poniedziałek, 17 marca 2014

Co one mogom prezydentu Putinu?

Sytuacja na Ukrainie, a ściślej rzecz biorąc na Krymie, rozwija się tak jak swego czasu przewidzieli to ludzie myślący logicznie, a w tym gronie czcigodny Dibelius i moja skromna osoba.
W zamieszczonej w ostatnim wpisie analizie, nie pozbawionej rzecz jasna typowego dla Dibeliusa sardonicznego poczucia humoru („uczciwe zamiary Rosji”), autor zwrócił uwagę na fakt iż po rozpadzie ZSRR Rosja dysponowała jedynie niewielkim kawałkiem wybrzeża Morza Czarnego. Sytuację poprawiła aneksja Abchazji ale infrastruktura portu w Suchumi to grubo za mało jak na rosyjskie potrzeby. Więc Putin sięgnął po Krym.
Aneksja Krymu była po prostu samograjem. Garnizon rosyjski kilkukrotnie przewyższał liczebnie (że już o wyposażeniu w sprzęt nie wspomnę) stacjonujące tam wojska ukraińskie a otoczenie ukraińskich baz i idące za tym pozbawienie tych ostatnich jakichkolwiek możliwości działania było zadaniem z którego zaplanowaniem i przeprowadzeniem poradziłby sobie bez problemu co zdolniejszy lejtnant rosyjskiej armii. Zaś ponieważ Rosjanie stanowią grubo ponad 70% ludności półwyspu, wynik niedzielnego referendum był z góry przesądzony. Rosyjscy „szachiści” (jak ich nazywa maestro Michalkiewicz) takich pozycji  z rozdziału „technika realizacji przewagi” nie zwykli przegrywać.
Oczywiście Unia Europejska i USA podniosły wyjątkowo glośny zgiełk medialny. W nadziei że ich obywatele uwierzą w to iż w kwestii Ukrainy i Krymu ich głos ma znaczenie a car Putin musi się z nimi liczyć. No cóż, głupich nie sieją, sami rosną i wybierają sobie takich przywódców jak z wierzchu ciemny a w środku czerwony lokator Białego Domu czy fuehrerzyca od siedmiu boleści.
W niedzielę wieczorem zajrzałem do kanału TVP Info. I trafiłem na rozmowę jednego z dziennikarskich „znafcuf” polityki międzynarodowej (pismacy to chyba najgłupsza grupa zawodowa w Tusklandii) z Leszkiem Millerem. Nigdy nie byłem fanem tego człowieka ale nie sposób odmówić mu znajomości elementarza politycznego rzemiosła, co powoduje że na tle motłochu pokroju kon-Donka i jego szajki, wyróżnia się niczym jednooki wśród ślepców. I Miller nie mogąc słuchać bredni przeprowadzającego ten wywiad kretyna, uświadomił jemu i co mniej rozgarniętym słuchaczom kilka elementarnych prawd.
Zaczął od przypomnienia niedawnej wspólnej konferencji prasowej kanclerz Merkel i jej kundla. I uwypuklenia jej stwierdzenia że biznes rządzi się innymi kryteriami niż polityka. A oznacza to że Niemcy są zdani na łaskę i niełaskę Rosji bo bez rosyjskiego gazu jakieś 40% niemieckiej gospodarki musiałoby natychmiast zaprzestać działalności na czas nieokreślony.
Odnośnie sankcji, powiedział że w grę wchodzą operetkowe ruchy typu zakaz wjazdu na teren eurokołchozu, bez czego rosyjska elita władzy i rosyjscy oligarchowie świetnie się obejdą. I takie sankcje skwitują serdecznym śmiechem.
A na koniec Miller dodał że psim obowiązkiem każdego rządu jest troska o stan gospodarki swojego kraju. I podkreślił że na skutek rozpętanej przez Rosjan histerii w sprawie polskiej wieprzowiny, nasi rolnicy tracą dziennie około 12 milionów złotych. A Putin pogrywa z europejskimi producentami wieprzowiny jak ze smarkaczami. Antagonizując ich wspaniale więc na jakiekolwiek wspólne eurodziałania w tej sprawie nie można realnie liczyć.
Takie są zatem efekty „polskiej aktywności w sprawie Ukrainy”.
Swego czasu wolny świat miał przywódców z tej półki co ś.p. Ronald Reagan (najwybitniejszy amerykański prezydent XX wieku) czy Margaret Thatcher. A obecnie ich następcami są takie gwiazdy jak „burak” Obama czy fuehrerowa Merkel. Różnica jak między Żelazną Damą a plastelinowym garkotłukiem (pod żadnym pozorem nie mylić z godnym dużego szacunku zawodem kucharki!).
W międzyczasie zerknąłem na licznik wejść i okazało się że od chwili zamieszczenia 11 maja 2012 pierwszego wpisu na platformie Blogspotu, Antysocjal odwiedziło już ponad 200 tysięcy gości. Jak na platformę znacznie mniej popularna od Onetu, na którym notowałem ponad 200 tysięcy wejść rocznie, te obecne ponad 100 tysięcy to wynik całkiem przyzwoity. W końcu choćby nadęty błazen, silący się na bycie blogową wyrocznią elegancji, nie doczekał się przez całe siedem lat prowadzenia swojego ansztaltu takiej liczby gości co ja rocznie.
Oczywiście niektórzy zarzucają mi zamordyzm. Polega on na tym że nie toleruję lewackich bredni, obyczajowego zbydlęcenia i jawnego chamskiego trollowania. I tacy intruzi są traktowani zgodnie ze standardową procedurą. Czyli szpicrutą przez pysk plus kopniak poniżej pleców na pożegnanie. Swego czasu czcigodny Józef (pozdrawiam najserdeczniej) skomentował takie reguły gry uwagą że na moim blogu nie musi spoglądać pod nogi bowiem nie grozi mu wdepnięcie w ekskrement. Uważam to za elementarny obowiązek gospodarza. I dlatego właśnie przestałem odwiedzać witrynę na której lekturze często ciekawych wpisów towarzyszyła konieczność ekwilibrystycznego przeskakiwania miedzy kupami w części komentatorskiej.
A ponieważ Czcigodni Czytelnicy zagłosowali myszami i klawiaturami za Antysocjalem, dopóki starczy mi sił, będę ten blog prowadzić. Konserwatystom dla pokrzepienia serc, narodowcom i konslibom dla wymiany poglądów a socjalistycznemu, libertyńskiemu, genderowemu, narkomańskiemu i proaborcyjnemu bydłu na pohybel. Ze szczególnym uwzględnieniem zaćpanego kryminalisty i jego hołoty.

