poniedziałek, 31 grudnia 2018

Oby ten 2019

Nie sposób roku 2018 nie zakończyć życzeniami na nastepny, który nastanie za niecałą godzinę. Oby ten Nowy Rok nie był gorszy od mijającego. Wprawdzie w propagandę sukcesu w wykonaniu Morawieckiego juniora, zapewniającego że "tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco" inżynierowi nie wypada bezkratycznie wierzyć, ale widać pozytywne symptomy. Mimo wszystko pobożni socjaliści, przy wszystkich wadach wyznawanej przez nich ideologii, nie są zapiekłymi w nienawiści wrogami Polski i Polaków, jak ewidentnie ma to miejsce w przypadku szajki volksdeutschów, której przewodzi Szityna, a z Brukseli wspomaga ją Chyży Rój. Wszystkim Czytelnikom życzymy, by nadal intensywnie użytkowali swoje mózgi i co najmniej z nieufnością podchodzili do opinii tzw. autorytetów, a już zwłaszcza tych z tytułami profesorskimi. Odkąd pewien dureń, nie odrózniający prawa cywilnego od konstytucyjnego, próbował wytoczyć panu prezydentowi Dudzie proces w trybie cywilnym za rzekomy delikt konstytucyjny, mozna tylko żałować, że aż takiemu nieukowi nie da się anulować wszystkich stopni i tytułów naukowych i zawodowych i cofnąć tumana na III rok prawa. To samo można powiedzieć o gównym ekonomie Przestępczości Organizowanej, który nie odróżnia procentów od punktów procentowych. A skoro takie coś skutecznie habilitowało się w SGH, chyba rację miał pewien Ślązak. Który pytany o pisownię skrótu nazwy tej uczelni, wytłumaczył (przytaczam w wersji fonetycznej):
S jak Zigmunt, G jak psiniec, H jak ciulik.

A w życiu prywatnym wszystkim szanownym Czytelnikom życzę:
- po pierwsze, zdrowia
- po drugie, zdrowia
- po trzecie, pogody ducha
- i po czwarte, jeszcze raz pieniędzy

Stary Niedźwiedź

niedziela, 23 grudnia 2018

Życzenia wciąż te same

Szanowni Czytelnicy

Święta Bożego Narodzenia mają co najmniej trzy składowe: religijną, polska i rodzinną, choć rozdzielanie tych dwóch ostatnich może sie wydać sztuczne.
Czym dla chrześcijan jest ta pierwsza, nikomu z naszych Gości tłumaczyć nie trzeba.
Są to również, przynajmniej w mojej ocenie, najbardziej polskie święta. Obchodzone nie tylko przez chrześcijan różnych konfesji czy ludzi niewierzących o prawicowym światopoglądzie. Nie ma nic przeciwko nim również i znany mi mahometanin, czyli wspomniany niegdyś na tym blogu dr inż. Idris A. Od wielu lat żonaty z Polką i jako człowiek inteligentny, mieszkający oczywiście w Polsce. Jak sam powiedział, choinkę, opłatek, życzenia i prezenty odbiera jedynie w warstwie kulturowej jako miłe elementy polskiej obyczajowości a wigilijne postne menu wręcz bardzo mu smakuje. Zatem całość w niczym mu nie przeszkadza, jak to usiłują wmówić ateotalibańskie debile i inne postępackie anencefale.
Zaś komponent rodzinny polega przecież na tym, by wykorzystać te wolne dni na nadrobienie zaległości w okazywaniu należnych uczuć tym wszystkim, na których nam zależy.
Tradycja utrzymuje, że w wigilijną noc nawet zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Co prawda rożne lewackie stwory czynią to przez cały rok, tym nie mniej i im życzę, by te dni spędzili po swojemu. Czyli jak to pokazał pan Sylwester Chęciński, godny następca Jana Długosza PRL czyli mistrza Barei, podzielili się jajeczkiem, zjedli golonkę i zaśpiewali "Padmoskowskije wiecziera".

A wszystkim Szanownym Czytelnikom życzę zdrowych, rodzinnych, ciepłych i szczęśliwych Świąt Narodzenia Pańskiego. Z środkiem ciężkości przesuniętym od żołądka w stronę serca.

