uznaniowej czy uzależnionej od wyników sprzedażowych to analogicznie kwota ta jest obłożona zestawem podatkowym, tyle że nieco "odchudzonym".  W takim przypadku bez trudu nasze koszty pracownicze zbliżą się do 100 000zł.
Jak to się ma do małych firm, które decydują się na zryczałtowaną formę opodatkowania ograniczoną do 40 000zł obrotu na rok? Ano tak, że albo właściciel udaje, że prowadzi firmę jednoosobowo albo zatrudnia ludzi na umowy szczątkowe. Nawet w firmach nieco większych będących na pełnym rozliczeniu podatkowym pojawia się dylemat - zatrudnić na pełny etat i płacić haracze, czy zatrudnić nawet na czarno a zamiast płacić pracownikowi 1111zł dać mu 1500zł do ręki a samemu i tak oszczędzić 300 zł. Taki mechanizm staje się samoistny w przypadkach zajęć komorniczych na wynagrodzeniach. Zajęcia te są prostą pochodną życia w wielodzietnej rodzinie lub udanych akcji reklamowych poszczególnych banków.
Kolejnym fantastycznym pomysłem jest obowiązek instalowania kabiny prysznicowej przy zatrudnianiu powyżej 5 osób a w przypadku zatrudniania pracowników obojga płci muszą być kabiny dwie - dotyczy to niektórych typów działalności. Poza poniesionymi na to kosztami mamy pewność, że nikt nigdy z tych kabin nie skorzysta - ale liczy się sztuka. 
Ponadto spotkałem się z takimi absurdami jak to, że w lokalu handlowym lub usługowym wysokość pomieszczenia nie przekracza 250 cm. to może w nim pracować tylko właściciel firmy a jak jest już 251cm. to mogą pracować pracownicy.
Swoje trzy grosze wtrącą również kontrolerzy z sanepidu, którzy zakwestionują skuteczność powszechnie dostępnego płynu do kibla i nakażą kupić mocniejszy - ta uwaga zazwyczaj opatrzona jest już mandatem i obietnicą kolejnej wizyty.
W sferze podatkowej natomiast prawdziwym diamentem jest płacenie VAT-u od niezapłaconych faktur lub faktur z odroczonym terminem płatności. O wysokości samych podatków przez litość nie wspomnę ale za prof. Rybińskim podam, że państwo w postaci różnych danin pośrednich i bezpośrednich zabiera nam nawet do 70% naszych dochodów a w odbieraniu podatków od banków, sieci handlowych i innych potężnych koncernów to państwo jest zupełnie bezsilne. Gdzie ta równość wobec prawa? Taki hipermarket dajmy na to, nie dość że jest właścicielem terenu na którym stoi to korzysta z całego wachlarza ulg i zwolnień podatkowych a po ustaniu ulg i tak cały zysk wytransferuje za granicę i podatku tu i tak nie zapłaci. Zapłaci za to pracownikom najniższą krajową a dostawcom najwcześniej po 60 dniach. Dostawcy VAT muszą odprowadzić za miesiąc, w którym wystawili fakturę czyli jak pisałem powyżej - w ten sposób powstają zatory płatnicze, które są jedną z przyczyn spowolnienia gospodarczego. Odzyskiwanie należności legalnymi metodami trwa nawet kilka lat i nie zawsze jest skuteczne ale generuje koszty. Nikt oczywiście nie wspomni o tym, że kosztem alternatywnym powstania tego marketu i stworzenia kilkudziesięciu miejsc pracy jest upadek kilkunastu drobnych sklepików, których właściciele podatki płacili i zatrudniali pracowników. Efekt jest taki, że miejsc pracy w ten sposób nie przybywa a wręcz odwrotnie.
Takim oto sposobem dotknąłem chyba wszystkich obszarów, o których pisałem wcześniej ale wspomnę jeszcze o niezliczonych instytucjach kontrolnych takich jak: UKS, PIP, IS, IP, PIH, UMiW - to tylko te, z którymi miałem do czynienia. Ich celem jest zawsze jedno - w postaci kar i mandatów zdoić ile się da - żadnego pobłażania. 
Reasumując  powiem tylko tyle, że samo obniżenie kosztów pracy, czy tylko podatków, czy tylko zlikwidowanie absurdalnych przepisów nic nie da lub da niewiele. To musi być wypadkowa wszystkich tych trzech obszarów, o których wspomniałem i co najważniejsze - nie może być równych i równiejszych w dostępie do rynku! O dostępie do rynku musi decydować konkurencyjność, innowacyjność i pomysłowość a nie znajomość z takim czy innym politykiem lub sędziom!

 Tie Fighter.

