Jak nasi stali Czytelnicy wiedzą, wiodącą tematyką Antysocjala są polityka oraz historia, oczywiście widziane realistycznie, z konserwatywnego i narodowego punktu widzenia, bez cienia jakiegoś romantycznego bałwanienia. Ale od dawna kusiło mnie by poruszyć problem, jak mężczyźni powinni odnosić się do kobiet w kwestii najpiękniejszego daru Pana Boga, mimo że tematyka obyczajowa pojawia się na Antysocjalu sporadycznie. Definitywnie poczułem się do tego zobligowany komentarzami Czytelniczek do postu „O szanowaniu się czyli o wyluzowanych babeczkach”. Komentatorka używająca nicku „Sara” napisała, że powinienem odnieść się do "wyluzowanych mężczyzn, kurwiarzy i dziwkarzy". Zaś inna komentatorka, podpisująca się jako „K.” opowiedziała o swojej koleżance, która pozostając w związku z jakimś złamasem, od ośmiu lat nie może doczekać się oświadczyn.
Zatem Drogie Panie, czas na prezentację konserwatywnego punktu widzenia. Przez słowo „konserwatywny” rozumiem oczywiście nowoczesny konserwatyzm w stylu wielkiej Margaret Thatcher, a nie jakiś bigoteryjny socjalizm w rodzaju poglądów Marka Jurka, w Polsce tyleż błędnie co tendencyjnie i złośliwie nazywany konserwatyzmem przez merdia głównego ścieku.
Zacznę od być może zaskakującego dla obydwu Pań stwierdzenia, że konserwatysta nie musi być w Polsce nie tylko katolikiem, ale nawet człowiekiem wierzącym. Sam jestem w tej idealnej sytuacji, że nauczanie Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego w tematyce relacji pań z panami jest dla mnie garniturem uszytym na miarę. Ale mam przyjaciół konserwatystów, będących ludźmi niewierzącymi, którzy we wszystkich ważnych sprawach z tej tematyki mają dokładnie to samo zdanie. Siłą rzeczy najliczniejsi w gronie moich konserwatywnych przyjaciół katolicy też te zasady akceptują, bo ich stanowisko w kwestii „przedmałżeńskiej czystości” odbiega od doktryny Kościoła Rzymskokatolickiego. Na szczęście coraz więcej księży katolickich wprawdzie oczywiście czyni to bez entuzjazmu, tym nie mniej toleruje te ścieżki, które prowadzą do ślubu. I chwała im za to, że za swoje najistotniejsze zadanie uważają doprowadzenie delikwentów do tej mety, a nie dyskwalifukcję.
Zatem skoro problemy religijne mamy za sobą, skoncentrujmy się na zasadach sprowadzonych do wspólnego mianownika.
Jeśli dwoje ludzi ma zostać już nie tylko przyjaciółmi, lecz kochankami, konieczne jest spełnienie czterech zasadniczych warunków.
Primo, muszą oni już wcześniej znać swoje najistotniejsze poglądy, ideały i upodobnia. Nie może być tak, iż jedna strona wręcz gardzi tym, co dla drugiej jest nieomal świętością. Tak samo ulubione sposoby spędzania wakacji czy wolnego czasu muszą być kompatybilne. Niektórzy wakacje nad morzem uważają za nudy na pudy, inni mają alergię na góry i pomstują, po jakiego diabła każe się im na jakąś skałę włazić, a zaraz potem z niej zleźć. Tak samo nie ma sensu słuchanie ulubionej muzyki przy użyciu słuchawek, bo inaczej druga osoba demonstracyjnie wetknie sobie stopery do uszu. Czy wiązanie się amatora uczciwie przyrządzonych mięsiw z weganką. To po prostu musi skończyć się katastrofą. Zatem szybkie dążenie do seksu, góra na przysłowiowej trzeciej randce, to gówniarstwo godne „wyluzowanej” hołoty a nie konserwatystów.
Secundo, osoby te musi łączyć autentyczne uczucie plus szczery zamiar stworzenia małżeństwa. Na upartego miernikiem może być zaprzestanie myślenia typu JA i zastąpienie go używaniem zaimka MY. Ale to jest zaledwie minimum przyzwoitości. Bo dla rasowego konserwatysty na pierwszym planie zawsze będzie ONA. Potem przerwa, a dopiero po niej JA i ewentualnie coś jeszcze.