Stary Niedźwiedź

czwartek, 13 grudnia 2018

Totalna Targowica, Justytutki i inny POstKOmunistyczny POmiot

W Warszawie ustawa o dekomunizacji nazw ulic była skutecznie sabotowana przez szajkę Gronkowca Walcującego, czyli samonierząd Prestępczości Organizowanej. W tej sytuacji wojewoda mazowiecki wydał rozporządzenie zastępcze, usuwające z nazw warszawskich ulic nazwiska odrażających komunistycznych kanalii i czyniac tychże ulic patronami osoby tak tego godne, jak choćby Zbigniew Herbert, Danuta Siedzikówna, Anna Walentynowicz, Zbigniew Romaszewski, Jacek Kaczmarski czy Grzegorz Przemyk.
Ale Przestępczość Organizowana wykazała, że jest godnym spadkobiercą nie tylko targowiczan, ale i czerwonych kanalii na żołdzie Stalina. Wezwała na pomoc tzw. justytutki i jedna z nich wydała "wyrok" przywracający warszawskim ulicom poprzednich patronów. Ludzkie panisko, koniec końców to coś mogło kazać przywrócić Placowi marszałka Józefa Piłsudskiego starą nazwę Adolf Hitler Platz, ale nie kazało. Dla Szmatławer Zeitung pewny kandydat na kolejnego "ludzia honoru" skoro dwóch największych poprzednich już zdechło.
W tej sytuacji każdego platfusa, a już na pewno zamieszanego w działalność ich warszawskiej szajki, nazwać muszę połączeniem przymiotnika "czerwona" z pewnym rzeczownikiem. Którego tu nie zacytuję, bowiem nie mam zamiaru obrażać takim porównaniem kobiet zarobkujących na poboczach tuskostrad. O czytanie blogów wprawdzie ich nie podejrzewam, ale gdyby tak sie stało, mogłyby nająć Konia Który Mówi i zawracać mi głowę procesem.

A co się tyczy łajdaków, którzy mają czelność zakładać na szyję łańcuchy z orłem, powiem krotko. Recep Tayyip Erdoğan potrzebny od zaraz, warunki do uzgodnienia. Bo on nie wahał się wsadzić do pierdla kilka tysięcy ich tureckich kamratów. A wszelkie France nawet nie próbowały nań szczekać, wiedząc dobrze, że usłyszałyby w odpowiedzi co najwyżej "fuck out!".

