piątek, 30 grudnia 2016

Kociokwik

27 grudnia br obchodziliśmy 98 rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Najlepiej przygotowanego i przeprowadzonego w dziejach Polski. Bowiem było perfekcyjnie przygotowane pod względem kadr i zaplecza logistycznego, a termin jego rozpoczęcia został wybrany optymalnie. I jedynym zwycięskim obok tryptyku Powstań Śląskich, przeprowadzonych jednak bardziej spontanicznie a skutecznie dopiero w trzeciej próbie.
W tym roku obchody odbyły się w dwóch konkurencyjnych wydaniach. W Poznaniu zorganizowała je PO pod kierownictwem marszałka województwa wielkopolskiego. Natomiast uroczystościom w Lesznie Wielkopolskim przewodził wojewoda wielkopolski z PiS.
O przebiegu obydwóch uroczystości przeczytałem w portalu „wpolityce”:
Przytoczone tam fragmenty przemówienia marszałka Marka Woźniaka robią znośne wrażenie, zwłaszcza jak na polityka PO. Wplótł bowiem do niego jedynie mocno aluzyjne stwierdzenie:
„Ale bez wątpienia ważniejszy od rozmachu i bogactwa celebry jest duch. Cóż po celebrze, jeśli duch złamany? Jak czcić zwycięzców, samemu czując się zniewolonym?”
Zresztą gdyby popisał się jakimiś chamskimi atakami na „dobrą zmianę” w stylu (p)osłów robiących z sali plenarnej sejmu budynek inwentarski, kto jak kto ale bracia Karnowscy na pewno by tego nie przemilczeli.
W Lesznie nie pojawili się ani pan prezydent, ani pani premier. Ta ostatnia przesłała jedynie list, odczytany przez wojewodę Zbigniewa Hoffmanna. Wielka szkoda. Te obchody uświetnił udział wojska. Odbyła się defilada, grała orkiestra wojskowa.
Skąd to swoiste rozdwojenie? Okazało się że udział wojska automatycznie wiąże się z odczytaniem podczas apelu pamięci nazwisk ofiar hekatomby smoleńskiej. A że nie ma ona nic wspólnego z generałem Stanisławem Taczakiem i jego żołnierzami? Nieważne, tak nakazał Antek Policmajster więc tak musi być i basta!
Na pewno nie usprawiedliwia to zachowania grupki KODomitów, gwiżdżących podczas apelu. Czym innym jest dezaprobata dla tak absurdalnego łączenia na siłę wydarzeń nie mających ze sobą niczego wspólnego a czym innym obrażanie pamięci polskiej elity, która zginęła w Smoleńsku. Alimenciarskiego śmiecia i jego bandę trzeba nazwać po imieniu: ostatnia hołota.
Nie wiem jak rząd planuje zorganizować obchody 607 rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Ale jak w prywatnej rozmowie powiedział mój przyjaciel, ten akcent mamy zagwarantowany. W końcu bitwa odbyła się w roku tysiąc czterysta DZIESIĄTYM i brały w niej udział trzy pułki SMOLEŃSKIE. Powód na pewno bardziej wiarygodny niż w przypadku Powstania Wielkopolskiego.
I jeszcze drobna uwaga. Na swój sposób tę rocznicę uczcili w Poznaniu kibice Lecha:

Nigdy nie kibicowałem drużynie piłkarskiej Lecha Poznań. Ale do „Wiary Lecha” mam od lat wielki szacunek. Porządkowali oni groby tych powstańców, przypominali o tej rocznicy i innych wydarzeniach oraz postaciach godnych pamięci gdy ryży kundel i jego lokalni pachołkowie po prostu to przemilczali. No bo jakże przypominać ludzi walczących z niemieckim zaborcą? Jakież to nieeuropejskie!

Stary Niedźwiedź

wtorek, 27 grudnia 2016

Żegnaj, Staśku!