czwartek, 15 listopada 2012

Polska, Francja i eurowartości

Nie tak dawno podczas dyskusji pod poprzednim moim wpisem. Szanowny Yrk (którego korzystając z okazji serdecznie pozdrawiam) zadał mi istotne pytanie. A mianowicie interesowało go czy jako wierny innego niż katolicki kościoła chrześcijańskiego nie uważam iż ten „wiodący” jest w Polsce uprzywilejowany. Zainteresowanie tą rozmową wyraził też Czcigodny Niedzisiejszy (oczywiście też serdeczności). Zatem garść spostrzeżeń rozrzuconych po kilku komentarzach i korespondencji prywatnej pozwolę sobie zebrać w jedną całość.
W europejskich krajach w których liczba wiernych dwu (lub większej liczby) kościołów jest porównywalna, ich koegzystencja wygląda rożnie. W Niemczech, dających się w dużym uproszczeniu podzielić na katolickie południe i protestancką północ, stosunki luterańsko-katolickie są poprawne. Żadna ze stron nie prowokuje niepotrzebnych konfliktów ale też o ciepłych relacjach wzajemnych nie można mówić.
Z kolei w Szwajcarii istnieje moim zdaniem nieznane w reszcie Europy zjawisko „ekumenizmu parafialnego”. Po prostu wierni kalwińscy i katoliccy są względem siebie życzliwi a ich duchowni współpracują na szczeblu parafii nie pytając „góry” o pozwolenie. Mają miejsce wspólne akcje natury charytatywnej a nawet zdarzają się zaproszenia duchownego „drugiej strony” do wygłoszenia kazania w kościele. Mój kolega był wielce zaskoczony gdy będąc w kościele katolickim wysłuchał kazania wygłoszonego przez pastora kalwińskiego płci żeńskiej. Ale jak potem przyznał, od strony merytorycznej zarówno on jak i katoliccy Szwajcarzy którzy go na owo kazanie zaprosili, ocenili je jako bardzo dobre merytorycznie. Podejrzewam że ten szwajcarski ewenement bierze się stąd że jest to jedyny kraj w Europie w którym demokracja ma się dobrze. Bowiem przez ponad sześćset lat ludzie się do niej przyzwyczaili i nauczyli nią posługiwać dla swojego dobra. A decydowanie o swoich sprawach mają już we krwi.
W Polsce wedle moich szacunków liczba ludzi wierzących nie będących katolikami wynosi poniżej ośmiuset tysięcy (prawosławni 600, protestanci do 140, o obydwu kościołach mariawickich czy buddystach nie posiadam wiarygodnych danych). Ale zarówno kościół prawosławny jak i mój zawarł z państwem porozumienia regulujące status prawny oraz działania na styku kościół – państwo analogiczne do konkordatu. Ponieważ porozumienia takie zawarły też Kościół Ewangelicko-Reformowany (czyli kalwini) oraz Kościół Ewangelicko-Metodystyczny (każdy po niecałe 5 tys. wiernych), jasne jest że mógł taką umowę podpisać każdy kościół który był tym zainteresowany. Zatem o jakiejś rzekomej dyskryminacji ludzi wierzących a nie będących katolikami w tej „nietolerancyjnej” Polsce mowy być nie może.
Felieton ten nie jest miejscem na wdawanie się w analizę kwestii doktrenalnych. Ale nie zagłębiając się w teologię musze choćby częściowo uspokoić Szanownych Czytelników, że odnośnie spraw tak często w Polsce dyskutowanych wszystkie kościoły protestanckie uważają aborcję za zabójstwo. Usprawiedliwione jedynie stanem wyższej konieczności (ratowanie życia matki). Natomiast nie nakładamy ograniczeń na antykoncepcję. Zaś w przypadku rozwodu, nie mamy żadnych wewnętrznych procedur pararozwodowych i po prostu przyjmujemy że małżeństwo ustało jeśli tak orzeknie sąd państwowy.
Dzięki owym umowom ślub udzielony w kościele protestanckim jest również ważny z punktu widzenia prawa państwowego. Więc nowożeńcy nie muszą powtórnie zjawiać się w magistracie aby tam podpisać jakiś dokument. Po prostu nasi duchowni po udzieleniu ślubu mają obowia.zek przesłać do właściwego urzędu stosowny dokument listem poleconym. Lub sami takowy złożyć, jak to ma miejsce w małych miejscowościach.
Nie spotkałem też się z doniesieniami o kłopotach z lekcjami religii. Z powodów czysto praktycznych nasi księża lekcje te prowadzą w parafialnych salach katechetycznych gdyż uczestniczą w nich dzieci z różnych szkół. Z tego co słyszałem z kilku źródeł, dzieci przynoszą do szkoły zaświadczenie o uzyskanej ocenie a ta jest wpisywana przez katechetę do dziennika klasy. Nie słyszałem aby jakiś naśladowca Torquemady odmówił zrobienia tego.