Stary Niedźwiedź

niedziela, 9 grudnia 2018

Kabaret w szpitalu psychiatrycznym

Ostatnio politycy specjalnej troski zafundowali Polakom solidną dawkę śmiechu.
Najpierw niejaka Gaciuk - Pechowicz (mam dla niej odrobinę wyrozumiałości, bowiem to jej mąż pozbawił tę bandę durniów dotacji budżetowej) doszła do odkrywczego wniosku, iż startując do eurokołchozowego parlamentu z listy Nowodebilnej, szansę na eurodiety i euroemeryturę ma równie wielkie, jak niejaki Rycho VI na nagrodę Nobla z ekonomii. A w tzw. Koalicji Obywatelskiej gangster Shityna zaoferuje jej miejsce  z końca listy, czyli
"niewchodzące". Więc wywinęła fikołka i przeflancowała się do Przestępczości Organizowanej, zabierając ze sobą szóstkę kamratów. Efekt jest taki, że liczebność nowodebilnej trzódki spadła poniżej piętnastki, a zatem przestała ona być klubem sejmowym i stała sie tylko kołem, i to niewątpliwie szóstym u sejmowego wozu. 
Rzekoma dochtór matematyki, ograna przez prymitywnego rzezimieszka niczym chłop na jarmarku w trzy karty, nazwała byłą kumpelę i pozostałe szczury, które uciekły z tonącej łajby, zdrajcami. Czyli nie  dosyć, że ten marny kabaret to byli mowiąc po sienkiewiczowsku Petru, Lubnauer i kamieni kupa. Do tego jeszcze Shityna ukradł teraz te kamienie. Niejaki Meysztowicz, ze zdziwieniem godnym dziecka, dotkniętego niedorozwojem mózgu, powiedział w wywiadzie, że sądził iż PO zależy na silnej Nowośmiesznej. No cóż, okazuje się że anencefalia nie jest wadą śmiertelną. Zawsze można z takową ułożyć sobie życie i zostać genderowcem lub członkiem kolejnej powołanej do życia przez komunistyczne służby wylinki, takiej jak poprzednio Ruch Podtarcia Palikota a obecnie właśnie Nowodebilna.
Pani dochtór rzekomo odbyła rozmowę z Kukizem w sprawie "wypożyczenia" jednego posła (a być może wkrótce potrzeba będzie już dwóch czy trzech), by uratować status klubu. Jeśli to prawda to wódz K'15 musiał wtedy być pod wpływem ducha. I to na pewo nie Ducha Świętego lecz takiego zwykłego, którego łacińska nazwę spiritus pisze się z małej litery. Plotki mowiły, że tym kołem ratunkowym miał być pan poseł Tomasz Rzymkowski, który dobrze się spisuje jako wiceszef komisji sejmowej d/s Amber Gold. Ale on sam jasno powiedział, że wolałby zrezygnować z mandatu posła, niż znaleźć sie w takim towarzystwie. Widocznie boi się, iż w celu dostosowania go do standardów trzódki Lubnauer, zostałby poddany obowiązkowej lobotomii.
A dzisiaj rozpoczęła się, za przeproszeniem, konwencja nowotworu Rycha VI, którego nazwy sam wódz nie jest pewny, ale ponoc zwie się Teraz! Impreza odbywa się w Praskim Centrum Koneser, co należy uznać za rozrzutność, bowiem w zupełnosci  wystarczyłoby zestawić kilka stolików w jakiejś knajpce. Wódz chce likwidować niemal wszystko, z 500+ na czele, czyli program w dużej części ściągnął od niejakiego Kononowicza. I jak sam powiedział, nie boi się iść pod wiatr i wie, jak wiele czeka go wyzwań. No coż, jak na razie jedynie sika pod wiatr, z oczywistymi tego konsekwencjami. A co się tyczy czekających go wyzwań, z racji deklarowanego przezeń wejścia do strefy euro, chyba najłagodniejsze brzmi "ty głupi ciulu!".
Wprawdzie do Wigilii jeszcze dwa tygodnie, ale skoro tak dziwne stwory już przemawiają ludzkim głosem, kierując się  chrześcijańskim miłosierdziem, mam dla nich dobrą radę. Załóżcie kabaret i ze śmiertelnie poważnymi minami ogłaszajcie widowni swój "program". Ludziska popłaczą się ze śmiechu i będą walić jak w dym. A z wpływów za biletry szybko spłacicie te dwie bańki z odsetkami.

Stary Niedźwiedź

niedziela, 2 grudnia 2018

Użyteczni idioci

W ostatni czwartek przypadła 188 rocznica nieszczęścia, jakim bez wątpienia (przynajmniej dla ludzi myślących) był wybuch Powstania Listopadowego. Ówczesne polskie elity nie potrafiły odkręcić awantury, wszczętej przez kilkudziesięciu konspiratorów oraz stu sześćdziesięciu podchorążych, podbechtanych do niej przez swojego instruktora porucznika Piotra Wysockiego, zagrożonego aresztowaniem. Do dzisiaj wielu rodaków ma ciepły stosunek do tej absurdalnej awantury, której efektem była utrata:
1. Własnej konstytucji i parlamentu (Rosja niczego takiego nie miała)
2. Polskiego wojska z polską komendą i polskim korpusem oficerskim
3. Polskiej administracji z polskim językiem urzędowym
4. Polskiego sądownictwa z polskim językiem urzędowym
5. Polskiego szkolnictwa, w skład którego wchodziły też trzy wyższe uczelnie i trzy szkoły oficerskie
Pożar ten próbowało ugasić kilku strażaków, oficerów o nieposzlakowanej przeszłości, bohaterów kampanii z roku 1792, Insurekcji Kościuszkowskiej i wojen napoleońskich. Którzy zrobili dla Polski nieporównanie więcej, niż wszyscy konspiratorzy czy "dyktatorzy" narodowych szaleństw, mających miejsce pomiędzy Kongresem Wiedeńskim a wybuchem Pierwszej Wojny Światowej. Byli nimi:
1. Generał artylerii i senator Królestwa Kongresowego hrabia Maurycy Hauke
2. Jego szef sztabu, pułkownik Filip Meciszewski
3. Generał brygady Józef Nowicki
4. Generał brygady Ignacy Blumer
5. Generał piechoty i senator Królestwa Kongresowego hrabia Stanisław Potocki
6. Generał brygady Stanisław Trębicki
7. Generał brygady Tomasz Siemiątkowski

o czym pisaliśmy dwa lata temu w cyklu artykułów poświęconych temu powstaniu.