Wychowałem się w rodzinie warszawsko – lwowskiej. Rodzina Mamy o korzeniach robotniczo – rzemieślniczych mieszkała w Warszawie od zawsze. Moich męskich antenatów po kądzieli nie poznałem bowiem dziadek i bracia babci zostali po Powstaniu Warszawskim zamordowani przez ukraińskich bandytów z formacji pomocniczych SS lub „zmarli na zawał serca” w niemieckich obozach. Ale zarówno mama jak i babcia używały na co dzień w pełni poprawnej polszczyzny. A gdy przynosiłem z podwórka jakieś kolokwializmy, mama łagodnie zwracała mi uwagę, że mówi się inaczej.
Ojciec pochodził z rodziny osiadłej we Lwowie pod koniec XVIII wieku, rzecz jasna doszczętnie przez to cudowne miasto spolonizowanej już w połowie XIX wieku. Jako jedyny ze swojej rodziny przeżył wojnę, resztę wymordowała (U)PAdlina. W jego języku pojawiały się słowa wywodzące się z lwowskiego bałaku – na buty mówił meszty a na szczypiorek trembulka. Ale unikalną cechą gwary lwowskiej było to, że takich określeń używali zarówno profesorowie Uniwersytetu Jana Kazimierza, jak i baciary z Łyczakowa czy z Kliparowa.
Ze starą kochaną gwarą warszawską spotkałem się po raz pierwszy jako siedmioletnie dziecko, gdy w ręce wpadł mi zbiór felietonów Stefana „Wiecha” Wiecheckiego zatytułowany "Znakiem tego". Zauroczył mnie język Walerego Wątróbki, jego żony Gieniuchny, szwagra Piekutoszczaka czy Teosia Piecyka. Do tego doszły piosenki Stanisława Grzesiuka. I temu uczuciu będę wierny do grobowej deski.
Na co dzień z żywym wydaniem tej cudownej mowy spotykałem się coraz rzadziej. Opisana przeze mnie pani Wiele zapewne prowadzi swój stragan z najlepszymi na świecie warzywami i owocami na tym lepszym świecie. Ostatni Mohikanie trafiają się jeszcze na warszawskiej Pradze.
Dlatego tak cenną dla mnie była działalność artystyczna (niech nikt nie próbuje kwestionować tego przymiotnika!) Staśka Wielanka i jego Kapeli Czerniakowskiej. Dla mnie podwójnie cennej, bowiem poza sezamem folkloru warszawskiego sięgali też czasami do lwowskiego. A czym innym niż wynajdywanie na You Tube fragmentów przedwojennych filmów ze Szczepkiem i Tońkiem było słuchanie tego na żywo. Wtedy choć na krótko ten świat stawał się może nie lepszy, ale chyba piękniejszy. Duchy pewnych wartości przybywały z zaświatów i choć na krótko pojawiały się między nami żywymi. A uszy koiły dźwięki akordeonu i mandoliny.
Wpis bożonarodzeniowy naszego kolegium redakcyjnego umieściłem na Antysocjalu w godzinie duchów z 23 na 24 grudnia. A gdy rano otworzyłem „wpolityce” by dowiedzieć się co dzieje się w największej szopce w Polsce, przeczytałem że w piątek odszedł od nas Stasiek.
Pozwolę sobie przypomnieć kilka Jego piosenek.
 
Chodź na Pragie
 


Wiązanka Starych Tang


Tylko we Lwowi
Skoro  na tamtym lepszym świecie, w co jako chrześcijanin niezłomnie wierzę, jest elementarna sprawiedliwość, na pewno odnajdziesz tam nie jakieś koszmarne blokowiska lecz dawne Czerniaków, Bielany, Targówek i Szmulki. A i batiary z Łyczakowa przyjmą Cię jak swego i usiądą z Tobą przy gielajzie piwa.

Żegnaj, Staśku!