Na Mazurach zetknąłem się z przypadkiem który mnie początkowo zirytował. W przepięknym miasteczku Pasym w kościele luterańskim znajdowały się zabytkowe organy, stworzone na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku przez uznanego mistrza z Elbląga. Ksiądz Witold Twardzik, proboszcz tamtejszej parafii, na próżno kołatał do wojewódzkiego konserwatora zabytków i Ministerstwa Kultury o fundusze na remont instrumentu. W końcu pieniądze zdobył od rządu Niemiec. Organy po naprawie mają cudowne brzmienie a w Pasymiu już od kilkunastu lat ksiądz Witold organizuje cykle koncertów muzyki dawnej i organowej do których udaje mu się zaprosić renomowanych wykonawców. Tak więc Niemcy mogą mieć satysfakcję że ich pieniądze zostały dobrze wydane. Ale mnie diabli brali gdy pomyślałem że na ten cel polskich pieniędzy budżetowych zabrakło zaś na promocję pedalstwa czy (uczciwszy uszy Szanownych Czytelniczek) na jakieś „warsztaty waginalne” fundusze się znalazły. A wmurowana w ścianę kościoła dwujęzyczna tablica, dziękująca rządowi Bundesrepubliki za okazaną pomoc, podczas każdej bytności w pasymskim kościele tę . irytację potęgowała. Ale ostatnio naszła mnie inna refleksja. Nie wiem ile naprawdę tego wartych dzieł sztuki, znajdujących się w Polsce w kościołach katolickich też nadaremno czeka na wsparcie ich konserwacji. Więc nie musiała to być złośliwość czy przejaw jakiegoś selektywnego gówniarstwa ale cześć większej całości. Czyli olewanie obowiązków statutowych połączone z wydawaniem pieniędzy podatników na jakieś moralne gówno, wstrętne przytłaczającej większości tychże podatników. Czyli dla wszelakich kanalii połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Na koniec pozwolę sobie porównać sytuację chrześcijanina innego niż katolicki kościoła w Polsce z losem katolików w tej wspaniałej kolebce wolności i tolerancji jaką rzekomo jest Francja.
Swego czasu pewien Francuz chciał na swojej posesji postawić krzyż wysokości sześciu czy siedmiu metrów. Urzędasy wydające pozwolenia na budowę zabroniły mu tego bredząc coś o niebezpieczeństwie dla komunikacji lotniczej i przelatujących ptaków. Rosnące obok drzewa o wysokości kilkunastu metrów oczywiście takiego niebezpieczeństwa nie stwarzały. Ale jak zauważyła podczas dyskusji o eurotolerastii moja koleżanka architekt która szmat czasu przepracowała w „starej” Unii, prawo budowlane Francji i Arabii Saudyjskiej jest bardzo podobne. W obydwu krajach kościoła nie da się wybudować. A meczetów wolno ile tylko kto zechce.
Przed wyborami prezydenckimi które wygrał Chirac, na oficjalnej stronie internetowej masonerii z Le Grand Orient de France pojawiła się ankieta adresowana do kandydatów na urząd prezydenta. Żaden z nich nie śmiał jej zbojkotować i wkrótce owa strona opublikowała ich sążniste odpowiedzi na każde z zadanych pytań. Olał ankietę jedynie jakiś maoistyczny świr który w późniejszych wyborach chyba nie przekroczył zresztą bariery jednego procenta.
Czytałem też ongiś ciekawy artykuł. Jego autor podkreślał że od chyba stu lat każdy kolejny francuski minister oświaty był masonem. Sprawdzić tego nie jestem w stanie ale nie zdziwiłbym się gdyby ci od kielni i fartuszków tak pieczołowicie pilnowali interesu.
Kilkanaście lat temu w paryskiej Notre Dame miała miejsce obrzydliwa profanacja. Do światyni wtargnęły dwie lesbijki i pederasta przebrany za księdza który przy ołtarzu sparodiował liturgię ślubną. Oczywiście włos im z głowy nie spadł.
Dlatego niech polscy frankofile i obrońcy „wartości europejskich” skończą wreszcie swoje gadanie o rzekomej francuskiej tolerancji. Owszem, kraj ten jest tolerancyjny, wręcz tolerastyczny, dla islamskiej dziczy, feminazistek, ekoterrorystów, narkomanów, wojujących zboczeńców i wszelakiego innego ludzkiego szrotu. Ale do chrześcijan (a już na pewno katolików) odnosi się z mieszaniną zoologicznej nienawiści i bezgranicznej pogardy.
Dlatego gdy czytam o „europejskich wartościach” mających rzekomo obronić naszą cywilizację przed mahometańskim tsunami, ogarnia mnie rozpacz. A najlepszym komentarzem odnośnie mojego stosunku do tych „wartości” jest jedna ze zwrotek starej żołnierskiej pieśni z czasów I Wojny Światowej. Pieśń ta nosi tytuł „W Ołomuńcu na Fiszplacu” i ma jedną wadę. Swoje przesłanie głosi w prostych żołnierskich słowach więc po dokonaniu cięć cenzury obyczajowej z niektórych zwrotek pozostałyby jedynie spójniki i znaki przestankowe. Ale po kilku dniach heroicznych wysiłków udało mi się zwrotkę której chciałem użyć przekształcić do wersji soft, nie tracąc przy tym założeń konstrukcyjnych oryginału. Brzmi ona:

Te wartości coś wdrażała
Tom w latrynie na gwóźdź wbił
Żebyś sobie Unio nie myślała
Źem o takim szambie śnił
moralnym
Żebyś sobie Unio nie myślała
Żem o takim szambie śnił.

Stary Niedźwiedź

sobota, 10 listopada 2012

Polskość, wydrążona dynia i kapuściane głąby.

Od ponad czterdziestu lat przyjaźnię się z kolegą ze studiów a od trzydziestu kilku z jego żoną. Obydwoje są agnostykami ale w ich domu obchodzi się Wigilię czy Wielkanoc w sposób nie odbiegający od powszechnych zwyczajów. Jest dzielenie się opłatkiem czy jajkiem, na stole pojawiają sie te same potrawy co w innych domach, choinka jest pięknie przybrana, pod nią prezenty. A po kolacji wigilijnej rodzina nie udaje się na Pasterkę lecz pan domu (utalentowany klawiszowiec jazzowy amator) często siada za swoją  Yamahą  i gra kolędy, niekiedy przechodząc w doskonałe improwizacje jazzowe na ich temat. Czyli poza brakiem składowej ścisle religijnej i faktem że opłatek pochodzi z supermarketu a nie z parafii, ich świąteczne zwyczaje są takie same jak w innych rodzinach.
Bo ich nie uwierają Polska i polskie tradycje. A święta chrześcijańskie są dla nich nie świętami kościelnymi lecz po prostu kluczowymi elementami naszej  obyczajowości, nieodwracalnie wrośniętym w polskość.
Dlaczego o tym piszę?
Niedawno na swoim blogu linkowana u mnie Flavia wykpiła groteskowe próby wylansowania w Polsce „święta” Halloween jako rzekomej alternatywy dla Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. No i rzecz jasna spotkała się z wściekłym atakiem wszelakich „wolnościowców” z Psiej Wólki. Pierwszy łgarz polskiego internetu rzecz jasna brobił dyniowych wygłupów (potrzeba refleksji nad sensem życia i wspomnienie tych najbliższych których już z nami nie ma są widocznie ateotalibowi tak potrzebne jak chrześcijaninowi „krzyż Atlantów”) wyjechał z twierdzeniem że Boże Narodzenie i Wielkanoc też są świętami obcymi i zapożyczonymi od pogan. Więc w czym gorszy jest Halloween. Oczywiście różne ludy przeprowadziły odnośnie dwóch najważniejszych świąt „adaptacje do warunków lokalnych”, jakby to nazwał inżynier budowlaniec. Swego czasu wspomniałem że podczas Wigilii u Lapończyków głównym daniem była zupa z renifera. Ale czym innym są szczegóły menu czy wystroju mieszkania a czym innym metafizyczny sens tych świat. Obchodzonych od prawie dwóch tysięcy lat czyli w czasach gdy na obecnym, terenie Polski szczytowym osiągnięciem sakralnym było jako tako równe wystruganie czworograniastego bałwana któremu można by oddawać cześć boską.
Ale tym razem pierwszą między równiarzami okazała się kobieta podkreślająca jak zawsze że jest indywidualistką i bojowniczką o wolność. Zaczełą od stwierdzenia że ona woli obchodzić celtyckie święto Samhain niż okazywać zmarłym pamięć i szacunek w sposób przyjęty w Polsce. Gdy wymieniona na liście „antysocjalowych” aforyzmów Ewa L. nieśmiało podkreśliła rolę Wszystkich Świętych w utrwalaniu polskiej tożsamości, została nazwana „patriotką za dychę”. A o Bożym Narodzeniu czcicielka Samhain napisała:

Co roku setki tysięcy Polaków BEZMYŚLNIE małpują bożonarodzeniowe zwyczaje - czemu tego się nikt nie czepia? :) Bez refleksji, durnowato, bo taka jest "tradycja".

Oczywiście Zosia Samosia wie lepiej od innych czy i co oni przeżywają. Zaś gdy osoba znana na forum Flavii z kamiennego spokoju wdała się z nią w dyskusję, wyszło szydło z worka. Usłyszała bowiem:
 
A jednak żyjesz sloganami, tak często powtarzanymi przez kilka tu obecnych osób, które nie mogą znieść tego, że fakt przynależności do określonego narodu nie musi skutkować odczuwaniem więzi z tym narodem tudzież jego tradycjami. Myślisz o masach, zamiast o jednostce.

Jak widać, przynależność do jakiegoś narodu dla "leberałów" ogranicza się do wpisu w bazie danych ewidencji ludności kraju w którym zamieszkują.

Rozkapryszony kilkuletni bachor jest śmieszny. Ale tupiąca i waląca grzechotką o podłogę rozhisteryzowana dzidzia piernik budzi już tylko politowanie.
Po raz nie zliczę który dziękuję Stwórcy za to że w Polsce owi „wolnościowcy" to wprawdzie krzykliwa w necie ale za to mniej liczna niż poziom błędu statystycznego w badaniach sondażowych grupka matołów. Do tego wręcz stopnia głupich że po każdych wyborach leją krokodyle łzy że taka "wolność" przegrywa nawet z Partią Krasnoludków i Gamoni o ile tylko "majorowi" Waldemarowi Fydrychowi zechce sie w wyborach uczestniczyć. Bo nie mogą pojąć że ogół Polaków, jak w starym dowcipie ogólnowojskowym, odpowiada im wtedy "i wam też".


Stary Niedźwiedź

wtorek, 6 listopada 2012

Ekumenizm czyli pakt o nieagresji

Miniony tydzień upłynął mi głównie na oderwaniu się myślami od całkowicie prozaicznych spraw codziennych. Sprzyjał temu zarówno trzydniowy wypad na Mazury w celu zamknięcia sezonu jak i przede wszystkim święta mojego kościoła, nakazujące pomyślenie o sprawach bez porównania ważniejszych od nie zawsze łatwego bytowania w Tusklandii.
Dzień 31 października jest Świętem Reformacji, Bowiem tego dnia 495 lat temu ksiądz doktor Marcin Luter przybił do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze swoje 95 tez przeciwko nauce o odpustach co zapoczątkowało wielce intensywny ruch reformacyjny, początkowo w Rzeszy Niemieckiej a wkrótce i w innych krajach Europy.
Z kolei dzień 1 listopada od początku istnienia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego jest obchodzony jako Dzień Wspomnienia Świętych Pańskich. A jego „umocowanie” w Piśmie Świętym jest bezdyskusyjne (list św. Pawła do Hebrajczyków 13,7). Zaś dodatkowo od zakończenia II Wojny Światowej w Kościele Luterańskim w Polsce jest też dniem wspominania zmarłych, tak jak i na Słowacji. Czesi czynią to 2 listopada zaś w krajach germańskich zmarłych wspomina się w Niedzielę Wieczności przypadającą na koniec listopada.
Ten refleksyjny nastrój skłonił mnie do zastanowienia się nad sensem ruchu ekumenicznego w dzisiejszych czasach. I doszedłem do wniosku że powinien on się skoncentrować na „pakcie o nieagresji” czyli znajdowaniu sensownych rozwiązań spraw ludzkich „na styku” różnych religii chrześcijańskich.
Jako przykad takiego konstruktywnego rozwiązania mogę podać ustalenie dokonane kilka lat temu przez komisję mieszaną katolicko-luterańską w kwestii ślubu dwojga ludzi należących do wymienionych kościołów. Wcześniej każdy z nich wymagał aby przed ślubem należący doń wierny złożył przyrzeczenie że urodzone w tym małżeństwie dzieci wychowa w swojej wierze. A więc z definicji jedno z przyszłych małżonków składało obietnicę z której nie było w stanie się wywiązać. Obrady tejże komisji trwały długo ale w końcu zakończyły się uzgodnieniem że od tej pory obydwoje będą przyrzekali iż dołożą wszelkich starań aby dzieci wychować w swojej religii.
Inną w moim przekonaniu istotną zmianą w naszej Pragmatyce Służbowej (odpowiednik katolickiego Kodeksu Prawa Kanonicznego) jest kwestia wyboru rodziców chrzestnych. Obecnie dopuszcza ona aby jedno z nich nie było luteraninem lub połączonym z nami „wspólnotą ołtarza i ambony” kalwinem czy metodystą lecz chrześcijaninem innego obrządku. W polskich realiach oczywiście przepis ten dotyczy głównie katolików. Zaś taki rodzic obiecuje wychować dziecko w wierze CHRZEŚCIJAŃSKIEJ co na pewno nie koliduje z jego wiarą a więc nie stawia go w niezręcznym położeniu.
Zatem przyszłość ekumenizmu, przynajmniej na polskim gruncie, widzę w takich posunięciach. Czyli wzajemnym szacunku ale bez prób jakichś zgniłych kompromisów w kwestiach wiary, tak naprawdę nie satysfakcjonujących nikogo. Do tej pozytywnej grupy zaliczyłbym też procedury ślubu pomiędzy osobą wierzącą i agnostykiem bądź ateistą. Bowiem fakt że osoba taka przez szacunek dla uczuć przyszłego wspołmałżonka jest gotowa pojawić się przed ołtarzem moim zdaniem dobrze o niej świadczy.
Ale gdy ma się do czynienia z załganym do szpiku kości i agresywnym ateotalibanem, choćby w stylu ludzkiego szrotu broniącego ostatnio na blogu Flavii "święta" Halloween niczym marychujany a obronę polskich tradycji i wartości nazywającego "patriotyzmem za dychę", przypomina mi się scenka z moich czasów studenckich, mająca miejsce w klubie wydziałowym podczas otrzęsin. Pewien podpity komunista typu szopka betlejemska (czyli na wierzchu gwiazda a w  środku bydlę) coraz namolniej szydził z religii a zwłaszcza z pochodzenia życia od Boga. I wtedy wspomniany na „Antysocjalu” cudowny pan docent hrabia H powiedział że da się zawrzeć kompromis w duchu ekumenicznym. Czyli przyjąć że my pochodzimy od Boga zaś ów towarzysz od małpy.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 28 października 2012

