sobota, 13 grudnia 2014

Miklós Horthy de Nagybánya - cz. 3

Po ataku Niemiec na Rosję, Węgry nie mogły ograniczyć się do wspomagania swojego sojusznika jedynie logistycznie i werbalnie. Wystawiły tak zwana Drugą Armię, skierowana na południowy odcinek frontu. Po likwidacji stalingradzkiego zgrupowania feldmarszałka Paulusa, armia ta została w lutym 1943 rozbita w okolicach Woroneża. A po bitwie na Łuku Kurskim w lecie 1943, stało się jasne że III Rzesza wojnę przegra. Horthy zrozumiał, że los Węgier jako sojusznika Hitlera też jest przesądzony.

Jak zauważył w komentarzu do poprzedniego odcinka czcigodny Dibelius (pozdrawiamy Go serdecznie!), ostatnią szansą Węgier, Rumunii i Bułgarii na obronienie swojej suwerenności była idea Churchilla, by lądowanie aliantów w Europie przeprowadzić na Bałkanach. Czyli inaczej mówiąc, zabiec drogę radzieckim hordom w ich marszu do centrum Europy i uratować przed wpadnięciem w łapy Stalina to co się da. Ale poza sowieckim dyktatorem, Churchill miał przeciwko sobie osobnika, przez kilku znanych mi weteranów II Wojny Światowej nazywanego różnie. Z palety tych określeń „syfilityk w inwalidzkim wózku” było najłagodniejszym. Roosevelt był aż takim głupcem, iż za amerykański cel strategiczny w tej wojnie uznał … maksymalne osłabienie brytyjskich wpływów na świecie. Zaś odnośnie Rosji, ograniczenie jej przyszłych wpływów uważał za sprawę drugorzędna. Bo wierzył w jej wdzięczność za pomoc logistyczną na niespotykaną wcześniej skalę. Odrzucenie planu Churchilla było podzwonnym dla suwerenności Węgier.

Na początku 1944 regent podjął próby negocjowania separatystycznego pokoju z Aliantami. Odpowiedzią Hitlera było wejście wojsk niemieckich na Węgry 19 marca 1944. Rozpoczęła się wywózka do Auschwitz węgierskich Żydów, którą osobiście kierował Adolf Eichmann. Horthy nie podjął beznadziejnej walki z Niemcami i powołał rząd pod kierownictwem dotychczasowego ambasadora Węgier w Berlinie Döme Sztojay’ego. Kontynuował próby dojścia do porozumienia z aliantami, skazane na niepowodzenie, gdyż Węgry miały trafić do strefy wpływów Stalina. W lipcu admirałowi udało się na krótki czas przerwać te deportacje. Ale w październiku 1944 na terytorium Wegier wkroczyła Armia Czerwona. Niemcy wywieźli Horty'ego do Bawarii a rządy na Węgrzech objęła ich marionetka, przywódca „strzałokrzyżowców” (węgierskiej mutacji partii nazistowskiej) Ferenc Szalasi. Oczywiście zaakceptował on dalszy udział swojego kraju w wojnie po stronie III Rzeszy a deportacje Żydów zostały wznowione.

W ostatnich dniach wojny wojska amerykańskie przejęły regenta z rąk Niemców, przetrzymując go w niewoli do końca roku 1945. Na jego szczęście Amerykanie odmówili przekazania go jugosłowiańskim komunistom, chcącym sądzić go jako zbrodniarza wojennego. W roku 1946 admirał wziął udział jako świadek w procesie norymberskim. Potem wyjechał do Portugalii, gdzie zamieszkał w podlizbońskiej miejscowości Estoril. W której zmarł 9 lutego 1957. Nie było mu zatem oszczędzone obserwowanie z daleka rewolucji węgierskiej w październiku i listopadzie 1956, utopionej we krwi przez wojska radzieckie i ich węgierskich sługusów.