Stary Niedźwiedź

sobota, 24 grudnia 2016

Chwila zadumy

Szanowni Czytelnicy
Nieco ponad dwa tysiące lat temu wydarzyło się coś, co z upływem czasu wszystkim chrześcijanom dało NADZIEJĘ. Na to że przyzwoite postępowanie w życiu ma jednak sens i nie jest jedynie nieszkodliwym dziwactwem. Że istnieje sprawiedliwy SĄD, a po jego werdykcie czeka nas TAM nagroda lub kara.
Dzięki kilku dniom, wolnym od codziennej gonitwy i niełatwej walki o jako tako godne bytowanie, możemy choć na krótko skoncentrować się na tym, co w życiu najważniejsze.
Wszyscy mamy okazję zasiąść przy stole z rodziną i przyjaciółmi. By choć w skromnym zakresie odrobić nieuchronne w tych zwariowanych czasach zaległości w okazywaniu im należnych uczuć.
Wszystkich Czytelników od lat prosimy by pomogli swoim piękniejszym połowom w przygotowaniu tych Świąt Bożego Narodzenia. I nie stawiali im sarmackich wręcz wymagań odnośnie obfitości jadła. Każdy przyzwoity człowiek woli widzieć zwłaszcza przy wigilijnym stole panią domu w dobrej kondycji i kilka tradycyjnych potraw, stanowiących polski kanon tego dnia. Niż stół uginający się od nadmiaru potraw i gospodynię podpierającą się nosem i marzącą już tylko o pójściu spać.
Wierzymy również że zdecydowana większość z Was zaśpiewa jakąś polską kolędę lub w przypadku posiadania pierwszego stopnia wtajemniczenia muzycznego, po prostu jej posłucha. Bo to jest POLSKI obyczaj i POLSKIE święto, nierozerwalnie związane z naszą świadomością narodową.
Niestety nie dla wszystkich te Święta będą radosne. Drastycznym przykładem jest rodzina Pana Łukasza Urbana, kierowcy TIRa zastrzelonego w Berlinie przez islamskiego bydlaka. Do ostatnich chwil walczącego o udaremnienie zamachu na niewinnych ludzi. Pomyślmy o Nim i o Jego bliskich, a tych którzy mogą to uczynić, prosimy o modlitwę. Bo jakże małą pociechą jest fakt, że ciapate bydlę siedzi już nie w pensjonacie zwanym w Niemczech więzieniem, lecz w piekle.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter
Refael72

czwartek, 22 grudnia 2016

Polski polityczny romantyk honoris causa

Mniej więcej od ostatnich lat istnienia I Rzeczypospolitej zdecydowana większość rodaków podejmując decyzje polityczne, kierowała się takimi kryteriami jak honor i ambicja. I to niespotykane w kręgu cywilizacji białego człowieka  podejście do polityki miewa się dobrze do dzisiaj. Co więcej, równie powszechne jest zdumiewające przekonanie że inne narody, kierujące się podczas podejmowania istotnych decyzji bilansem zysków i strat oraz troską o żywą i martwą substancję narodową, tak naprawdę to Polakom zazdroszczą. A w cichości ducha wstydzą się tego, że są takimi „księgowymi” i „liczykrupami”.
Ludzi zajmujących się w Polsce historią, publicystyką czy polityką, którzy tych idiotyzmów nie powielają i nie próbują nimi zatruć głów młodego pokolenia, spotyka się sporadycznie. Gdybym miał ich zliczyć wśród żyjących obecnie a znanych mi z imienia i nazwiska, na pewno starczyłoby mi palców u rąk.
Tym nie mniej w drugiej połowie XIX wieku Francuzi też dorobili się przywódcy, którego na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę można uznać za polskiego romantyka honoris causa. Był nim oczywiście cesarz Napoleon III.