Stary Niedźwiedź

P.S.
Ćpun i kryminalista o ksywie "pkanalia" przysłał tu robić zadymę  jednego ze swoich pomagierów czyli niejakiego "wnuczka" a ten ostatni od wczoraj intensywnie smrodzi gdzie tylko może. Dlatego nie chcąc dopuścić do tego aby "Antysocjal" zamienił się w taki silos obornika jak blog rzeczonej kanalii, zmuszony byłem zablokować opcję komentowania pod starszymi postami. Nie mam bowiem zamiaru wprowadzać moderowania komentarzy i sprawiać Szanownym Gościom mojej witryny takiego kłopotu jak uczyniła to swego czasu pewna była katoliczka.
Bieżący post będę oczyszczać na tyle często na ile pozwoli mi czas i z góry proszę o wybaczenie iż nie będzie to robione on line. Postanowiłem w trosce o elementarny komfort psychiczny Szanownych Gości usuwać te ekskrementy "wnuczka" ale tak by na blogu widać było ile razy on tu napaskudził. Te ślady to ikonka z napisem "Anonimowy" (chyba sam już zaczął się wstydzić nicku "wnuczek"?) a pod nią napis "Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga."
Takie są niestety skutki triumfu tolerastii w prawie państw należących do eurokołchozu. Bo w przyzwoitych krajach skazanych w procesach narkotykowych, nie "sadza" się ale ku pożytkowi zdrowej części społeczeństwa po prostu wiesza. Więc jego zleceniodawca od dawna już by nie zasmradzał powietrza.

Stary Niedźwiedź

piątek, 14 marca 2014

Narcyz, agent czy świr?