Wyroby męskopodobne

Swego czasu na „Antysocjalu” wyraziłem się pozytywnie o „teście kociej łapy”. Polegającym na tym że dwoje ludzi płci przeciwnej (w tej kwestii jestem niereformowalny) którzy myślą o związaniu się na stałe, zamieszkują razem. Aby sprawdzić czy na co dzień a nie tylko od święta potrafią sobie radzić z wszystkimi pozbawionymi wzniosłości  czynnościami skaładającymi się na życie codzienne.
Pogląd ten spotkal się z dezaprobatą tych spośród Szanownych Czytelników którzy wytknęli mu iż jest niezgodny z nauczaniem Kościoła Rzymskokatolickiego dominującego na mapie religijno – światopoglądowej Polski. Więc pozwolę sobie jeszcze raz podkreślić że ta „kocia łapa” nie stanowi żadnej alternatywy dla instytucji małżeństwa, którą to instytucję darzę szacunkiem i uważam jako konserwatysta za sprawdzony i najwłaściwszy model rodziny. Ale zbyt szanuję małżeństwo aby traktować je jako coś na kształt loterii a decyzję podejmowwać na podstawie dosyć skąpego zasobu informacji. Oczywiście pełną wiedzę o drugim człowieku zdobywa się przez całe życie, niekiedy szydło wychodzi z worka po kilkunastu latach. Ale nie jestem w stanie pojąć idei dobrowolnego rezygnowania z informacji dających się zdobyć w czasie kilku miesięcy. Bowiem ten test nie może się przeciągać zbyt długo. W mojej ocenie po upływie góra roku czas podjąć wiążącą decyzję bez dalszej spychotechniki.
Jeżeli dwoje kochających się ludzi powstrzymuje się podczas tej próby od seksu, jest to ich decyzja i nikt nie powinien się w to mieszać. Ale trudno mi sobie to wyobrazić i w takich wypadkach przypomina mi się stary dowcip o małym Jasiu. Który spytany na lekcji religii dlaczego Kinga została świętą,
powiedział że tak się stało ponieważ Bolesław był Wstydliwy. Natomiast odrzucam z wielkim niesmakiem argumenty w stylu „co ludzie o nich powiedzą?”. Bo tych dwoje przymierza się do najważniejszej decyzji w swoim życiu i opinie jakichś plotkarskich kumoszek powinni olewać równo.
Dlaczego do tego tematu wracam? Bowiem w gronie pokolenia dzieci moich znajomych zdarzyły się ostatnio dwa przypadki które uważam za skandaliczne. Dwa osobniki mające w dowodach osobistych w rubryce płeć wpisane słowo „mężczyzna” , rozstali się ze swoimi piękniejszymi połowami po upływie kilku lata dzielenia stołu i łoża, że posłużę się starym frazesem.
Nasz świat jest już tak urządzony że czas upływa dla kobiety i mężczyzny w innym tempie. I czterdziestolatkowi znacznie łatwiej ułożyć sobie życie z kimś od nowa niż kobiecie w wieku bliskim czterdziestki. Zwłaszcza gdy ma dziecko/dzieci (we wspomnianych przeze mnie przypadkach szczęśliwie ich nie było). Gdyby wydarzyło to się po kilku miesiącach, uznałbym że eksperyment się nie udał a dzięki temu obydwoje uniknęli popełnienia  większego błędu jakim byłby lekkomyślny ślub. Ale zabrać kobiecie siedem najlepszych lat życia a potem powiedzieć „sorry, to jednak nie jest to” uważam za gówniarstwo.
Swego czasu linkowana na „Antysocjalu” Czcigodna Erinti wypowiedziała w tej kwestii bardzo ciekawy pogląd. Stwierdziła że akceptuje wspólne zamieszkanie aby przekonać się jak związek sprawdza się podczas wykonywania pozbawionych romantyzmu codziennych czynności takich jak utrzymywanie w mieszkaniu porządku, zakupy, gotowanie czy pranie. Oraz czy nie dochodzi do konfliktów gdy na przykład na jednym kanale telewizyjnym pokazywana jest ciekawa sztuka a na drugim ważny mecz. Ale uważa że nie należy "przekraczać Rubikonu" w kwestii seksu bowiem dopiero zawarcie minimum "ślubu magistrackiego" usprawiedliwia taki krok. Ponieważ podpisanie papierka w urzędzie pozbawione jest jakiejkolwiek składowej religijnej, nieco zaskoczony poprosiłem ją wtedy o wyjaśnienie powodów dla których zajęła takie stanowisko. I w odpowiedzi usłyszałem że oczywiście nie wynika ono z motywów wyznaniowych czy obawy o to "co ludzie powiedzą" . Jest ono konsekwencją jej niskiej oceny wartości moralnej współczesnych dwudziestokilkuletnich mężczyzn czyli wypywa z troski o dziewczyny. Które w swej łatwowierności mogą być potraktowane jak "wielozadaniowy robot domowy z funkcją seksualną" a następnie zamienione na nowszy model. Bo nawet ten "cywil" świadczy jej zdaniem o tym że facet traktuje znajomość poważnie.
W gronie moich najbliższych przyjaciół jeszcze ze studiów takie zabezpieczenia nie były potrzebne. W tym towarzystwie nikt z nas nie "czekał" na ślub. Ale decyzję o przekroczeniu owej granicy podejmowaliśmy działając w dobrej wierze, mając pewność odnośnie swoich uczuć żywionych do drugiej osoby i wszelkie podstawy aby sądzić że są one całkowicie odwzajemnione. W czasach zapiekłej komuny (lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku) zdobycie jakiegoś (najczęściej wynajmowanego) lokum było olbrzymim wysiłkiem a zarazem osiągnięciem i na ogół wtedy szybko i sprawnie zapadała decyzja o ślubie. Ale też podczas żadnego z nich delikwenci nie przystępowali do ceremonii ślubnej we trójkę. We wspomnianym gronie do dzisiaj nie zdarzył się ani jeden rozwód. Muszę zatem uważać żeby nie popaść w grzech pychy uznając moje środowisko za klub zrzeszający moralną elitę elit.
Swego czasu Gary Lineker, boiskowy dżentelmen (w całej swej karierze piłkarskiej nie dostał ani razu nawet żółtej kartki) i jeden z najlepszych napastników na świecie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, powiedział z goryczą że piłka nożna to taka gra podczas której dwudziestu dwóch facetów kopie piłkę a zawsze wygrywają Niemcy. Bo w czasach jego kariery piłkarskiej Anglia przegrała z Niemcami wszystkie ważne mecze. W świetle niemiłych wydarzeń o których wspomniałem, zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem nie jest tak że w kwestiach którym poświęcony jest niniejszy wpis można budować różne teorie ale "na statystykę" zawsze rację ma Erinti.
A jeśli młodszych Czytelników, nie pamiętających czasów PRL, zastanawia tytuł, pragnę wyjaśnić że w latach osiemdziesiątych w sklepach pojawiały się tak zwane "wyroby czekoladopodobne". Bazujące na masie która kolorem i częściowo zapachem nawet przypominała czekoladę. Tyle tylko że w smaku niewiele miała z nią wspólnego.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 25 października 2012