Od czasu upadku imperium Napoleona I do powstania II Rzeszy na świecie istniały dwa supermocarstwa: Wielka Brytania i Rosja, konkurujące ze sobą na terenie Eurazji. Co wiązało się z faktem, że Rosja „zakorkowana” na Bałtyku i na Morzu Czarnym, nie mogła tak jak wyspiarze swoimi działaniami objąć całego globu i wszędzie tworzyć swoje strefy wpływu a nawet kolonie. Utrzymanie tego stanu było absolutnym priorytetem brytyjskiej polityki. Dlatego gdy w roku 1853 Rosja rozpoczęła kolejną wojnę z Turcją od likwidacji całej floty tureckiej (z wyjątkiem jednego okrętu) w bitwie pod Synopą, powstało realne zagrożenie opanowania przez cara Mikołaja cieśnin Dardanele i Bosfor, a w konsekwencji tego uzyskania przez rosyjską flotę swobodnego dostępu do Morza Śródziemnego. Było oczywiste że Wielka Brytania aktywnie włączy się po stronie Turcji.
Natomiast Francja toczyła z Rosją spór o opiekę nad najważniejszymi dla chrześcijan obiektami w Ziemi Świętej oraz chrześcijanami zamieszkującymi Imperium Osmańskie. Ciężar gatunkowy nieporównywalnie mniejszy. To był oficjalny powód włączenia się świeżo powstałego cesarstwa w ten konflikt zbrojny. Ale był też nieoficjalny. Cysorz wręcz pałał żądzą „pomszczenia” stryja, któremu to Rosja zadała decydującą o losach jego państwa klęskę.
Po długim oblężeniu Sewastopol w końcu został zdobyty. Liczący 300 tys. francuski korpus ekspedycyjny stracił 95 tys. żołnierzy, straty Anglików to 22 tys. z 250 tys., Turków – 45 tys. z 165 tys., Sardyńczyków - 2 tys. z 10 tys. Jeśli Czytelnicy zdziwią się co tam robili Włosi z Królestwa Piemontu, wyjaśni się to wkrótce. Dla porządku podam że straty Rosjan były znacznie wyższe. Z około 700 tys. zginęło, zaginęło lub zostało rannych ponad 520 tys. A w wyniku zawartego w Paryżu traktatu pokojowego Rosji zakazano posiadania na Morzu Czarnym floty wojennej. A Francja uzyskała monopol na opiekę nad chrześcijanami i miejscami świętymi na terenie państwa tureckiego. Komentarz zbyteczny. Grunt że paryska gawiedź wiwatowała na cześć zwycięskiego cysorza a stryjec został pomszczony.
Dla każdego uważnego obserwatora potencjału i naturalnego kierunku ekspansji Prus było oczywiste, że planują one opanowanie swoimi wpływami całej Rzeszy Niemieckiej a w dalszej kolejności zjednoczenie jej pod berłem Hohenzollernów. Gdyby do tego doszło, rzesza ta stałaby się najpotężniejszym państwem na kontynencie. Realizacja tego dalekosiężnego planu wymagała wszelako wyeliminowanie wpływów Austrii w krajach niemieckich, silnych zwłaszcza w katolickim Królestwie Bawarii. Zatem dla francuskiego polityka Austria była naturalnym i chyba jedynym sojusznikiem, pozwalającym utrzymać Prusy na smyczy.
Ale nie dla tego romantycznego bałwana. W końcu Austria była „współwinna” upadku stryja. Co znakomicie wykorzystał premier Królestwa Piemontu, hrabia Camillo Cavour, jeden z najzdolniejszych mężów stanu XIX wieku. By skaptować sobie cysorza, wysłał podczas wojny mały korpusik na Krym. Potem zawarł z Francją obronny sojusz antyaustriacki, na wszelki wypadek wepchnął cysorzowi do łóżka swoją młodziutką i bardzo przystojną kuzynkę i w końcu sprowokował niedoświadczonego smarkacza Franciszka Józefa do wypowiedzenia wojny w roku 1859. Wojska francuskie pospieszyły z pomocą, w krwawych bitwach pod Magentą i Solferino wojska austriackie zostały pokonane, straty Francuzów były również wysokie – ok. 22 tys. zabitych, zaginionych i rannych. W wyniku pokoju Piemont zdobył całą Lombardię, odstępując Francji prefekturę Nicei i kawałek Sabaudii. Następnie ruszyła ofensywa piemoncka na południe a w wyniku akcji Garibaldiego opanowana została nawet Sycylia. W roku 1861 praktycznie całe Włochy zostały zjednoczone a marzenie Cavoura spełnione. Poza terenem utworzonego Królestwa Włoch znalazły się jedynie Rzym oraz region Wenecji. Rzym z racji tego iż cysorz przypomniał sobie że jest katolikiem i ulokował tam francuski garnizon, broniący resztówki Państwa Kościelnego.
Ostatnią szansę spadnięcia na cztery łapy miał cysorz w roku 1866 podczas wojny prusko – austriackiej. W rozstrzygającej bitwie pod Sadową austriacka piechota, wyposażona w karabiny ładowane od przodu, została zmasakrowana ogniem piechoty pruskiej. Uzbrojonej w ładowane odtylcowo karabiny iglicowe Dreysego o większym zasięgu i kilkukrotnie większej szybkostrzelności. W armii francuskiej wchodził wówczas na uzbrojenie jeszcze lepszy karabin iglicowy Chassepot. Ale cysorz zaspał a genialny Otto von Bismarck zawarł pokój z Austrią na warunkach dla tej ostatniej strawnych. Ograniczył się do wyrugowania jej wpływów z południowych Niemiec i nie połaszczył się na zabór jej terytoriów. Co spowodowało że państwo Habsburgów nie pałało żądzą rewanżu i wkrótce stało się sojusznikiem II Rzeszy. Natomiast Bawaria weszła w orbitę wpływów Prus. Oczywiście Włochy przystąpiły do wojny po stronie Prus. Wprawdzie wojska włoskie dostały od Austriaków lanie pod pechową dla siebie Custozzą, ale w wyniku pokoju odzyskały Wenecję. Cavour już wtedy nie żył ale potrafił wyedukować swoich następców.
Zabawa skończyła się w lipcu 1870. Przebywający w uzdrowisku Ems król Prus Wilhelm I odbył rozmowę z ambasadorem Francji i poinformował o niej w depeszy kanclerza von Bismarcka. Ten ostatni będąc przez kilka miesięcy ambasadorem Prus w Paryżu, zdążył rozszyfrować cysorza jako romantycznego dyletanta, nie mającego żadnej realistycznej wizji prowadzenia polityki i przedkładającego jakieś kompromitujące polityka chimery nad zimną kalkulację. Nakazał zatem „przeciek” tej depeszy do prasy i to w wersji nie mającej wiele wspólnego z oryginałem a zarazem obraźliwej dla cysorza. Ten wypowiedział wojnę Prusom. I w powszechnym odbiorze to Francja była agresorem. Przy okazji trzeba zauważyć że łganie w żywe oczy i pisanie tego, co kanclerz rozkaże ma w niemieckiej „niezależnej prasie” już prawie stupięćdziesięcioletnią tradycję.
Po ciężkim laniu pod Gravelotte, pod Sedanem armia niedołęgi marszałka Mac Mahona wraz z cysorzem została okrążona i wzięta do niewoli. Drugi niedołęga marszałek Bazaine po porażkach w polu został zamknięty w twierdzy Metz i tam skapitulował. Jaki cysorz, tacy i „zmurszałkowie”. Jedno i drugie było żałosnymi imitacjami Pierwszego Cesarstwa więc domek z kart się zawalił.
O mało nie zapomniałem dopisać że po klęsce Francji Włochy poprosiły francuski garnizon o opuszczenie Rzymu i zajęły to miasto. Do którego przeniesiono stolicę z Turynu.
Biorąc pod uwagę modne ostatnio w Polsce pośmiertne nadawanie odznaczeń, awanse wojskowe, a być może wkrótce i degradacje, proponuję by pan prezydent Andrzej Duda nadał pośmiertnie Napoleonowi III czyli księciu Ludwikowi Napoleonowi Bonaparte polskie obywatelstwo. Do wszystkich „jagiellońskich” politycznych wariactw autorstwa PiS taki patron pasuje jak ulał.