Kampania przed wyborami do europarlamentu przebiega bardziej niż spokojnie, w końcu chodzi tylko i wyłącznie o podział dobrze płatnych synekur. Wedle sondaży liczą się „sprawdzone” (proszę minie nie łapać za słówka, nie napisałem przecież że z pozytywnym wynikiem) firmy typu PiS, PO, SLD czy PSL. Zanosi się też na to że „Europa chlust” czyli komiczny sojusz dwóch moczymordów oraz garstki zboczeńców, narkomanów, transwestytów i zwykłych kryminalistów na te synekury się nie załapie. Ale jeśli te sondaże wolno traktować serio, pewne szanse na pokonanie poprzeczki ma nowy twór JKM czyli Kongres Nowej Prawicy. 
Wystarczyło głupie dwadzieścia kilka lat aby guru pojął że jego ukochane dziecko czyli „podatek półgłówny” jest dlań kołkiem osikowym vel osinowym i tego kretyństwa ponoć już w programie nie ma. Ale podejrzewam że przy dotychczasowym tempie odepchlania takowego z ewidentnych bzdur, JKM skleciłby coś możliwego do zaakceptowania za jakieś osiemdziesiąt – sto lat.
Postać tę pamiętam dobrze z turniejów brydżowych w których sporo grywałem w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. W oczy rzucało się że sukces sportowy jest dla niego sprawą trzeciorzędną, liczy się przede wszystkim sława mołojecka. Słynął zatem z wariackich zagrań, kończących się znacznie częściej katastrofą niż sukcesem. Ale warszawski światek brydżowy gadał o nich przez najbliższy tydzień a tylko o to przecież chodziło. Więc narcyz rósł jak na drożdżach.
Gdy JKM zaczął bawić się w politykę, widać było że jego działalność de facto jest dla lewicy bezcenna. „Gdańscy aferałowie” spowodowali że przeciętny Polak uznał liberalizm za synonim złodziejstwa. A JKM na zasadzie „dwa gwoździe lepiej trzymają” dołożył do puli, jako alternatywne rozwiązanie podając że liberalizm to po prostu surrealistyczna paranoja. A ostatnio JKM znowu błysnął ogłaszając publicznie że: 
  • Putin nie wykonał w sprawie ukraińskiej żadnych nagannych posunięć
  • Janukowycz jest nadal legalnym prezydentem Ukrainy
  • na Majdanie działali TERRORYŚCI WYSZKOLENI W POLSCE, NA ROZKAZ POLSKIEGO POLITYKA.
Oto linki do jego wypocin:




Człowiek pragnący choć udawać że jest politykiem, nie ma prawa aż tak bimbać sobie na polską rację stanu i beztrosko potwierdzać pojawiające się za wschodnią granicą oskarżenia pod adresem naszego kraju. Podejrzewam że ten człowiek robi to za darmo. A przecież stare rosyjskie powiedzenie głosi:
„Trach bez lubwi i bez dienieg chuże blad’stwa”
Co na polski można przetłumaczyć z grubsza jako:
„Dupczenie bez miłości i bez pieniędzy jest jeszcze gorsze od kurewstwa”.
I już byłem skłonny do tej ostatniej kategorii zaliczyć januszkowe brednie gdy przypomniał mi się arcyciekawy komentarz jeszcze ze starego onetowego „Antysocjala”. Pojawił on się około czterech miesięcy po przenosinach witryny na „blogspot” i dlatego umknął uwadze mojej i zapewne większości Szanownych Czytelników. Komentator posługujący się nickiem „neurolog” przedstawił w nim arcyciekawą hipotezę więc zamieszczę tu cały ten komentarz:
********************************************
neurolog
6 września 2012 o 16:19
 Korwin-Mikke cierpi na Zespół Aspergera (ZA) – łagodną formę zaburzeń autystycznych. Nie jest tym samym psychopatą, ani typowym autystą. Niski poziom inteligencji emocjonalnej (EQ), społecznej oraz werbalnej jest częściowo maskowany przez wysoki iloraz inteligencji kognitywnej (IQ). Można powiedzieć, że JK-M jest kimś w rodzaju ultra-inteligentnego, ale pozbawionego empatii cyborga. ZA nie jest chorobą, ale zaburzeniem rozwoju i trwa przez całe życie. Przytoczmy cytat z Wikipedii dotyczący ZA:
”Zaburzenie to obejmuje przede wszystkim upośledzenie umiejętności społecznych, trudności w akceptowaniu zmian, ograniczoną elastyczność myślenia przy braku upośledzenia umysłowego oraz szczególnie pochłaniające, obsesyjne zainteresowania, natomiast rozwój mowy oraz rozwój poznawczy przebiega bardziej prawidłowo w porównaniu do autyzmu dziecięcego”.
I dalej:
”Najczęściej wymienia się zespół sześciu głównych kryteriów diagnostycznych Gillbergów z 1989 r.[2], obejmujących aspekty, które nie zostały wymienione w DSM-IV czy ICD-10.Są to:
1) zaburzenia interakcji społecznej, nieumiejętność lub brak chęci współpracy w grupie,
2) zaburzenia mowy i języka (opóźniony rozwój, powierzchownie perfekcyjny język ekspresyjny, sztywna i pedantyczna mowa, nietypowa prozodia i charakterystyka głosu, uszkodzenie zdolności rozumienia języka – przede wszystkim znaczeń przenośnych i ukrytych,
3) zawężone, specjalistyczne zainteresowania, połączone czasem z obsesyjnym zainteresowaniem jedną dziedziną,
4) zachowania powtarzalne, rutynowe, niezmienne, trudności w komunikacji niewerbalnej (ograniczone gesty, skąpa ekspresja twarzy, dystans fizyczny, zachwianie rozumienia bliskości do innej osoby,
5) kłopoty z kontaktem wzrokowym,
6) niezdarność ruchowa (nie zawsze)”.
Przeanalizujmy:
Ad 1) JK-M jest skrajnym egocentrykiem i indywidualistą, co potwierdzi każdy, kto miał z nim kiedykolwiek kontakt. Jego nieprzewidywalne działania na własną rękę zawsze niweczyły działania pozostałych członków partii. JK-M wielokrotnie wypowiadał się negatywnie o występującym we współczesnych firmach „socialisingu” i „teamingu” twierdząc, że w porządnym przedsiębiorstwie pracownicy nie powinni się znać nawzajem. Stąd też wynika niechęć JK-M do kolektywizmu, stadności, gromadności. Po prostu – ludzie z ZA nie lubią towarzystwa, tłoku, gadania o niczym.
Ad 2) Zaburzenia języka dotyczą przede wszystkim okresu dziecięcego, ale pewne ich pozostałości widoczne są w życiu dorosłym. Język JK-M jest perfekcyjny, zaś mowa pedantyczna. JK-M jąka się, co jest nie tyle objawem ZA, ale jego skutkiem. JK-M miał niegdyś skłonność do echolalii, zaś jąkanie się wynika z silnego stresu, jaki dotyka ludzi z ZA w trakcie życia, gdyż doskonale zdają oni sobie sprawę z tego, że są inni, niedopasowani, że coś z nimi nie tak. Proszę zauważyć również, że JK-M bardzo dobrze sprawdza się w pisaniu, gdy siedzi w swojej kancelarii i nikt mu nie przeszkadza. Problem zaczyna się na wizji, gdy ma do czynienia z tłumem kamerzystów, nowym, nieznanym pomieszczeniem (studio nagrań) oraz prowadzącym program. Wtedy nasila się u JK-M jąkanie i dziwne, nieskoordynowane tiki. Związane jest to z tym, że ludzie z ZA dobrze czują się w znanym, uporządkowanym otoczeniu, gdzie wszystko jest przewidywalne, poukładane i najlepiej, gdy są całkowicie sami. Przeciążenie nadmiarem nieznanych bodźców powoduje u ludzi z ZA niemożność skupienia się na tym, co mówią. Stąd też JK-M kiepsko wypada w TV. Kręci się na krześle, odchyla głowę w tył, macha rękoma, albo podpiera się – na przemian. Mówi albo za szybko, albo zacina się. Ludzie z ZA nie potrafią odruchowo wczuć się w sposób myślenia i emocje innych. Dlatego też JK-M używa skrótów myślowych nie zauważając, że fakt, że on coś myśli nie oznacza jeszcze, że inni też tak myślą. To jest główny problem ludzi z ZA – „jeśli ja tak myślę, to inni też”.
Ad. 3) JK-M ma stereotypowe, specjalistyczne zainteresowania. Należą do nich: ekonomia, socjocybernetyka, teoria ewolucji. Nie jest przypadkiem, że hołubi nauki ścisłe, i że studiował matematykę. W przypadku ZA to normalne. Fakt, że JK-M wydaje się posiadać także wielką wiedzę ogólną wynika raczej z wysokiego IQ oraz ciężkiego, intelektualnego wysiłku, jaki musiał włożyć w dokształcanie się. Fakt, że JK-M sprzeciwia się państwowej edukacji oraz przymusowi ogólnego kształcenia wynika z jego osobistych trudności – ludzie z ZA potrafią być całymi dniami pochłonięci tylko i wyłącznie studiowaniem chemii – zaniedbując przy tym inne obowiązki. Często wygląda to tak, że w jednej dziedzinie są młodocianymi profesorami, zaś w innej ofermami do kwadratu. Wybitnemu matematykowi z ZA matura z języka polskiego może uniemożliwić dalszą karierę.
Ad. 4) U JK-M widoczne są zachowania powtarzalne. Chodzi nie tylko o specyficzne gesty, czy automatyczne odruchy. Są to także powtarzane do znudzenia, stereotypowe stwierdzenia dotyczące kobiet, niepełnosprawnych, podatków. Warto nadmienić, że są to stereotypie indywidualne – charakterystyczne tylko dla danego człowieka. Ekspresja twarzy JK-M jest skąpa, sztuczna, sztywna. Wydaje się bardziej wyuczona niż naturalna.
Ad. 5) JK-M ma sztywne spojrzenie. Typowe u ludzi z ZA jest albo mówienie bez patrzenia w oczy rozmówcy, albo długotrwałe wlepianie wzroku w rozmówcę, przy czym autystyk zdaje się raczej mówić nie „do kogoś”, tylko „w kierunku kogoś”.
Ad. 6) U JK-M widoczna jest pewnego rodzaju sztywność ruchowa związana z brakiem dobrej koordynacji ruchów. JK-M chodząc, biegając silnie napina mięśnie. Wiele wysiłku kosztuje go zgrabne chodzenie.
********************************************

Mnie ta hipoteza trafia do przekonania. Więc nie będę go oskarżał o to że  konsekwentne kompromitowanie liberalizmu czy rozwalanie prób integracji prawicy jest robione na polecenie jego mocodawców. Bo po prostu ten świr tak ma. Ale nie oznacza to że nie należy go zwalczać. Bo stawka w tej grze jest zbyt wysoka aby popsuł to osobnik nie do końca mający poukładane pod sufitem.

