Omnibus
od zawsze miał ambicje satyryczne. Brakowało mu tylko jednego: poczucia humoru.
Podziwiał Pythonów, choć nie do końca ich rozumiał. Gdy oglądał skecz „Nikt nie
spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji”, śmiał się najdonośniej, chociaż w duchu
zadawał sobie pytanie: „O co ku*wa chodzi? Do stu LaVeyów…”. Najbardziej
obawiał się humoru purenonsensowego, bo to oznaczałoby, że musiałby kogoś
prosić o łopatologiczne tłumaczenie, co ewidentnie godziłoby w omnibusowe ego,
które chwiało się bardziej niż cyrkowiec idący po linie. Dlatego Omnibus śmiał
się w momentach, w których śmiali się inni. A gdy się nie śmiali, Omnibus
przybierał marsową minę i krzyczał najgłośniej: „Do dupy z takimi dowcipami!”.
Pewnego
razu Omnibus dowiedział się, że ktoś wysmażył paszkwil na jego temat. Tak go to
rozsierdziło, że przez tydzień nękał autora telefonami pełnymi obelg. A gdy
uświadomił sobie, że autor pozostał niewzruszony, postanowił przygotować
literacką odpowiedź w formie satyry. Powstał tylko jeden problem: jak napisać
tekst satyryczny, nie mając poczucia humoru?
„Najpierw
muszę poćwiczyć. Co może być takiego bardzo zabawnego? Hmm…” – dumał,
pocierając oprawki okularów mających szkiełka niczym denka od słoika.
-
Już wiem!!! – wrzasnął podniecony Omnibus
-
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu… - zamyślił się – Wóz nurza się w
zieloność i jak łódka brodzi…
-
Hehe. Rany, ale to było śmieszne! – zachwycił się Omnibus, przypominając sobie
lekcję polskiego, na której jako jedyny pokładał się ze śmiechu podczas lektury
„Sonetów Krymskich”. Po tym incydencie został zaprowadzony do szkolnego
pedagoga. A pani polonistka przez rok traktowała go jak dziecko specjalnej
troski.
-
A co może być jeszcze bardziej zabawnego… - myślał, drapiąc się po karku.
Nagle
wstąpiła w niego wena. Pisał, jak oszalały. Spędził całą noc na tworzeniu.
-
E tam, najwyżej rano nie pójdę do pracy. Albo w robocie dokończę. A jak szef
będzie dziamgał, to go podam do sądu za homofobię! – Omnibus był zachwycony
swoim pomysłem.
Rano
Omnibus był krańcowo przemęczony, ale postanowił pójść do pracy. Wiedział w
końcu, że może sobie pozwolić na błogie lenistwo. Wszedł do firmy, gdzie
wszyscy zasuwali, jak mrówy.
-
Rany, jacy głupi. Po co tyle robić – spojrzał na nich drwiąco.
Omnibus
usiadł do swojego komputera. Od razu sprawdził pocztę, bo Arek z wypasioną
klatą miał do niego napisać. Ale zamiast niego, napisał doń Piotr z – jak sam
twierdził – „zaku**istymi tatuażami”.
-
Ładne ma tatuaże ten gościu. Tylko to poniżej trochę za małe… Ale jest wyluzowany,
używa przekleństw, pali hasz i ma doświadczenia w wielokątach. No,
niekonwencjonalny facet. Nie idzie na „pakty na wyłączność”… czyli mógłbym
wyhasać się w darkroomie! – oczy Omnibusa zapłonęły i mimowolnie oblizał wargi,
co niestety nie umknęło uwadze szefa.
-
Omnibusie, co tam przeglądasz? – zapytał szef podejrzliwie.
-
Yyy, ciężko pracuję – powiedział Omnibus, po czym uruchomił Panic Button, by
wejść w firmową aplikację.
Kiedy
szef udał się na swoje stanowisko, Omnibus odwiedził fora gejowskie i
kontynuował swoją satyrę. Pisanie szło mu opornie, więc przybierał różne pozy –
raz drapał się po karku, raz dawał sobie z liścia (przypomniał sobie bowiem,
jak podczas gry wstępnej dostawał od Franka po gębie); innym razem sarkał pod
nosem.
Współpracownicy,
zauważywszy dziwaczną mowę ciała Omnibusa, spojrzeli po sobie i zaczęli się
głośno zastanawiać:
-
Co się stało temu Omnibusowi? Czyżby się tak zaangażował w robotę?