Zakon marychujanów nawraca

Jest rzeczą powszechnie znaną jak silnym „demotywatorem” do prowadzenia aktywnego i sensownego trybu życia jest „marychujana”. W gronie znajomych spotkałem się z dwoma przypadkami (nasto oraz dwudziestokilkulatek) młodych ludzi którzy są na najlepszej drodze do zmarnowania sobie życia. Olewają naukę, nie myślą o przyszłości a już zwłaszcza o zdobyciu kwalifikacji pozwalających zarabiać na swoje utrzymanie. Starszy z nich z dawniej sensownego młodego człowieka stał się pasożytem na utrzymaniu rodziców.
W sieci natrafiłem na bardzo ciekawą stronę o adresie:
http://www.wykop.pl/ramka/267874/skutki-palenia-marihuany/
na której znaleźć można kilkaset relacji młodych ludzi o swoim kontakcie z tym narkotykiem, wpadnięciem w uzależnienie, spapranym życiu. Niestety opisane  przypadki zerwania z tym świństwem nie są zbyt częste. Tym cenniejsze są rady tych którym to się udało. A po lekturze opisanych tam doświadczeń z „jaraniem” każdego bajarza o nieszkodliwości „ziela” mam za załgane do szpiku kości ścierwo.
Na jednym z odwiedzanych przeze mnie blogów gospodyni zamieściła niedawno wpis pod ironicznym tytułem „Dragi jak cukierki”. Opisała udokumentowane przypadki morderstw czy prób kanibalizmu dokonanych przez osobników w których krwi nie stwierdzono żadnego innego narkotyku oprócz THC. Oraz zwróciła uwagę na polskich celebrytów opowiadających o swoich doświadczeniach z marychujaną, w ich relacji oczywiście pozytywnych.
No i zakon braci marychujanów rzucił się na nią niczym stado wilków. Przez obszar blogowych komentarzy pod tym oraz następnymi jej postami przelało się tyle gnojówki że właścicielka tej witryny zablokowała możliwość wstawiania komentarzy. Ale pozwolę sobie przedstawić  kilka złotych myśli jakie to gówno w ludzkiej skórze tam wpisało.
Inicjator prób udowodnienia autorce wpisu jak bardzo się myli uważając marychujanę za narkotyk stwierdził że ziele nie jest narkotykiem bowiem nie uzależnia. A jej ironiczna uwaga iż jest równie nieszkodliwa jak landrynka jest nieprawdziwa. Bowiem jedząc landrynki można nabawić się cukrzycy a jarającemu „zioło” nie grozi literalnie nic.
Jeden ze weteranów bojów o wolność jarania, skrobankę na żądanie i powszechne zbydlęcenie obyczajów stwierdził że niedopuszczalne  jest uczenie dzieci że narkotyki są złe. Należy im po prostu przedstawiać „całą prawdę” o nich. Skoro nie są samym złem, widocznie w jego przekonaniu mają jakieś dobre strony. Dziwnym trafem nie był łaskaw powiedzieć jakie. Ale w kolejnym komentarzu przez chwilę utracił nad sobą kontrolę. Bowiem aby poprzeć twierdzenie że ten syf nie uzależnia stwierdził że gdy ktoś zacznie intensywnie palić marychujanę to zanim się uzależni, zdąży zwariować. Co ani chybi ma dowodzić kompletnej nieszkodliwości palenia konopnego shitu. Nie wiem czy robaczek jest od „ziela” uzależniony ale nie ulega wątpliwości że zwariował. A więc na haju, tak jak i po pijanemu, niektórym zawodowym kłamcom puszczają hamulce i zdarza im się powiedzieć prawdę.
Ale najwyższe miejsce na podium rezerwuję dla pierwszego kłamcy polskiego internetu który wdał się w rozważania jaka substancja narkotykiem jest a jaka nie. I uznał że wedle niektórych kryteriów to i kokaina nie jest narkotykiem. Biorąc pod uwagę że na listach najgroźniejszych narkotyków kokaina zajmuje na ogół drugie miejsce po heroinie i jej pochodnych, czytając wybroczyny umysłowe takich „wolnościowców” jak on można z pewnym pobłażaniem spojrzeć na „tfurczość” niektórych socjalistów.
Oczywiście cała ta zgraja próbowała wmówić autorce wpisu że opowieści celebrytów płci obojga o swoich pozytywnych doświadczeniach z marychujaną nie są żadną reklamą palenia. Tak jakby nie wiedzieli że gdy jakieś dziadostwo zaprezentuje choćby szczególnie bezsensowny ubiór czy fryzurę, natychmiast zgraja naśladowców małpuje „gwiazdę”.
Gdy swego czasu czciciele indeksu wolności gospodarowania demonizowali jego znaczenie, zainteresowałem się Singapurem, do niedawna będącym liderem tej klasyfikacji. I dowiedziałem się że tamtejsze prawo nie ma litości dla handlu narkotykami. W kraju tym udowodnione przed sądem posiadanie 15 g heroiny, 30 g kokainy; 500 g marihuany czy 200 g haszyszu karane jest powieszeniem. Dla informacji pewnego kretyna, landrynek na tej liście nie ma. A wyroki są wykonywane, zarówno na krajowcach jak i cudzoziemcach, w przypadku tych ostatnich władze Singapuru są głuche na lamenty pos-tępaków i tolerastów z całego świata.
Po prostu rząd tej republiki na ile tylko potrafi, chce uwolnić swój kraj od handlarzy śmiercią. Taka wolność bardzo mi się podoba.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 18 października 2012

Wolność gospodarowania a rzeczywistość.

Wśród ogółu „leberałów” (bez wnikania w to do jakiej podsekty należą), mam nieco sympatii do Kurna Maćka. Bo kilka razy wykazał ludzkie odruchy, akceptując na przykład opłacanie z budżetu państwa lub samorządu obiadów w szkolnej stołówce dla dzieci z ubogich rodzin. A nawet przyznał że dopóki w Polsce nie powstaną prywatne fundacje zajmujące się taką działalnością i dysponujące wystarczającymi środkami aby te zadania zrealizować, jest w stanie zaakceptować wkraczanie pomocy państwowej w te rejony. Jak na środowisko wyjące nieustannie o „rozdawnictwie” po prostu ewenement. I dlatego reaguję na jego życzenie poruszenia na „Antysocjalu” kwestii (a w zasadzie mitu) wolności gospodarowania.
Zacząć trzeba od zadania banalnego pytania. Po co właściwie inwestor uruchamia swoje (lub pożyczone) pieniądze aby w jakimś miejscu na świecie rozpocząć działalność gospodarczą?
Dla różnych „wolnościowców” z Psiej Wólki zapewne będzie to szok ale dla ludzi myślących odpowiedź jest oczywista. Po to żeby na tym zarobić. I to więcej niż na jakiejś lokacie czy analogicznej działalności prowadzonej w innym kraju.
Jakie czynniki są zatem dla inwestora istotne?
Nie będąc biznesmenem nie podejmuję się wymienić wszystkich bez wyjątku ale jest rzeczą oczywistą że kluczowe są takie kryteria jak:
• stabilność polityczna
• przewidywalna w dłuższym horyzoncie czasowym polityka państwa w stosunku do inwestorów (a zwłaszcza zagranicznych)
• niskie podatki CIT i PIT
• niewielka inflacja

wystarczające zasoby odpowiednio wykwalifikowanej lub dającej się łatwo i szybko przyuczyć siły roboczej 
• relatywnie niski koszt siły roboczej
• wystarczająco dobra infrastruktura (system bankowy, komunikacja etc.)
• brak możliwości zniszczenia firmy na drodze akcji strajkowych
 