Stary Niedźwiedź

P.S.
Dle większej przejrzystości, aby wnioski podane przez komentatora o nicku "neurolog" nie były traktowane jako mojego autorstwa, jego obszerny komentarz oddzieliłem od mojego tekstu gwiazdkami.
SN

sobota, 8 marca 2014

Koniec początku?

Gdy pod koniec roku 1941 kolumny Wehrmachtu najpierw zaczęły grzęznąć w rosyjskim błocku a wkrótce potem odziani w letnie mundury niemieccy żołnierze zaczęli zamarzać, Winston Churchill powiedział że to jeszcze nie początek końca III Rzeszy ale na pewno koniec początku. Czyli bezprecedensowego pasma jej sukcesów militarnych.
Od wielu lat obserwuję wojnę jaką cywilizacji białego człowieka wydali wojujący pederaści i lesbijki. I nie ma co ukrywać że ich kolejne zwycięstwa nieuchronnie kojarzyły mi się z opanowaniem przez Hitlera Europy od Norwegii po Bałkany i od Pirenejów po Bug. Nowi „nadludzie” kolejno eskalowali swoje żądania, po „ślubach” i homoadopcjach w wielu krajach wywojowali nawet to że za jakiekolwiek słowa krytyki pod adresem rozwydrzonych zboczeńców „podludź” może trafić do więzienia. Oczywiście działa to tylko w jedną stronę bo pedałom za podśmichujki z „heteryków” włos z głowy jeszcze nigdzie nie spadł.
Dlatego wielką radość wzbudziły we mnie  dwie wiadomości ze świata. Nie są to jeszcze wygrane walne bitwy a co najwyżej dopiero potyczki. Ale dają nadzieje że wahadło do tej pory wychylające się w kierunku zbydlęcenia, zwalnia swój ruch.
Pierwsza wiadomość pochodzi ze stanu Arizona:
Do tej pory amerykański przedsiębiorca nie mógł odmówić świadczenia usług zgodnych z profilem działalności jego firmy z przyczyn moralnych czy religijnych. Powodowało to że w myśl obowiązującego tam prawa cukiernik musiał wykonać tort na pedalskie wesele, fotograf zrobić fotoreportaż z takiego „ślubu” a krawiec uszyć suknię ślubną dla cioty która miała zostać „panną młodą”. Odmowa była karana wysoką grzywną i niekiedy również odsiadką.
Senat stanu Arizona postanowił z tym zbydlęceniem skończyć i uchwalił prawo do odmowy świadczenia takich usług z pobudek religijnych. Wprawdzie w tym stanie „homomałżeństwa” nie są uznawane przez tamtejsze prawo (i miejmy nadzieję że tak pozostanie) ale dla chrześcijanina samo wspomaganie takiego nawet nieformalnego naigrywania się z instytucji małżeństwa jest nie do przyjęcia. A ponieważ gubernator Jan Brewer jest republikaninem, trudno sobie wyobrazić aby nie podpisał tej ustawy. A wtedy stanie się ona obowiązującym w Arizonie prawem.
Drugiej wiadomości nie mogę linkować bowiem europejskie media głównego ścieku na ogół nie pala się do jej rozpropagowania. A z linków do lokalnych gazet norweskich polski czytelnik miałby niewielki pożytek.
Mój kolega od ponad trzydziestu lat wykonuje zawód anatomopatologa w Skandynawii. Początkowo pracował w Szwecji, kilkanaście lat temu przeniósł się do Norwegii. Jest praktykującym katolikiem i już kilka razy przesyłał do wiadomości swojej rodziny w Polsce oraz mojej wycinki z tamtejszej prasy, opisującej wyczyny skandynawskich kościołów wycierających sobie gęby nazwiskiem Marcina Lutra. Oczywiści dołączał do nich swoje tłumaczenia tych artykułów na polski. Pokazywały one degrengoladę niegdyś protestanckich kościołów które olały filar protestantyzmu „Sola Scriptura” przedkładając nad Biblię dotacje z budżetu państwa. Mamy więc takie kwiatki jak choćby lesbijka robiąca za „biskupa Sztokholmu”, pozostająca w „związku małżeńskim” z drugą lesbą, będącą jedynie „pastorem”. I w wywiadzie dla GW no Prawda mówiąca że Pismo święte to taki zbiór bajeczek. Za taki tekst każde polski piętnastolatek, przygotowujący się do konfirmacji, wyleciałby z tych nauk na zbity pysk.
Ale ostatnio dotarła do mnie od wspomnianego kolegi dobra wiadomość. Pracuje on w mieście Molde, centrum okręgu Møre od Romsdal, będącym między innymi siedzibą jednej z diecezji Kościoła Norweskiego (oficjalna nazwa tamtejszego Kościoła Luterańskiego). Po triumfie  w Szwecji pedały wzięły na celownik Norwegię a swój ogień skoncentrowały na wspomnianej diecezji. Liczyły na to że jest ona idealnym miejscem na stoczenie zwycięskiej bitwy bowiem biskupem jest tam kobieta.