Tertio, człowiek z definicji jest istotą omylną. Zatem nie mając pewności, że ten związek zakończy się udanym małżeństwem, obowiązkiem OBYDWOJGA jest potraktowanie jak najpoważniej kwestii antykoncepcji. Nie może to być przez mężczyznę potraktowane spychotechnicznie jako rzekomo „tylko jej problem”. I tu ważna sprawa. Jeśli wyda się, że któreś z nich programowo odrzuca wszelkie inne formy antykoncepcji, niż ta jedyna słuszna z punktu widzenia KRK „metoda przez zaniechanie”, czy też uważa prokreację za jedyny powód uprawiania seksu, a po realizacji planu demograficznego zamierza z tym „grzechem” definitywnie skończyć, druga strona ma pełne prawo wycofać się, zanim będzie na to za późno.
Quatro, jak wiadomo, człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi. Zatem jeśli okaże się, że dziecko jest w drodze, nie ma miejsca na żadne filozofowanie. Bo nie istnieje jakakolwiek alternatywa w stosunku do ślubu. A dzięki spełnieniu wymagań opisanych w punktach pierwszym i drugim, małżeństwo to nie jest z góry skazane na porażkę. I mężczyźnie nie grozi to, że przy jakiejś ptaszynie wyciągnie kopyta albo się z rozpaczy zapije.
Oczywiście dla konserwatysty jest to rzecz nie do pomyślenia, ale w realnym świecie zdarzają się niestety odrażające kanalie, w rodzaju choćby wolnościowców, satanistów i innego kału w ludzkiej skórze. Które w takiej sytuacji zaproponują współfinansowanie zabicia swojego dziecka, a niekiedy nawet „wspaniałomyślnie” gotowe są pokryć cały koszt aborcji. Nazywa się to to „pro choice”, a tak naprawdę jest „pro money”. Bo potrafi policzyć, że jednorazowe zapłacenie za aborcję kosztować go będzie znacznie mniej, niż płacenie alimentów do osiągnięcia przez dziecko 18 lat. A w przypadku pójścia na studia jeszcze dłużej. Żeby było śmieszniej w sieci takim bydlętom prawie zawsze towarzyszy orszak wielbiących je cheerleaderek. Może dlatego, że liczą na nie tylko wirtualne karesy, a zajście w ciążę przestało tym łachudrom zagrażać od co najmniej dwadziestu lat. Jak swego czasu powiedział mój przyjaciel, prawdziwy „pan z paniw”, dawniej rozwiązanie byłoby banalnie proste. Bo należałoby kazać gajowemu zastrzelić takiego sukinsyna, który dopomógł w zabiciu własneo dziecka. Czasy się zmieniły i obecnie niestety to nie wchodzi w grę. Więc pozostaje obicie mordy, najlepiej w wykonaniu tak zdolnego pedagoga i kompetentnego rzemieślnika, jak wspomniany niedawno pan Mietek.
Czas też zdementować kolejną bzdurę, którą z lubością kolportują człowieki postępu. A mianowicie rzekomą pogardę, jaką wedle ich lewackich urojeń konserwatyści darzą niezamężne kobiety, które urodziły dziecko. W czasach łatwej "turystyki aborcyjnej" i podziemia parającego się tym procederem, ich decyzja zasługuje na szacunek, a one i ich dzieci na pomoc. Nasza parafia od dawna postanowiła nie łapać dziesięciu srok za ogon i całość środków przeznaczonych na cele charytatywne kieruje do jednego z warszawskich domów samotnej matki z dzieckiem. Przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą urządzamy ekstra zbiórki, by te święta we wspomnianym domu mogły być urządzone przyzwoicie.
Dotarliśmy zatem do punktu kiedy pani z panem przekroczyli Rubikon. Ideałem byłoby wspólne zamieszkanie pod jednym dachem, co pozwala na sprawdzenie, czy związek ten sprawdza się przy wykonywaniu czynności całkiem prozaicznych. Czyli przekonanie się, czy wszelkie opłaty dokonywane są na czas, mieszkanie nie zarasta brudem, niepozmywane garnki i talerze nie wystają za zlewozmywaka, w lodówce jest coś poza światłem a w łazience sterta ciuchów do uprania nie sięga już sufitu. Jest to dla każdego konserwatysty oczywiste, ale na wszelki wypadek dopowiem, że troska o dom należy do obojga. A rzeczą niedopuszczalną jest, by po powrocie z pracy facet siadł przed telewizorem z piwkiem i miał całą logistykę w nosie. Tak jak i to, by kandydatka na żonę potrafiła jedynie godzinami trajkotać z psiapsiółkami przez telefon i przypalić nawet wodę na herbatę. Wielką wartość poznawczą mają też wspólne wakacje pod namiotem. Gdyż szybko zdemaskują śmierdzącego lenia czy koszmarnego bałaganiarza.