W testamencie regent Miklós Horthy wyraził pragnienie bycia pochowanym w ziemi ojczystej, gdy opuści ją ostatni radziecki okupant. Stało się tak w roku 1993, gdy wojska radzieckie uwolniły jego ojczyznę od swojej obecności. Jego prochy spoczęły w mauzoleum wzniesionym w rodzinnym Kenderes.

Czy Horthy mógł ocalić suwerenność Węgier? Moim zdaniem było to wykluczone. Los Bułgarii, próbującej zachować neutralność, dowodzi niemożności obrony niepodległości przez jakiś kraj, przehandlowany Stalinowi w Teheranie. I dopiero wielki Ronald Reagan posprzątał po Teheranie i Jałcie. A gdy pomyślę o tym, jak „godnie” rządy mieniące się być polskimi uczciły najwybitniejszego amerykańskiego prezydenta XX wieku, tak bardzo zasłużonego dla Polski, ogarnia mnie palące uczucie wstydu.



Stary Niedźwiedź

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Miklós Horthy de Nagybánya - cz. 2

W poprzednim odcinku przedstawiłem Szanownym Czytelnikom warunki dyktatu z Trianon, w wyniku którego terytorium Węgier zmalało do 29% swojej przedwojennej powierzchni. Oczywiście skoro przedwojenne terytorium w 43 % zamieszkiwała ludność niewęgierska, straty terytorialne były nieuniknione. Ale od Korony św. Stefana odpadły też tereny zamieszkane w większości przez Madziarów, a było ich cztery miliony. Czyli co trzeci Węgier znalazł się poza granicami swojego kadłubowego państwa. W tej sytuacji odzyskanie choćby części tych ziem stało się oczywistym priorytetem polityki węgierskiej w okresie międzywojennym i podczas II Wojny Światowej.
Z trójki grabieżców najmniej pewnie czuła się Czechosłowacja. Masaryk i Benesz nie mieli zbytnich złudzeń odnośnie wartości bojowej swojej skądinąd doskonale wyposażonej w sprzęt armii. Bo to do niej, a nie do całości c.k. armii, jak ulał pasował pamflet Haszka. Zatem z ich inicjatywy powstała tzw. mała Ententa, obejmująca również Rumunię i Jugosławię. Strach przed Węgrami okazał się zbyt słabym spoiwem, każde z tych państw miało bowiem silnego sąsiada, którego się obawiało, tyle tylko, że każde innego. W przypadku Czechosłowacji były to Niemcy, Rumunii – Związek Sowiecki a Jugosławii – Włochy. Tak więc ta emanacja czeskich obaw nie odegrała żadnej poważnej roli.
Większość węgierskiej klasy politycznej uznała, że jedynie sojusz z Niemcami, również żywotnie zainteresowanymi rewizją ładu wersalskiego, stwarza nadzieję na odzyskanie utraconych terytoriów.
Po Konferencji Monachijskiej (wrzesień 1938) Węgry zwróciły się do Niemiec i Włoch o arbitraż w sprawie południowej Słowacji, zamieszkiwanej w większości przez ich rodaków. W wyniku tzw. Pierwszego Arbitrażu Wiedeńskiego (listopad 1938) do Węgier powróciło 12 tys.km2 południowej Słowacji, zamieszkałe przez pół miliona Węgrów oraz Ruś Zakarpacką. W marcu 1939 armia węgierska pokonała opór wojsk tzw. Karpato-Ukrainy, uzyskując granicę z Polską w Karpatach Wschodnich. Granica ta odegrała wielką rolę we wrześniu 1939.
Trzeba dobitnie podkreślić, że polityka Węgier w stosunku do Polski podczas II Wojny Światowej wystawia regentowi Horthy’emu jak najlepsze świadectwo. We wrześniu 1939 odmówił przepuszczenia Wehrmachtu przez Węgry. Co więcej, nakazał zaminować tunele kolejowe i je wysadzić, w przypadku niemieckiej próby przedarcia się siłą. Polska ambasada w Budapeszcie działała mimo niemieckich protestów do końca listopada 1940. Węgrzy nie przeszkadzali w wyjazdach około 35 tys. polskich żołnierzy do Francji. A schronienie znalazło nad Dunajem około 150 tys. polskich uchodźców, do roku 1944 działały polskie szkoły i placówki kulturalne.
W sierpniu 1940 odbył się Drugi Arbitraż Wiedeński. Węgry odzyskały północną część Siedmiogrodu. Czyli terytorium 43 tys. km2, zamieszkane przez 2.5 miliona rodaków. Cena była jednak bardzo wysoka. Było nią przystąpienie do Osi Berlin – Rzym – Tokio. Pierwsze posunięcie Węgier w nowej roli, to przepuszczenie wojsk niemieckich do ataku na Jugosławię w kwietniu 1941. Nagrodą była Baczka (tzw. Wojwodina), co powiększyło terytorium Węgier do ok. 170 tys. km2. Ale ceną było porzucenie polityki niezaangażowania i drastyczne pogorszenie relacji z Wielką Brytanią. Co na jesieni 1941 doprowadziło do wypowiedzenia przez nią, pod silnym naciskiem Stalina, wojny Węgrom. Skutki tej kwietniowej decyzji przewidział premier Węgier, wielki przyjaciel Polski i Polaków, hrabia Pal Teleki. Który popełnił wtedy samobójstwo a w liście pożegnalnym napisał, ze jego ojczyzna podpisała cyrograf diabłu.