Ale trafiła kosa na kamień. Biskup Ingeborga Midttømme powiedziała wyraźnie że dopóki ona będzie sprawować władzę w tej diecezji, zboczeńcy o kościelnych „ślubach” tamże mogą zapomnieć. A pastora który odważyłby się na takie bluźnierstwo, potrafi pozbawić prawa do wykonywania posługi duchownej.
Z informacji które odebrałem wynika że większość wiernych diecezji popiera biskup Ingeborgę. A skoro to poparcie ma też swoje odbicie w synodzie diecezjalnym, pedały mogą jej skoczyć. I ów lokalny przykład może okazać się zaraźliwy bowiem zainteresowanie nim dawno już przekroczyło granice tego okręgu. Gdyż ludziska moga się ocknąć, zrozumieć że "nadludzie" to wrzaskliwa i mająca w mediach głównego ścieku status świętej krowy ale w końcu tylko  kilkuprocentowa mniejszość. Zaś synonimem tolerancji nie jest zgoda na to aby każdy zboczeniec czy świr który tylko tego zechce, mógł normalnemu człowiekowi nafajdać na głowę.
Odkąd się o tym dowiedziałem, wspieram biskup Midttømme modlitwą. A może i któryś z Szanownych Czytelników nie będący protestantem też zechce  skierować do Góry życzliwe słówko w jej sprawie? Bo moim zdaniem jest tego warta.


Stary Niedźwiedź

P.S.
Uwagi którymi czcigodny Tie Fighter podzielił się z Szanownymi Czytelnikami  oraz mną, zdecydowanie przekraczają swą zawartością merytoryczną zwyczajowy komentarz. Gorąco zachęcam do ich lektury.
SN