-
No, wreszcie przestał się opierdzielać! – powiedział złośliwie kolega, Marek.
-
Ale mam natchnienie, o rany! – Omnibus był zachwycony. Jego palce dosłownie
biegały po klawiaturze. W pewnym momencie zabuczał mu telefon. Był to SMS od
Piotra o treści: „Cze, Omni. Co tam porabiasz w robocie? Zamiast służyć u
jakiegoś kapitalistycznego złamasa, mógłbyś do mnie dołączyć. Jestem sam z
trzeba nagimi facetami. Nie martw się, to nie są wyzyskiwacze z klasy
posiadaczy. To trzej murarze z dużym polotem i jeszcze większym… sam zgadnij ;)”.
Omnibus
zapłonął. Nie wiedział, co robić. Czuł, że robi mu się gorąco, ale powinien
jeszcze odpękać 3 godziny w robocie.
-
A kicham na tego kapitalistę, wolę proletariat!
Omnibus
wykorzystał chwilę, by wymknąć się niepostrzeżenie. Niestety, zapomniał się
wylogować i efekty jego „pracy” były dostępne dla każdego. Kolega Marek i
Andrzej podeszli do jego stanowiska.
-
Ty, on tu coś pisał w Wordzie.
-
Ano… poczytajmy.
Czytali
Omnibusa tekst. Ich miny robiły się jednak coraz bardziej kwaśne.
-
Marek, nic z tego nie rozumiem.
-
Wygląda na to, że Omnibus próbował pisać tekst satyryczny, ale średnio mu to
szło.
-
To jest drewniane poczucie humoru. A raczej poczucie humoru, kogoś, kto połknął
kija.
-
Andrzeju, może i połknął, ale on kija używa chyba trochę inaczej… Pamiętasz,
jak Omnibus zawzięcie bronił faceta,
który chciał wziąć ślub z kijem od szczotki?
-
Myślisz, że komuś się ten tekst spodoba?
-
Na pewno. Przecież Omnibus ma swoje cheerleaderki – wejściówka „IQ poniżej 70”, więc
na pewno będzie rechot.
A
tymczasem Omnibus spędzał upojne chwile w domu Piotra. Gdy proletariat się
oddalił, został z Piotrem sam na sam. Nie ukrywał, że czekał na ten moment.Gdy zażyli amfę,powiedział:
-
Piotrku, masz piękny tatuaż. Szczególnie podoba mi się ten na pośladkach, o
wyzysku i zbrodniach neoliberalizmu. Słuszne hasła. I ten ponadczasowy symbol
wolności… - wskazał na wytatuowaną nad genitaliami marihuanę.
-
Tak, dopiero teraz czuję się wolny. Choć nie do końca. Wolny czułbym się jako
bezpaństwowiec. Bezobowiązkowiec leżący i jedzący dary matki ziemi – Piotr
rozmarzył się, po czym wrócił do smarowania Omnibusowi pleców i nie tylko.
-
A ty, o czym marzysz?
-
Piotrku, marzę o tym, by dostać nagrodę Nobla. O tym, by powstały homoseksualne
przedszkola i szkoły. No i żeby wreszcie ograniczono dostępność pracy i
świadczeń dla heteryków.
-
To się nigdy nie stanie, dopóki rządzą nazistowscy liberałowie i
kapitalistyczni krwiopijcy.
-
Wiem, Piotrku. Aha, mogę zreferować ci mój tekst satyryczny?
Piotr
zmarszczył brwi ze zdziwienia, bo nigdy nie przypominał sobie, by jego kochanek
powiedział coś zabawnego.
-
No spróbuj. Ale obiecaj, że potem uraczymy się misą ziela. OK.?
Wtedy
Omnibus opowiedział swój dowcip, pokładając się ze śmiechu. Piotr, który
próbował udawać, że tekst go śmieszy, również zaczął się pokładać. Kiedy
Omnibus skończył swój drętwy tekst, Piotr odpowiedział:
-
Po LaVejańsku? Twój tekst był cieniutki, jak listek marychy. Ale nie przejmuj
się. Jak uraczymy się tym, co przygotowałem, staniesz się bardziej giętki – w
mowie i nie tylko – po czym puścił do Omnibusa oczko.
Flavia
de Luce