Stary Niedźwiedź

sobota, 17 grudnia 2016

ACZkolwiek kocham życie.

Asię poznałem trzy lata temu na jednej z fejsbukowych chrześcijańskich grup. Prowadziliśmy wtedy ożywioną dyskusję na pewien budzący kontrowersje temat. Wtedy też dowiedziałem się o chorobie Asi. Asia choruje na rdzeniowy zanik mięśni, i to najgorszy, pierwszy stopień. Choroba ta więzi sprawny umysł w stale tracącym sprawność ciele. 
Tak też trafiłem na jej blog, na którym opisuje swoje zmagania z chorobą, swe marzenia, codzienne zmagania i wydarzenia, które dla zdrowej dziewczyny są czymś naturalnym i prozaicznym, zaś dla Asi to nieraz heroiczny wysiłek, ot choćby wyprawa z dziesięcioletnim bratankiem do cukierni. Niby nic. Ale dla dziewczyny, za którą od sześciu lat oddycha maszyna, która nie jest w stanie sama podrapać się po nosie czy otrzeć kroplę potu ściekającą po czole to wyprawa, którą porównałbym do wyprawy na Mt Everest dla człowieka zdrowego. Zimą. Bez butli z tlenem. W klapkach.
Asia napisała tę książkę jednym palcem. I nie jest to metafora określająca łatwość pisania. Bo metaforycznie było to raczej wykuwanie gumowym młotkiem i tępym dłutem w bazalcie. Jednym w sensie dosłownym – wodząc palcem po ekranie smartfona, na ile pozwalały osłabione chorobą mięśnie. 