Stary Niedźwiedź

środa, 3 grudnia 2014

Miklós Horthy de Nagybánya - cz.1

Horthy the regent.jpg

W swoim cyklu którego bohaterem był marszałek Carl Gustaf Mannerheim, przypomniałem szanownym Gościom „Antysocjala” postać wielkiego człowieka, przez rodaków z perspektywy czasu uznanego za najwybitniejszego Fina w dziejach tego narodu. Który zmarł na emigracji, ale mając świadomość, że uratował swój kraj przed sowiecką aneksją. Czas przypomnieć innego wybitnego człowieka, który również zmarł na emigracji, ale z poczuciem klęski. I świadomością zniszczenia swojej ojczyzny przez radzieckich okupantów i rodzimych komunistycznych szubrawców. Mam na myśli regenta Królestwa Węgier, admirała Miklósa Horthy’ego de Nagybánya.
Urodził się w Kenderes 18 czerwca 1868. Po ukończeniu Akademii Morskiej w Fiume (dzisiejsza Rijeka) poświęcił się służbie w austro-węgierskiej marynarce wojennej, trwającej do końca roku 1918. Polacy poza wydarzeniami ściśle związanymi z historią naszej ojczyzny (legiony Józefa Piłsudskiego, Polski Komitet Narodowy Romana Dmowskiego czy „błękitna armia” Józefa Hallera), na ogół nie najlepiej znają historię I Wojny Świqatowej. A już na działania militarne Austro-Węgier spoglądają przez pryzmat dzieła Jarosława Haszka, które jest wybitnie złośliwym paszkwilem na to państwo. Więc dla części Czytelników będzie zaskoczeniem, że cesarsko-królewska. marynarka wojenna prezentowała bardzo wysoki poziom wyszkolenia bojowego i pod tym względem w niczym nie ustępowała marynarce wojennej Wielkiej Brytanii czy Cesarstwa Niemieckiego. A bohater tej opowieści, dowodząc jeszcze jako komandor zespołem okrętów austro-węgierskich sprawił liczniejszym siłom brytyjsko – francusko – włoskim tęgie lanie podczas mającej miejsce 15 maja 1917 bitwie w cieśninie Otranto. Podczas której został ranny, a następnie odznaczony Orderem Marii Teresy – najwyższym orderem wojskowym Austro-Węgier.
Już po zakończeniu wojny i rozpadzie c.k. monarchii, na początku roku 1919 na Węgrzech miała miejsce komunistyczna ruchawka i utworzenie pod przywództwem przysłanego z Rosji Beli Kuhna (oficjalna pisownia jego nazwiska Kun ma oczywiście na celu zasugerowanie, jakoby był etnicznym Węgrem) tak zwanej Węgierskiej Republiki Rad. Wojska czechosłowackie i rumuńskie oraz oddziały zbrojne, które admirał zdążył zorganizować, położyły kres czerwonemu terrorowi i w sierpniu 1919 wkroczyły do Budapesztu. Komuniści i inni lewacy po dziś dzień wypisują niestworzone historie o „białym terrorze” Horthy’ego, jaki wtedy zapanował na Węgrzech. Istotnie był to terror nie do opisania, bowiem życie straciło aż około TRZYSTU komunistów i ich popleczników. Nie będę obrażać szanownych Czytelników przytaczaniem danych o liczbie ofiar i emigrantów na tychże Węgrzech jedynie w wyniku stłumienia Powstania Węgierskiego w październiku – listopadzie 1956.