poniedziałek, 3 marca 2014

Mały książę

Wbrew tytułowi, wpis ten nie ma nic wspólnego z postacią stworzoną przez Antoniego de Saint Exupery. Zresztą w „wojnie dwóch książek niekoniecznie dla dzieci” zdecydowanie opowiadam się po stronie Kubusia Puchatka.
W dyskusji pod poprzednim wpisem spotkałem się z zarzutem iż wypominam przodkom takie polskie sporty narodowe jak polityczne seppuku czy palenie diamentami w piecu. Ale nie przypominam Szanownym Czytelnikom postaci z kart polskiej historii z których mamy prawo być dumni. Zatem aby choć w drobnej części nadrobić te zaległości, pozwolę sobie zacząć od postaci tyleż wielkiej co zapomnianej, wedle „najlepszej” polskiej tradycji. Czyli księcia Franciszka Ksawerego Druckiego - Lubeckiego. Z powodu niewielkiej postury zwanego przez współczesnych "małym księciem".
Franciszek Ksawery Drucki - Lubecki (herbu Druck)  urodził się w podupadłej rodzinie arystokratycznej 4 stycznia 1778 roku w Pohoście. Jego rodzicami byli Franciszek Drucki-Lubecki i  Genowefa Olizar-Wołczkiewicz.
W wieku siedmiu lat został wysłany do petersburskiego Korpusu Kadetów, tradycja rodzinna utrzymuje że stało się tak na żądanie faworyta carycy Katarzyny, wszechwładnego marszałka Potiomkina. Od roku 1797 służył w armii rosyjskiej jako podchorąży. Wziął udział w kampanii antyfrancuskiej we Włoszech u schyłku XVIII wieku pod dowództwem feldmarszałka Aleksandra Suworowa. W czerwcu 1799 odznaczył się w bitwie pod Alessandrią (miejscowość w Piemoncie, niektóre źródła podają błędną nazwę Aleksandria)  za co został odznaczony orderem św. Anny 3 klasy. Po kampanii, w roku 1800, z powodów zdrowotnych (uszkodzenie żeber) złożył dymisję i odszedł ze służby czynnej. Zamieszkał początkowo w Czerlonie na Grodzieńszczyźnie a po ślubie ze swoją siostrzenicą Marią Scipio del Campo w należącym do niej Szczuczynie (białoruskim a nie podlaskim).
Z lat petersburskich bohater tego wpisu wyniósł koneksje z osobami z najwyższych sfer oraz biegłą znajomość rosyjskiego którym władał z petersburskim akcentem. Umiejętność cenna w rozmowach z ludźmi którzy swój rosyjski patriotyzm podkreślali programowo unikając dominującego w tych kręgach francuskiego.
Młody Franciszek Drucki-Lubecki poświęcił się karierze społecznej i politycznej. W roku 1809 został wybrany marszałkiem szlachty powiatu grodzieńskiego. Od początku swojej działalności politycznej był zdecydowanym przeciwnikiem opcji francuskiej i Napoleona I, pozostając gorącym zwolennikiem porozumienia z Rosją i carem Aleksandrem I. Bowiem jako zimny realista, zdawał sobie sprawę z tego iż twór w rodzaju Księstwa Warszawskiego, zasadzający się na sojuszu z Francja a graniczący z co najmniej niechętną mu Rosją oraz ewidentnie wrogimi Prusami i Austrią, w dłuższym horyzoncie czasowym nie może się utrzymać.
Po klęsce Napoleona I w kampanii rosyjskiej roku 1812, Księstwo Warszawskie zostało zajęte przez maszerujące na zachód wojska rosyjskie.  W 1813 roku na miejsce rządu Księstwa powstała Rada Najwyższa Tymczasowa Księstwa Warszawskiego.  Drucki - Lubecki został członkiem owej Rady. Rekomendował go na to stanowisko książę Adam Jerzy Czartoryski, w tych latach jeszcze przyjaciel cara Aleksandra I i kochanek jego żony. Co zresztą działo się za wiedzą i akceptacją cara, z kolei żyjącego ze swoją siostrą. W roku 1815 Drucki wszedł w skład Rządu Tymczasowego Księstwa Warszawskiego.
Kongres Wiedeński przyniósł dla Polski zupełnie nową sytuację polityczną. Na mocy jego postanowień w miejsce Księstwa Warszawskiego, okrojonego o sporą część ziem nabytych w 1807 roku (Wielkie Księstwo Poznańskie) i w 1809 roku (wojna austriacko-polska i przyłączenie sporej części Galicji, m.in. Krakowa), powstało Królestwo Polskie, połączone unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim. Posiadające własną administrację, szkolnictwo, wojsko oraz parlament z polskim  językiem jako państwowym. A od Rosji oddzielone granicą celną. Począwszy od roku 1816 książę, jako przedstawiciel Królestwa Polskiego, negocjował spłaty polskich wierzytelności wobec państw zaborczych i Saksonii.
W wyniku silnego zaangażowania w działalność publiczną, dobrych wyników pracy, osobistej znajomości z carem Aleksandrem I oraz wspomnianych wcześniej petersburskich koneksji jeszcze z czasów kadeckich, w roku 1821 Drucki - Lubecki został mianowany  ministrem skarbu. Od tego czasu zaczął się nowy rozdział polityczny w jego karierze, który przyniósłby mu trwałe miejsce na kartach historii i nieprzemijającą wdzięczną pamięć rodaków w każdym innym kraju. Książę był bowiem jednym z najaktywniejszych i najbardziej nowoczesnych (rzecz jasna na tle swojej epoki) ministrów w najnowszej historii Polski. Był także pierwszym polskim „kreatywnym” ( w tradycyjnym a nie pejoratywnym sensie tego określenia) ministrem finansów.
Osłabienie Królestwa po rozbiorach, wojnach napoleońskich i obciążeniach nałożonych przez Kongres Wiedeński nie pozwalało odkładać na później gruntownych reform i naprawy państwa. Tego zadania jako minister skarbu Drucki - Lubecki podjął się z pełnym sukcesem. W krótkim okresie, poprzez skuteczną politykę podatkową, doprowadził do likwidacji deficytu budżetowego i wypracowania nadwyżki budżetowej. Dzięki zgromadzonym środkom mógł przystąpić do częściowej, ale co ważne, mającej właśnie miejsce w całej Europie zachodniej industrializacji kraju.
Dzięki jego polityce rozwinęło się hutnictwo (Zagłębie Staropolskie), górnictwo (Zagłębie Dąbrowskie) i włókiennictwo (Łódź). Na skutek jego zabiegów i determinacji udało się znieść opłaty celne z Rosją czego efektem był wielki wzrost eksportu i pojawienie się olbrzymiego jak na możliwości Kongresówki rynku zbytu jakim było Cesarstwo Rosyjskie. Wraz ze wzrostem eksportu pojawiła się również konieczność poprawy infrastruktury komunikacyjnej. Drucki - Lubecki nakazał budowę dróg bitych, które nierzadko pełniły swoje funkcje, naturalnie z koniecznymi zmianami, aż do I wojny światowej, natomiast ich przebieg nierzadko pokrywa się ze współczesnymi nam znanymi. Z jego nakazu zbudowano również Kanał Augustowski, który łącząc dorzecze Wisły z Niemnem, miał stworzyć drogę handlową przez Bałtyk, z pominięciem obłożonej wysokim cłem granicy pruskiej. Warto dodać, że skala tego projektu była bardzo znacząca, a jego wykonanie do dzisiaj budzi podziw specjalistów inżynierii wodnej i żeglugi śródlądowej.
Z budową tego kanału wiąże się też inna ciekawa historia. Prusy nakładały wysokie cła na towary spławiane Wisłą w przekonaniu że dla polskich płodów rolnych nie ma innej alternatywnej trasy ich eksportu. Gdy budowa kanału ruszyła, Prusacy nie wytrzymali nerwowo (na litewskim wybrzeżu Bałtyku nie było portów o wystarczającej przepustowości) i cła znacząco obniżyli. Oczekując rewanżu, wystąpili do Rosji z postulatem obniżki ceł tranzytowych na ich towary ekspediowane do Chin. Drucki - Lubecki wytłumaczył petersburskim decydentom (przydały się te osobiste kontakty!) że taki ruch byłby bardzo niekorzystny dla rosyjskiej gospodarki. Więc Prusacy, mówiąc językiem moich studentów, zostali koncertowo wydymani przy negocjacyjnym stoliku przez polskiego polityka. Jeśli ktoś z Szanownych Czytelników zna więcej takich przypadków, będę wdzięczny za informację o nich.
Książę doprowadził również do utworzenia dwóch ważnych instytucji finansowych: Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego (1825) oraz Banku Polskiego (1828). Bank Polski otrzymał prawo do emisji banknotów polskich (odebrane dopiero w roku 1869, po dwóch powstaniach).
Był przeciwnikiem Powstania Listopadowego i po jego wybuchu udał się do Rosji. Tam  podjął desperacką próbę ratowania pozycji Polski i w grudniu 1830 roku wystosował do cara Mikołaja I memoriał będący próba ucieczki do przodu. Sugerował w nim wycofanie wojsk oraz przyłączanie do Kongresówki ziem wschodnich (obecna Litwa, Białoruś, zachodnia Ukraina). Po odrzuceniu memoriału pozostał w Petersburgu, zapewne nie mogąc patrzeć na to co z jego dziełem zrobili „patrioci”.
Taki był dorobek dziewięciu lat jego kierowania finansami i gospodarką Kongresówki.
A jakie materialne symbole wdzięcznej pamięci rodaków o Franciszku Ksawerym Druckim-Lubeckim pozostały? W Warszawie doszukałem się aż dwóch.