Książka może być inspiracją dla każdego. Dla każdego, komu wydaje się, że jego życie jest ciężkie, nieznośne, że nie ma szans by przeżywać je w sposób ekscytujący, realizować marzenia. Wystarczy by zajrzał do książki Asi. Skoro Asia daje radę, możesz i Ty. 
Książkę Asi można kupić TUTAJ:



Redakcja Antysocjala zachęca też nieustająco do wspierania Asi podczas corocznego „pitolenia” poprzez przekazywanie 1% na jej subkonto w Fundacji AVALON.

Refael72

wtorek, 13 grudnia 2016

Smutna rocznica

Nikt myślący nie może zarzucić naszej redakcji iż jesteśmy bezkrytycznymi piewcami PiS, pokroju różnych kurzych móżdżków czy spienionych bałwanów. Gdy jego prominentni politycy robią coś dobrego (choćby wygęganie po długich a ciężkich cierpieniach że islamskiego bydła nie przyjmiemy, odmrożenie Grupy Wyszehradzkiej czy kontakty z Chinami), na pewno pochwalimy. Gdy podejrzanie chachmęcą w kwestii GMO, beznadziejnie pieprzą ustawy o handlu a zagraniczne „polskie” placówki dyplomatyczne i kulturalne do tej pory nie przeszły odrobaczenia po ruchach kadrowych Benka „Polonofoba” Lewartowa, podnosimy alarm. I podkreślamy konieczność usunięcia z MSZ Witolda „Niedołęgi” Waszczykowskiego. A opowieści dziwnej treści o rzekomym rozliczeniu złodziei oczywiście też traktujemy jako przynajmniej do tej pory głupi żart ze strony „srogiego” Ziobry, który zasłużył na przydomek „Kapiszon”. Bo choćby niejaka Bufetowa konsekwentnie i kompletnie bezkarnie pokazuje tym sprawiedliwym środkowy palec.
Ale to co wyprawia Targowica w postaci bandziorów i złodziei z Przestępczości Organizowanej czy „nowocześni” debil i jego debilki, po prostu trudno opisać. Poza odzyskaniem utraconych koryt tej hołoty nie interesuje kompletnie NIC. A gotowi są sięgnąć po dokładnie KAŻDE narzędzie. Po drodze im nie tylko z taką szmatą jak kapujący na kolegów ze stoczni czy obalający jedyny uczciwy polski rząd w latach dziewięćdziesiątych TW „Bolek”. Ostatnio do szajki wystruganego z banana śmiecia nie płacącego alimentów na porzucone dzieci i jego KODomitów dołączają mundurowe ostoje PRL. A w obronie kominowych emerytur tego bydła zapluwają się nie tylko oba Szechtery, ale i Skatina, Kopara i pomniejsza gadzina z PO czy dyżurny debil polskiego internetu i jego trzy nimfy, mający IQ około setki, oczywiście we czwórkę łącznie.
Na razie nie widzimy powodu do włączenia się w uliczne burdy. Policja pod wodzą ministra Błaszczaka radzi sobie dobrze, można nawet powiedzieć że jak na takie kierownictwo, wręcz zdumiewająco dobrze. 11 listopada 1 10 grudnia zdała egzamin celująco. Na przykład usuwając na Krakowskim Przedmieściu spokojnie i grzecznie ale skutecznie spod krzyża garstkę łajdaków z organizacji
„Kurwy PRL”, mające czelność nazwać się „Obywatelami RP”. Zobaczymy jak będzie dzisiaj.
Ale jeśli okaże się że rozwydrzona Targowica zacznie szukać na ulicach zabitych, trzeba będzie zareagować. Trudno, są jakieś granice. Trupów się zachciało? Jeśli już tak musi być to niech to będą ich trupy.
A na razie redakcja proponuje wieczorem ustawić w oknie zapaloną świeczkę. I pomodlić się za nich lub choć wspomnieć tych wspaniałych ludzi którzy walczyli o prawdziwą Polskę. Ale dzisiejszego dnia nie dożyli, los rzucił ich na drugi koniec świata lub wegetują za niecałe tysiąc złotych miesięcznie w tym wyrobie polskopodobnym.
Redakcja oczekuje że oszczędności poczynione na tym esbeckim bydle pójdą w całości na podwyżki dla tych o których tu wspomnieliśmy. Bo dla nich sto złotych podwyżki to więcej, niż każdy z nas może sobie wyobrazić.
No i ostatnia kwestia. Jeśli Żoliborska Sanacyjna Grupa Historyczno – Rekonstrukcyjna nie anuluje w końcu haniebnej Ustawy 1066 to „żarliwych polskich patriotów” którzy nie odróżniają karabeli od tryzuba a konfederatki od jarmułki będziemy mieć za ostatnie szelmy. Józef Piłsudski którego zrobili swym idolem za takie zaniedbanie obiłby im mordy, zapuszkował w Berezie i lepiej nie mówić, jak by ich nazwał.