Ale największą tragedią, jaka w tym czasie spotkała Węgry, był traktat pokojowy, podpisany 4 czerwca 1920 w pałacu Grand Trianon w Wersalu między Węgrami a państwami Ententy: USA, Wielką Brytanią, Francją, Włochami, Rumunią, Królestwem SHS (późniejsza Jugosławia), oraz Czechosłowacją i Polską.
Przed wybuchem wojny powierzchnia wchodzącego w skład monarchii habsburskiej Królestwa Węgier wynosiła 325 tys. km2, zaś jego ludność liczyła 21 milionów. Oczywiście prawie połowę stanowili Słowacy, Rumuni, Chorwaci czy Serbowie, rodowitych Węgrów było niecałe 12 milionów. Ale dyktat z Trianon był dla Węgier bezlitosny. Utraciły Słowację (od 900 lat należącą do Korony św. Stefana i nazywaną „Górnymi Węgrami”) i Ruś Zakarpacką na rzecz Czechosłowacji, Rumunia zaanektowała Siedmiogród i część Banatu. Królestwo SHS (późniejsza Jugosławia) weszło w posiadanie Chorwacji, części Banatu oraz Baczki (bardziej znanej obecnie jako Wojwodina).
Do grona piranii dołączyła nawet Austria, której przypadł zachodni skrawek Węgier – obecna prowincja Burgerland. Trudno jednoznacznie określić, czy Bośnia i Hercegowina powinna być też wymieniona jako strata wyłącznie Węgier. Bowiem ta prowincja, zaanektowana przez Austro-Węgry w roku 1878, była administrowana centralnie z Wiednia, a w latach 1912-15 zarządzał nią minister skarbu Austro-Węgier Leon Biliński.
W tej grabieży Węgier udział wzięła w minimalnym stopniu również i Polska, której przypadły skrawki Spiszu i Orawy. Na szczęście Węgrzy nam tego nie wypominają, wychodząc z założenia, że jedyną alternatywą byłoby pozostanie tych terenów w obrębie Czechosłowacji, co z ich punktu widzenia, nie ma żadnego znaczenia.
W wyniku dyktatu z Trianon, obszar Węgier skurczył się do 93 tys. km2, zaś ludność do ok. 8 milionów. Poza granicami swojego państwa pozostały prawie 4 miliony Węgrów. I w tej kwestii do dzisiaj nic się nie zmieniło. Każdy kto odwiedził „rumuński” Siedmiogród, „serbską” Wojwodinę czy południe Słowacji, doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
W porównaniu z tą grabieżą, mniejszą wagę miały zakaz poboru do armii, ograniczenie jej liczebności do 35 tys. zakaz posiadania marynarki wojennej (po utracie dostępu do Adriatyku, w grę wchodziła jedynie flotylla rzeczna) i lotnictwa, czy nakaz budowania jedynie jednotorowych linii kolejowych.
W dniu podpisania tego dyktatu, czyli 4 czerwca 1920 w całych Węgrzech flagi zostały opuszczone do połowy masztu. I tak pozostały do roku 1938. Tego dnia zamknięto szkoły i urzędy, bito w dzwony, gazety ukazały się w żałobnych obwódkach zaś transport publiczny został zatrzymany na 5 minut. Szef delegacji węgierskiej delegacji hrabia Albert Apponyi odmówił podpisania dokumentu, uczynili to ostatecznie węgierski minister zdrowia oraz ambasador tego kraju w Paryżu. Następnie obydwaj podali się do dymisji i na zawsze wycofali z życia politycznego.
Nie mogłem nie podać tych informacji. Bowiem bez ich znajomości, nie sposób zrozumieć polityki Węgier w okresie międzywojennym i podczas II Wojny Światowej. A wiec i działań admirała Horthy’ego.