Są to skromniutka tablica na ścianie gmachu dawnej Giełdy i Banku Polskiego na Placu Bankowym w Warszawie, upamiętniająca Franciszka Ksawerego Druckiego-Lubeckiego, twórcę tego banku i hrabiego Ludwika Jelskiego, jego pierwszego prezesa.


Oraz kasztanowiec posadzony w 1827 przez ministra skarbu. znajdujący się w podwórku przy Urzędzie Miar na ul. Elektoralnej w Warszawie.
Sprawcy wybuchu listopadowego szaleństwa, tacy jak Piotr Wysocki, Maurycy Mochnacki czy Ludwik Nabielak, dorobili się w Warszawie porządnych ulic, ten pierwszy wręcz dużej arterii komunikacyjnej. Bo oni WALCZYLI więc gdzie jak gdzie ale w Polsce cześć i chwała należą się im z automatu. A że niczego nie osiągnęli a tak wiele zaprzepaścili, bo ta walka od samego początku nie miała cienia sensu, to już nieistotny szczegół. Ot, takie szukanie dziury w całym, niegodne Polaka. 
Zaś z pamięcią o Druckim - Lubeckim nie jest aż tak źle. Rośnie nadal ten kasztanowiec? Rośnie. Mogli go wdzięczni rodacy ściąć? Mogli ale nie ścięli. I nawet plakietki nie usunęli. 
Więc o co do stu diabłów tym marudnym konserwatystom jeszcze chodzi? O trochę logiki i ocenianie ludzkich działań na podstawie ich efektow a nie dobrych chęci i czczych deklaracji, jakże często okazujących się czekiem bez pokrycia. Ale jak do tej pory, w Polsce to się nie przyjęło.

Stary Niedźwiedź