Stary Niedźwiedź
Flavia de Luce
Tie Fighter
Refael

piątek, 9 grudnia 2016

Organ złamany czyli Nikodem Dyzma polskiej jurysprudencji

Andrzej Ruhollah Rzepliński („sędzia TK”, „profesor”) nie daje za wygraną i idzie w zaparte. Gdy doraźnie klecone na kolanie działania legislacyjne PiS okazały się wystarczająco skuteczne by wyrwać mu zęby jadowe a wkrótce w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego będzie można uruchomić spłuczkę i przewietrzyć smród, zapewne w stanie „wyższej konieczności” postanowił zrobić z siebie błazna. I wystąpił na drogę sądową zakładając sprawę CYWILNĄ panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie oraz panom sędziom TK Henrykowi Ciochowi, Lechowi Morawskiemu oraz Mariuszowi Muszyńskiemu. Do tego celu najął gdańską kancelarię adwokacką Nowosielski i Partnerzy. Widocznie w przebłysku realizmu zrozumiał że lepiej będzie, jeśli przed sądem będzie go reprezentował ktoś mający jakie takie pojęcie o prawie.
Kancelaria oczywiście zadania się podjęła. Bowiem
adwokaci w RP, jak potwierdził to dobitnie ostatni zjazd adwokatury,  w odróżnieniu od innej profesji, rzekomo jeszcze starszej, za pieniądze zrobią wszystko. I jak podaje portal „wPolityce”:
założyła sprawę o sygnaturze II Co 90/16. W pozwie powód domagał się „udzielenia zabezpieczenia” poprzez nakazanie sędziom Ciochowi, Morawskiemu i Muszyńskiemu „powstrzymania się od wykonywania czynności sędziego Trybunału Konstytucyjnego”, w tym od orzekania w TK, do czasu prawomocnego zakończenia postępowania o stwierdzenie nieważności oświadczenia o złożeniu przez nich ślubowania przed prezydentem RP. Powód wnosił też o nakazanie sędziom powstrzymania się od udziału w Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Ajatollah pragnął zatem na drodze cywilnej sądowego potwierdzenia dla swojej decyzji o odsuwaniu sędziów Ciocha, Morawskiego i Muszyńskiego od orzekania oraz uczestnictwa w Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Oraz podważał zarówno ważność złożenia przez tych sędziów ślubowań jak i ich przyjęcia przez pana prezydenta na podstawie przepisów o „oświadczeniu woli” w rozumieniu prawa cywilnego. Widocznie zdawał sobie sprawę z tego, że jego samowolka nie ma jakiegokolwiek umocowania prawnego, więc lepszy wyrok sądu pierwszej instancji, niż kompletne nic. Ale był wraz ze swoimi papugami przekonany, że sama „groza jego imienia” (jak by powiedział ten lepszy Sienkiewicz) wystarczy do wygrania tej sprawy. Czyli był pewny, że w odniesieniu do jego nadętego niczym „Graf Zeppelin” ego żaden polski sędzia nie ośmieli się zastosować prawa.
Ale spotkała go arcyniemiła niespodzianka. Pani sędzia Eliza Kurkowska ma czelność przestrzegać prawa więc przekłuła ten balon, który okazał się jedynie nadmuchaną prezerwatywą i pozew w całości odrzuciła.
 Sąd dał przy okazji bezczelnemu bufonowi elementarną lekcję prawa. Sędzia Kurkowska wskazała, że w tej sprawie nie istnieje droga sądowa na podstawie art. 730 par. 1 kodeksu postępowania cywilnego. Poruszona kwestia NIE JEST SPRAWĄ CYWILNĄ, BOWIEM STRONY WYKONUJĄ FUNKCJE ORGANÓW KONSTYTUCYJNYCH W PAŃSTWIE. A do tego jeszcze że złożenie i odebranie tych sędziowskich ślubowań nie jest oświadczeniem woli w rozumieniu art. 60 Kodeksu Cywilnego. Zajmowanie stanowiska sędziego TK jest bowiem pełnieniem służby publicznej, a nie wykonywaniem zobowiązania o charakterze cywilnoprawnym.
To samo w mowie potocznej można wysłowić następująco: „Doucz się głąbie elementarza prawa i nie zawracaj sądowi czterech liter po próżnicy”.
Znacznie obszerniej uzasadnił to pan profesor Kamil Zaradkiewicz:
Wbił jeszcze dodatkowy gwóźdź do trumny prezia udowadniając że bezsensowność tego pozwu jasno wynika również i z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. Pan profesor pisze między innymi:
„Powyższe tezy i ustalenia są ugruntowane w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego. Przytoczyłem je za TK w niniejszej analizie niemal dosłownie. Sąd Okręgowy w Warszawie przywołał je również w uzasadnieniu swojego rozstrzygnięcia, choć nie wspomniał, że wynikają z utrwalonego orzecznictwa Trybunału. W związku z tym jednak trzeba dodać, że zdumienie budzi fakt, iż nie zostały należycie rozważone powołane i uwzględnione przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego podejmującego skazaną na niepowodzenie próbę wszczęcia sprawy cywilnej przeciwko Prezydentowi RP i sędziemu TK. Nie wydaje się uzasadnione przypuszczenie, iż Prezes nie zna dorobku orzeczniczego instytucji, której pracami od lat kieruje. Powstaje w związku z tym pytanie – jakie motywy nim kierowały i jaki skutek pragnął osiągnąć?”
oraz
„Sprawa wytoczona przez Prezesa TK nie dotyczy praw i wolności jego jako organu, bo takich żaden organ władzy publicznej nie posiada, ani praw i wolności czy też prawnie chronionych interesów obywatela Andrzeja Rzeplińskiego, ponieważ nie odnosi się do jego sfery życia i samorealizacji jako osoby prywatnej.”
Zdaniem naszej redakcji przypuszczenie że prezio nie zna dorobku swojego ansztaltu wcale nie jest niedorzeczne. W końcu cała jego kariera wynika z bycia partyjnym cynglem najpierw PZPR (przez lata był sekretarzem takowej na Wydziale Prawa UW) a teraz PO. Zatem o orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego może wiedzieć tyle, co jego starszy kolega prezes Dyzma o idei działania kierowanego przez siebie Państwowego Banku Zbożowego.