Stary Niedźwiedź.

sobota, 29 listopada 2014

Victor Orban

Kto jest najgłośniej krytykowanym europejskim politykiem na Zachodzie? Oczywiście premier Węgier, czyli Victor Orban. Największą rękojmią jego klasy są obelgi miotane pod jego adresem przez postać takiego autoramentu, jak Adam Michnik, który skarżył się na przywódcę Fideszu w obszernym wywiadzie udzielonym dla „Spiegla”. W tymże wywiadzie protesty, jakie przelały się przez Węgry (po tym, jak ówczesny premier, Ferenc Gyurcsány, przyznał się do łgania na temat stanu gospodarki i populistycznych obietnic składanych przez swoich socjalistów) i które zostały – zgodnie z nakazem premiera - Pinokia brutalnie stłumione (kilkuset rannych), nazywa „BRAKIEM KULTURY KOMPROMISU”. Nie da się ukryć, że nasz demiurg Adam Michnik ma nieustanny problem z brakiem KULTURY PRAWDY, ale to już temat na osobny wpis *. Nasz redaktor bardzo obawia się o stan demokracji na Węgrzech, która jego zdaniem jest FASADOWA (ale ta sama fasadowość nie przeszkadza mu już w Polsce, w której notabene podczas najbliższych wyborów, powinni się pojawić obserwatorzy z Białorusi, Ukrainy i Afganistanu). I widzi paralelę między Orbanem i Hitlerem: „To samo powiedział Hitler. Specjalne dekrety i rozporządzenia rządu Rzeszy. To droga do piekła”. Jednym z największych krytyków Orbana jest Cohn-Bendit (nazywany tu i ówdzie Koniem Bandytą), czyli lider frakcji Zielonych (nomen omen) w Parlamencie Europejskim; pedofil – lobbysta i człowiek, który najgłośniej grzmiał, że Polska nie może bazować na energii pozyskanej z węgla. Jak więc widać – najwięksi szkodnicy i najbardziej oślizgłe typy to zarazem najwięksi krytycy polityki węgierskiego premiera, a to może oznaczać tylko jedno – że warto się temu ostatniemu przyjrzeć co najmniej z odrobiną respektu i sympatii.

A warto choćby dlatego, że szykują mu niestety Majdan-bis. Niedawno miały miejsce demonstracje przed budynkiem parlamentu w Budapeszcie; oczywiście większość demonstrantów stanowiły lewackie środowiska, ale część obywateli kraju nad Dunajem została podburzona przez USmanów, którzy wysunęli „zarzuty korupcyjne” pod adresem urzędników Orbana. Ci funkcjonariusze dostali zakaz wjazdu do kraju Husseina Obamy, zaś informacje o rzekomej korupcji stały się wodą na młyn dla przeciwników premiera, którzy teraz organizują się, żeby wywalczyć kolejny chaos pt. „demokratyzacja”. USA od pewnego czasu naciska na Węgry w sprawie rozbudowy węgierskiej elektrowni atomowej w Paks, bowiem to oznacza zmniejszenie zależności kraju, a Hamerykanie, jak wiadomo, nie zrezygnują z polityki umacniania amerykańskich stref wpływów. Co więc zrobili? Wywęszyli okazję do wywołania zarzewia zamieszek, które później ich prezydent okrągłymi słówkami nazwie „walką o demokrację dla ciemiężonego ludu Hitlera-bis”.