Istnienia na miejscu rynku odbiorców danego produktu czy usługi nie wymieniłem celowo, kierując się przykładami Chin i Indii, z artykułów powszechnego użytku produkujących już prawie wszystko ale głównie na eksport.
Eksperci zapewne dołączyliby do tej listy jeszcze coś co umknęło mojej uwadze.
Natomiast specjaliści od wolności gospodarowania wymienią odnośnie decyzji o podjęciu działalności gospodarczej takie swobody jak:
• swoboda wyboru przedmiotu działalności gospodarczej
• swoboda wyboru formy organizacyjnej działalności gospodarczej
• swoboda doboru środków majątkowych służących podjęciu działalności
• swoboda w kwestii podjęcia działalności gospodarczej osobiście lub przy wykorzystaniu pracowników najemnych
• swoboda wyboru siedziby podmiotu działalności gospodarczej

Zaś odnośnie prowadzenia działalności, skoncentrują się na:
• swobodzie w zakresie nabywania i zbywania towarów i usług;
• swobodzie umów
• swobodzie ustalania cen na własne towary lub usługi
• swobodzie rywalizacji z innymi podmiotami działalności gospodarczej
• swobodzie wyboru koncepcji i programu gospodarowania
• swobodzie w zakresie zorganizowania przedsiębiorstwa.
Czyli wymieniają zagadnienia które w każdym kraju objęte są prawem regulującym prowadzenie działalności gospodarczej bądź swobody obywatelskie. Entuzjaści takiego spojrzenia na gospodarowanie stworzyli tak zwany Index of Economic Freedom, klasyfikujący kraje całego świata pod względem tejże wolności gospodarowania. I co z niego wynika (notowania z roku 2012)?
Ano liderem jest Hongkong, drugie miejsce zajmuje Singapur, trzecie Australia, czwarte Nowa Zelandia, piąte Szwajcaria. Irlandia jest na dziewiątym miejscu, Polska na 64. Podam też pozycje Brazylii, Indii, Chin i Rosji. Są to miejsca odpowiednio 99, 123, 138 i 144. Czyli inwestorzy powinni walić jak w dym do Australii, Szwajcarii czy Irlandii a Brazylię oraz Indie omijać z daleka. Praktyka drastycznie temu przeczy.
Inwestorzy kierują się właśnie do krajów z grupy „BRIC” (a właściwie "BIC" bo sytuacja Rosji jest specyficzna) i w nich powoli koncentruje się światowa produkcja. Może jeszcze nie z wykorzystaniem supertechnologii ale rynek towarów powszechnego użytku, takich jak odzież, artykuły gospodarstwa domowego czy elektronika użytkowa jest już zdominowany przez te kraje. A Chiny przy swojej gigantycznej nadwyżce w handlu zagranicznym stały się hegemonem rynku obligacji państwowych.
Zaś w Szwajcarii czy Irlandii jakoś eksplozji zagranicznych inwestycji nie widać. Z relacji Zgryźliwego (korzystając z okazji serdecznie go pozdrawiam), znającego z autopsji realia brytyjskie czy irlandzkie, wynika że na Szmaragdowej Wyspie jest wręcz odwrotnie. Czyli tęgi kryzys. Jakim cudem skoro z WOLNOŚCIĄ GOSPODAROWANIA jest tam cacy?
Ano dlatego że kilka lat temu rząd Irlandii został zmuszony do dostosowania swoich stawek podatkowych do „standardów europejskich”. I chałupa popłynęła. Z lidera europejskiego rozwoju gospodarczego Irlandia trafiła do mało chlubnej grupy "PIIGS".
Czas na konkluzję. Zakładając że inwestorzy nie są masochistami pragnącymi za wszelką cenę ponieść straty lecz ludźmi działającymi racjonalnie i na swojej działalności zarobić, trzeba zaakceptować fakt że ten bożek wolności gospodarowania ma przy podejmowaniu realnych decyzji i przepływie realnych funduszy trzeciorzędne znaczenie. Jak mi powiedział pewien biznesmen od kilkunastu lat prowadzący działalność w Rosji, za każde sto rubli zarobione przez jego firmę, po opłaceniu wszelkich formalnych i nieformalnych podatków, on jako osoba prywatna może nabyć towary i usługi warte bez VAT jakieś 55 rubli. Zaś gdyby działalność prowadził w Szwecji (wysokie miejsce w tym rankingu), za każde sto koron zarobione przez firmę w końcowym rozliczeniu może nabyć coś co bez VAT warte jest około 23 koron.
Nie ma więc sensu podniecać się tym błazeńskim rankingiem i cieszyć się gdy Polska awansuje o kilka miejsc zaś biadolić gdy spadnie na niższą pozycję. Skandalicznie wysokie koszty pracy, bijące zarówno w pracodawców jak i pracobiorców są milion razy ważniejsze i to one zadecydują o tym czy polska gospodarka wygrzebie się z zapaści. Bo w dane iluzjonisty Rostowskiego czy opowieści dziwnej treści jego pryncypała nikt rozsądny nie uwierzy.
Swego czasu Wojciech Młynarski rozpoczynał jedna ze swoich ballad od słów:

Jak głosi jedna z historycznych bujd,
Hen w średniowieczu żył niedobry bardzo wójt.


Będąc miłośnikiem starych ballad autorstwa pana Wojciecha, o indeksie tym i pos-tępakach bijących mu pokłony, powiem krótko:

Jak cały chlewik „leberalny” kwiczy,
Dla inwestora ten indeks się liczy.


Ale poza nimi nikt tego serio nie traktuje.

Stary Niedźwiedź