https://antysocjalbis.blogspot.com/2016/11/dzien-trepa-czyli-noc-swirow-powstae-na.html

https://antysocjalbis.blogspot.com/2016/11/cui-bono.html

Wszyscy oni zostali tej nocy zastrzeleni przez młokosów, których nauczono posługiwania sie karabinem, natomiast myślenie szło im jak po grudzie. Ta ostatnia cecha dotyczy też i niejakiego Androniego Macierenki, który tych smarkaczy stawiał za wzór dzisiejszym słuchaczom szkół oficerskich.
Ale to trwające dziesięć miesięcy szaleństwo przyniosło też bardzo wymierne zyski, tyle tylko, że Wielkiej Brytanii i Belgii, a być może również i Francji oraz Prusom. Bowiem Rosja, zaangażowana w tłumienie powstania, musiała:
1. Zrezygnować ze zdobycia reszty dzisiejszego Uzbekistanu i wyjścia do granicy z Afganistanem, nad którym Anglicy nie mieli wówczas jeszcze kontroli.
2. Zrezygnować z "zaprowadzenia porządku" w Belgii.
3. Zaniechać przemarszu przez Prusy, który mógłby stać się zapalnikiem rozruchów w Wielkim Księstwie Poznańskim (sytuacja Polaków w Kongresówce było przedmiotem marzeń Wielkopolan).
Poza tym rozwijająca się w dużym tempie produkcja przemysłowa Staropolskiego Okręgu Przemysłowego wypierała z chłonnego rynku rosyjskiego znacznie droższe towary brytyjskie (wywiad przemysłowy księcia Franciszka Druckiego-Lubeckiego działał znakomicie). Zaś zboże z Kongresówki było znacznie lepsze i tańsze od brytyjskiego. Rosyjskie represje ekonomiczne po stłumieniu powstania były zbawienne dla wyspiarskiej gospodarki. Dlatego też listopadowych podpalaczy premier Charles Grey miał pełne prawo nazwać swoimi użytecznymi idiotami.
Co skłoniło mnie do przypomnienia tego aspektu? Otoż 28 listopada na mój mail wpłynął list fundacji Jeden Z Nas, pod którym podpisal się pan Jakub Bałtroszewicz. Pisze w nim, że partia rządząca nie może już liczyć na jego głos bowiem nie poparła ślepo i bezwarunkowo akcji Zatrzymaj Aborcję. Czyli nie raczyła popełnić wizerunkowego samobójstwa i zagwarantować Totalnej Targowicy powrót do władzy w przyszłorocznych wyborach. Kwintesencją tego markizmu-jurkizmu są jego słowa:

Jeżeli jesteście dobrą zmianą, na którą wszyscy czekaliśmy, to dlaczego w najważniejszej dla nas sprawie pozostajecie jak wszyscy inni? Tak potrzebna Polsce zmiana musi mieć swoje zakorzenienie w szacunku dla życia drugiego człowieka!

Czytelnicy Antysocjala na pewno nie moga uważać mnie za bezkrytycznego kibola PiS. Gdy partia ta lub wyłoniony przez nią rząd popełnia głupstwo, nie waham się tego wytknąć. Ale przy wszystkich swoich licznych zastrzeżeniach, jako realista, zdaję sobie sprawę z tego, że przy obecnym układzie sił (a już na pewno po sromotnej klęsce Pawła Kukiza pod Żytalitrem) na żaden lepszy rząd nie można liczyć. Za to o znacznie gorszy bardzo łatwo. Zatem wszystkich świętojebliwych talibów pytam:
Chcecie jednopłciowych "zwiąków partnerskich" i pedalskich adopcji, które POstępactwo uchwali z entuzjazmem nawet bez rozkazu fuehrerowej z Berlina czy jej pachołków z Brukseli? Naprawdę? No to róbcie tak dalej!

Stary Niedźwiedź

sobota, 24 listopada 2018

Aspern czy Berezyna?