Jaki jest grzech śmiertelny Orbana? Chce, żeby w jego kraju coś wytwarzano i przedkłada to zdecydowanie nad operacje kapitałowe i przeksięgowania w cyberprzestrzeni. Orban przyznaje otwarcie to, czego za Chiny nie chcą przyznać nasi okrągłostołowi mężykowie stanu – że kopiowanie za wszelką cenę zachodniego modelu i pozwalanie na wszystko zagranicznemu kapitałowi nie przyniesie żadnego rozwoju kraju, co najwyżej iluzoryczny. Grzechem premiera jest prowadzona od kilku lat polityka „otwarcia na Wschód”, a kontakty z państwami Azji nie są mile widziane przez hegemonów z USA czy UE. Okazało się, że ten okrutny Orban długi spłaca całkiem szybko i sprawnie – przedterminowo spłacił na przykład dług zaciągnięty wobec MFW. W 2010 rząd Węgier nie odnowił porozumienia z MFW i zamknął ich przedstawicielstwo w Budapeszcie. Orban odrzucił możliwość skorzystania z kolejnej linii kredytowej i powiedział Christine Legarde: bye, bye. Uargumentował to następująco: „Nie spełniamy wygórowanych wymagań MFW. Nie zamierzamy przeprowadzać głębokich cięć budżetowych, zwłaszcza w szkolnictwie, opiece zdrowotnej i transporcie publicznym. Nie będziemy zmniejszać zasiłków rodzinnych, podwyższać podatku dochodowego i podatku od nieruchomości, zmniejszać emerytur i zwiększać wieku emerytalnego.” Amen.

A teraz następny z długiej listy niewybaczalnych grzechów Orbana – żydowskie roszczenia majątkowe. Wstąpił bowiem do Konferencji ds. Żydowskich Roszczeń Majątkowych o zwrot przyznanych bez uzasadnienia gigantycznych sum pieniędzy, które otrzymali węgierscy Żydzi mieszkający zagranicą. W New Yorku musiało zaboleć ***. Poprzedni lewicowy rząd przeznaczył na ten cel lekką ręką miliony $, które wpadły do kieszeni amerykańskiej fundacji. Oczywiście Victor Orban nie otrzymał informacji, na jaki cel zostały pieniążki przeznaczone i w tej sytuacji zażądał zwrotu. Gdyby ktoś się dziwił, dlaczego Orban tak bardzo podpadł elycie USA, to powyżej jest gotowa odpowiedź.

No i kolejny z największych błędów przywódcy Fideszu: ograniczył przywileje sklepów wielkopowierzchniowych. Wprowadził podatek od obrotów uzależniony od wielkości firmy. Od tych obciążeń uwolnione są małe węgierskie sklepiki. Mało tego! Sklepy, które od dwóch lat z rzędu „wykazują straty”, będą zamykane ****. Dodajmy do tego podatek kryzysowy nałożony na firmy z sektora finansowego (banki i firmy ubezpieczeniowe), na co oczywiście zareagowała Komisja Europejska. Orban dobrał się też do niemieckiego medialnego giganta, jakim jest RTL – grupa ta złożyła do KE skargę na 40-procentowy podatek od reklamowych przychodów. Co na to rząd Orbana? Podniósł superpodatek z 40 do 50%.

Nie ma się co dziwić, że Adam Michnik regularnie atakuje przywódcę Fideszu. Po pierwsze: jego działania mogą obudzić Polaków i uświadomić im, że już dawno powinni wyjść na ulicę. Po drugie: jeśli tacy, jak Orban zaczną rządzić w naszym kraju, to Michnikowi pozostanie zwinąć się stąd i obszczekiwać Polskę z Paryża, wraz ze swoim „zielonym” przyjacielem.






Flavia de Luce