I najważniejsze pytanie. Jak długo ma trwać ten test kociej łapy?
Zacznę od oczywistej oczywistości. A mianowicie od wyważenia otwartych drzwi przypomnieniem, iż dla kobiety i dla mężczyzny czas upływa w innym rytmie. Kobieta czterdziestoletnia, zwłaszcza z dzieckiem, ma znacznie mniejsze szanse na małżeństwo, niż mężczyzna w tym samym wieku. Dlatego moim zdaniem rok testu kociej łapy, czyli i jedne wspólne wakacje, w zupełności wystarczy. Jeśli nie nadziali się na jakąś minę pułapkę, a wszystko działa należycie nie tylko od święta, ale i na co dzień, facet ma psi obowiązek nabyć pierścionek i powiedzieć tych kilka słów.
Znam trzy przypadki, kiedy to kobieta nie chciała wyjść za mąż, mimo że tego mężczyznę kochała i było jej z nim dobrze, a on się jej oświadczył. Opiszę najdziwniejszy.
Babcia tej pani była wraz z dziećmi bita przez męża pijaka. Gdy ten podczas jakiejś libacji wykitował, ona i dzieci odetchnęli z ulgą. Matka i ojciec tejże pani również ostro pili, więc babcia zabrała ją do siebie i sądownie uzyskała prawo do opieki, dzięki czemu pani ta ukończyła liceum i studia. Poznała bardzo wartościowego pana, którego mama i siostra zaliczyły rozwód. Po kilku miesiącach kociej łapy on się oświadczył, ona odmówiła. Gdy zaszła w ciążę, oczywiście ponowił propozycję, trzeci raz oświadczył się po urodzeniu dziecka, też z negatywnym skutkiem. Zgodziła się dopiero na którąś z rzędu propozycję, gdy dorobili się własnego mieszkania, a synek miał już osiem lat. I wzięli „cywila”, bowiem kilka lat wcześniej skutecznie wypędził ją z kościoła durny klecha, którego usprawiedliwić mogą co najwyżej tak zwane „żywe młynki modlitewne”, głupsze nie tylko od tego księżula, ale i od własnego podogonia.
Czym tłumaczę jej tak nietypowe zachowanie? W rodzinie jej i jej mężczyzny (nie cierpię słowa partner) wszystkie małżeństwa bez wyjątku były niewypałem. Więc gdy znalazła mężczyznę, którego pokochała z pełną wzajemnością i dorobili się dziecka, panicznie bała się to popsuć. A gdy stuknęło im dziesięć lat pożycia, na kolejne oświadczyny udzieliła bardzo nietypowej odpowiedzi pozytywnej:
- Niech już będzie, zaryzykuję, raz kozie śmierć.
Wiedzie im się dobrze.
W drugim przypadku powodem była jakaś anarchistyczna awersja do instytucji ślubu, nawet w wersji „cywilnej”. Co po nagłej śmierci tego pana spowodowało, że jego rodzina, od początku wrogo do niej nastawioną, po prostu ją okradła, bowiem formalnie nie była dla niego nikim bliskim. Więc gdy po kilku latach kogoś poznała, za moją radą przestała „świrować”, oświadczyny zaakceptowała i dokument w magistracie podpisała. Aby zaspokoić jej dziwaczną niechęć do małżeństwa jako elementu obyczajowości, ślub został zatajony przed całym światem, ona zaś pozostała przy swoim nazwisku.
W trzecim przypadku powód odmowy był tak zdumiewająco oryginalny, że sam bym go do końca życia nie wymyślił. Więc go nie podam, bo i tak nikt z Szanownych Czytelników by mi w to nie uwierzył.
Zatem rekapitulując. Jeśli dzielenie stołu i łoża obydwoje uważają za więcej niż udane, po jakimś roku, w ostateczności po dwóch, pan powinien się oświadczyć. Tak na oko z 99.999% pań oczywiście propozycję zaakceptuje i nastąpi ślub.
A co robić, gdy mężczyzna trafi osobę z grupy stanowiącej 0.001% ogółu? Musi przyjąć do wiadomości, że kobieta ma przywilej odmowy. Zatem on powinien odczekać i ponowić. Bo jego nikt z tego obowiązku nie zwolni.
Tako rzecze konserwatyzm. A co inne jest, od lewactwa i tolerastii pochodzi.
Stary Niedźwiedź