Podczas kampanii austriackiej w roku 1809 wojska Napoleona (oczywiście tego prawdziwego) dotarły do Dunaju. 21 maja cesarz rozpoczął przeprawę z zamiarem zajęcia Wiednia, ale gdy na drugim brzegu znalazła się trzecia część jego dziewięćdziesięciotysięcznej armii, siedemdziesięciopięciotysięczne oddziały arcyksięcia Karola Ludwika przypuściły energiczny atak. Wprawdzie w nocy Francuzi zwiększyli swe siły na tym brzegu do 60 tysięcy, ale gdy 22 maja doskonale rozmieszczona artyleria austriacka zaczęła dziesiątkować Francuzów, cesarz nakazał odwrót za rzekę. W bitwie tej straty francuskie wyniosły ok. 30 tys., zaś austriackie 24 tys.
Aspern było pierwszą porażka Napoleona w bitwie, tym nie mniej po lipcowym zwycięstwie pod Wagram Austria uznała się za pokonaną a V koalicja antyfrancuska podzieliła los swoich poprzedniczek.
W ostatnich dniach listopada 1812 wracające z Moskwy resztki Wielkiej Armii, złożone już tylko z trzydziestu kilku tys. żołnierzy zdolnych do walki oraz mniej więcej takiej samej liczby maruderów z nieistniejących już jednostek, dotarły do rzeki Berezyny w okolicy miasta Borysowa (obecna Białoruś). Rosjanom atakującym po obydwu stronach rzeki siłami ok. 40 tys.  udało się zniszczyć broniony przez dywizję gen. Dąbrowskiego most. Francuscy oraz polscy saperzy, stojąc nierzadko po szyję w lodowatej wodzie, musieli zatem zbudować nowy, po którym niedobitki wojsk napoleońskich przeprawiły się przez rzekę i ruszyły w kierunku Wilna. Straty francuskie wyniosły ponad 30 tys., w części maruderów, rosyjskie 14 tys. Podkreślić należy więcej niż znaczący udział w tej bitwie ok. 9 tys. żołnierzy polskich, którzy kosztem 3 tys. poległych, odpierając kolejne ataki Rosjan, umożliwili budowę wspomnianego mostu. Po bitwie tej w armii cesarza zdolnych do walki było już tylko kilka tysięcy żołnierzy.
A potem była Bitwa Narodów pod Lipskiem i koniec epopei napoleońskiej.
Dlaczego o tym piszę?
PiS rozpoczął w swoim już tradycyjnym stylu walkę z organizacjami przestępczymi w rodzaju Themis czy Justytucji. Wszystkim wieszającym psy na PAD za jego zawetowanie ustawy o Sądzie Najwyższym trzeba przypomnieć, że dostał do podpisu koszmarny szajs prawny (nazwanie tego bublem byłoby niezasłużonym komplementem) którego poszczególne paragrafy wzajemnie się wykluczały. Ale i panu prezydentowi mam za złe to, że zamiast odepchlić ten syf i ewentualnie dla picu pozmieniać mało istotne szczegóły, kazał opracować całkowicie nową wersję ustawy o znacznie stępuionym ostrzu.
Dalszy ciąg był oczywisty. Ladacznice w togach i z łańcuchami zaczęły krążyć niczym komety między mediami szkopskimi, francuskimi oraz polskojęzycznym, finansowanymi .przez kanalie pokroju Sorosa. Wszelkie Guje (czyt. Huje) i France wyły niczym wszystkie kojoty na amerykańskich preriach razem wzięte. A Franca nawet zaskarżyła Polskę do TSUE.
Tu trzeba przypomnieć, że jak do tej pory, Grecja olała „wyroki” tego nędznego kabaretu 11 razy, Włochy 10 razy, Hiszpania 7 razy, Portugalia 5 razy a Szwecja, Belgia, Irlandia i Luksemburg po 2 razy. Niemcy nie musiały tego robić ani razu, bo od czasu, gdy Trybunał Konstytucyjny IV Rzeszy orzekł, że prawo niemieckie ma pierwszeństwo przed jakimikolwiek eurowygłupami, ów mieszczący się w Luksemburgu cyrk (ponad 2 tys. urzędasów, roczny budżet prawie 360 mln. €) w stosunku do rasy panów zachowuje się niczym peerelowski milicjant, kończący swój raport z przyłapania w parku kopulującej w krzakach parki słowami:
- Wezwałem ich do rozejścia się, na co mężczyzna odpowiedział mi „odpierdol się”, co też niezwłocznie uczyniłem.
Po raz pierwszy zaniepokoiłem się, gdy robiący za szefa MSZ Jacek Czaputowicz, godny następca Dupy Wołowej Z Uszami, zapowiedział, że Polska uszanuje KAŻDY wyrok TSUE. Na efekt tej bramki samobójczej nie trzeba było długo czekać. Jakaś hiszpańska sędzina jednoosobowo zażądała od Polski, jako zabezpieczenia procesowego, natychmiastowego przywrócenia do pracy wszystkich sędziów Sądu Najwyższego, odesłanych na emeryturę z powodu przekroczenia 65 roku życia. Nie był to nawet wyrok tego TSUE.
A co nastąpiło potem, wszyscy wiemy. Rządząca większość świńskim galopem spełniła to żądanie, zmieniając ustawę o SN. Co będzie dalej, nie trudno zgadnąć. Eurolewactwo poczuło krew i już nie popuści, skoro widać i czuć, że Napolion i jego wojsko już popuściło, i to nie tylko w sferze legislacyjnej.
Całe szczęście, że obecna siła przewodnia nie ma większości konstytucyjnej. Bowiem te wszystkie trele morele, mówiące o tym, że konstytucja jest w Polsce najwyższym aktem prawnym, zaś prawo stanowi parlament, mogłyby zostać uzupełnione o ważny punkt, de facto już obowiązujący, o treści:
"O ile jakaś lewacka europinda nie rozkaże, że ma być inaczej".