Pan profesor Zaradkiewicz powstrzymał się też od napisania expressis verbis, jakim organem jest prezio. Zbyt wysoko cenimy inteligencję Szanownych Czytelników by wyważać otwarte drzwi. Ale na pewno nie oprotestują oni konstatacji że jest to organ złamany.
Swego czasu Sodoma i Gomora miały szansę ocaleć, gdyby znalazło się w nich dziesięciu sprawiedliwych. Pan Piotr Andrzejewski, sędzia Trybunału Stanu, jest pierwszą a pani sędzia Eliza Kurkowska dopiero drugą osobą godną szacunku z grona sędziów, o których redakcji wiadomo. Jeśli Szanowni Czytelnicy znają z nazwiska i innych, prosimy o podzielenie się tą wiedzą. Ale nie widzimy powodu aby nie zaorać tej zgrai spod znaku Rzeplińskiego, Biernata, Łączewskiego, obydwu Tulei i reszty szajki. Za dużo ludzkiej krzywdy mają na sumieniu, tu nie może być litości. Wydalić z wilczym biletem.
A konkursu o złoty gwizdek sędziego Laguny w tym roku nie będzie. Bo prezio Rzepliński znokautował konkurencję. A do tego, sięgając po piłkarską analogię, udowodnił że nie odróżnia rzutu z autu od rzutu karnego. Czyli sędzia ****!

Stary Niedźwiedź