11 listopada pan prezydent Duda w swym pełnym patosu przemówieniu zapewniał, że polska flaga jest biało-czerwona i nigdy nie będzie ani czerwona, ani biała. Wiele wskazuje na to, że owo nigdy trwało aż dziesięć dni.
Nawet nie wiecie Państwo, jak bardzo chciałbym sie mylić.

Stary Niedźwiedź

poniedziałek, 12 listopada 2018

Czy aby na pewno ten trzeci?

Przepychankom związanym z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości przyglądałem się ze spokojem ze swojej mazurskiej siedziby. A kilka słów komentarza zamieszczam dopiero dzisiaj, gdy Szkopy z Tmobile raczyły wreszcie dać zasięg na tyle porządny, że z pomocą anteny dachowej modem pracuje "na jedną kreskę".
W niczym nie zaskoczyły mnie rozpaczliwe wysiłki złodziejki kamienic na wylocie (jak widać, z organizacji przestępczych nie tylko Camorra dopuszcza kobiety do stanowisk kierowniczych), by nie dopuścić do przejścia przez Warszawę Marszu Niepodległości. Wielkim a zarazem miłym zaskoczeniem była decyzja warszawskiego sądu, który wyśmiał "argumenty" rzekomej profesor prawa i wykazał, że nie ma ona cienia bladego pojęcia o treści konstytucji, którą Przestępczość Organizowana, kodomici, UBwatele i pomniejsza swołocz z taka lubością wycierają sobie otwory gębowe.
Z pewnym niesmakiem odebrałem niesnaski między panami PAD i PMM a organizatorami marszu. Na szczęście doszło do porozumienia, prezydent i premier w końcu przestali panicznie bać się tego, co o ich udziale powiedzą różne Guje,  France i inny eurokołchozowy kryptolewacki kał. Zaś szeroko rozumiane organizacje narodowe zrezygnowały z manifestowania swoich symboli partyjnych. I marsz pobił wszelkie dotychczasowe rekordy frekwencji, bowiem uczestniczyło w nim ćwierć miliona ludzi. A sralonowe merdia z braku laku musiały, nie sposób zliczyć, który to już raz, posłużyć się zdjęciem fałszywką, przedstawiającym neofaszystów, tyle tylko, że we Włoszech.
Chyży Rój, Shityna i reszta gangu oczywiście też chcieli zaistnieć, więc rano 11 listopada złożyli kwiaty pod warszawskim pomnikiem Józefa Piłsudskiego. Próbowali nawet zaśpiewać hymn Polski, lecz w odróżnieniu od przedszkolaków, znających całą jego treść, POlegli na czwartej zwrotce. No cóż, nie każdy zna hymn obcego państwa. Jestem pewny, że Deutschland, Deutschland über alles zaśpiewaliby poprawnie zbudzeni w środku nocy. A Chyży Rój zapewne pamięta dziadziusiowe nauki, więc i z Horst Wessel Lied by sobie POradził. Niestety marszałek nie zabawił się w donjuanowskiego komandora, nie zszedł z cokołu i nie wytrzaskał po targowickich mordach.
Zgodnie z moimi oczekiwaniami, zarówno w przemówieniach oficjeli PiS, jak i w państwowych mediach, nazwisko Józefa Piłsudskiego odmieniano przez wszystkie przypadki. O Romanie Dmowskim szczęśliwie też wspominano. Ale już Ignacego Jana Paderewskiego zepchnięto do drugiego szeregu, wymieniając jego nazwisko jednym tchem z Wincentym Witosem i Ignacym Daszyńskim, co trudno nazwać inaczej, niż mieszanką bezczelności i ignorancji.
Ignacy Jan Paderewski, jako osoba powszechnie znana w całym cywilizowanym świecie, miał swobodny wstęp na polityczne salony, do drzwi których Roman Dmowski musiał się z różnym skutkiem dobijać, zaś mało komu znanego brygadiera po prostu by tam nie wpuszczono.
W roku 1910, w pięćsetną rocznicę bitwy, ufundował Pomnik Grunwaldzki, w którego odsłonięciu w Krakowie uczestniczyło 150 tys. ludzi. A według austriacjiego spisu z roku 1900, cała ludność miasta liczyła wówczas nieco ponad 90 tys.
Jego wyłączną zasługą jest to, że w swoich słynnych czternastu punktach, przedstawiających stanowisko Stanów Zjednoczonych w sprawie powojennego ładu w Europie, prezydent Thomas Woodrow Wilson w punkcie trzynastym wymienił powstanie niepodległego państwa Polskiego z dostępem do morza. 

Przybycie Paderewskiego do Poznania stało się impulsem do wybuchu 27 grudnia 1918 Powstania Wielkopolskiego, obok III Powstania Śląskiego jedynej w dziejach Polski insurekcji, która miała realne szanse powodzenia, zaś szanse te zostały wykorzystane, co zakończyło sie sukcesem.
Po przybyciu do Warszawy Ignacy Jan Paderewski skutecznie mediował między Józefem Piłsudskim i Romanem Dmowskim, co doprowadziło do powołania w styczniu 1919 rządu, na czele którego stanął, obejmując w nim jednocześnie tekę ministra spraw zagranicznych. Wraz z Romanem Dmowskim aktywnie uczestniczył w pracach konferencji pokojowej, zakończonej podpisaniem Traktatu Wersalskiego.
Podczas wojny sowieckiej podjął w Stanach Zjednoczonych starania o sformowanie jednostek ochotniczych do walki z bolszewikami. Zaowocowało to powstaniem  polsko-amerykańskiej Eskadry Lotniczej im. Tadeusza Kościuszki, która aktywnie wsparła dopiero powstające w bólach polskie lotnictwo wojskowe.
Ponieważ szanowni Czytelnicy przyzwyczaili się już do zamieszczanych na Antysocjalu anegdot historycznych, na zakończenie służę takową.
Po przybyciu w roku 1919 na konferencję do Paryża, Paderewski udał się z niezapowiedzianą wizytą do premiera Francji Georgesa Clemenceau. "Stary tygrys" oczywiście natychmiast go przyjął (jakiemukolwiek innemu polskiemun politykowi na pewno by to nie groziło) i powitał słowami:
- Czemu zawdzięczam przyjemność wizyty mistrza?
- Przychodzę do pana nie jako pianista, lecz jako premier polskiego rządu - odpowiedział Paderewski.
I tu Clemenceau, moim zdaniem ostatni z wielkich francuskich polityków (Charles de Gaulle to już nie ten kaliber), wykazał klasę, tuszując swą gafę słowami:
- Mistrzu, pan został premierem? Moj Boże, co za upadek!
Marginalizowanie roli Ignacego Jana Paderewskiego w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, dokonywane przez fan klub Józefa Piłsudskiego, ani trochę mnie nie dziwi. W końcu jak na szalikowców przystało, usiłują wmówić, że ich idol był jedynym twórcą niepodległości. Ale nabieranie wody w usta przez narodowców mogę skomentować tylko w jeden sposób:
Panowie, jak wam nie wstyd?

Stary Niedźwiedź